czepiam się, moja Ameryka i inne kraje

Kopanie się z koniem najlepszą reklamą dla konia

Uczelnie zapraszają …, a nie, nie napiszę nazwiska homofoba i naukowego szarlatana, którego zaprosiły ostatnio niektóre uczelnie w Polsce. Po co nazwisko – ktoś, kto wie, o kogo chodzi, będzie wiedział nadal. Ktoś, kto nie wie – w niewiedzy pozostanie. A ja nie mam zamiaru robić reklamy tej osobie. Bo to o to chodziło. O reklamę. Media opisują przyjazd faceta, który głosi brednie posługując się hate speech. Niektóre są zachwycone, jak media powiedzmy katolickie i powiedzmy prawicowe, pisząc o prelegencie z szacunkiem i podkreślając jego dorobek powiedzmy naukowy. Ale dlaczego to samo robią media, które z założenia chcą chyba przekazać komunikat zgoła inny – że to, co mówi ten gość to homofobiczne brednie?  Gościowi w to graj. Za każdym razem, z każdą notką prasową ma wyłącznie znakomitą reklamę. I wszyscy wiedzą, o kogo chodzi – nazwisko, tytuł, znowu dorobek. Strach niemal otworzyć lodówkę, bo zobaczyć tam można zaraz kolejne doniesienie. Facet przyjechał. Facet będzie miał konferencję. (Na marginesie, to naprawdę nie jest konferencja, jeśli jeden gada, a reszta słucha.) Konferencja odwołana. Nie odwołana. Za to przeniesiona. Ale z bólem serca rektora. Facet opowiada. Facet powiedział to, facet powiedział tamto. Pojedzie tu, nie pojedzie tam. Prezentujemy plakaty, opisujemy dokładnie, nolens volens podkreślamy naukowość tego całego zjawiska, nawet jeśli tej naukowości tu za grosz. I jeśli ktoś nie wiedział, że takie kuriozum, jak dokonania tego człowieka  istnieją, to już się dowiedział.

Nie mówię, że nie trzeba protestować. Trzeba, i dobrze, że protesty były. Żeby nie obudzić się kiedyś z ręką w nocniku i nie stwierdzić, że nagle prawo polskie stanowi, że homoseksualistów zamykamy do więzień za orientację – tych oczywiście, którzy nie poddali się obowiązkowemu leczeniu. Ale protest to protest. A czym innym jest wielokrotne szczegółowe opisywanie (nawet jeśli podlane jest rozsądkiem czy przynajmniej współczuciem), co bredzi jakiś oszołom. Nic dobrego z tego nie wyniknie. Wzruszający apel Pacewicza niczego nie zmieni – ktoś, kto uważa, że gejów trzeba usuwać ze zdrowej tkanki społeczeństwa, nie pomyśli nagle inaczej dlatego tylko, że jego kolega z roku jest gejem. Branie ludzi na litość? W takiej sytuacji zawsze przypomina mi sie powiedzenie: nie mów tego drewnianemu koniowi, mógłby cię kopnąć. Artykuły opisujące homoseksualizm od strony naukowej – kogo przekonają? Tych, którzy i tak o tym wiedzą? Wyłącznie. A inni będą wciąż opowiadać o homoseksualnym lobby – ośmiornicy oplatającej swoimi zakażonymi mackami cały zachodni świat. Mając jeszcze więcej kretyńskich pseudoargumentów, na które sami by nie wpadli, a których dostarczyły im liczne publikacje prasowe.

Oczywiście, uważam za skandaliczne rzeczy, które ten gość wygaduje. Ale jakoś nie widzę sensu walki z tym. Lepiej zostawić go w spokoju. Nie zapraszać. Nie słuchać. Lekceważyć. Wyśmiewać. Ale nie robić reklamy. I nie kopać się z koniem. On jest dobry, w tym co robi. Myślę, że długo uczył się co i jak mówić, żeby ślizgać się wystarczająco daleko od granic prawa, żeby sąd nie mógł mu nic zrobić. A jednocześnie mówić tak, żeby denerwować ludzi, intrygować oraz przekonywać niektórych przez pokazanie wroga. Zwykły, porządny człowiek, który chciałby mu powiedzieć po prostu: geje są takimi samymi ludźmi jak wszyscy inni i zasługują na takie samo traktowanie, nie ma szans. Z kilku względów. Po pierwsze facet ma swoje zdanie i go nie zmieni, bo mu się to nie opłaca. Po drugie nie uda się znaleźć na niego haka – myślę, że o to starannie postarał się sztab jego doradców. Po trzecie – kiedy ktoś jednym tchem mówi: […]. Nie, nie napiszę, co mówi. Nie będę robiła reklamy rynsztokowi. Pytanie jednak brzmi: jak tu się odnieść do tego wszystkiego, co tu tłumaczyć? To wymagałoby długich wykładów, podawania danych naukowych, pytania, co ma piernik do wiatraka – a wszystko razem wymagałoby czasu. A rozmówca nie chce słuchać. To jest jego metoda: powiedzieć i spłynąć. Oraz zainkasować pieniądze za występ.

Oto clou tego wszystkiego: pieniądze. Myślę, że mam rację podejrzewając, że osobnik ten tak naprawdę nie wierzy w to wszystko, co mówi i pisze. I nie jest stuknięty – przynajmniej nie w takim znaczeniu, że nie wie, co mówi. Może i ma obsesję na punkcie seksu, zwłaszcza homoseksualnego, oraz nerwicę natręctw, co wyłazi w jego wypowiedziach i publikacjach. Ale przede wszystkim jest po prostu znakomitym biznesmenem. Znalazł sobie dobrą niszę, lata temu poszukując wśród innych tematów, jak aborcja, samobójstwa i inne, czym tu by się zająć. Doszedł do wniosku, że homoseksualiści są najlepszym celem i atakowanie ich przyniesie mu najwięcej profitów (jak sam żałuje, nie udało mu się jedynie położyć łapy na tak zwanych transakcjach wiatykowych). Ale zyski ogromne ma i tak, między innymi dzięki popularności, którą zapewnia mu nawet nieżyczliwa prasa. Business the American way.

Ohydne jest to, co mówi. Ohydne jest to, że zaprosiły go uczelnie katolickie, którym idea niszczenia jakichkolwiek ludzi powinna być absolutnie obca. Ohydne jest, że o pomyśle znakowania ludzi mówi się w kraju, gdzie żyją jeszcze ci, którzy znakowani byli w obozach koncentracyjnych. Ohydne jest, takie poglądy znajdują posłuch u niektórych. Ale tym bardziej nie wolno zniżać się do takiego poziomu. Bo w ten sposób legitymizuje się oponenta i jego bełkot, a jemu o to chodzi. Oponent przegra wtedy, kiedy zobaczy, że nawet psu z kulawą nogą nie chce się obsiusiać jego wypocin opublikowanych w jakimś szmatławcu, a na ewentualny wykład przychodzą tylko żałośni organizatorzy.