coś dobrego, czytanki, moja Ameryka, okołoreligijnie

Moje rozważania wielkopiątkowe

Washington Post informuje dzisiaj, że różne organizacje, stowarzyszenia oraz firmy zaczynają przegrywać swoje krucjaty, opierające się na przekonaniach podobno religijnych, przeciwko civil rights – w tym wypadku przeciwko prawom osób homoseksualnych do robienia tego samego, co heteroseksualiści. Przegrywają głównie finansowo, za odmowę zrobienia zdjęć na uroczystości pary tej samej płci, za odmowę zabiegu medycznego czy porady psychologicznej – uderzenie po kieszeni, jest widać, najlepszą metodą wprowadzenia cywilizowanych zasad rządzących społeczeństwem. Brutalne, ale prawdziwe. A zmiana mentalności przyjdzie później. Albo i nie przyjdzie, ale amerykańskie prawo podchodzi do tego racjonalnie i z lekka cynicznie – nieważne, w co wierzysz sobie w domu. Nie wolno ci jednak postępować wbrew temu prawu, nawet jeśli zachowujesz swoje przekonania. Moim zdaniem, ważniejsze nawet jest to (bo prawa mogą być głupie), że nie wolno ci postępować wbrew ludziom i krzywdzić ich ze względu na swoje przekonania. Twoja wolność kończy się tu, gdzie zaczyna się inny człowiek.

Swoją drogą, czytając takie teksty, zawsze zadaję sobie (krańcowo naiwne, tak, tak) pytanie: a cóż to za religijne przekonania mają ci ludzie, że postępują tak, jak postępują? Oczywiście wiadomo, o jaką głównie religię, czy ewentualnie jakie jej odłamy, chodzi. Pytanie pozostaje. Gdzie jest w chrześcijaństwie miejsce na brak miłości bliźniego? Gdzie jest miejsce na szykanowanie, niechęć, brak szacunku do innego człowieka? Czy my naprawdę jesteśmy wyznawcami tego samego – ja i ci ludzie?

Wspominam sobie moją ostatnią rozmowę z M. M. pracowała u nas dwa lata, teraz odchodzi, przeprowadza się. I myśli z G., swoim facetem, o małżeństwie. Powiedziała mi, że nie wie, w którym stanie wziąć ślub. No bo Kalifornia odpadła jakiś czas temu. Może Vermont? A może jednak DC? Jeszcze okaże się, że będą musieli sporo się najeździć. Oboje zdecydowali, że pobiorą się tylko tam, gdzie także geje i lesbijki mają prawo zalegalizować swoje związki. M. jest katoliczką. A na ślubie będą oczywiście rodziny państwa młodych. Zapytałam ją, co jej rodzice na taki motyw wyboru miejsca zawarcia związku małżeńskiego. Powiedziała mi, że rodzicom nie powie. Oni są tak very catholic, że nie przełknęliby tego.

Very catholic versus katoliczka. Rozum nie jest w stanie tego ogarnąć ;-) .

I oglądam sobie odcinek pewnego ładnego i miłego serialu. Może czasem niezbyt wysokich lotów, czasem z ogromnymi uproszczeniami, jak to seriale mają w zwyczaju. Dzisiejszy odcinek jest jednak inny. Opowiada o miasteczku, w którym właśnie mają być uroczyste obchody upamiętniające Civil Rights Movement, a jako gość honorowy pojawia się Rosa Parks. Patrzę wzruszona na tę niedużą, uśmiechniętą staruszkę, bo Rosa Parks gra samą siebie, i myślę, że wtedy było tak samo. Wtedy, kiedy nie ustąpiła miejsca w autobusie, też przecież postąpiła przeciw religious principle wielu ludzi. Niektórzy nawet takie zasady kultywują do dziś. Trochę jednak to się zmieniło i zmienia. Oczywiście, rasizm istnieje, trzeba być ślepym, żeby tego nie widzieć. Ale poglądy rasistowskie, przynajmniej wśród osób cywilizowanych, których nawet w Stanach nie brakuje :-) , nie są już czymś, czym można się chwalić publicznie.

Dzięki Bogu za poprawność polityczną więc. Mam nadzieję, że chociaż ona, razem z biciem po kieszeniach, zmieni przynajmniej kawałek świata. I również homofobia czy seksizm nie będą czymś, z czego można będzie być dumnym.