Boli ręka po szczepieniu? Nie bierz aspiryny

W gorącym okresie szczepień przeciwgrypowych, kiedy sporo osób szczepi się właśnie przeciw grypie sezonowej, a i sporo ma zamiar przyjąć szczepienie przeciwko nowej grypie H1N1, warto pamiętać o pewnym drobiazgu.

Powszechnie używane, bardzo popularne leki przeciwbólowe, takie jak ibuprofen, acetaminofen (czyli paracetamol), aspiryna czy naproksen działają poprzez zahamowanie aktywności cyklooksygenaz: cyklooksygenazy 1 (Cox-1) i cyklooksygenazy 2 (Cox-2). Cox-2 jest enzymem odgrywającym bardzo ważną rolę w odpowiedzi immunologicznej organizmu, wpływającym na powstawanie prostaglandyn działających jako mediatory stanu zapalnego oraz regulującym tworzenie przeciwciał. Parę lat temu opisano, że jeśli zmniejszy się aktywność Cox-2 w stymulowanych ludzkich limfocytach B, produkcja przeciwciał przez te komórki zostanie znacząco przyhamowana in vitro. Ci sami badacze, w pracy opublikowanej w tym roku, stwierdzili, że popularne leki przeciwbólowe, hamujące aktywność Cox-2, rzeczywiście osłabiają produkcję przeciwciał klasy IgG i IgM w aktywowanych jednojądrzastych komórkach krwi obwodowej (PMBCs). Najsilniej działał ibuprofen, hamując syntezę IgG i IgM w limfocytach B i PMBCs, zwłaszcza jeśli podawany był w ciągu pierwszych kilku dni po aktywacji. Czyli zapewne wówczas, kiedy najchętniej się go bierze – przy niewielkiej gorączce czy zaczerwienieniu, opuchnięciu i bólu w miejscu podania szczepionki.

Podobne wyniki – że acetaminofen osłabia odpowiedź immunologiczną – ukazały się niedawno w The Lancet.

Badacze konkludują – trzeba być ostrożnym w stosowaniu popularnych leków przeciwbólowych w celu łagodzenia bólu po szczepieniu. Zmniejszają one produkcję przeciwciał  i mogą tym samym osłabiać odpowiedź immunologiczną. Szczególnie niebezpieczne tego następstwa możliwe są u ludzi starszych, którzy w ogóle mają zmniejszoną tę odpowiedź, a w dodatku chętnie zażywają leki przeciwbólowe.

Czyli – boli cię łapa po szczepieniu, na przykład przeciw grypie? Tak? To wytrzymaj. Nie jedz aspiryny czy ibupromu.

(J Immunol 2005, 174: 2619-26
Cell Immunol 2009, 258: 18-28
The Lancet 2009, 374: 1339-1350
)

Podstępny HCV

Zdarzało mi się marudzić na informacje, że wirus zapalenia wątroby typu C (HCV) przenosi się drogą płciową. Czepiałam się o to nawet House’a, o zgrozo. Wydawało mi się, że jest to taki odruch – wymienianie wirusów HIV, HBV, HCV jednym tchem, jako tych, które przenoszone są przez krew, a więc mogą się także rozprzestrzeniać przez seks. A akurat z HCV jest nieco inaczej, bo krew - tak, ale seks już w bardzo malutkim albo wręcz niedostrzegalnym stopniu.

Okazuje się, że powinnam raczej powiedzieć, że z tym wirusem nie  j e s t, ale  b y w a  inaczej, jak pokazano na ostatniej wątrobianej konferencji (The Liver Meeting 2009: American Association for the Study of Liver Diseases 60th Annual Meeting). Naukowcy z Nowego Jorku zanotowali i opisali epidemię zakażeń HCV, która panoszy się w Nowym Jorku. Epidemia dotyczy zakażeń wirusem HCV przenoszonym drogą seksualną, u mężczyzn, którzy uprawiają seks z mężczyznami (MSM), a w dodatku zakażeni są wirusem HIV. Co gorsza, u pacjentów tych nieoczekiwanie błyskawicznie rozwija się zwłóknienie wątroby.

Pracę uznano za bardzo ciekawą i podkreślono, że tak naprawdę bardzo niewiele nadal wiadomo na temat przebiegu ostrego zakażenia HCV i histologicznego obrazu wątroby u pacjentów HIV-dodatnich. Z zaniepokojeniem zauważono wagę doniesienia – po pierwsze, że rozwój choroby prowadzący do marskości przebiega nadspodziewanie szybko (tak szybko, że niektórzy badacze zastanawiali się nawet nad tym, że musi istnieć także jakiś niewyjaśniony mechanizm cofający ów proces), i trzeba to brać pod uwagę u chorych z HIV. A po drugie – że własnie odkryto nową (niemal, bo dotychczas bardzo rzadką) drogę przenoszenia wirusa hepatitis C. Możliwe, że droga ta występuje tylko u pacjentów zakażonych uprzednio HIV, możliwe, że to obecność HIV w ich organizmach coś zmienia. Na razie nic dokładnie nie wiadomo. Stwierdzono jednak, że doniesienie śmiało może być uznane za przełomowe.

Mnie dodatkowo zastanowiło jeszcze jedno. Pokazano statystycznie, że rzeczywiście u MSM wpływ na zakażenie wirusem HCV miały stosunki seksualne, na przykład receptywne stosunki analne z ejakulacją lub bez, czy receptywne stosunki oralne z ejakulacją. I jedne i drugie  b e z   z a b e z p i e c z e n i a. To lekceważenie zabezpieczenia jest przerażające. Opisywani tutaj pacjenci wychodzą zapewne z założenia, że i tak są zakażeni, więc co im tam. Nie biorą pod uwagę (lub nie chcą wziąć, a może nie pamiętają lub nie chcą pamiętać?…), że raz – mogą zarazić partnera. Oraz dwa – że narażają sami siebie na inne zakażenia, np. właśnie HCV.

