Miesiąc: Lipiec 2009

Dla dobra zwierząt zwanych kobietami

Cudowne państwo polskie dba o swoich obywateli. O obywatelki zwłaszcza, ale sprawa jest złożona i nie należy zakładać, że to tylko o kobiety chodzi, o nie.

[…] Od przyszłego roku kobiety podejmujące pracę lub już pracujące będą miały obowiązek wykonywania co dwa lata badań cytologicznych i mammograficznych. Ich koszt obciąży pracodawców.[…]

Cóż za radość. Wreszcie durne baby, które nie chodzą do lekarza wyłącznie z głupoty i lenistwa, zostaną zdyscyplinowane. (To słowo lubię w takim kontekście). Nie może być bowiem tak, żeby dowolny obywatel niszczył zdrową tkankę narodu. Znaczy – obywatel to sobie może, obywatelka już nie.

Bardzo mało kobiet robi w Polsce cytologię i mammografię. Zmuszać je jednak tak jakoś nie halo, w końcu mamy dwudziesty pierwszy wiek, jakieś głupie teksty o konstytucjach, dyskryminacjach, prawach człowieka i innych dyrdymałach padają tu i ówdzie. Co więc zrobimy? Zmusimy je dla ich dobra! W końcu chodzi o ich zdrowie, czyli dobro niekwestionowane. I o dobro przyszłych dzieci, bo w końcu jak zdrowa pochwa i zdrowy cycek to i zdrowe dziecko!

Chce więc iść ta głupia baba do pracy. Ma dwadzieścia lat, więc właściwie po cholerę jej praca. Dzieci powinna rodzić, bo potem nie będzie mogła zajść i in vitro jej się będzie zachciewać. Tu wkracza ministerstwo i wysyła ją do lekarza. Jakiegoś dowolnego, z przydziału, bo przecież to fanaberia mieć swojego ginekologa. Zaufanego, delikatnego. To są wielkopańskie fochy i w naszym socjali…, a nie, to nie to. W końcu – tu możemy sobie pozwolić na rechocik od serca – babska dupa nie mydło, nie wymydli się także i od badania. No, w każdym razie, laska zostanie zbadana…, a co jak jest dziewicą? W końcu w katolickim kraju żyjemy, czyli każda niezamężna dzieweczka powinna być czysta jak lilija. E tam, marudzę, dziewic w naszym kraju nie ma, tak jak i takich kobiet, które maja fatalne doświadczenia z ginekologami i po traumatycznych przeżyciach chodzą wyłącznie do tego jednego wybranego. Wszystkie przebadamy taśmowo, mam taką wizję gabinetu, w którym fotel stoi przodem do drzwi, bez parawanu, każdy może zajrzeć dogłębnie tu i ówdzie, a przed drzwiami stoi kolejka przyszłych pracownic zakładu. No co? Nie dość, że zrobimy im tę cytologię, to jeszcze wyleczymy przy okazji z rozmaitych idiosynkrazji, traum, fobii oraz fochów. Znowu wszystko dla dobra bab.

A co, jeśli coś niechcący wykryjemy? Bo może rak jakowyś czai się gdzieś tam? Skoro badania okresowe (oraz wstępne do pracy) są po to, na logikę, żeby sprawdzić, czy pracownik jest zdolny pracować na danym stanowisku, to co znaczy wykrycie tego raka? Że baba jest zdolna? Niezdolna? A stan przedrakowy? Co wówczas robi potencjalny pracodawca? Zatrudnia? Nie zatrudnia? Ministerstwo dyskretnie, bo przecież mówimy cały czas o intymnych sprawach obywatelki, milczy na ten temat. A co z tajemnicą lekarską w tym wypadku? To też jest fanaberia. W końcu, jeśli hipotetyczna Zosia z księgowości ma raka i nie dostanie zgody na dalszą pracę, to chyba reszta pracowników ma prawo wiedzieć, dlaczego. I że trzeba ją wywalić. W końcu rak szyjki macicy jest zakaźny, tak ostatnio bredzą naukowcy – i oni mogą się do czegoś przydać. Zosia jest więc chodzącą bronią biologiczną. Teoretycznie można by sfinansować szczepionki, ale w naszym katolickim kraju szczepionki te to samo ZUO, bo propagują seks gejowski…, a nie, to kartki ze złotymi myślami Pospieszalskiego mi się posklejały. Ale propagują seks grupowy, ha! Czyli znowu działamy dla dobra ogólnego. Baby, bo będzie siedziała w domu z rakiem, zamiast się męczyć w pracy. Budżetu, bo cytologia jest chyba jednak tańsza, niż zboczona szczepionka. Moralności, bo szczepionka jest zboczona, a zmuszanie kogoś do intymnych badań nie jest.

