Miesiąc: Styczeń 2009

Mizogin Lem

Lubię Lema. Oczywiście, Lem jest bardzo popularny obecnie. Wszyscy go lubią, wszyscy kochają, Gazeta W. wydaje jego powieści z ciekawymi dodatkami. I fajnie, bo miło jest pogadać czy nawet posłuchać ludzi, którym podobają się podobne rzeczy. Nie zgodziłabym się jednak z wynoszeniem Lema na piedestał, a już zwłaszcza nie uważam, że należałby mu się Nobel, jak w laurce na cześć napisał chociażby autor tego bloga. Bo, jak lubię Lema, strasznie nie podoba mi się obraz kobiet w jego książkach, sposób przedstawiania kobiet, stosunek mężczyzn do kobiet w jego książkach, i niesmakiem napawa mnie fakt, iż sam Lem tak właśnie mógł widzieć kobiety. Ktoś taki nie zasługuje na Nobla, ktoś taki nie zasługuje nawet na miano pisarza wybitnego (co nie znaczy, że nie jest pisarzem świetnym). Wiem, że Lem był pisarzem sf, wiem, że w ogóle każdy pisarz opisuje świat taki i w sposób, jaki uzna za stosowny. Ale wiem też, że Lem uważany jest za filozofa, że nawet jego, powiedzmy, lżejsze powieści zawierają, zdaniem hardcore fanów, rozrzucone tu i ówdzie okruchy filozoficznych rozważań, przebrane li i jedynie w rozrywkową treść. Moim zdaniem jednak ktoś, kto programowo nie zauważa połowy ludzkości, kto tej połowy nie zna i nie chce poznać i zrozumieć, kto tej połowie nie poświęca uwagi, a jeśli poświęca, to i tak brzydko wyłazi z tego strach i niechęć – ten ktoś jest takim filozofem, jak waltornia wiadomo z czego. Od filozofa wymaga się. Zresztą, od pisarza, podobno wybitnego, też się powinno.

Kobiet nie zauważamy, z kobietami nie mamy nic wspólnego (jak uczono w zakonach męskich) – tak jest u Lema. Nawet nie bardzo przeszkadza mi to, że w „Głosie Pana” nie ma żadnej kobiety-uczonej, są sami mężczyźni-naukowcy. Kobiety wystepują w roli paprotek, o przepraszam – sekretarek. To akurat może wynikać w własnych przeżyć autora – takich, że kiedyś zdecydowana większość świata nauki była męska – i można to w sumie złożyć na karb doświadczeń pod hasłem: tak było. Chociaż z drugiej strony, Lem był OMC lekarzem, widział więc chyba i lekarki podczas studiów, nieprawdaż …? Jedną panią doktor, Nosilewską, Lem czyni wprawdzie bohaterką „Szpitala Przemienienia”, ale robi to w taki sposób (zwłaszcza ostatnia scena), że flaki się przewracają. Do Nosilewskiej wrócę jeszcze, bo jest to zaiste kuriozum. Czyli można założyć, że ten powyższy brak kobiet u Lema może być, nieprzyjemną wprawdzie, ale kwestią uwarunkowań i wychowania. Zawsze jednak zadziwiał mnie brak kobiet w życiu Pirxa. Pirxa bowiem czytelnik poznaje bardzo dobrze, przez lata, od młodego chłopaka do dorosłego mężczyzny w „smudze cienia”. Wiadomo, jakim jest nawigatorem, jakim dowódcą, wiadomo, że na najróżniejsze misje wozi ze sobą piżamę i ranne pantofle (bo bez tego nie czuje się na wysokości zadania), że lubi keks, piwo, i tak dalej. A co z jego życiem erotycznym? Chyba lubił kobiety, bo raz usiłował poklepać po pupie siostrę Mattersa. Swoją drogą, miłe zwyczaje godowe, ciekawe, czy Lem też je stosował. W ogóle lubię ten fragment, lubię bardzo wcześniejsze oraz późniejsze przezabawne rozważania Pirxa na temat siebie samego w tym opowiadaniu, ale, na litość, takie rozważania powinien prowadzić nastolatek, a nie student czwartego roku. No i cały opis randki z bezimienną siostrą Mattersa (definicja kobiety przez męskich członków jej rodziny?) – tam nie ma słowa o rozmowie, tam jest tylko kwestia, jak tę kobietę „zdobyć”, oczarować, zabawić, a nie potraktować jak człowieka, z którym można na przykład, halo panie Stanisławie, porozmawiać. I jeszcze krzywdę robi tu Lem swojemu głównemu bohaterowi, co konstatuję z wielkim żalem, bo Pirxa kocham miłością dozgonną. A pisarz robi z niego kretyna bojącego się kobiet, nie ufającego im i traktującego je jak idiotki jednocześnie. Drugi przykład: Pirx w „Albatrosie” obserwuje współpasażerkę. Że jest ładna, dowiadujemy się parę razy, a co poza tym – […] Kobiety nie powinny mieć tyle pieniędzy […] myśli Pirx na widok jej naszyjnika. Jakbym słyszała drugiego Komorowskiego. A potem […] Nie był zgorszony […] – cóż za łaskawca. […] Sąsiadka z jadalnej. Ile mogła mieć lat? (kwestia najważniejsza dla mężczyzny?) Miała na sobie jakąś całkiem inną suknię. A może to była w ogóle jakaś inna kobieta?[…] (no, głupek) […] Należało coś powiedzieć – czy raczej nie? Bo niby sie przedstawił […] (takie dylematy to ma czternastolatek, doprawdy). […] Czy kobiety muszą farbować sobie włosy na taki kolor? Normalnemu człowiekowi robi sie na taki widok trochę…[…] Dzięki, miły autorze, za poinformowanie czytelników i czytelniczek, kto tu jest normalny. Ja widzę jednak wycofanego mężczyznę, z kompleksami, który, nie umiejąc sobie dać rady w normalnych kontaktach międzyludzkich, kompensuje to sobie, uważając się za lepszego, a kobiety, siłą rzeczy, za gorsze. I dalej dialog: […] – Czy coś się dzieje? – Nic takiego, proszę pani […] (nie turbuj swojej małej główki) […] Teraz można było rozpocząć normalną, wstępną rozmowę. […] Kolor włosów nie przeszkadzał. Była bardzo ładna. Poszedł przed siebie. […] O matko. No, idiota i bufon. Oraz ktoś zupełnie nie zainteresowany drugą osobą, która jest dla niego tylko dodatkowym elementem wystroju. Poza tym zauważę, że te dwie panie, siostra Mattersa i pasażerka, są jedynymi postaciami żeńskimi w „Opowieściach o pilocie Pirxie”. Wiadomo, kobiety nie rymują się z tak wzniosłą ideą, jak podbój kosmosu, na cholerę nam ich mętna fizjologia i psychologia. Oraz, moim zdaniem, świadczy to o żałosnych umiejętnościach Lema w zakresie konstruowania postaci. Żeńskich głównie, ale i męskich. O, przepraszam, jest jeszcze sekretarka, platynowa blondynka w „Rozprawie„, co to odbiera sobie […] za pomocą kredki, tuszu i szminki, ostatnie ślady własnej indywidualności […] oraz prawie cieszy się […] jak gdyby ci, co dobrze ich znali, należeli już do jakiejś obcej, może nawet wrogiej konspiracji, nakazującej najwyższą nieufność. […] Głupszej już tej pani Lem nie mógł stworzyć, właściwie pozostaje współczuć mu tylko takiego postrzegania drugiej płci. Oraz, wstrętna będę, wiem, współczuć jego żonie.

