If you think it’s crazy, you ain’t seen a thing…

Przyczepił się do mnie kawałek Mötley Crüe Saints of Los Angeles i chodzi za mną i nie chce się za nic odczepić. Słuchając
We are we are the saints we signed our life away
Doesn’t matter what you think, we’re gonna do it anyway
We are we are the saints one day you will confess
And pray to the saints of Los Angeles
,
przy okazji obserwuję sobie tak zwane powroty – gwiazdy rock’n’rolla (albo heavy metalu, glam metalu, hair metalu, czy jak tam komu wygodnie), nieco zapomniane, nieco niektóre dojrzałe albo i przejrzałe, w zupełnie niezdrożnej chęci zarobienia więcej pieniędzy, znowu nagrywają i koncertują. Licząc na starych fanów (tych, co to jednak nie zapomnieli, ale w sercu zachowali), a może i na ich dzieci…? W każdym razie, niektóre te powroty są całkiem niezłe, a niektóre, no cóż… Beznadziejny zupełnie jest nowy Whitesnake, Lay Down Your Love to tragedia. Czy Coverdale musi śpiewać jak Plant? Coverdale-Page mu się trwale rzuciło na umysł? Słabiutki jest też nowy Def Leppard, bardzo defleppardowy wprawdzie, więc może wierni fani sie zachwycą, ale sensu w nim nie ma za grosz. O nowych dokonaniach Breta Michaelsa już, mało entuzjastycznie, pisałam.
Są też pozytywy. Pod koniec zeszłego roku wyszła nowa płyta Sebastiana Bacha, oglądałam niedawno i słuchałam kawałka (Love Is) A Bitchslap i naprawdę jest się czym zachwycić. Sebastian jest w doskonałej formie, śpiewa genialnie, jak zwykle, wygląda…, powiedzmy, że kiedyś wyglądał o niebo lepiej, ale latka lecą, dzieci go przerosły o głowę ;-) , więc nie wymagajmy za wiele. I tak to, co teraz robi jest znacznie lepsze od absolutnie żałosnego Damnocracy… o matko, to było doprawdy żenujące.
A przede wszystkim Mötley Crüe. Ta kapela mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła, gdyż, mimo że zawsze mi się jej dobrze słuchało, nie byłam pod szczególnie wielkim wrażeniem, przynajmniej muzycznym, bo do do innych wrażeń … ;-) . Saints of Los Angeles jest jednak zaskakująco dobrym i dojrzałym kawałkiem. Zespół ten sam, skład ten sam niemal od zawsze (co Vince to Vince, nieprawdaż? Corabi to dopiero była porażka), a jakoś to wszystko jest bogatsze, głębsze… Oprócz muzyki podziwiam także upór Micka Marsa i jego chęć powrotu na scenę. Świetny, i mam wrażenie, że trochę niedoceniany, muzyk (warto posłuchać nie tylko Saints… ale i starszych utworów, tam gra tylko ten jeden gitarzysta), od lat cierpi na zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa, schorzenie postępujące, bardzo bolesne i kończące się całkowitym zesztywnieniem kregosłupa. Kiedy zespół zdecydował się na powrót parę już lat temu, można było zobaczyć Micka w szpitalu. Był dokładną egzemplifikacją powiedzenia, że ktoś wygląda jak śmierć na chorągwi. Aż się serce krajało. Ale postanowił grać i gra. Wspaniale i błyskotliwie, jak to Mick :-) . Tyle, że na video do Saints… jest zadecydowanie najmniej pokazywanym muzykiem, w dodatku bardzo chowającym swoją twarz.
Niezależnie jednak od mojej sympatii do któregokolwiek z członków zespołu, wydaje mi się, że warto skupić się na muzycznych aspektach, zainteresować się i posłuchać całej nowej płyty Mötley Crüe. Może to być bardzo przyjemna niespodzianka.
A tak w ogóle, to najbardziej przede wszystkim powinien być tu Ozzy. W przypadku Ozzy’ego jednak słowa mnie zawodzą. Po prostu – na kolana!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s