Myślę sobie, czy tylko ja mam włochate myśli, próbując wyobrazić sobie, do jakiejż to pracy niezbędne jest wykonanie cytologii i mammografii? W jakiej pracy o tym, że jestem zdolna do jej wykonywania, świadczą moje cycki i pochwa? Do głowy przychodzi mi tylko jedno… i wydaje mi się, że wokół tego krążą rozgorączkowane fantazje ministerstwa…

Uff, jak człowiek się tak zastanowi, to za połowę gry wstępnej wystarczy… 

Ale pragnę zmartwić ministerstwo – nie każda baba pracuje cyckami czy tyłkiem. Różnie bywa, zapewne, ja na przykład mam świetne wirówki w laboratorium, o niebo lepsze niż domowe pralki, jednakowoż korzystam z nich nieco inaczej. I tak również, myślę, robi jednak większość kobiet w swoich pracach.

Ochłonę nieco po tej dygresji i wracając do tematu dodam, że w tym wszystkim działamy także dla dobra mężczyzn – pani Zosia zwolni miejsce pracy dla pana Marka (na wirówce). W ogóle pracodawcy bedą jeszcze chętniej, niż dotąd, zatrudniać mężczyzn. Jak mają jeszcze dopłacać do kobiet, to po cholerę im ten interes?

A wszystko to razem jest, co ogromnie ważne, dla dobra rodziny polskiej, podstawowej komórki społecznej. Już Majakowski mówił, że rodzina wszystkim, a jednostka zerem. A nawet jeśli tak nie mówił, to co? To i tak prawda. Kobiety zwolnią miejsca pracy mężczyznom. Bezrobocie się zmniejszy. Przestaną być podnoszone głupie kwestie jakichś molestowań w miejscu pracy (bo w końcu zdrowy mężczyzna musi, inaczej się udusi, jak widzi taką pannę Zosię w minióweczce na wirówce. A bez niej będzie grzeczny). Kobiety posiedzą w domach, będą rodziły dzieci metodą co-rok-prorok. Zaoszczędzić można będzie na żłobkach i przedszkolach, bo te, jak wiadomo, potrzebne są tylko wyrodnym matkom, które jak głupie idą do pracy, choć w ich naturze leży opieka nad potomstwem. Dzieci – przyszłość narodu, bo w końcu ktoś musi zarobić na moją emeryturę – będą wspaniale zadbane. 

Piękny pomysł. Wszystko bierze pod uwagę. Nawet godność mężczyzn. Słyszałam bowiem, że niektóre włochate i obleśne feministki domagają się, żeby i mężczyźni mieli jakieś obowiązkowe badania. Prostaty chociażby. No, jakżeż to, żeby prawdziwy polski patriotyczny i katolicki mężczyzna mógł pozwolić sobie grzebać w… w… ?! Co innego płodne zwierzę domowe, czyli polska kobieta. Tej można pogrzebać we wszystkim. W majestacie prawa.

Wyuzdane szczepionki

Znowu będzie o szczepieniach przeciw HPV. Oraz przy okazji o innych kwestiach okołoszczepionkowych.

Dzisiejsza Wyborcza publikuje odpowiedź redaktora Zagórskiego na kolejny kuriozalny artykuł Pospieszalskiego w Rzepie. Smutne jest, że w sumie opiniotwórcza (chyba ciągle?) gazeta, Rzeczpospolita, drukuje takie bzdury na temat szczepień – szczepień, które ratują zdrowie i życie; i zniechęca do nich. To jest coś mocno nie w porządku.