Mamy więc na razie, po pierwsze, brak kobiet u Lema, a raczej ich szczątkową obecność w postaci bezosobowościowych upiększaczy krajobrazu – warto w tym momencie wspomnieć jeszcze o Ijonie Tichym i „Pokoju na Ziemi„, gdzie widzimy zamachowczynię-lalkę ucharakteryzowaną na Marylin Monroe oraz nagą blondynkę na Księżycu. Obie „kobiety”, a raczej ich kobiecość występuje tu wyłącznie w celu uwiedzenia oraz rozproszenia uwagi głównego bohatera. Oraz, po drugie (i trochę jednocześnie), kobiety jako koncertowe idiotki. Deprecjonowanie kobiet może mieć źródło w strachu przed nimi, co widać u Pirxa. Strach ten dominuje również w „Solaris„, której to pozycji bardzo nie lubię, właśnie ze względu na stosunek Krisa do Harey. Stosunek podszyty strachem i obrzydzeniem faceta, że ta baba mogłaby już  raz na zawsze zniknąć, a ona nie chce i ciągle się pojawia. Co nie przeszkadza mu z nią sypiać, oczywiście.

Więcej o strachu przed kobietami i o innych przejawach mizoginii Lema w następnym odcinku.

Reklamy

„During confession” i „under the altar”

Znowu niedobrze się robi, kiedy czyta się takie doniesienia o wesołym życiu  funkcjonariuszy Kościoła Katolickiego. Gazeta pisze o skandalu, ale jaki to skandal? Skandal to byłby, gdyby dwu księży pobiło się w kościele o datki z kolędy. A to, że dręczyli i wykorzystywali dzieci, chore w dodatku, i to takie, że mogli liczyć na to, że nikomu o niczym nie opowiedzą, to jest zwykłe skurwysyństwo. Oraz poważne przestępstwo. I obrzydliwe jest, że tak to sobie wszystko dobrze zorganizowali, w taki niemal przemysłowy sposób. Swoją drogą aż dziwne, że nie molestowali nie tylko głuchoniemych, ale i niewidomych dzieci. Takie dzieci nie mogłyby ich rozpoznać i wtedy – hulaj dusza. Widać księżulkowie byli zbyt zadufani w sobie i pewni, że sprawa nigdy nie wyjdzie na jaw. Albo, co gorsza, przekonani, że nie robią nic specjalnie złego. Cóż, tradycyjne i niemoralne wieloletnie podejście Kościoła, czyli zamiatamy wszystko pod dywan, na pewno utrzymywało ich w tym przekonaniu: […] Przełożony księży przekonuje dziennikarzy, że nie orientuje się w zarzutach. Także miejscowy biskup Giuseppe Zenti, do którego pierwszy list ze skargą na dawnych wychowawców dotarł w listopadzie 2008 r., uchyla się od odpowiedzialności. […]

