Miesiąc: Czerwiec 2008

„Tradycja to dyktatura starców”

[…]Kiedy mówimy: „tradycja nakazuje kobiecie, aby siedziała w domu i zajmowała się dziećmi”, tak naprawdę trzeba przez to rozumieć: „głos starych mężczyzn liczy się bardziej niż głos kobiet”.[…]

[…]Nie ma nic oczywistego w tym, że patrzysz na innego człowieka jak na istotę ludzką. Tego trzeba się nauczyć. Kiedy człowiek przychodzi na świat, postrzega osoby i przedmioty wokół siebie jako narzędzia zaspokajania swoich potrzeb.[…]

[…]Kształcenie nastawione na technikę i biznes produkuje ludzi, którzy są konformistyczni, pokorni wobec władzy i nie myślą krytycznie o propagandzie, którą im podsuwają politycy. Nie potrafią też zrozumieć cierpienia i uczuć ludzi, którzy się od nich różnią.[…]

Całość wywiadu z prof. Marthą C. Nussbaum tutaj.

Reklamy

Potwór :-)

Taki potwór :-) pojawił się wieczorem dwa dni temu na progu sąsiedniego mieszkania. Rozpiętość skrzydeł około 10 cm! Ale chyba nie był w najlepszym stanie. A następnego dnia znaleźliśmy tylko skrzydełka. Pewnie coś go zjadło…

Rosalind Franklin i nie tylko

[…]Nie wykonali przy tym ani jednego eksperymentu. Ich praca polegała na ciągłych rozmowach, analizowaniu danych i budowaniu kolejnych modeli z papieru, drutu i blachy.[…]. Szkoda, że w artykule i wywiadzie z Jamesem Watsonem pojawiają się takie kwiatki. Gdyby Watson i Crick rzeczywiście korzystali tylko z modeli z blachy, swojego słynnego artykułu nie opublikowaliby do dzisiaj, a już na pewno nie w Nature. Warto pamietać i warto przypominać, zwłaszcza tym, którzy twierdzą, że kobiety nie dokonały żadnych znaczących odkryć w historii ludzkości, że niezwykle ważne było dla obu badaczy „poparcie” ich teorii w postaci rentenogramów soli sodowej DNA, czyli dane jak najbardziej doświadczalne. Zdjęcia te wykonała Rosalind Franklin, pracująca wspólnie ze swoim studentem Raymondem Goslingiem. Nieprawdą jest, że zdjęcia te zostały jej ukradzione przez Maurice’a Wilkinsa. Prawdą jest jednak, że Watson i Crick widzieli je wcześniej, legły one u podstawy ich odkrycia (a Franklin prawdopodobnie nie zdawała sobie sprawy, że jej praca używana jest podczas konstruowania ich modelu), no i potem nie zaproponowali jej współautorstwa artykułu. Zdaje się, że po prostu się nie lubili.
Ale aż samo się nasuwa porównanie innego traktowania mężczyzn i kobiet w nauce (no fakt, że czasy były trochę inne). Nawet w cytowanym powyżej artykule w Gazecie Watson to: „legenda współczesnej biologii”, „najsłynniejszy żyjący biolog”, „zarazem autor wielu politycznie niepoprawnych wypowiedzi”, czyli geniusz z dodającą mu uroku zgryźliwością. Franklin natomiast to trudny współpracownik, bo (z Wikipedii) […]miała opinię mizantropa. Znana była także z poglądów feministycznych, o których zdarzało jej się mówić głośno.[…] Ojejej, no to faktycznie szczyt wszystkiego, powinni ją od razu wyrzucić z pracy. Jasne jest, że nie doceniano jej, bo była kobietą, a i sam King’s College London, w którym pracowała, miał, jako instytucja, opinię seksistowskiego.