Riposta Zagórskiego jest bardzo dobra, piszę to z pełnym przekonaniem, zwłaszcza, że nieraz czepiam się Gazety o różne naukowe niedokładności. Tym razem nie czepiam się zupełnie, troszkę tylko sobie pouzupełniam.

Pospieszalski z ironią pisze o „tym strasznym wirusie” i w cudzysłowie o różnych rodzajach chorób, jakby to było coś nieważnego i pomijalnego. Nie nabijałby się tak strasznie (chyba?), gdyby wiedział, że zakażenie HPV jest czynnikiem etiologicznym około pół miliona przypadków nowotworu szyjki macicy na świecie notowanych rocznie. Że spośród  nowotworów, rak wywoływany przez HPV jest główną przyczyną śmierci kobiet w krajach rozwijających się. Że globalnie rzecz biorąc umiera na niego ponad ćwierć miliona kobiet co roku. Że typy onkogenne HPV wykrywa się w 99% materiałów pobranych od pacjentek z rakiem szyjki. Że HPV-16 odpowiedzialny jest za ponad 50% przypadków tego raka, a HPV-18  – za blisko 20% (a przed nimi chronią obie dostępne szczepionki przeciw HPV). Że ludzkie papillomawirusy, zwłaszcza typ 16 i 18, powodują także nowotwory pochwy, sromu, penisa, odbytu, jamy ustnej i jamy nosowo-gardłowej, a występowanie tych nowotworów wiąże się niestety z dużą śmiertelnością na całym świecie.

O „innych pieszczotach”, które należy odróżnić od stosunku, redaktor Zagórski napisał. Warto jednak pamiętać, że papillomawirusy w ogóle mogą przenosić się nie tylko przez kontakt seksualny. Znajdowano je na palcach i paznokciach, a także włosach okolicy genitalnej i analnej ludzi zakażonych. Możliwe jest zakażenie przez uścisk dłoni takiej osoby. Możliwe jest, że zakażona matka zakazi swoje dziecko podczas normalnej opieki nad nim. Jeden z niezbyt mądrych seriali pokazał sytuację, gdzie chłopak, z obniżoną już wcześniej odpornością po przebyciu jakiegoś nowotworu, zakaził się od swojej dziewczyny podczas pieszczot oralnych. Ona była zakażona w okolicy genitalnej, a on nabawił się raka w okolicy jamy ustnej. Skomplikowane, ale możliwe.

Cytologia stanowi rzeczywiście bardzo dobrą profilaktykę. Badanie to  jest niesłychanie ważne. I naprawdę, nawet prościutkie reklamy w amerykańskiej telewizji, reklamy szczepionki przeciw HPV, mówią dobitnie – cytologii absolutnie nie wolno zaniedbywać. Tylko, że rację ma Zagórski twierdząc, że czasem trudno cytologicznie zidentyfikować zmiany przedrakowe. Dodam więcej – każdy, kto chociaż raz próbował przyglądać sie koilocytom, i odróżniać je od prekoilocytów, pseudokoilocytów oraz innych zmian morfologicznych komórki, w tym różnych pięknych wakuoli, wie, że to jest szalenie subiektywne i wymaga dużej wprawy. Publikacje biorące na warsztat skuteczność pracy nawet doświadczonych cytologów wykazały to dokładnie. Nie szkodzi jednak – dlatego właśnie cytologię w wielu krajach łączy się z bardziej czułymi i specyficznymi metodami.

