A global spasm of paranoia czyli oczywiście grypa

Panikowanie mnie zupełnie nie bawi. Głównie dlatego, że odbiera zdolność jasnego myślenia. Człowiek panikujący nie ocenia ewentualnego zagrożenia racjonalnie, nie jest więc w stanie wymyślić sensownych metod ochrony przed tym zagrożeniem.

Nie panikuję więc w związku z nową grypą. Czytam, owszem, informacje na stronach CDC i WHO. Nie widzę tam paniki ani nawet jakichś szczególnie przerażających wieści. W Stanach w tej chwili potwierdzono 160 przypadków zakażeń, w tym jeden śmiertelny. WHO informuje o 397 przypadkach w Meksyku, a w tym o 16 zgonach. Jest też opisanych po kilka – kilkanaście przypadków zakażeń w różnych krajach europejskich, pojedyncze w Azji oraz 34 w Kanadzie. To jest dużo? Jakkolwiek jest to tragedia dla ludzi i rodzin dotkniętych wirusem, to tych przypadków jest w rzeczywistości bardzo mało.

Mało przypadków, mało zgonów. Leki ogólnie rzecz biorąc są (co w końcu nie jest takie częste przy zakażeniach wirusowych), epidemiologia znana. Naprawdę, trudno mi panikować.

Ważne jest, żeby wiedzieć, jak się zabezpieczać. Maseczki, mycie rąk, zasłanianie ust przy kichaniu, pójście do lekarza (zamiast do pracy), kiedy człowiek czuje się gorzej. Darowanie sobie podróży do Meksyku. Nie są to jakieś nadzwyczajne środki ostrożności. Maseczki w domu mam (ale się nie zaciągam ;-) ), preparaty alkoholowe do dezynfekcji rąk też. Do Meksyku się nie wybieram.

Skąd więc panika? To wygląda prosto – media. Dziennikarze, którzy nie mają o czym pisać, a temat jest świetny, bo dotyczy wszystkich. Może też kwestia uniknięcia „ważniejszych” tematów, jak kryzys ekonomiczny? Nie winiłabym jednak dziennikarzy. Piszą, bo taka ich praca. Czy byłoby lepiej, gdyby nie pisali? Nie informowali, nie przestrzegali?

Wydaje mi się, że w sporym stopniu zawinili tu naukowcy. Podekscytowani całą sytuacją próbowali zainteresować nią media. A przy okazji na wierzch wylazła różnica między tym, co robi wrażenie na ludziach nauki, a co na ludziach mediów i laikach w ogóle.

Wirusy grypy A są szalenie fascynujące. Ich genom składa się z ośmiu fragmentów jednoniciowego RNA. Jeśli dwa różne wirusy, na przykład różnych gatunków, znajdą się w jednym organizmie (najczęściej świni) może nastąpić wymiana tych fragmentów, czyli tak zwana reasortacja genów czy skok antygenowy. Na skutek tego skoku antygenowego powstaje zupełnie nowy wirus. I jeżeli reasortacja nastąpi w rejonach kodujących zwłaszcza hemaglutyninę (także neuraminidazę) powstają takie wirusy, na które populacja ludzka nie jest odporna – ze względu na to, że przeciwciała przeciwko hemaglutyninie są głównym środkiem obronnym organizmu. Może to więc doprowadzić do epidemii albo nawet pandemii.

Skok antygenowy jest unikalną cechą wirusów grypy A. Owszem, wirusy te mogą także łatwo mutować, jak zresztą inne wirusy, grypy B na przykład, ale też wirusy w ogóle, w szczególności wirusy RNA. Takie zwykłe mutacje punktowe w przypadku wirusów grypy A nazywa się przesunięciem antygenowym. Znowu, najważniejsze są one, kiedy dotyczą hemaglutyniny oraz neuraminidazy, ale są to zmiany niewielkie, stosunkowo nietrudno jest więc wyprodukować szczepionki przeciw takim nowym mutantom. Dlatego też zresztą mamy nowe szczepionki przeciwgrypowe co roku – ze względu na przesunięcie antygenowe.