A że z wirusem HCV nie wszystko jest jasne, a raczej często zupełnie ciemne, dowodzi kolejne doniesienie zaprezentowane na tym samym zjeździe. Otóż  w przypadku przeszczepienia wątroby u pacjentów zakażonych HCV, znacznie większa śmiertelność, znacznie większe ryzyko odrzucenia przeszczepu i znacznie większe ryzyko nawrotu choroby spowodowanej HCV występuje u kobiet. Różnice między mężczyznami i kobietami (na niekorzyść tych ostatnich) są tak duże, że transplantolodzy zastanawiają się nad zupełnie nowymi modelami postępowania przy przeszczepach, takimi, aby skutki transplantacji wątroby u kobiet przynosiły oczekiwane skutki. Zauważono oczywiście, że dane są zbyt wstępne, że grupa badanych kobiet była znacznie mniejsza niż badanych mężczyzn, oraz że nie przeprowadzono badań nad poziomem immunosupresji u obu grup, ale i to doniesienie wzbudziło spore zainteresowanie.

(Jak pisałam, oba doniesienia zaprezentowano na The Liver Meeting 2009: AASLD 60th Annual Meeting, w książce abstraktów praca pierwsza figuruje jako Abstract 82, druga – Abstract 6.)

Po co te krzyże?

Trybunał w Strasburgu podjął słuszną decyzję. I mam wrażenie, że Kościół, tak teraz gardłujący, zasłużył sobie na to. Zasłużył sobie swoją ekspansywnością, swoim pysznym przekonaniem, że “moja racja jest najmojsza”, tym, że stracił z widoku to, co powinno być w tym Kościele najważniejsze, czyli szacunek dla innych ludzi. Także tych, którzy wierzą inaczej albo nie wierzą w ogóle.

Czytam też argumenty, które mają niby przemawiać za obecnością krzyży w instytucjach publicznych. Niby, bo argumenty te są wzięte albo z kosmosu albo w ogóle bez sensu. Że niewierzący powinni odmawiać niektórych symboli zasługi, tych akurat, które są w kształcie krzyża. Ekhm, czy każdy krzyż oznacza to samo? Czy wszystkie dwie skrzyżowane linie oznaczają krzyż? Dojdzie do tego, że zaczniemy szanować skrzyżowania dróg jako symbole religijne (a ronda zapewne staną się symbolami szatana). I wsadzać do więzień Szkotów, noszących kilty na, pardon, tyłku.

Że w demokracji rządzi większość. Owszem, ale w związku z tym niezwykle ważne jest, żeby brać zdanie mniejszości pod uwagę. Szczególnie wówczas, kiedy większość jest znacznie większa i potężniejsza, a mniejszość mała i słabsza, należy tę mniejszość chronić. To jest istota demokracji. A rządy większości, które mówią – my mamy władzę, bo jesteśmy więksi i silniejsi szybko zamieniają się w coś gorszego od demokracji. (No i bardzo ważne jest to, że w wielu wypadkach niekoniecznie zdanie całej większości musi być takie samo. W przypadku krzyży, jak widać, nie jest).

Że ludzie niewierzący powinni pracować w niedziele, a już na pewno nie brać dni wolnych w niektóre święta, np. Bożego Narodzenia. A ja sobie na przykład uważam, że powinniśmy używać do liczenia wyłącznie cyfr rzymskich, bo arabskie to oczywiście islam, czyli poczciwa “3″ zamiast “III” staje się natychmiast symbolem muzułmańskim.

Europa zbudowana jest na wielu fundamentach. Chrześcijańskim też, ale wiele innych religii i kultur miało i ma na obraz tej Europy ogromny wpływ. I nawet jeśli założymy, że powiedzmy, świętowanie niedzieli wzięło się z judeo-chrześcijaństwa, to co z tego? Niech i tak będzie. I niech wszyscy z tego korzystają, jeśli im to odpowiada. I abstrahujac już od tego, że wiele chrześcijańskich obyczajów nie jest tego chrześcijaństwa oryginalnych pomysłem, nakazy dla niechrześcijan, żeby przestali cieszyć się niedzielą jako dniem wolnym od pracy, pachną mi niemiło brzydkim wypominaniem, na zasadzie: “MY daliśmy wam niedzielę, wy bezbożnicy, a wy z niej bez szacunku korzystacie”.

Po co te krzyże w szkołach czy instytucjach publicznych? Czy naprawdę jeden z drugim chrześcijanin nie będzie tym chrześcijaninem, jeśli nie będzie miał krzyża przed oczami? Tak mocna jest jego wiara? Będzie myślał – o, może teraz podłożę świnię koledze…, a nie, nie podłożę, bo widzę krzyż na ścianie? A jak tego krzyża nie widzę, to już droga wolna? Przypomina mi się Umbridge moment przed torturowaniem Harry’ego, kładąca portret Ministra Magii twarzą do biurka i mówiąca, że czego Korneliusz nie widzi… Problem w tym, że o tym, jak chrześcijanin postępuje powinno decydować jego wnętrze, a nie zewnętrzne znaki. Jeśli tylko te znaki, jesli tylko obecność krzyża powoduje, że taki człowiek zachowuje się przyzwoicie, to tu jest z czymś zupełnie niedobrze…

Sedno sprawy jest gdzie indziej. Nie chodzi o to, żeby pokazać piękno wiary chrześcijanskiej. Nie chodzi o to, żeby przypominać chrześcijanom, jak powinni postępować. Chodzi o władzę. Wyłącznie o władzę. O danie sygnału - my, Kościół, tu rządzimy. My jesteśmy większością, której zdanie się liczy, a reszta won. Bardzo to niechrześcijańskie. Bardzo niezgodne z chrześcijańskim duchem. Błogosławieni cisi? Ubodzy w duchu? Nie sądźcie, abyście nie byli? Wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną? Taki powinien Kościół być. A jest za to zdobywający, posiadający i rządzący. Niefajnymi metodami szczególnie. I nie dziwi mnie zupełnie, że ludzie obserwujący taki Kościół mają tego dosyć.