[…] – Jeśli te fakty znajdą potwierdzenie, to byłaby to rozdzierająca rana dla naszej wspólnoty – powiedział przed kilkoma dniami dziennikarzom „L’Espresso”.[…] No jasne – rana dla wspólnoty. A może by tak włączyć empatię chociaż na poziomie pantofelka i zastanowić się nad ranami tych, którzy naprawdę zostali skrzywdzeni? I przynajmniej teraz profilaktycznie zabronić potencjalnym przestępcom jakichkolwiek kontaktów z młodzieżą: […] Z ośrodkiem nadal jest związanych mniej więcej dziesięciu księży oskarżanych o molestowanie […].

Wszystko jest więc po staremu, przynajmniej w Europie: […] – Zachęcił nas Benedykt XVI, który w Nowym Jorku i Sydney spotkał się z ofiarami księży pedofilów. I obiecał, że Kościół zrobi wszystko, by nikt już nie został skrzywdzony – tłumaczą dziennikarzom włoskiego tygodnika „L’Espresso”. […] […] Kiedy jednak wbrew ich nadziejom i deklaracjom Watykanu nie nastąpiły żadne działania, postanowili zwrócić się do prasy.[…] […] Po głośnych skandalach pedofilskich w amerykańskim Kościele Watykan wydał zalecenia, aby w przypadku podobnych oskarżeń – przy zachowaniu domniemania niewinności – odsuwać księży od pracy z dziećmi już w czasie śledztwa kościelnego. Zarzuty wychowanków ośrodka w Weronie mogą świadczyć o tym, że lokalny Kościół zlekceważył te wskazówki.[…]

Oj, przydałoby się przetrzepać kieszenie Kościoła, tak jak zrobiono to w Stanach. Może gdyby ktoś zbankrutował, parę kościołów trzeba było sprzedać, wówczas odpowiedzialni funkcjonariusze reagowali by nieco szybciej i parę osób udało by się uchronić. Bo na ruszenie niektórych sumień chyba nie ma co liczyć.

(Artykuł z L’espresso jest tutaj. Tłumaczenie na angielski tu, ale uprzedzam: szczegóły są drastyczne i naprawdę rzygać (i płakać jednocześnie) się chce podczas czytania.)

Inauguracja oczyma koleżanki S. :-)

Jakie, oprócz obejrzenia zaprzysiężenia nowego prezydenta czy parady na jego cześć, mogą być powody wybrania się na inaugurację? Na przykład zbliżający się termin porodu. S. opowiedziała nam dzisiaj, pół żartem pół serio, co skłoniło ją wczoraj do pójścia, razem z całym tłumem ludzi, na piechotę do Waszyngtonu. S. jest w bardzo zaawansowanej ciąży, właściwie zgodnie z terminem już mogłaby rodzić. Nie uśmiechało jej się jednak znalezienie się we wszystkich kanałach telewizyjnych jako matki pierwszego (a może jedynego) inauguracyjnego dziecka (zupełnie nie wiem, dlaczego ;-) ), nie stała więc przynajmniej na dworze, nie marzła, nie zmęczyła się, była w budynku i obserwowała wszystko z okien, robiąc liczne zdjęcia snajperom. Otóż, mogłaby zostać u siebie w Arlington, czyli po drugiej stronie rzeki, rzut beretem od DC i swojego szpitala. Zadzwoniła jednak do arlingtońskiej straży pożarnej (logiczne, nie?), a tam ją uprzejmie poinformowano, że gdyby zaczęła rodzić, karetka nie zawiezie jej do tegoż szpitala. Bo oczywiście most jest zamknięty, nawet dla karetek. Mogłaby zostać podrzucona do jakiegoś szpitala w Virginii, ale ten pomysł jej się nie podobał. Poszli wiec z mężem na inaugurację, popatrzyli, obejrzeli, spokojnie wrócili do domu, a dzisiaj S., świeżutka i pełna entuzjazmu, pojawiła się w pracy. Ciągle w ciąży. Bardzo, widać, wzięła sobie do serca słowa swojego nowego prezydenta, że trzeba brać się za siebie, brać się do roboty i że lekko nie będzie :-) .