Rozumiem, że w krótkim artykule gazetowym nie ma miejsca na wszystko. Ale po pierwsze, nie jest ściśle prawdą to, co zostało napisane w jednym z jego akapitów. A po drugie, warto wspominać mądrą kobietę-badaczkę, mającą na swoim koncie mnóstwo ciekawych odkryć, autorkę wielu interesujących i na najwyższym poziomie prac naukowych. Nawet tym babciom czytającym artykuł (jeden z forumowiczów napisał, że powinien być napisany dużą czcionką, aby babcie mogły go przeczytać) byłoby miło dowiedzieć się o ich rówieśniczce (gdyby żyła, w przyszłym miesiącu obchodziłaby 88 urodziny), która robiła takie fajne rzeczy.

I jeszcze jedno: […]Zapytany o sytuację kobiet w nauce oparł, że słynną amerykańską uczelnią MIT rządzi dziś kobieta i że w Stanach Zjednoczonych nie ma dziś dyskryminacji pod tym względem. – Wręcz przeciwnie – mówił. – Mężczyźni muszą pracować więcej, ale uważam, że to OK.[…] Oczywiście, pytać można dowolnie każdego o wszystko. Watson jest, rozumiem, ekspertem od dyskryminacji kobiet, wspaniale więc, że tak przekonująco argumentując uspokaja, że tej nie ma. Naprawdę odetchnęłam z ulgą. (Choć, mówiąc poważniej, akurat w Stanach może jest i będzie coraz lepiej pod tym względem, w porównaniu z niektórymi innymi krajami). Ale czy wprost przeciwnie oznacza, że kobiety są faworyzowane, a mężczyźni dyskryminowani??? Muszą pracować więcej??? Doceniem poczucie humoru.

Mały update: pan redaktor Zagórski, do którego wysłałam maila ze znajdującymi się powyżej (w pierwszym akapicie) zarzutami wobec jego tekstu, zgodził się z moimi uwagami, wyjaśniając rzeczywiście, że w tak krótkim tekscie nie mógł umieścić wszystkich informacji. A o ważnej roli Rozalind Franklin sam Watson mówił podczas wykładu na Wydziale Biologii UW, ponadto jakiś czas temu był w Wysokich Obcasach artykuł na temat uczonej. Zawsze można też pogrzebać w Wikipedii :-) .

Niagara Falls

W końcu dotarliśmy do kanadyjskiego Niagara Falls. Wodospady zrobiły na nas ogromne wrażenie. Niby wie się, jakie są duże, ile wody spada w ciągu jednej sekundy, itd., ale zobaczyc to na własne oczy… Mieliśmy piękną pogodę, widzieliśmy tęcze, doskonały też był widok z naszego pokoju w hotelu, mogłam więc wstawać w nocy i sprawdzać, czy tę wodę wreszcie ktoś zakręcił ;-) . Wszystko było super, mogłyby tylko te wodospady być troszkę bliżej DC :-) .

Droga do Niagara Falls

Parę dni temu wybraliśmy się do Niagara Falls, żeby wreszcie obejrzeć wodospady. Z Waszyngtonu jedzie się tam autostradami około 8 godzin, więc kiedy byliśmy już nad jeziorem Erie, postanowiliśmy zjechać choć na moment z autostrady, żeby obejrzeć samo jezioro i może jeszcze coś ciekawego. Przypadkiem trafiliśmy do miasteczka Dunkierka w stanie Nowy Jork, gdzie znaleźliśmy miejsca związane z Polską, co zrobiło na nas bardzo miłe wrażenie.