Straszny katolik zadba czasem o geja

Ostatnio w okolicach mojego uniwerku wydarzyło się parę nieprzyjemnych incydentów. W ostatnią środę, w biały dzień, ktoś zaatakował studentkę, najpierw wulgarnie sugerując, że jest lesbijką, po czym pobił ją. Dziewczyna miała na sobie koszulkę symbolizującą poparcie dla organizacji walczących o gay rights. Pierwszego listopada napadnięto innego studenta, również potraktowano go homofobicznymi tekstami oraz pobito. Oto jak zareagowały władze uniwersytetu:

Dear Students, Faculty, and Staff, 

As a Catholic and Jesuit university, we are committed to fostering a  
community that is welcoming to all and values understanding,  
tolerance, inclusion and respect.
Over the past week, we have seen  
several incidents take place on or near campus that are especially  
troubling because they have targeted members of our community with  
homophobic language and disrespect. Two incidents were off campus  
assaults and today a written slur was posted on the door of the LGBTQ  
Resource Center. These acts are unacceptable. We take these incidents  
and the safety of our campus community very seriously and are taking  
steps to address the needs of our students at this time.

The Department of Public Safety (DPS) has reported these recent  
incidents to the Metropolitan Police Department (MPD), and is working  
cooperatively in the ongoing investigations. We expect to meet in the  
coming days with representatives from MPD’s Lesbian, Gay Liaison Unit  
to determine if any additional steps may be warranted. DPS has  
notified members of the campus community of these incidents and  
increased patrols of campus and nearby neighborhoods. We are also  
providing support and resources to members of our community.

We do not know whether the person or persons responsible for these  
incidents are members of the campus community. If a member of the  
campus community is found to be responsible for these acts, the matter  
will be treated very seriously, including as a violation of the  
student code of conduct. [...]

Representatives from Student Affairs, the Office of Institutional  
Diversity, Equity & Affirmative Action, Campus Ministry and others are  
meeting with students to understand their concerns and provide support  
to individuals in need. Through our care for one another we can become  
a stronger community in which discourse and reconciliation displace  
violence and anger. We appreciate your cooperation in our ongoing  
efforts to work together to build a campus community of trust and  
respect.

Sincerely,
Vice President for Student Affairs
Vice President for Institutional Diversity and Equity
Vice President for Mission and Ministry

Niby normalne, nie? Że władze uniwersytetu (w tym zakonnicy) mocno podkreślają, że tu nie ma zgody na brak tolerancji i uprzedzenia. Że na katolickim uniwersytecie nie ma miejsca na homofobię i przemoc, której homofobia jest źródłem. Zastanawiam się tylko, jak w analogicznej sytuacji zareagowałby na przykład KUL albo Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego…

Samotność

[...] Mam samotność prostą do wytłumaczenia. Wynika z tego, że nie miałam córki. A synowie poszli za żonami. Nie ma mnie w ich życiu.[...]

[...] Wychowałam ich na ludzi, nie na przestępców.[...]

[...] A młodszy to naprawdę pracuje bardzo długo. Mogłyby synowe albo wnuczki.[...] [...] Mają teraz po 20 lat, studentki – farmacji i stomatologii.[...]
[...] Synowe nie utrzymują ze mną kontaktu. Żona młodszego, jak zadzwonię, to powie: białe-czarne, wóz-przewóz, i na tym rozmowa się kończy. A żona starszego to już absolutnie.[...]

[...] Jedna synowa jest gdzieś ze wschodu i nie katoliczka, tylko prawosławna, a druga też z innej dzielnicy Polski. Może z domu nie wyniosły tej miłości, tej radości? [...]
[...] Mąż wyczuł tę obcość synowych. Nie był jak to teść: ‘Ach, moja synowa!’. Raczej ustawiony daleko.[...]
[...] Do synów, jak przyprowadzali przedstawić narzeczone, chłodno: ‘Chcesz się żenić, to się żeń. Ale ja ani na wesele, ani na wódkę się nie dołożę’. Czy mu się nie spodobały? Nie rozmawiałam z nim o tym. On nigdy nie mówił mi, co myśli. [...] On podejmował decyzje, było tak albo nie. A gdybym stanowczo się nie zgadzała? Nigdy nie było, żebym stanowczo się nie zgadzała. Mówiłam: ‘Chcesz, to niech tak będzie’. [...] Do synów też nie był czuły.[...]

[...] Czy one mają o coś żal? Nie wiem.[...]

[...] Młodszy syn mieszka na Żoliborzu, trzy przystanki ode mnie, codziennie przejeżdża koło mojego domu. [...] Mają syna po studiach. Wpadnie na pięć minut i już go nie ma. Wydaje mi się, że gdybym miała córkę, byłoby inaczej.[...]

[...] Ja w moich synach winy nie widzę. Są czuli, kochani, ale to mężczyźni. To synowe jako kobiety powinny dbać o to, żeby rodzina była razem.[...]

Nikt nie zasługuje na samotną i smutną starość. Ale nie da się uciec przed refleksją, że czasem niektórzy (niektóre) mają ją na własne życzenie. A patriarchat złośliwie szczerzy kły.

Piękna jesień

Huntley Meadows Park, czyli przepiękna i nie tylko złota jest jesień w Wirginii.

DSCF9771

DSCF9734

DSCF9718

DSCF9755

DSCF9756

DSCF9739

DSCF9769

DSCF9776

(klikable)

Małżeństwo doskonałe, czyli ślicznie wyglądasz na łańcuchu, kochanie

W obłędzie dzisiejszych czasów, szale upadku autorytetów, huku spadających z piedestału wzorców oraz zamachów na uświęcone tradycje mamy jeden punkt stały. Małżeństwo niewolnicze biblijne. Oto doskonałość. Cel i wzorzec (heteroseksualny ;-) ), do którego winniśmy wszyscy (!) dążyć.