Prezydent Obama – garść impresji

No i skończyło się tak, że jednak oglądam tę inaugurację. Na trzech różnych kanałach, zresztą, na zmianę, bo prezentują one zawsze trochę inne spojrzenie, mimo pokazywania oczywistego. FOX na przykład jest zwykle bardziej nowoczesny – mnóstwo kolorowych, szybkich informacji, MTV-style – w tej chwili czekają głównie na paradę. W tym samym czasie dziennikarze i prezenterzy ABC prawie płaczą, mówiąc o senatorze Kennedym, który miał kłopoty zdrowotne i zabrany został do centrum medycznego w Kapitolu.

Przemowa Obamy podobała mi się, choć oczywiście sporo było okrągłych zdań. Ale nie była za optymistyczna, Obama nie mówił, że wszystko będzie łatwe, wprost przeciwnie, że trzeba wziąć się do roboty.

Zaskoczyła mnie trochę modlitwa Ricka Warrena, myślałam, że bedzie troszkę bardziej ekumeniczna. Widowni chyba nie zachwyciła, sądząc po chwilowej ciszy i raczej chłodnym przyjęciu.

Zadziwili mnie ludzie, którzy czekali na uroczystość od niemal pólnocy, w zimnie i na wietrze. Jeszcze mówili, jak jedna dziewczynka chyba, że historia ją dzisiaj ogrzewa. I wszyscy, którzy siedzieli i stali przed Kapitolem bez czapek na głowach. Zimno mi było na ich widok, ale tu wielu ludzi jest zupełnie niewrażliwych na chłód.

Zmarzła na pewno Jill Biden, której strój podziwiałam. Miała ładny czerwony płaszczyk, a pod nim piękną srebrną sukienkę z bardzo krótkimi rękawkami. Nic dziwnego, że było jej zimno. Za to wyglądała slicznie w porównaniu z Michelle Obamą. Ta, niestety, moim zdaniem (a widziałam zdania absolutnie inne), wyglądała tragicznie. Paskudny żółto-jakiś kolor płaszcza i sukienki był okropny, ale ten kardigan… który wyłaził jej spod płaszcza na wietrze, związany na dziwaczną kokardkę – tragedia. Taki sweterek pasowałby bardziej do pasania kóz, może bez tej ozdabiającej go broszki. Broszka też była zresztą ni przypiął, ni przyłatał, a, jak lubię zielony, te zielone rekawiczki i buty w bardzo brzydkim odcieniu nie pasowały do niczego i dopełniały dzieła. I żeby nie było, że czepiam się tylko Michelle, nowy prezydent też mógł założyć inny krawat, a nie ten, co zawsze. Pewnie to oczywiście nie był ten sam krawat, ale czy ten facet musi być zawsze w takich samych kolorach? I taki sam szalik? I taki sam garnitur?

Bardzo to niefeministyczne, że czepiam się Michelle Obamy najbardziej i to za wygląd. Ale, gdyby stała na stanowisku, że wygląd się nie liczy, to byłoby OK. Ale skoro sama radzi się projektantów i chce wyglądać ładnie, to ja sobie ją pokrytykuję. Zwłaszcza, że czasem jej to wychodzi – pięknie wyglądała, kiedy jej mąż wybrany został na prezydenta.

Feministycznie za to podoba mi się, że o Jill Biden mówią per doktor Biden, a nie tylko Ms. Biden, albo, co gorsza, Ms. Joe Biden.

I, jak zwykle, wzruszyło mnie i rozśmieszyło, podawanie do wiadomości takich maleńkich szczegółów, jak czym szorowano wyloty silników samolotu, że tak błyszczały (Windexem! Drogi konsumencie – stosuj windex codziennie!) albo co było w tej zawiązanej na kokardkę paczce, którą Michelle podarowała Laurze. Tylko Amerykanie zdolni są zajmować się takimi duperelami :-) .

Teraz czekam na orkiestry, dużo hałasu, trąbienia i Hail to the Chief, który skrycie uwielbiam:-) .

Trza być w butach na inauguracji

Inauguracja już jutro. Kiedy ogląda się telewizję, dowolny zupełnie program, widać, że wszystko jest pod kontrolą. Amerykanie mają wybitne zdolności do dawania do zrozumienia, że wszystko jest pod kontrolą i każdy, ale to absolutnie każdy jest superprofesjonalistą w tym, co robi. Efekty wygladają potem różnie, ale cóż. Tak czy inaczej, odpowiednie służby pozamykały wszystko, co było do zamknięcia, a teraz robione są wyłącznie ostatnie poprawki, żeby uroczystości przebiegły tak, jak należy. Pamiętam tylko, jak bardzo narzekali ludzie mieszkający i prowadzący swoje interesy niedaleko Convention Center. Że będą przez długi czas zamknięci w domach, a zwłaszcza, że będą musieli zamknąć swoje małe sklepiki, pralnie, bary, czy co tam jeszcze. Pewnie tak samo narzekali mieszkający w pobliżu Capitol Hill, czy wszystkich miejsc, gdzie odbywają się bale. Mam wrażenie jednak, że nie znaleźli specjalnie zrozumienia. Policja przeprasza zawsze za inconvenience, ale podejście jest: cieszcie się z nowego prezydenta i morda w kubeł.