Tylko pogoda była nienajlepsza (jak widać powyżej), chyba nie mamy szczęścia do stanu Nowy Jork, bo za każdym razem, kiedy tam jesteśmy, pada deszcz. Może następnym razem będzie lepiej…
Potem, na szczęście, pogoda się poprawiła. A jezioro Erie jest bardzo piękne. I wygląda niemal jak morze…

CDN…

Georgetown University (IV)

To już ostatnia porcja zdjęć z Uniwersytetu (chyba, że coś mi się bardzo spodoba albo nie spodoba :-) ) :


Takie autobusy kursują od uniwersytetu do najbliższych stacji metra (również m.in. do drugiej części kampusu) i z powrotem, od wczesnych godzin rannych do późnych nocnych, co kilka-kilkanaście minut (w soboty rozkład jest skrócony) wożąc bezpłatnie pracowników, studentów oraz gości. Fajnie się nazywają, np. „św. Michał” albo inny święty, co przypomina, że uniwersytet jest katolicki :-)


O właśnie, nie zapominamy o tradycjach – św. Krzysztof 


Śmigłowiec transportujący chorych czeka na lądowisku


A samoloty czasem schodzą do lądowania bardzo nisko nad kampusem


Chwila wytchnienia nad oczkiem wodnym


Zegar przed O’Donovan Hall. A na nim Jack the Bulldog – maskotka uniwersytetu. Jack może być absolutnie wszędzie :-) :


Elephant Wisdom – projekt wymyślony i wykonany przez pacjentów, rodziny i pracowników Oddziału Hematologii-Onkologii Dziecięcej jako część programu terapii przez sztukę. Rzeźba jest mozaiką płytek z najróżniejszymi życzeniami dzieci.

Wszystko bez te baby (część trzecia)

Dawno nie było w Gazecie artykułu zaganiającego baby do garów, trzeba więc nadrobić zaległości.

Pierwszą rzucającą się w oczy głupotą takich artykułów, jest zapominanie, że w drodze ewolucji (to też biologia, panie eee… profesorze) wykształciło się u człowieka coś takiego jak mózg, który myśli. Nie tylko służy do kontroli podstawowych procesów fizjologicznych, wspólnych dla człowieka i różnych innych zwierząt, ale też do tego, żeby dla dobra właściciela i dobra ogólnoludzkiego (że tak mi się napisze patetycznie) tworzyć jakąś tam kulturę. Biologia jest ważna, super, jest podstawą wszystkiego – też w porządku, ale człowiek to nie tylko taka biologia, nie taka, jak rozumie ją Pawłowski i jemu podobni. Człowiek (mam tu na myśli również człowieka płci żeńskiej, co dla niektórych, jak sądzę, jest zaskoczeniem) ma prawo robić wszystko, na co tylko mu przyjdzie ochota, jeśli tylko nie krzywdzi tym innych. Chce babka być kierowniczką czegoś tam i nie chce mieć dzieci – jej prawo. Oboje z mężem chcą się dzielić po równo obowiązkami w domu – ich prawo. To, że […]to moja żona przekonała jej męża, że jest ofiarą w swoim związku[…], świadczy wyłącznie o tym, że może decyzja nie była tak do końca wspólna. Nie mówiąc już o tym, że niektórzy to chyba mają jakąś chorobliwą skłonność do wtrącania się w cudze życie, nawet jeśli nie dzieje się tam nic złego.

No i te żałosne obawy, przepełnione oczywiście obłudną troską o kobiety, że tracą na równouprawnieniu, bo te najzdolniejsze nie przekazują dalej swoich genów. Jakimż trzeba być zadufanym w sobie hucpiarzem, żeby wmawiac komuś, kto jest wolny, ma prawo podejmować suwerenne decyzje, że to jest dla niego złe? I co reprezentuje sobą człowiek, który z protekcjonalną pogardą traktuje ludzi odmiennej płci jak gówniary, które same nie wiedzą, czego chcą i nie są zdolne ocenić, co jest dla nich dobre? Ja też mogłabym sobie uważać, że pan eee… profesor nadaje się wyłacznie do tego, żeby siedzieć w kapciach przed telewizorem i ewentualnie czytać wnukom proste książeczki (nie za trudne, bo mógłby się sforsować), ale mu tego nie powiem przecież, bo szanuję to, że jest wolnym człowiekiem i mógł ze swoim życiem zrobić wszystko, co chciał. Szkoda tylko, że gada takie głupoty. Ale cóż, wolność słowa… Może tylko nie powinien przekazywać dalej swoich genów…? No i oczywiście, jajakomężczyzna wiem doskonale, co siedzi w głowach kobiet: […]Co więcej, myślę, że również dla zasadniczej większości kobiet posiadanie dziecka staje się prędzej czy później (czasami za późno) gorącym pragnieniem.[…] A ja myślę, że […]całe zło tego świata bierze się z myślenia. Zwłaszcza w wykonaniu ludzi całkiem ku temu nie mających predyspozycji[…].*1