[...]1928 – Kościół katolicki w Polsce zmienił przysięgę ślubną dla kobiet, usuwając fragment zobowiazujący kobietę do posłuszeństwa mężowi. Jako protestant funkcjonujący w kościele, gdzie kobiety nadal ślubują posłuszeństwo swojemu mężowi ośmielę się poruszyć tę – w moim odczuciu – totalnie nierozumianą kwestię.[...]

Jako katoliczka funkcjonująca w tym głupim Kościele, który usunął z przysięgi ślubnej dla kobiet ślubowanie posłuszeństwa (oburzające!), postaram się wytłumaczyć, dlaczegóż krok ten był taki głupi. Jest to zaiste kwestia totalnie nierozumiana, zwłaszcza przez głupie baby. Może jednak, jeśli wytłumaczymy im to powoli i głośno, coś tam zrozumieją. A jak nie, cóż, zawsze możemy skrócić im łańcuch.

[...] Większość czytelniczek podniesie brwi ze zdumienia, że w XXI wieku są jeszcze ludzie, którzy kwestionują tak postępowy krok wywalczony przez międzywojenny ruch emancypacji kobiet.[...]

No właśnie, nie mówiłam, że głupie baby, brwiami rzucają, a potem będą podnosić. Postępowy krok? Jaki postępowy krok? To wszystko sprowadziło same nieszczęścia. Na kobiety zwłaszcza. Nie mogą już chodzić na łańcuchu, tracąc w ten sposób wszelki punkt podparcia i oparcia (patrz dalej).
A mogę zatrzymać chociaż obrożę? Mooogęęę…?

[...] W związku z tym mamy dwa podstawowe problemy: 1. Niezrozumienie co to znaczy „przywództwo” męża w małżeństwie (i w rodzinie) oraz 2. nadużycia tej przywódczej roli.[...]

Nierozumienie, co to znaczy przywództwo? No skąd. Wiadomo, że chodzi o to, że cztyr grzywien za chąźbę jest stanowczo ceną wziętą z księżyca. Dzieci biorą się z nadmagnezjanu chlorku potasu. 23 grudnia 1560 pierwsza kula armatnia odrywa ostatnią nogę admirała Teleginsa. I czy syn mój, który podczas wypadku samochodowego stracił wszystkie zęby trzonowe – może być na tej zasadzie zwolniony od wojska?

[...] To co piszę pewnie nie będzie miało większego sensu dla osób sparzonych w więzi z drugim człowiekiem i dlatego dążących do niezależności, autonomii i „walki o swoje prawa” (jak sporo kobiet w ruchu feministycznym).[...]

To jasne. Feministki to takie kobiety, które się sparzyły w więzi. Zapewne, jeśli się używa podgrzewanych kajdanek, to może się to tak skończyć, dziewczynko!

[...] To, że takie dążenia nie dają głębokiej satysfakcji – prędzej czy później dziewczyny te same się o tym przekonją.[...]

Głęboka satysfakcja… hmmmm… i kajdanki…, pejczyk… Dobrze, już dobrze, już przestaję. Głęboko ukryte, homoerotyczne marzenia prawdziwych religijnych mężczyzn udowadniają mi, że o głębokiej satysfakcji może mówić wyłącznie mężczyzna. 

[...] Ryzykując, że przez część czytelniczek będę niezrozumiany, mimo wszystko chcę sprawę pokrótce nakreślić i tym samym zachęcić Was do poważnego przemyślenia tematu.[...]

Ja za to nie rozumiem, dlaczego to akurat czytelniczki mają nie rozumieć. Przecież legalne niewolnictwo małżeństwo biblijne przynosi kobietom same korzyści. Oraz kajdanki i obroże gratis. Bezproblemowo. Żeby być stroną aktywną w BDSM to dopiero trzeba się napracować, ho, ho.

[...] Ideałem, o który walczą współczesne kobiety jest tzw. małżeństwo partnerskie. „Nie ma mowy o uległości – jesteśmy równi i razem podejmujemy decyzje” – taka jest w przybliżeniu dewiza tych związków. W praktyce problem z małżeństwem partnerskim jast taki…, że ono nie działa. Oczywiście nie w sensie, że jakoś nie funkcjonuje;[...]

Funkcjonuje, ale nie działa. To jakaś męska logika jest, prawda? Wymyka się to nieco mojej małej niewieściej główce. Za długi łańcuch?

[...] jest bowiem wiele takich małżeństw, ale nie są one w stanie dać małżonkom głębokiego poczucia spełnienia i wolności[...]

Poczucie spełnienia można mieć i w inny sposób, BDSM nie jest wymagane. Choć zapewne jak ktoś się rozsmakuje, to potem trudno obalić ten tak naturalny porządek.

[...]Istotą zaś nawrócenia się do Boga i stania chrześcijaninem jest poddanie (czyli uległość) Chrystusowi, jako swojemu Panu i Zbawicielowi. Bez tego nie możemy mówić o małżeństwie chrześcijańskim.[...]

To Chrystusowi czy mężowi, bo coś mi się myli. A, rozumiem. W szpitalach z nieszczęśliwymi ludźmi dużo jest takich osób, którzy mówią o sobie: “jestem Jezus Chrystus”, albo: “jestem Napoleon Bonaparte”. Niechrześcijańskim jest takie się z nich wyśmiewanie. Za to myślę, że pan mąż, dla własnego zdrowia psychicznego, powinien raczej wyobrażać sobie, że jest w tej chwili właścicielem największego i najtwardszego…

…bochenka chleba. I jak zaraz ta głupia kobieta nie pójdzie do piekarni po świeży, to skróci jej łańcuch. 

[...] Mąż miłuje żonę jak Chrystus umiłował Kościól i wydał zań samego siebie. (Ef 5,25) – mamy tu miłość pełną poświęcenia. Kobieta zaś jest uległa mężowi swojemu jak Panu…(Ef 5,22) i …poważa swego męża. (Ef 5,33).[...] A ponieważ mamy ulegać sobie nawzajem (Ef 5,21) to uleganie męża swojej żonie wyraża się właśnie w tym, że on ją kocha miłością na wzór tej jaką Chrystus kocha Kościół. Wyrazem zaś uległości żony Chrystusowi jest jej chęć do bycia uległą mężowi;[...]