Nas, mimo że pracujemy w DC, nic specjalnego nie obowiązuje. Z prostego powodu – dziś i jutro mamy wolne. Dzisiaj, bo święto M.L. Kinga, a jutro – wiadomo. Zresztą, nie chciałam jechać do Waszyngtonu nawet wczoraj, ze względu na ewentualne utrudnienia w ruchu (zapowiadano je na cały długi weekend). Może nic by się nie działo, ale spędzanie w korku na autostradzie połowy niedzieli nie bardzo mi się uśmiechało. A dzisiaj i jutro siedzimy w domu – we wtorek dostęp do miasta normalnymi drogami będzie niemożliwy. Zamknięte będą autostrady i zablokowane mosty.

Jeśli jednak ktoś chce powyznawać miłość Obamie publicznie, to potem, jak już dostanie się do Waszyngtonu, wszystko ma być wyłącznie łatwiejsze – metro otwiera swe podwoje o 4 rano i będzie jeździło do późnego wieczora. Ci, którzy mają bilety na zaprzysiężenie, będą wysiadać tylko na określonych stacjach: odpowiedni kolor biletu = odpowiednia stacja. A część stacji ma być w ogóle zamknięta, żeby nie wprowadzać zamętu. W sumie to najlepiej iść na piechotę; parę osób, które znam i które się wybierają, tak właśnie ma zamiar zrobić. Tym bardziej, ze okazało się, że nie przyjadą 4 miliony gości, a tylko małe 2 miliony. I że miejsca w hotelach jeszcze są dostępne (ciekawe jakich?). Dobrze mają ci, którzy pracują na trasie parady. Będą mogli, po wyjściu do biura o jakiejś barbarzyńskiej godzinie (bo trzeba przejść przez wszystkie security check-pointy), popatrzeć sobie na dachy przejeżdżających limuzyn i posłuchać orkiestr przez zamknięte okna.

A pogoda robi się coraz lepsza. Ciagle jest wprawdzie parę stopni mniej, niż średnie temperatury w tym miesiącu, ale nie tak zimno, jak w piątek czy sobotę. Wiele osób bało się, że bedzie za zimno i za wietrznie, żeby stać długo przed Kapitolem. Jednakowoż, prawdziwego Amerykanina nic nie przeraża. No, może czasem śnieg. Ten pada dzisiaj troszeczkę, ale jutro ma być słoneczko. Wszystko więc jak na zamówienie. Swoją drogą pojawiają się pytania, dlaczego inauguracja musi być akurat 20 stycznia i czy nie można by tego zmienić, Mr. President? Nikt z moich szanownych amerykańskich kolegów nie wyjaśnił mi, dlaczego akurat ten dzień w styczniu. A myślałam, że co jak co, ale historię własnego kraju mają w jednym palcu. Jeśli kogoś to specjalnie interesuje, może sobie przeczytać tutaj.

Jakoś nie potrafię wykrzesać z siebie entuzjazmu dla tego wszystkiego. Nie, żebym koniecznie chciała wykrzesywać cokolwiek. Z drugiej strony, nie mam nic przeciwko Obamie. Tyle, że on jeszcze nie jest prezydentem i nic jeszcze nie zrobił. Może więc warto poczekać z wiwatami? Ludzie jednak, zmęczeni Bushem, traktują Obamę jak gwiazdę pop i mesjasza w jednym. Oglądam The View w telewizji, znane dziennikarki, znane kobiety, a piszczą, och, ach i wow do nowego idola, Whoopi Goldberg przypina sobie znaczek z Obamą do włosów, jedna tylko Barbara Walters wygląda na troszkę zażenowaną, ale i jej się to w sumie udziela. Po czym pokazuja wywiady z czarnymi mieszkańcami DC (i nie tylko), a ci mówią, jak to sie spodziewają cudu po nowym prezydencie. Da każdemu po sto milionów? I czy to nie jest aby rasizm (w takim dniu?), pokazywać tychże Afro-Amerykanów jak ludzi, hmm, niezbyt myślących?

