okołofeminizmowo, okołonaukowo

Różne takie rozważania na temat HPV i szczepień

Znowu mnie naszło na pisanie o szczepionkach przeciw HPV, zwanych też szczepionkami przeciw rakowi szyjki macicy. Może w tym jest problem, w tej drugiej nazwie? Do tego za chwilę wrócę, bo tak naprawdę to miałam tak ogólnie napisać, że szczepienie przeciw HPV jest sensowne. Chociaż ostatnio pojawiły się doniesienia, że szczepionka ma parę niemiłych efektów ubocznych. Ale FDA i CDC twierdzą, że jest bezpieczna. Trzeba więc się szczepić oraz dzieci swoje. Nawet reklamy w telewizji ciągle przekonują do tego. Wygląda więc, że wszystko jest dobrze, efekty uboczne bedą zawsze, bo wszystko ma efekty uboczne. I wady. Wadami tych szczepionek są, po pierwsze niewątpliwie ich cena, po drugie to, że trzeba przyjąć trzy dawki, a po trzecie, że wprowadzono je niedawno, więc nie ma danych na temat odległych skutków działania, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Jeszcze jedno jest bardzo ważne: szczepionka to nie wszystko. Nawet jeśli nie mówimy wyłącznie o tym, że chroni tylko przed 4 typami wirusa. Nawet jeśli mamy na uwadze tylko ryzyko raka szyjki – trzeba także robić cytologię, regularnie, zgodnie z wytycznymi dla odpowiedniego wieku, dla danej pacjentki. Zatem żeby chronić się przed tym rakiem potrzeba dwu czynników, szczepienia i regularnej cytologii? 
Otóż jest jeszcze jeden ciekawy czynnik i to właśnie jest powód, dla ktorego ta notka wyglada inaczej niż planowałam. Pojawiła się właśnie w Sexually Transmitted Diseases (a raczej pojawi się dopiero w grudniu, taką ma datę) praca, która natchnęła mnie refleksją feministyczno-humanistyczną. Szczepionka przeciw HPV stosowana jest wyłącznie u kobiet. Logicznie, wydawałoby się. Mówi się o szczepieniach dziewcząt, są kłótnie o to, jak wpłynie to na rozwiązłość seksualną tychże dziewcząt i takie tam bzdety, nazywa się więc ten preparat szczepionką przeciw rakowi szyjki macicy. A co z mężczyznami? Oni też przecież mogą być zakażeni HPV. Pojawiają się nawet sensacyjne doniesienia, np. takie, że z grubsza jedna czwarta heteroseksualnych mężczyzn cierpi na zakażenie papillomawirusami odbytnicy i w ogóle okolicy okołoodbytniczej. (Oczywiście, najważniejsze pytanie, które się pojawia to: a skąd TO się TAM wzięło? Oj, ci naukowcy.) Poza tym, zakażenie u mężczyzn ma niewątpliwy wpływ na zakażenie u kobiet, biorąc pod uwagę główną drogę przenoszenia tegoż. Wielu specjalistów uważa, że dopiero szczepienie i kobiet i mężczyzn będzie najskuteczniejszym sposobem na zmniejszenie problemu HPV u ludzi. I rzeczywiście istnieją plany wprowadzenia szczepień także dla płci męskiej.
Co to ma wspólnego z pracą, o której wspominałam? Otóż, zrobiono badanie na grupie młodych mężczyzn, pytając ich między innymi o to, czy przyjęliby szczepionkę, jeśli miałoby to zmniejszyć ryzyko zapadnięcia na raka szyjki u ich partnerek seksualnych. Zapytano o to panów będących zarówno w luźniejszych, jak i trwalszych związkach. I zapytano przed poinformowaniem ich, jakie dobroczynne działanie miałaby szczepionka w odniesieniu do ich własnego zdrowia. Odpowiedź brzmiała: niespecjalnie. Niespecjalnie zainteresowałoby ich coś, co mogłoby zmniejszyć przynajmniej trochę ryzyko ciężkiej choroby u ich bliskich kobiet, a co musieliby zaaplikować samym sobie bez ponoszenia specjalnych kosztów zdrowotnych. Szokujące to, moim zdaniem. Praca mówi też o innych aspektach całego zagadnienia, między innymi o słabej wiedzy na temat HPV w społeczeństwie w ogóle, na temat chorób przenoszonych drogą płciową, itd., choć jednocześnie trzy czwarte badanych zdawało sobie sprawę, że może, nawet nieświadomie, być źródłem zakażenia dla partnerki, a ponad połowa słyszała, że coś takiego jak szczepionka istnieje. Dlaczego więc? Jak dla mnie, rozum nie jest w stanie tego ogarnąć, choć żarty jakoś tak się skończyły, królu Dezmodzie. Myślę sobie, że może to tylko taka grupa badana, tylko to jedno badanie… Może to wszystko przez dawanie do zrozumienia, że ta cała szczepionka to taka babska (czytaj: nieważna) sprawa. Może więc warto byłoby ją reklamować jednak jako szczepionkę przeciw HPV, a nie przeciw rakowi szyjki macicy, bo to implikuje, że zakażenie jako takie dotyczy tylko płci żeńskiej. W takim razie będziemy reklamować szczepionkę mężczyznom mówiąc im, że to ich zdrowie jest zagrożone. W sumie, nic w tym złego, tylko że po lekturze wyżej opisywanej pracy jakiś niesmak pozostaje. Czarno widzę, szczerze mówiąc, te szczepienia u panów. Czas pokaże, jak to będzie wyglądało.
Zastanawiam się jeszcze, czy na pewno była to kwestia pod tytułem: nie interesują mnie babskie sprawy, bo ja jestem prawdziwy maczo. Nie badano mężczyzn homo- i biseksualnych. Ciekawe, czy potencjalna ochrona męskiego partnera seksualnego cieszyłaby się większym zainteresowaniem panów. A może była to raczej kwestia egocentryczna: co się będę szczepił, mnie to nie dotyczy. Warto pamiętać, choć to nie do końca to samo, że szczepimy dziewczęta przeciw różyczce nie dlatego, żeby same nie chorowały, ale żeby uchronić ich potencjalne dzieci przed zakażeniem w okresie płodowym. Zresztą, w ogóle szczepiąc się przeciw czemukolwiek zabezpieczamy siebie, ale i w pewien sposób całkiem spory kawałek populacji – ludzi z naszego otoczenia.
Refleksja osobista: czy ja dałabym się zaszczepić przeciw czemuś, co mogłabym sprzedać mojemu partnerowi, a sama nawet nie byłabym w żaden sposób narażona na chorobę? Dla mnie odpowiedź jest oczywista.