Więc tak. Eee, tego…  Mamy ulegać sobie nawzajem, co w oczywisty sposób znaczy, że żona ulega, a mąż nie. Chyba czegoś nie kumam, zdecydowanie mąż założył mi dziś za ciasną obrożę. A, już wiem. Mąż ulega w ten sposób, że się poświęca i wydaje pieniądze na pejczyk.  A żona? Żona w obroży ulega mężowi. Robi się coraz goręcej. Fajne te małżeństwa biblijne.

[...] Niezwykle istotne w takim układzie, w normalnej sytuacji, jest to, że przez ustanowienie jednoosobowego przywództwa wyeliminowany został wewnętrzny czynnik konfliktujący małżonków. Mąż jest odpowiedzialny za podejmowane decyzje, ale przez pełną poświęcenia miłość do żony słucha jej argumentów i zawsze je w taki czy inny sposób uwzględnia. Z kolei żona nie ma poczucia odpowiedzialności za kierunek rodziny, jest pod parasolem przywództwa męża. Czuje się bezpieczna i doceniona, gdy mąż chętnie korzysta z jej rady.[...]

No pewnie. Mąż mówi do żony – “idąc do sklepu skręć na najbliższej przecznicy w lewo, bo skrócę ci łańcuch i przypieprzę parasolem”. Żona na to - ”parasol jest kiepskim pomysłem. Wolę dildo. Zwłaszcza jeśli mówimy o pieprzeniu”. Mąż – “no dobra, słucham twoich argumentów z pełną poświęcenia miłością. Jak duże ma być to dildo?” Żona – “czuję się bezpieczna i doceniona, że skorzystasz z mojej rady i kupisz największe.”

[...] (mąż wydoskonala się w pełnej poświęcenia miłości do żony i w odpowiedzialnym przywództwie, a żona wydoskonala się w posłuszeństwie i szanowaniu – byciu wsparciem – dla swojego męża.)[...]

Mąż wydoskonala się w operowaniu kajdankami, obrożą, łańcuchem i pejczem.

A żona…? Żona też, mniam, mniam.

[...]Żona nie musi ciągle walczyć z sobą, czy i w tym mam mu ulec – raz na zawsze zdecydowała – jestem uległa [...]Mąż zaś nie może umywać rąk i mówić „to przecież twoje dzieci…”, albo „to twoja wina, zrób jak uważąsz”, bo raz na zawsze wziął na siebie odpowiedzialność za swoją rodzinę.[...]

No, i nie mowiłam, że głupie baby nie rozumieją, że to wszystko dla ich dobra. Mogą spokojnie  powiedzieć do męża – “to przecież twoje dzieci, nakarm je więc, opierz i odrób z nimi lekcje”. Feministyczny ideał!

[...] Któraś z Was może powiedzieć: „może tobie się taki związek podoba, lecz ja nie wyobrażam sobie bycia uległą mężowi, znacznie bardziej wolę partnerstwo.”Odpowiedz mi zatem proszę na kilka pytań. Jak wyobrażasz sobie podjęcie decyzji w sytuacji, gdy macie skrajnie przeciwne zapatrywania na sprawę? Może głosowanie?[...]

Eee, a żyłam naiwnymi złudzeniami, że może decyzję podejmuje ta osoba, która akurat ma rację na dany temat. Bo zna się na czymś trochę lepiej, niż partner/partnerka. Nie nie nie. To niemożliwe jednak. Przecież baba nie zna się na niczym, poza tym [...] nie ma poczucia odpowiedzialności za kierunek rodziny[...] Nie rozumiem w związku z tym, po co komu taka żona. Chyba po ten łańcuch i pejczyk li i jedynie…

[...] Oczywiście negocjacje, dialog są dobre, a jeśli nie ma na to czasu i decyzję trzeba podjąć już zaraz? Kobiety ze związków partnerskich powiedzą Ci czym się to kończy – kłótnią lub też porządną awanturą.[...]

Negocjacje i dialog są dobre, owszem, najlepsze wówczas, kiedy jedno gada, a drugie słucha. To taki ideał negocjacji, że proszę siadać.

[...]Powiesz, „ale dzięki temu przynajmniej w niektórych kwestiach postawię na swoim, a jak będe stale ulegała, to zostanę zepchnięta w domu do roli jakiegoś popychła”. Jednak czy na pewno tak dużo wywalczysz? Kiedy dwoje ludzi zaczyna się ze sobą ścierać, to powstaje w nich naturalna chęć stawiania na swoim już przy każdej okazji (przez zwykłą przekorę) i to w kwestiach, które w innych okolicznościach spokojnie by sobie odpuścili. Dziewczyny z małżeństw partnerskich, które mają za sobą ze sto utarczek z mężami mogą zrobić uczciwy bilans: może i wywalczyły, postawiły na swoim, ale koszt jaki przyszło zapłacić – te wszystkie kłótnie, czyni te zwycięstwa raaczej pyrrusowymi. A na dodatek z perspektywy przyznacie, że o wiel z tych spraw nie warto się było wogóle wykłócać. Co więcej z taką postawą nieuchronnie czujecie, jak się od swoich mężów emocjonalnie odsuwacie. Wkrótce z przeciwników przeradzają się oni w Waszych wrogów.[...]

Zawsze mnie zastanawia, dlaczego prawdziwi religijni mężczyźni, publikujący swoje, ekhm, przemyślenia w necie, mają takie militarystyczne ciągoty. Walka. Ścieranie się. Utarczki. Pyrrusowe zwycięstwa. Przeciwnicy i wrogowie. Czy to nie jest aby kompleks porucznika Scheisskopfa, który pewnego wieczoru odczuł potrzebę żywego modela i kazał żonie maszerować po pokoju, a ona zapytała, czy nago (z nadzieją w głosie)? Jednakowoż, jak wiadomo, porucznik nie chciał chłostać swojej żony, choć był geniuszem wojskowym. Z drugiej strony, porucznik Bemis znakomicie biczował swą żonę przy każdym stosunku, a na defiladach niewart był złamanego szeląga. Nobody’s perfect.
Zaraz, zaraz. Może i nobody’s niby perfect, ale religijni mężowie w natchnionym zapale dążą do bycia ideałami. Myląc wprawdzie nieco pole bitwy z własnym domem. Ale to wszystko dla dobra żon. (I ku ich radości).