Niechże pan profesor przyjmie do wiadomości: są ludzie, którzy nie chcą mieć dzieci. I przy tym nawet zdają sobie sprawę z tego, że geny, ple, ple ple… Mogą nawet myśleć tak: […]Chcę dać ojczyźnie płody mojego mózgu. Płodami ciała każdy pies może zapełnić ziemię.[…].*2  Nawet, o zgrozo, kobiety mogą tak myśleć. A nawet jeśli tak nie myślą, to co z tego. Może po prostu chcą przeżyć życie po swojemu i tyle. A troskę o przyszły świat zostawić pokoleniom, które będą w nim żyły.

Najsmutniejsze z tego wszystkiego jest […]Za kilkaset lat nas już nie będzie, a mieszkający tu przedstawiciele innych współczesnych społeczeństw czy kultur (np. niektórych azjatyckich czy afrykańskich) będą wspominać: „A tak, byli tu kiedyś tacy Europejczycy, których kobiety zapragnęły zachowywać się jak mężczyźni, a mając bardzo skuteczną antykoncepcję, wiele z nich ze względów ambicji zawodowych lub też nadmiernych oczekiwań względem potencjalnego partnera rezygnowało z posiadania dzieci. Już dawno wymarli”.[…] To strach. Strach właściwy prymitywnym mężczyznom, którzy zachowuja się nie jak ludzie, ale jak bezmyślne zwierzęta. Nie mając kontroli nad swoimi genami, chcą mieć kontrolę nad swoimi kobietami, które te geny podają dalej. Bo inaczej będzie katastrofa. Bo przyjdą inni, co gorsza, o matko, jakieś brudasy, znaczy przedstawiciele innych kultur, i obejmą we władanie naszą ziemię. A ja tak skromnie zapytam: i co z tego? To tez jest ewolucja, panie eee… profesorze. Społeczeństw. I być może nie da się tego zatrzymać, stety czy niestety. A już na pewno nie barbarzyńskimi metodami, utrzymującymi w stanie ubezwłasnowolnienia połowę ludzkości. (Tak naprawdę, to trochę się tego obawiam. Że przyjdą jakieś oszołomy i zaprowadzą porządki jak z Opowieści podręcznej M. Atwood. Oby nie. Nie daj Boże. Ale człowiek płci żeńskiej boi się…)

Poza tym, panie eee… profesorze, nie wiem czy się pan orientuje, do mania dzieci trzeba dwojga.  Może więc, tak jak to zrobiono w wielu cywilizowanych krajach europejskich o wyższym niż Polska przyroście naturalnym, próbować podejść do problemu od drugiej strony. Dowartościować mądre, inteligentne i wykształcone kobiety i umożliwić im jednocześnie rozwój zawodowy oraz macierzyństwo. Zachęcić je (ale taktownie i sensownie) do jednego i drugiego. Połączenie jednego i drugiego jest zapewne trudne, ale te babki są inteligentne, na pewno sobie poradzą. I to powinno wyjść na dobre im, mężczyznom i społeczeństwu. To się da zrobić, trzeba tylko nie patrzeć na czubek swojego męsko-szowinistycznego, ksenofobicznego i rasistowskiego nosa.

*1 A. Sapkowski. Narrenturm. superNOWA, Warszawa, 2003.
*2 P.S. Buck. Spowiedź Chinki. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa, 1990.

