Equus

Pobyt w Nowym Jorku był nawet milszy, niż się spodziewałam. Chociaż jechało nam się bardzo źle, w tamtą stronę był straszny korek (być może dlatego, że ze względu na długi weekend nie zmieniono tablicy informującej o korku na drodze), z powrotem natomiast padał deszcz i też był korek. Powiedziałam Ż., że jeśli jeszcze kiedyś wpadnę na genialny pomysł, żeby jechać do Nowego Jorku samochodem, ma mnie kopnąć w tyłek. Jednak, jak napisałam, cały pobyt, mimo że krótki, był bardzo przyjemny. Miasto, które poprzednio nie przypadło mi do gustu, tym razem zrobiło lepsze wrażenie. Może dla tego, że było chłodniej i mniej tłoczno? Chociaż na Times Square akurat (gdzie się kręciliśmy) były dzikie tłumy ludzi, głównie turystów robiących zdjęcia neonom. Mnie się te światła także podobały – było naprawdę jasno jak w dzień, a chodziliśmy tam przed północą. I wcześnie rano w niedzielę zachwycił mnie Nowy Jork – brak ludzi, brak samochodów, tylko wiatr unoszący śmieci :-) i prawie pusta, nastrojowa ogromna katedra św. Patryka.

A przedstawienie? Mam nieco mieszane uczucia. Sama sztuka ciekawa, rozgrywająca się głównie w gabinecie psychiatry, który usiłuje dociec, co skłoniło siedemnastoletniego chłopca stajennego, kochającego zwierzęta, do brutalnego oślepienia sześciu koni. Ciekawe kreacje Richarda Griffithsa i Daniela Radcliffe’a. Mniej podobali mi się inni aktorzy, niektórzy grali niemal tak, że zastanawiałam się, czy to nie amatorzy. Doszłam jednak do wniosku, że mogła być to kwestia mojego przyzwyczajenia do innej konwencji gry. Polscy aktorzy, których widziałam na polskich scenach, wydawali i wydają mi się bardziej naturalni. Tutejsi – jakby nieco sztuczni, mówiący w jakiś dziwny, sztuczny właśnie, sposób. Poza tym okazało się, że jestem staroświecka i uważam za oczywiste, że aktor na scenie nie odwraca się tyłem do widza. Że nawet jeśli jego postać ma stać tyłem, on jakoś umie to zagrać bez odwracania się. Lubię także słyszeć wszystkich aktorów, niezależnie, czy mówią głośno czy cicho. Tu chyba troszkę takie techniczne szczegóły były niedopracowane. No i sama akcja, w wielu momentach straszliwie przewidywalna. Niezbyt zainteresowani dzieckiem rodzice głównego bohatera, matka nieco dewocyjna, ojciec oglądający w tajemnicy porno. Opiekująca się końmi koleżanka głównego bohatera, która namawia go na seks, po czym, kiedy mu nie wychodzi, pocieszająca, że to się często zdarza. I psychiatra z problemami, takimi samymi albo i większymi, niż pacjent. Poza tym wszystkim jednak było nieźle. Ciekawe połączenie obsesji religijnej z seksem – głównemu bohaterowi miesza się Jezus z bogiem-koniem, Equusem, a mocno erotyczne relacje chłopca z końmi są wyrazem jego wiary i oddania. I dramatyczny moment, kiedy chłopakowi jest wstyd, że próbował się kochać z dziewczyną w stajni, pod okiem koni. Nie mogąc wytrzymać tego wstydu, tego, że Equus widział go poprzez oczy zwierząt, bohater odbiera im wzrok ostrym metalowym narzędziem. Radcliffe całkiem dobry w tej roli, czasem nieco potterowaty, ale to pewnie dlatego, że i Shaffer i Rowling mają podobne spojrzenie na niektóre reakcje nastoletnich chłopców. Znakomicie i smacznie :-) zrobione konie, czyli piękni chłopcy, ubrani w obcisłe ciuchy, tylko z metalowymi, błyszczącymi kopytami i także metalowymi końskimi łbami. Było na co popatrzeć (niekoniecznie na te kopyta czy łby) :-) . Pomysłowa scenografia, tylko cztery pudła, przestawiane nieustannie przez aktorów i bedące, w zależności od sytuacji, sofą w domu bohatera, kozetką w gabinecie lekarza, łóżkiem w szpitalu, czy nawet stogiem siana. I wspaniale pokazana jazda na koniu, dzięki obrotowej scenie, muzyce i światłom naprawdę miało się wrażenie, że bohater galopuje gdzieś daleko przed siebie, mimo pozostawania na niewielkiej scenie. Ogólnie – warto było. Mieliśmy także dodatkową atrakcję w postaci zachowania fanów (a głównie fanek) po przedstawieniu, zachowania pod tytułem: czekamy na gwiazdę. Tłumy młodzieży, upchanej przez policję za barierkami i spychanej przez tę policję z ulicy, wybuchającej szalonym entuzjazmem, kiedy Daniel Radcliffe wyszedł z teatru. Prośby o autografy, robione zdjecia, okrzyki (Daniel, Daniel! oraz skandowane: love machine, love machine :-) ), brawa, gwizdy, jednym słowem szaleństwo. Aż przyjemnie było na to popatrzeć.

Advertisements