Specjaliści od grypy od dawna przestrzegali, że ponieważ wirusy grypy A mają takie możliwości, jak reasortacja genów, jest tylko kwestią czasu, kiedy dojdzie do kolejnej pandemii. I pojawił się ten nowy wirus, świńska grypa, jak go na początku nazywano, choć nazwa ta była niekoniecznie sensowna. Tak naprawdę nowy wirus H1N1 jest poczwórnym reasortantem i zawiera geny ptasie, ludzkie i świnskie. Teraz próbuje się nazwę tę zmieniać, uważam jednak, że naukowcy powinni wymyślić dobrą nazwę już na początku. Nie byłoby wówczas może problemów z zabijaniem całych stad niewinnych zwierzaków, jak w Egipcie, czy paranoi na temat jedzenia wieprzowiny. Myślę jednak, że kiedy po raz pierwszy zachwycono się tym wirusem, nikt nie zawracał sobie głowy nazwą. Oczyma wyobraźni widzę, jak podekscytowani badacze wpatrywali się w wyniki: „nowy wirus, tak jak przewidywaliśmy!”, „ryzyko pandemii!”, „ewolucja schwytana na gorącym uczynku!” , a w dodatku wirus przekroczył barierę gatunkową, co zawsze jest dużym wydarzeniem. Nie, nie sądzę, że ci naukowcy byli czy są pozbawieni serca. Na pewno zdawali sobie sprawę, że mogą nastąpić przypadki ciężkich zachorowań czy nawet śmiertelne. Tylko, że kiedy podzielili się swym odkryciem z prasą, było juz za późno na tłumaczenie, że „my jesteśmy tak zafascynowani wyłącznie z powodów naukowych”.  Za późno na jakiekolwiek poprawki czy próby uspokojenia. Media wzięły sprawy w swoje ręce i zaczęły przesadzać, jak to media mają w zwyczaju.

Do pierwszego błędu świata naukowego dołożył się prawdopodobnie zaraz drugi – błąd służb medycznych Meksyku. Nie zauważono tam prawdopodobnie początku epidemii (a że epidemia tam jest, nikt nie ma chyba wątpliwości, chorują głównie ci, którzy byli w tym kraju), nie liczono ludzi niehospitalizowanych, nie zgłaszano prawdopodobnie wszystkich przypadków, tylko te najcięższe. W konsekwencji śmiertelność nagle urosła im do potwornych rozmiarów i rozpętało się piekło.

I jest jeszcze trzecia kwestia. Dlaczego tak bardzo nagłośniono akurat grypę? Dlaczego nie nagłaśnia się w ten sam sposób innych epidemii, których nie brakuje? Bo grypa jest neutralna. Po pierwsze, zachorować może każdy, dziecko, dorosły, kobieta, mężczyzna, czyli wszystkich to z grubsza równo dotyczy. Nie ma więc problemu, jak na przykład z rakiem szyki macicy, kiedy rodzice nie chcą pozwolić na szczepienia chłopców, bo ich przecież nie będzie dotyczył ten problem. A ponadto grypa jest chorobą mało zawstydzającą. Nie przenosi się drogą płciową, jak HIV, nie ma jakichś szczególnie niemiłych objawów, jak na przykład choroby biegunkowe czy skórne.

I czwarta – kwestia nieznajomości realiów. Jaki człowiek (nie-specjalista) wie, z jakimi wirusami czy bakteriami spotyka się w każdej chwili, idąc do sklepu czy gadając z nieznajomym na przystanku autobusowym? I zdaje sobie sprawę, jaka jest szansa zarażenia? Kto ma świadomość, jakie grzyby siedzą sobie w ziemi w jego własnym ogródku i czyhają na jego malutkie, niewinne dzieci? Oraz nieznajomości nazewnictwa – co to znaczy: epidemia, pandemia? Co znaczą te poszczególne stopnie? Czy to jest rzeczywiście tak groźne, że należy zabarykadować się w swoim domu, czy jest to raczej chłodny opis epidemiologii zakażenia? A z drugiej strony, każdy Polak (i nie tylko) to lekarz i każdy uważa, że zna się na medycynie. I myli potem dowolne zakażenia układu oddechowego z grypą albo opowiada bajki na temat „grypy żołądkowej”.

Wszystko to razem skutkuje pomieszaniem z poplątaniem, a to jest zawsze znakomite środowisko dla paniki.