[...]Dziewczyny ze związków partnerskich, które niepewnie patrzą w przyszłość stojąc na gruncie kruchego kompromisu nie mają pojęcia o pokoju i pociągającej w stronę męża miłości, jakich doświadcza kobieta, gdy świadomie decyduje się na powierzenie samej siebie mężowi. Z kolei faceci, którzy ciągle prowadzą grę ze swoimi żonami, aby manipulować nimi i starać się postawić na swoim, nie mają pojęcia o radości i satysfakcji jaką przeżywa mężczyzna, który na wzór Chrystusa przyjmuje odpowiedzialność za kobietę, którą Bóg daje mu jako bezcenny dar, aby się nią opiekował i o nią troszczył. To się nazywa szczęście w małżeństwie.[...]

Szczęście w małżeństwie jeszcze raz: kompromis – kruchy i nędzny, łańcuch – mocny i wspaniały (smycz już taka pewnie nie jest, ale smycz jest dla mięczaków). Do zapamiętania. I ci mężowie, osiągający tajemniczą satysfakcję bez gier i, ekhm, stawiania – wszystko godne podziwu i naśladowania.

[...]Od ponad jedenastu lat jestem w takim związku i przyznaję, ze jest to jedna z najbardziej wspaniałych i spełniających rzeczy, które tu na ziemi przeżywam. Moja żona nie jest stłamszona ani zdepresjonowana – przeciwnie, podobnie jak ja – szczęśliwa.[...]

Nie no, jak AŻ od jedenastu, to nie mam pytań. Autor z taaakim doświadczeniem, pamiętający niemal czasy proroka Jeremiasza, musi wiedzieć, o czym mówi. A czy żona ewentualnie dałaby głos, żeby poświadczyć, że również jest szczęśliwa? Czy zajęta jest raczej w tej chwili przynoszeniem mężowi kapci w zębach?

[...] Wiem, wiem, zaraz możecie przytoczyć mi sporo przykładów cioć, kumpli i znajomych, którzy żyją w związkach partnerskich a są bardzo szczęśliwi. Ośmielę się zauważyć że jest różnica między „szczęśćkiem” braku poważnych konfliktów (lub dobrania charakterologicznego minimalizującego prawdopodobieństwo powstania spięć w małżeństwie) a głębokim szczęściem osób wypełniających wzór Twórcy małżeństwa. Jest to różnica na wzór poczucia wolności ryby w akwarium i ryby pławiącej się w oceanie.[...]

Tak, tak, wszyscy wiemy, że ciocie, kumple i znajomi zwyczajnie kłamią. Jak te ryby w akwarium, nie przymierzając.

[...] Pomyśl: czy jesteś wierząca, czy nie – Twój związek małżeński głosi więź Chrystus – Kościół, i głosi albo prawdę – gdy jesteś uległą mężowi, albo kłamstwo, gdy z nim walczysz o włądzę.[...]

Pomyśl, dziewczynko. Pomyśl. Hmmm, mnie jakoś trudno idzie dzisiaj myślenie. Chyba muszę poprosić męża, żeby mnie oćwiczył, ekhm, poćwiczył ze mną moje zdolności. Umysłowe oczywiście. Rozwiązywanie krzyżówek miałam na myśli, no.

 

(Złote myśli pana protestanta na temat szczęśliwego małżeństwa znalazłam tutaj)

Naukę robimy, o nauce piszemy

[...] czy jednak Internet, oferujący na wyciągnięcie ręki niby wiedzę, ale często powierzchowną, często jej pozory, a często bezczelne kłamstwa i mętne urojenia na wiedzę ucharakteryzowane, pozwalający każdemu poczuć się ekspertem, nie wprowadzi naszej cywilizacji – w nowe wieki ciemne.[...] napisał ostatnio Miskidomleka. I skojarzyło mi się to z jednym z nowszych doniesień w dziale naukowym Gazety Wyborczej.

Osoba podpisująca się jako ola opisuje pracę z Nutrition Journal, pracę informującą jakiż to dobroczynny wpływ na zdrowie osób otyłych ma mieć sok z owoców mangostanu. Pomijam charakterystyczną zwięzłość noteczki, dzięki której niczego specjalnie nie można się dowiedzieć, oraz używanie określenia “białka C-reaktywne” zamiast “białko”. Pomyślałam sobie, że warto może zajrzeć i do Science Daily, z którego ola korzysta, i do samej publikacji, tym bardziej, że jej autorzy twierdzą podobno, że [...] Naturalny sok z owoców mangostanu może być skuteczną alternatywą dla tradycyjnych leków [...].

Praca jest na bardzo marnym poziomie. Produktem w niej badanym jest sok XanGo, zawierający jak najbardziej pulpę z owoców mangostanu, a także: sok jabłkowy, sok gruszkowy, sok z winogron, pulpę gruszkową, sok z borówek, z malin, z truskawek, sok żurawinowy oraz wiśniowy. Placebo (które piła grupa kontrolna) zawierało, oprócz kwasku cytrynowego, cukru, różnych barwników oraz natural flavors, sok winogronowy. Jak więc autorzy wywnioskowali, że to akurat sok z mangostanu działa, i dlaczego nie użyli do kontroli wszystkich wyżej wymienionych produktów z wyjątkiem mangostanu rzecz jasna, pozostanie chyba ich słodką tajemnicą. Po drugie, wyniki opisane w pracy podane są tak, żeby przypadkiem czytelnik sam sobie nie policzył, czy dane się zgadzają i czy są statystycznie znaczące. Autorzy profilaktycznie nie podają liczebności grup badanych. Co ciekawsze, nawet jeśli założyć, że udało im się tę statystykę jakoś porządnie policzyć (co jest niespecjalnie widoczne) - praca ma bardzo mizerne znaczenie. Pokazuje zmianę pewnego parametru immunologicznego, ważnego owszem, ale jest to parametr, na poziom którego wiele różnych czynników może mieć wpływ. Rozrzut zmian poziomu może być spory (i jest na początku badania), a przy niektórych problemach zdrowotnych nawet bardzo duży. U osób badanych w pracy poziom białka C-reaktywnego był nieco podwyższony (jak to u osób z otyłością), ale nie dramatycznie, co więcej – zmieniał się również zupełnie nie dramatycznie. Innymi słowy – autorzy cały czas obracali się w kręgu stężeń niezbyt wysokich, i zmiany tych stężeń, niezależnie od tego, co delikwent pił, wyraźnie nie robią wrażenia przełomowych danych. 