Springsteen, U2, Jon Bon Jovi? Strasznie nie podoba mi się idea koncertów gwiazd dla polityków. Rozumiem, że gwiazdy lubią spotykać się z politykami, że to wyższe sfery, rączka rączkę myje, i tak dalej. Rozumiem nawet bardziej aktorów. Ale muzycy? Ci powinni grać tylko dla fanów, ewentualnie na jakieś chlubne cele. Domyślam się, że wielu z nich nie robi tego wyłącznie z powodów koniunkturalnych. Jednak dla mnie jest to jakieś sprzedawanie swojej duszy (bo tak rozumiem twórczość, jeśli ktoś sam pisze swoją muzykę i teksty) i to dla polityki, czyli czegoś z definicji brudnego. Wiadomo, co Kazik śpiewał o artystach i naprawdę trudno mi powstrzymać się przed analogiami. Oraz przypominaniem sobie tych starych zdjęć z pochodów pierwszomajowych w Polsce. Chyba jestem skażona takimi polsko-okołoPRLowsko-postsocjalistycznymi obawami. A to są przecież Amerykanie, oni tak lubią, oni tak robią, oni nie uważają polityki za brudną (hmm, naprawdę?). Podobało mi się jednak to, co powiedział pewien artysta, też Amerykanin, którego uwielbiam i cenię od lat, że Obama jest bardzo inteligentnym człowiekiem, ale jako polityk jest wielką niewiadomą i może powstrzymajmy się z orgazmami i poczekajmy chwilę na to, czego dokona.

Pewnie jednak rzucę okiem na włączony telewizor jutro. W końcu człowiek mieszka w tym kraju, a chwila jest historyczna. Ale rzucę bez entuzjazmu. Na szczęście entuzjazm nie jest wymagany, nawet u tych, którzy dopytują się: no, skoro nie przyjeżdżasz na inaugurację, to bedziesz oglądała w TV, prawda? I nie przyjmują, nie rozumieją wręcz, odpowiedzi odmownej, czy nawet wahającej.

Ale, ale, udało mi się zauważyć jedną, zgoła inną reakcję na prezydenturę Obamy, nawet w okolicach DC, gdzie, wydawałoby się, wszyscy wiwatują na potęgę. Ksiądz na kazaniu wczoraj gładko przeszedł od Samuela do Obamy (cieszymy się szalenie, zwłaszcza, że udało się pokonać rasizm w naszym kraju), a potem do tego, że Obamę kochamy, ale zbliża się rocznica podpisania Roe vs. Wade. A wiadomo, jakie plany i poglądy ma Obama na temat aborcji. W związku z tym organizujemy marsz na Waszyngton (pewnie będą dwa marsze, przeciwne). Bo musimy głosić, że aborcja jest zawsze zła. A nowy prezydent nie chce się z nami zgodzić. W autobusach są jeszcze wolne miejsca, można się zapisać, marsz jest w czwartek, zewrzyjmy szeregi.

No właśnie, inauguracja inauguracją, trzeba podejść na baczność do tej historycznej chwili, ale co pojutrze, za tydzień, za miesiąc…?

Znowu Salmonella w USA

Tym razem w maśle orzechowym. Do piątku wieczorem stwierdzono zakażenie Salmonella Typhimurium u 474 osób w 43 stanach. Sześć osób zmarło. Źródłem było prawdopodobnie masło marki King Nut, nie sprzedawane bezpośrednio klientom w sklepach, ale rozprowadzane do szpitali, restauracji, piekarni, szkół, uniwersytetów i tak dalej. Ale cały czas prowadzone są dochodzenia, czy i jakie mogły być inne źródła epidemii. FDA apeluje, żeby sprawdzić listę (niekompletną oczywiście na razie) i unikać wycofanych produktów . I w ogóle na razie – do czasu, aż dochodzenia zostana ukończone – lepiej powstrzymać się przed jedzeniem czegokolwiek zawierającego masło orzechowe (ciastek, lodów, cukierków), niezależnie od tego, jaka firma jest producentem.

Więcej na stronach CDC i FDA oraz gdzie indziej.

„Milk”