Reklamy

5 uwag do wpisu “A global spasm of paranoia czyli oczywiście grypa

  1. „Leki ogólnie rzecz biorąc są (co w końcu nie jest takie częste przy zakażeniach wirusowych), epidemiologia znana. Naprawdę, trudno mi panikować.”

    my na przyklad wczoraj dowiedzielismy sie, ze w houston szpitale maja dokladnie 300 dawek tamiflu. 300 (trzysta) na 4 milionowe miasto. w houston- w miescie z najwiekszym medical center w stanach.
    oczywiscie miejmy nadzieje, ze nikt tego nie bedzie potrzebowal i pewnie to 300 starczy. ale mi sie wydaje, ze dzieki tej panice medialnej wyszlo na jaw, ze tak naprawde stany zjednoczone nie sa przygotowane do pandemii.
    byc moze takie ‚ataki’ wirusowe moga sie zdarzac coraz czesciej. czy jestesmy na nie przygotowani? czy mamy wszystko w domu? czy bedziemy szukac wszystkiego na ostatnia chwile? ty akurat masz maseczki, inni nie maja. byc moze dzieki tej panice uswiadomia sobie jak wazne jest to aby byc przygotowanym na cos grozniejszego niz ta swinska grypa.
    u nas, w teksasie, akurat trzeba przygotowywac sie do sezonu huraganowego. (chodzi mi o zapasy jedzenia, wody itd.) w naszym przypadku ta cala panika mogla przesunac tylko moment kiedy sie wszyscy zaczna do tego huraganu przygotowywac. dodatkowo, ci ktorzy wierza w efekt dzialania maseczek, zakupia takze maseczki, ktore w czasie huraganu nie pomagaja. ale w innych stanach ludzie nie musza sie ptrzygotowywac i pewnie przygotowani nie sa. dlatego tez moim zdaniem cala ta panika moze wiekszosci otworzyc oczy. bez paniki nikt by nawet sie nie przejal.
    nie mam mediom tej paniki za zle (chociaz dodam, ze moje media ograniczaja sie do czytania wiadomosci na bbc i w lokalnej gazecie, bo telewizji nie mam).
    przepraszam jesli napisalam zbyt chaotycznie, mam nadzieje ze wiesz o co mi chodzi.

  2. Wiem, o co Ci chodzi i szanuję Twoje obawy. Piszę tylko, że panika nie pomoże. Informacje – tak, i dobrze, jak zresztą pisałam w notce, że są i że prasa ostrzega.

    Co do epidemii – ja nie jestem epidemiologiem, ale na moje oko, to nikt nigdy nie jest przygotowany całkowicie do epidemii albo pandemii. Nawet najbogatszy kraj na świecie. Słuchałam Obamy, kiedy mówił na konferencji prasowej, że USA mają chyba 50 milionów dawek leków przeciwgrypowych. To też nie jest liczba zalecana przez WHO, a obawiam się, że w innych krajach jest jeszcze gorzej. I tego panika też nie zmieni.

    Czyli, według mnie: panika – nie, rzetelna informacja, wraz z jak najlepszymi przygotowaniami – tak.
    (Myślę jednak, że obie mamy podobne zdanie, może tylko używamy innych definicji.)

    Pozdrawiam serdecznie

  3. Jeżeli szefowa WHO oficjalnie i publicznie wypowiada przekonanie, że zagadką jest czy zmarłych na skutek tej zarazy będą dziesiątki tysięcy czy aż setki tysięcy – co ma myśleć i czynić mały robaczek np. taki jak ja. Mamy wszak epokę autorytetów eksperckich….

  4. Dziś wysłuchałem opini eksperta, który oznajmił, że każdego dnia na świecie umiera ponad 2000 osób na „tradycyjną” grypę. Nie ma się to nijak do ilości wypadów śmiertelnych pochodzącyc od najnowszego mutanta grypwego. Jednakże gdyby brać pod uwagę ilości zachorowań i zgonów i porównać obie postacie grypy, ta ostatnia zbiera olbrzymi odsetek „zejść”

  5. Czy odsetek jest taki „olbrzymi” to polemizowałabym. Według dzisiejszych danych WHO wynosi on 2.3%, co jest porównywalne faktycznie z rokiem 1918 w Stanach, oraz wyższe znacznie niż w przypadku gryp „azjatyckich czy tych normalnych, corocznych. Ale faktem jest także, że w 1918 w niektórych miejscach smiertelność wynosiła 7-10%, a wśród Inuitów nawet 70% (jak podaje naukowe źródło Washington Post :-) ). Co razem prowokuje pytania (o czym pisałam) – jak obliczano wszystkie przypadki zakażenia? Czy wszystkie były zgłaszane i przez pacjentów i potem przez lekarzy? Bo jeśli nie, i nie ma (albo dotąd nie zbadano) materiałów klinicznych, to teraz można sobie gdybać. Możliwe jest więc, że ta śmiertelność była i jest jednak niższa. Warto zwrócić również uwagę, że zgony potwierdzono na razie tylko w dwu krajach (na 21 zgłaszających zakażenia).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s