Nie mówię oczywiście, że nie należy publikować wyników mówiących o niewielkich zmianach w czymkolwiek – to także jest lub może być bardzo ważna informacja. Niestety, w przypadku omawianej pracy, wszystko nie robi dobrego wrażenia. W połączeniu z dziwacznym doborem metod i specyficznie zastosowanymi testami statystycznymi, trudno te niewielkie wyniki traktować poważnie.

Dodatkowo autorzy nie wzięli pod uwagę jeszcze jednej ważnej kwestii – na poziom białka C-reaktywnego wpływ mogą mieć rozmaite leki. Osoby biorące udział w badaniu proszone były o nieprzyjmowanie leków przeciwzapalnych, ale aspiryna w małych ilościach była dozwolona (pewnie w celach przeciwzawałowych). A aspiryna akurat wpływa na poziom białka C-reaktywnego. Podobnie na przykład hormonalne środki antykoncepcyjne. Autorzy pracy nie zadali sobie jednak trudu, żeby policzyć dane osobno dla tych, którzy zażywają aspirynę, czy stosują pigułki, oraz dla tych, którzy tych leków nie biorą. Po co? Jeszcze by im coś nie wyszło. A praca była, co oczywiście nie ma żadnego związku z czymkolwiek, sponsorowana przez producenta soku XanGo, głupio byłoby więc, gdyby sok ten zupełnie na nic nie działał.

Jedną więc rzeczą jest to, że w internecie jest mnóstwo pseudonauki, bzdur i paranaukowych urojeń. Druga sprawa to to, że również często spotyka się coś, co ma prawo mienić się nauką, jednak poziom tego czegoś jest żaden. Bo czym w końcu jest powyższa praca? Opublikowana w naukowym czasopismie (wprawdzie bez impact factor, ale zawsze), peer-reviewed, czyli jacyś recenzenci musieli wyrazić się o niej pozytywnie, jakiś edytor przyjął ją do publikacji. Ponadto, trzeba wziąć pod uwagę kwestię trzecią – rozpowszechnianie tej mikrowiedzy w popularnych gazetach codziennych. Przez dziennikarzy bez specjalistycznego przygotowania. Ludzi, którzy nie są w stanie ocenić, czy dana publikacja ma jakąkolwiek wartość. Za to wiedzą, że to doskonale brzmi: mamy alternatywę dla tradycyjnego leczenia.

(Miskomdomleka dziękuję za konsultacje statystyczne :-) )

Szczepionka przeciw HPV nie będzie powszechnie stosowana u chłopców

Mimo niezwykle emocjonalnych wystąpień, próśb niemal, Advisory Committee on Immunization Practices (ACIP, grupa 15 ekspertów wybranych przez amerykańskie Ministerstwo Zdrowia i doradzająca w kwestii szczepień i szczepionek temuż Ministerstwu oraz CDC) odmówiła w ostatnią środę rekomendowania szczepionki przeciw HPV dla chłopców i mężczyzn. ACIP wydało tylko zezwolenie – zachętę do szczepień, dzięki której lekarze będą mogli zalecać i szczepić chłopców, najlepiej możliwie oczywiście przed czasem, kiedy ci będą narażeni na zakażenie wirusem, czyli przed rozpoczęciem współżycia seksualnego. Problem jednak w tym, że ubezpieczyciele płacą zwykle za szczepionki rekomendowane, natomiast nie bardzo mają ochotę płacić za te, do których się tylko “zachęca”.

Jak wiadomo, w 2006 roku amerykańska FDA zaaprobowała szczepionkę Gardasil do szczepień dziewcząt i młodych kobiet, w celu ochrony przed rakiem szyjki macicy, powodowanym głównie przez dwa typy wirusa: HPV-16 i 18. W zeszłym tygodniu FDA uznała, że Gardasil może być także używany do szczepienia chłopców i młodych mężczyzn (od 9 do 26 roku życia), co ma zapobiegać powstawaniu kłykcin kończystych. Kłykciny kończyste są jednym z najczęstszych zakażeń przenoszonych drogą płciową, występują i u kobiet i u mężczyzn, a ich czynnikami etiologicznymi są w około 90% przypadków wirusy HPV typów 6 i 11 (czyli te, przed którymi Gardasil również chroni, natomiast nie chroni konkurencyjna szczepionka Cervarix).

Każdego dnia w Stanach notuje się średnio 17 tysięcy nowych zakażeń okolicy genitalnej, powodowanych przez wirusy brodawczaka. Wiele z nich ulega zanikowi, nawet bez żadnej terapii, ale również wiele jest źródłem dyskomfortu, obniżenia jakości życia, wiele potrafi również nawracać, często uniemożliwiając pacjentom normalne funkcjonowanie.