Milk Gusa Van Santa opowiada historię kariery Harveya Milka (Sean Penn), pierwszego nieukrywającego swojej homoseksualnej orientacji polityka, wybranego na urząd publiczny w Stanach. Milk był aktywnym działaczem na rzecz gay rights – czasem mówi się o nim jako o męczenniku tej sprawy – został bowiem zastrzelony przez kolegę-radnego w niecały rok po objęciu urzędu. Film pokazuje drogę Milka do kariery, jego aktywność, jego przemowy na wiecach, jego współpracę z ludźmi, wreszcie jego życie prywatne podczas tego wszystkiego. To, co podobało mi się w filmie, to atmosfera tamtego czasu, chyba całkiem nieźle zachowana poprzez zręczne powplatane zdjęcia dokumentalne, nieco para-dokumentalny sposób filmowania i dobry pomysł z narracją samego Milka, która spina klamrą cały film. Bardzo wiarygodnie pokazana jest determinacja Milka w drodze do celu, jego odwaga, otwartość i optymizm mimo wszystko. Jednocześnie film nie idealizuje bohatera – jego życie osobiste wyglada bardzo marnie, z niemożnością zbudowania bliskiego związku, a już traktowanie przez Milka jego kochanka, Jacka Liry (Diego Luna), jest po prostu okrutne. Nie podobało mi się to, że film bywa bardzo płytki i powierzchowny. Zupełnie prześlizguje się nad najbliższymi współpracownikami Milka – są, a jakby ich nie było, właściwie niewiele o większości z nich wiadomo (może z wyjątkiem Anne Kronenberg (Alison Pill) oraz Cleve’a Jonesa (Emile Hirsch)), stanowią jakąś nieokreśloną grupę osób, a nie indywidualności.  Więcej można się o nich dowiedzieć z informacji podawanych na końcu filmu – o tym, co ludzie ci naprawdę robili w latach siedemdziesiątych i robią do chwili obecnej. Po obejrzeniu tych informacji, okraszonych autentycznymi zdjęciami, miałam zresztą wrażenie, że najważniejsze dla reżysera było to, aby aktorzy byli jak najbardziej fizycznie podobni do swoich bohaterów, a nie dał im się specjalnie wykazać kunsztem aktorskim. Swoją drogą, może jest to też „wina” (albo raczej zasługa) Seana Penna, absolutnie olśniewającego w swojej roli. Kiedy pojawia się na ekranie, a pojawia się, naturalnie, bardzo często, inni aktorzy przestają istnieć. Trudno oderwać od niego wzrok, od jego gry, jego uśmiechu oraz … hmm, innych części ciała, przynajmniej na początku filmu ;-) . (Jest taka scena, kiedy Milk mówi swojemu młodemu współpracownikowi, kiedy ten przychodzi na spotkanie ubrany w garnitur, że nigdy nie powinien zakładać garniturowych spodni, tylko najbardziej obcisłe dżinsy. Stanowczo uważam, że sam Milk-Penn powinien skorzystać ze swojej rady :-) ).

Tak czy inaczej, warto film obejrzeć. Dla Seana Penna. Po to, żeby wzruszyć się końcowymi scenami pochodu-demostracji po śmierci głównego bohatera. Po to, żeby dowiedzieć się, jak wyglądał fragment walki o prawa gejów w Stanach trzydzieści lat temu, walki o kalifornijską Proposition 6, a także jak wyglądały szczegóły procesu Dana White’a. Może niektórym są to sprawy znane, ale nie sądzę, żeby wszyscy o nich wiedzieli, szczególnie poza USA. Poza tym – kiedy patrzyłam na scenę, jak jedna z bardzo pobocznych postaci wycierała rękę po przywitaniu z Milkiem i Smithem (James Franco), przypominało mi się, jak to niektórzy obecnie mówią, że brzydzą się podawać rękę gejom. Kiedy pokazywano walkę o Proposition 6, uświadomiłam sobie, że to jest niemal to samo, co niedawno w Polsce, kiedy głoszono, iż homoseksualiści powinni mieć zakaz wykonywania zawodu nauczyciela. Po obejrzeniu filmu trudno więc uciec przed smutną refleksją, że niby trzydzieści lat minęło, świat się zmienił, jednak w niektórych miejscach niektóre sprawy pozostały takie same. A, i jeszcze jedna rzecz mnie zastanowiła – w filmie zupełnie nie ma lesbijek (poza zupełnym rodzynkiem, czyli Anne Kronenberg). Czy one  nie brały w tym wszystkim udziału, nie angażowały się? Bo skala zaangażowania mężczyzn jest imponująca, a głosu kobiet w ogóle nie słychać. Czy tak naprawdę było, czy to tylko wizja reżysera?

„Bring people together”

Wykazałam się refleksem szachisty, ale i tak napiszę. Jak wiadomo, więźniów w więzieniu Guantanamo torturowano na różne sposoby. Między innymi puszczano im muzykę różnych zachodnich wykonawców, potwornie głośno i przez 24 godziny na dobę, pozbawiając ich w ten sposób snu oraz w ogóle doprowadzając do obłędu. Niektórzy autorzy wybranych utworów zareagowali tak, jak James Hetfield:
[…] The German-language television network 3SAT recently conducted an interview with METALLICA guitarist/vocalist James Hetfield about the band’s new album, „Death Magnetic”, the „Some Kind of Monster” movie and the use of METALLICA’s music to torture Guantanamo Bay, Cuba prisoners. „Part of me is proud is because they chose METALLICA,” Hetfield said about the reports that the band’s song „Enter Sandman” was used during the interrogation of Mohammed al-Qahtani — known as the 20th hijacker on Sept. 11 — and that listening to the track brought al-Qahtani to tears „because he thought he was hearing the sound of Satan.” James added, „It’s strong; it’s music that’s powerful. It represents something that they don’t like — maybe freedom, aggression… I don’t know… freedom of speech. And then part of me is kind of bummed about it that people worry about us being attached to some political statement because of that. We’ve got nothing to do with this and we’re trying to be as apolitical as possible, ’cause I think politics and music, at least for us, don’t mix. It separates people, [and] we wanna bring people together. So, so be it. I can’t say ‚Stop.’ I can’t say ‚Do it.’ It is just a thing — it’s not good or bad.”[…] (z Blabbermouth.net)
Że tak zapytam – WTF? Że co? Jaka wolność, jaka freedom of speech? Czy komuś tu zupełnie odbiło, czy nie może pogodzić się z tym, że najnowsza płyta jest do kitu i plecie takie trzy po trzy? Bo aż nie chce mi sie wierzyć, że mówił to serio. Może czegoś nie zrozumiał, biedny James. A jeśli rzeczywiście tak myślał, to udało się Metallice bring people together, nie ma co. I może on faktycznie wierzy, że muzyka nie ma nic wspólnego z polityką – choć tu mógłby posłuchać niektórych własnych kawałków – ale może mogłaby wiązać się z przyzwoitością? Przykro mi czytać coś takiego. Zwłaszcza, że Jaymz wykazuje nie tylko zupełny brak empatii oraz poczucia przyzwoitości, ale też jakiś kompletny szacunku do własnych dokonań. Nie mówiąc juz o tym, że ta wypowiedź jest zwyczajnie głupia:
[…] Unfortunately, some artists are not offended by their work being used to torture. „If the Iraqis aren’t used to freedom, then I’m glad to be part of their exposure,” James Hetfield, co-founder of Metallica, has said. As for his music being torture, he laughed: „We’ve been punishing our parents, our wives, our loved ones with this music for ever. Why should the Iraqis be any different?” Such posturing may go with the territory for an artist of the Metallica genre, so there is no need to speculate about whether Hetfield is being naive or wilfully ignorant. But no sane person voluntarily plays a single tune at earsplitting volume, over and over, 24 hours a day, and expects to stay sane. […]