Georgetown University (III)

I znowu kilka zdjęć z Uniwersytetu. Podziwiamy architekturę kampusu:


Village C


Schody na tyłach Healy Hall


Kawałek szpitala


Medical and Dental Building


O’Donovan Dining Hall


Jesteśmy na dachu Preclinical Science Building i widzimy Basic Science Building (z prawej) i New Research Building


Wnętrze Intercultural Center


Trwa budowa nowego budynku McDonough School of Business

A w ogóle to jest potwornie gorąco i duszno od paru dni. Dzisiaj o 17.35 jest 34°C przy ponad 50% wilgotności powietrza. Dobrze, że mamy klimatyzację…

CDN…

Czy naprawdę trzeba go that far?

Oglądam sobie video do nowego singla Breta Michaelsa (Go that far) i, przy mojej nieustającej sympatii do wykonawcy, myślę sobie, że to naprawdę jest żałosne. Kawałek muzycznie jest do kitu, to po pierwsze, a Bret śpiewa tak, jakby nie umiał. A wydawałoby się, że umie przecież, zawsze miał piękny głos, poza tym nawet jeśli jest to kwestia eee… wieku, to powinno to wyjść ewentualnie na koncertach na żywo, a nie nagrywanej (i poprawianej) w studio piosence. Nie mówiąc już o tym, że miałam niekłamaną przyjemność słuchać go gdzieś w 2005 roku i szło mu przepięknie.
Ratując więc marną piosenkę Bret Michaels postanowił nakręcić do niej „naprawdę rockowe” video, jak sam mówi, chciał widzieć siebie na tym video, cały equipment, i w ogóle cały ten rock’n’roll jest najważniejszy, i chcę zajmować się muzyką przez całe życie, bla, bla, bla. Ekstra, tylko czy naprawdę ten equipment to muszą być panienki tańczące na rurze, machające cyckami i kręcące tyłeczkami, zgrabnymi skądinąd? Większą część video zajmują bowiem migawki z bardzo-na-poziomie TVshow Rock of Love, gdzie grupa pań walczy o względy Breta Michaelsa, dając się prezentować jak idiotki i robiąc wszystko, żeby na końcu, jak wszystkie inne odpadną, jedna mogła pójść z nim na randkę. Nie dziwię im się zresztą, bo Bret, aczkolwiek wyglądał jak marzenie jakieś 20 lat temu, teraz też jest niezły, choć choroba i zapewne rock’and’rollowy tryb życia pozostawiły swój ślad. Poza tym, w show uczestniczą osoby pełnoletnie i wszyscy się na pewno zgodzili na taką, a nie inną jego formułę. Tylko, czy to ma być ten prawdziwy, surowy rock??!!
Rozumiem, że pieniądze każdemu są potrzebne. Ale żeby zachęcać fanów do kupienia rockowego singla czy płyty za pomocą tylko cycków? Fakt, że tak to się robiło i robi nadal w szołbiznesie, nie znaczy, że to tak powinno być. Zwłaszcza w rocku, który ma serce i duszę i klasę; i jest bardzo dla kobiet, moim bardzo osobistym, acz nie sądzę, że zupełnie odosobnionym, zdaniem ;-) . I takie demonstracyjnie pogardliwe używanie kobiecych ciał sprawia przykrość szczególnie, gdy jakoś tam szanuje się czy darzy sympatią danego wykonawcę.

Zdaję sobie sprawę, oczywiście i niestety, że taki Bret Michaels ma w nosie fanki (oraz fanów) myślących tak, jak ja, skoro wytwórnia, producenci, i kto tam jeszcze (albo i on sam, po zastanowieniu) nie odwiedli go od zrobienia takiego właśnie video.  Zawsze mogę jednak głosować portfelem. I na pewno nie kupię najnowszej płyty Breta. No, chyba że do kolejnego singla sam się rozbierze ;-) .