Uczestnicy środowego panelu ACIP próbowali argumentować, że nie o same kobiety i nie tylko o raka szyjki macicy chodzi. David Hastings, rzecznik Oral Cancer Foundation, opowiadał, że jego własne życie, zdolność do odczuwania smaku, słuch – wszystko to zostało bardzo upośledzone na skutek raka okolicy szczękowej (spowodowanego przez HPV) oraz na skutek brutalnego i agresywnego leczenia tegoż raka. Wspomniał też, że nowotwory szczęki odpowiedzialne są za więcej zgonów, niż rak szyjki, a HPV wychodzi na prowadzenie w wyścigu o miano najczęściej notowanego czynnika etiologicznego tych nowotworów. Hastings ogniście zachęcał więc komitet do wyrażenia zgody na powszechne szczepienia, czego skutkiem miałoby być zlikwidowanie choroby-mordercy, która, jeśli wszystko zostanie tak jak dotąd, zabijać będzie nie tylko nas, ale i przyszłe pokolenia.  Z kolei prof. Ellen Daley, pracująca na University of South Florida College of Public Health zauważyła, że szczepienie chłopców to nie tylko ochrona ich samych przed zmianami genitalnymi, ale tez ochrona ich partnerek seksualnych przed rakiem szyjki – chorobą przenoszoną przecież drogą płciową. Jason Schneider, były przewodniczący Gay and Lesbian Medical Association zwrócił uwagę, że w społeczności osób LGBT ci, którzy najbardziej narażeni są na zakażenie, najczęściej także nie mogą pozwolić sobie na zapłacenie z własnej kieszeni za szczepionkę. Jeśli więc nie będzie ona stosowana powszechnie i oficjalnie, a publikowane będą wyłącznie zachęty, to wynikiem tego będzie fakt, iż wiele młodych osób po prostu się nie zaszczepi. 

Wszystkie te dramatyczne przemowy nie odniosły skutku. Przyczyna była prozaiczna – pieniądze. Od pewnego czasu mówi się, że szczepienia chłopców byłyby ekonomicznie nieopłacalne. To prawdopodobnie wpłynęło na taką a nie inną decyzję komitetu.

Zalecenia ACIP czekają teraz na oficjalne zatwierdzenie przez CDC.

Zawstydzić dziewczynki, obrzydzić chłopcom

Jak powszechnie wiadomo, ludzie cywilizowani nie myją rąk po skorzystaniu z toalety. Bo i po co? Wprawdzie coś jakiś milion ludzi umiera każdego roku z powodu biegunki albo zakażeń układu oddechowego, a akurat tego typu schorzeniom łatwo można zapobiegać dzięki myciu rąk właśnie. Ba, jest to najtańszy, dostępny dla każdego, pozbawiony skutków ubocznych sposób zmniejszenia liczby różnych nieprzyjemnych chorób, wliczając w to grypę oraz niektóre zakażenia szpitalne.  Ale – eee tam. Będę mył łapy po skorzystaniu z WC? Nie chce mi się.

Brytyjscy naukowcy poobserwowali ćwierć miliona ludzi korzystających z toalet, monitorując jak często osoby te używają potem wody i mydła. Kobiety okazały się być większymi czyściochami niż mężczyźni. 64% pań raczyło umyć sobie rączki. I 32 % panów.

Naukowcy usiłowali też wpaść na pomysł, jak tu zachęcić do mycia rąk po. Wyświetlane przy wejściu do toalet informacje w stylu: woda nie zabija zarazków, ale mydło tak albo nie bądź brudasem, nie bój się mydła nie odnosiły spodziewanego skutku. Dopiero kiedy zaczęto wyświetlać wścibskie pytania: a delikwent, który stoi obok ciebie, to szoruje rączki? ludzie zawstydzili się i przestraszyli, że ktoś na nich będzie znacząco spoglądał. I zaczęli zużywać trochę więcej wody z mydłem. Ludzie płci żeńskiej, trzeba dodać, bo nie z nami takie numery – pomyśleli ludzie płci męskiej i nie dali się zawstydzić. Za to na tę grupę osobników działały tylko hasła z grubej rury, w stylu: dzisiaj nie zmyjesz, jutro to zjesz.

Kampania na rzecz intensywnego mycia rąk w moim miejscu pracy nie zaczęła się bynajmniej od 15 października, czyli Global Handwashing Day. Zaczęła się w miarę subtelnie od doniesień na temat grypy H1N1 (a nawet może od norowirusów, które jakiś czas temu nękały uniwersytet), a nabrała mocy po stwierdzeniu kilku przypadków zachorowań na świnską grypę wśród studentów na terenie kampusu. Teraz wszędzie wiszą plakaty i ulotki nawołujące do znudzenia: myjcie ręce wodą z mydłem przez przynajmniej 30 sekund (oraz opisana jest cała procedura mycia), zasłaniajcie usta łokciem lub chusteczką (nie dłonią) przy kichaniu czy kaszlu, nie dotykajcie bez potrzeby oczu, ust i nosa oraz unikajcie bliskiego kontaktu z osobą chorą. Wygląda na to, że w szale rozpowszechniania takich informacji władze uniwersytetu niedługo zalepią plakatami wszystkie dostępne powierzchnie i wytatuują nimi wszystkich pracowników. Oraz zawalą wszelkie przejścia, korytarze i chodniki (tudzież kaplice) podajnikami z alkoholowymi żelami do dezynfekcji rąk.

Szczepienia są ważne. Ameryka już się podobno szczepi przeciw grypie H1N1. W stanie Maryland ludzie stoją po trzy godziny w kolejkach. W moim stanie szczepionki będą dostępne dopiero w połowie listopada. Punktów szczepień ma być całe mnóstwo, ale chętnych, mam wrażenie, będzie sporo. Szczepionek ma wystarczyć dla wszystkich, choć pierwszeństwo będą miały grupy ryzyka. Zobaczymy.

Szczepienia, owszem, są ważne. Ale bardzo ważne są też trywialne sprawy. Jak mycie rąk ciepłą wodą z mydłem przez przynajmniej pół minuty.

 

Updacik: pracownicy uniwersytetu dostali dzisiaj rano własne i osobiste eleganckie pudełka z jednorazowymi chusteczkami nasączonymi płynem dezynfekcyjnym. Mamy tym wycierać i przecierać ręce; im częściej tym lepiej. Walka z grypą trwa.