To, co lubię w Ameryce (III)

… to jak przyjemnie i stosunkowo łatwo robi się tu prawo jazdy. Oczywiście, w różnych stanach jest różnie, ale generalnie jest to znacznie prostsze, niż w Polsce. W Virginii wygląda to tak: ze strony Virginia DMV (Department of Motor Vehicles) ściąga się podręcznik z przepisami, znakami drogowymi, itd., uczy się tego wszystkiego, po czym można sobie zrobić testy online i sprawdzić, czy jest się gotowym na zdawanie teorii. Następnie, bez żadnego wcześniejszego zaklepywania terminu, zdaje się egzamin teoretyczny, po którym, jeśli wcześniej się nie jeździło samochodem i nie chce się od razu zdawać praktycznego, dostaje się learner’s permit. Learner’s permit uprawnia do jeżdżenia samochodem przez minimum miesiąc, czyli do uczenia się, pod kontrolą kogoś, kto ma juz prawo jazdy, na przykład kogoś z rodziny, co jest bardzo komfortowe. Ale jeśli nie ma się kogoś takiego znajomego, można oczywiscie zapisać sie na kurs i jeździć z instruktorem. Nie wolno jeżdzić samemu. Kiedy jest się wreszcie gotowym na zdawanie egzaminu praktycznego, trzeba znów pojawić się w DMV, i, po niedługim oczekiwaniu na egzaminatora, wyjeżdża się na ulice na plus-minus dziesięciominutową przejażdżkę. Egzaminator, w moim wypadku bardzo groźnie wyglądająca czarna dziewczyna z tatuażami, sprawdza najpierw, czy w samochodzie działają światła, czy delikwent umie zatrąbić klaksonem, itd., po czym instruuje, czy skręcać w lewo, jechać prosto, itd., oraz każe nie zwracać uwagi na inne hałasy, jakie będzie robić :-) . Jeśli egzamin się nie powiedzie, można bez problemu zdawać znowu nawet następnego dnia; nie wolno tego samego dnia oraz, jeśli nie uda się trzy razy pod rząd, należy poczekać trzy miesiące i można próbować od nowa. Jeśli natomiast wszystko poszło dobrze, czeka się troszkę na zrobienie zdjęcia i na wyrobienie samego dokumentu. Wszystko jednego dnia, a kosztuje to oszałamiającą kwotę 4 dolarów rocznie za prawo jazdy. Za egzaminy się nie płaci.

Cóż, zrobiłam wreszcie to prawo jazdy, po… ho, ho, ho albo jeszcze dłużej :-) , czasie, kiedy to zaczęłam o tym poważniej myśleć. Nie bez znaczenia był fakt, że odstręczało mnie robienie tego w Polsce. No i ogromnie wdzięczna jestem mojemu kochanemu Ż, który namawiał mnie uparcie (chyba lepsze byłoby: molestował bez końca ;-) ), a potem był najlepszym, najcierpliwszym i najbardziej podtrzymującym na duchu i dodającym odwagi instruktorem, jakiego można sobie wyobrazić. Dzięks, Kochanie, teraz ja będę Cię wozić :-) .

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s