Nie wszyscy muzycy zachowują się, na szczęście, jak banda dupków. Trent Reznor na swojej stronie zareagował tak: […] It’s difficult for me to imagine anything more profoundly insulting, demeaning and enraging than discovering music you’ve put your heart and soul into creating has been used for purposes of torture. If there are any legal options that can be realistically taken they will be aggressively pursued, with any potential monetary gains donated to human rights charities. Thank GOD this country has appeared to side with reason and we can put the Bush administration’s reign of power, greed, lawlessness and madness behind us.[…].

O reakcjach innych muzyków, zarówno takich w stylu Hetfielda albo i głupszych ([…]”I would find it unfortunate that one of my works for kids was used as the underscore for a stripper, for example.[…]), oraz przyzwoitych można przeczytać tu.

Dużo odry

[…] There is an „unprecedented increase” in measles cases in England and Wales, experts report.[…]

Ciekawość, dlaczego…

[…] „This continued rise is due to relatively low MMR vaccine uptake over the past decade and there are now a large number of children who are not fully protected with MMR. […]
[…] „We again are urging parents to get their children vaccinated. Although MMR coverage is starting to improve, we cannot stress enough that measles is serious and in some cases it can be fatal. Delaying immunisation puts children at risk.” […]

Przedwczoraj oglądałam odcinek Private Practice, spin-offu Gray’s Anatomy, słabego dosyć zresztą. Kto też oglądał, to wie, że jedną z bohaterek była matka trzech chłopców. Jej synek miał jakąś tam gorączkę, źle się czuł, wszyscy razem przyjechali więc do lecznicy. Potem okazało się, że to odra, a dwaj bracia (w tym ten chory) nie zostali zaszczepieni. Matka odmówiła szczepień, kiedy uwierzyła, że na ich skutek trzeci brat zachorował na autyzm. Chory chłopczyk bardzo ciężko przechodził tę odrę i w końcu zmarł. A lekarz, wbrew woli matki, zaszczepił jego nieszczepionego braciszka. Rozpacz tej kobiety była ogromna, a wszystko pod hasłami: ja naprawdę wierzyłam, że szczepionka powoduje autyzm oraz robiłam wszystko, żeby ochronić moje dzieci, robiłam wszystko dla ich dobra. I tak było, tylko co to za pocieszenie… Pojechali trochę po bandzie twórcy serialu, ale po to w końcu są seriale, zwłaszcza amerykańskie (no nie?), żeby ludźmi czasem potrząsnąć (wysypka namalowana na buzi tego chłopca była naprawdę imponująca) i może skłonić ich do myślenia:

[…] Although most children recover from measles, it can be a serious illness. One in 10 cases requires hospital treatment and it can lead to pneumonia, brain damage and even death.[…]

A to już jest piękne:
[…] The large numbers of cases in Europe has also led to an „embarrassing” problem, said two WHO scientists writing for the journal.
Although there are still instances in which the virus is being „imported” from areas where it is rife, in recent years, substantial outbreaks in otherwise measles-free South America have been traced back to Europe.
Dr Jacques Kremer and Dr Claude Muller, from the Luxembourg-based WHO Regional Reference Laboratory for Measles and Rubella, said: „Rich countries need to be responsible for avoiding cases by implementation of high vaccine coverage, to make it the privilege of resource-poor countries not to worry about reintroductions from Europe.”[…]