Chciałabym jednak zatrzymać się nad tym problemem. W sumie – po co w ogóle szczepimy? Przeciwko czemukolwiek? Przecież właśnie po to, aby nie doszło do choroby. Dla mnie, jako potencjalnej pacjentki ważne jest, że dzięki szczepieniu ja nie zachoruję (z dużym prawdopodobieństwem). Owszem, w razie czego podczas cytologii wykryją mi zmiany przedrakowe. I potem mnie wyleczą. I będzie super. Ale to jednak wiązać się będzie z: nerwami, że coś wykryto, strachem, koniecznością pójścia do szpitala, zabiegiem, rekonwalescencją, braniem urlopu, a może coś zostanie uszkodzone podczas zabiegu, albo nawet na skutek samego nowotworu, może nie będę mogła mieć dzieci, może nie będę mogła mieć satysfakcjonującego życia seksualnego, wreszcie – może przedtem zarażę moich potencjalnych partnerów seksualnych. Chyba lepiej jednak, jeśli już medycyna daje nam takie możliwości, zapobiec temu wszystkiemu. I tak na marginesie – po co inne szczepionki? Zwłaszcza przeciwbakteryjne? Przecież są antybiotyki, antytoksyny? Tylko po to, żeby koncerny farmaceutyczne zarabiały brudne oczywiście pieniądze, a naukowcy-szaleńcy zyskiwali władzę nad światem z ich pomocą? Nie – po to, by bronić się przeciw czemuś zanim to nadejdzie, a nie tylko leczyć, jak nadejdzie. Jakby nie patrzeć: lepiej zapobiegać, niż leczyć.

Piszę to już nie pierwszy raz – szczepionki są wspaniałym wynalazkiem. Chronią osobę zainteresowaną i chronią innych ludzi z jej otoczenia.

Co do kontrowersji na temat szczepień, skutków ubocznych, itd. – Zagórski rozprawił się tu z Pospieszalskim znakomicie. Naprawdę czasem warto zajrzeć do czasopism bardziej naukowych, niż Daily Mail i The Wall Street Journal. Mnóstwo danych jest dostępnych wszędzie – szczepionki przeciw HPV (obie) są dobre, skuteczne i bezpieczne. I naprawdę stosuje się je w bardzo wielu krajach na świecie. A w tajemnicy :-) mogę powiedzieć, że cały czas prowadzi się nawet badania nad nowymi, jeszcze lepszymi preparatami. Terapeutyczno-profilaktycznymi, bo te obecnie stosowane są tylko profilaktyczne.

Ale i tak warto stosować te obecnie istniejące. Zwłaszcza Gardasil®, chroniący przed czterema typami papillomawirusów: 6, 11, 16 i 18. Ponadto uważa się, że ta szczepionka może chronić krzyżowo także przed typami 31 i 45, czyli w sumie zapobiegałaby powstawaniu 80% nowotworów szyjki. A przeciwciała ochronne powstają u niemal 100% osób zaszczepionych.

No i mój konik, czyli szczepienie chłopców. Niektórzy zalecają je, choć istnieją wciąż kontrowersje. Warto pamiętać jednak, że niektóre związane z typami onkogennymi HPV nowotwory częściej występują u płci męskiej, niż żeńskiej: są to nowotwory okolicy analnej i okołoanalnej oraz część nowotworów jamy nosowo-gardłowej. Ponadto, brodawki płciowe występują z równą częstością u obu płci. I przynajmniej jedna ze stosowanych obecnie szczepionek chroni przed około 90%  powyższych schorzeń. Nie warto więc jednak rozważyć szczepienie chłopców? A jest jeszcze podobno coś takiego, jak solidarność płci (jak podkreśla zur Hausen, a on w końcu chyba wie, co mówi), ale jakoś obawiam się, że byłoby zbytnią naiwnością liczyć na nią. Szczególnie w przypadku Pospieszalskiego.

Tym smętnym akcentem zakończę. Nie będę się wdawać w rozważania na temat polskich realiów stosowania szczepień przeciw HPV, bo red. Zagórski ma na pewno więcej informacji na ten temat, niż ja.

A oba omawiane artykuły są tutaj: Wyborcza i Rzeczpospolita.

„Harry Potter i Książę Półkrwi”

Nie spodziewałam się, że będzie aż tak dobrze. To znaczy, owszem, miałam nadzieję, że nie będzie źle, ale wiadomo, jak to jest, kiedy filmują coś, czego jest się dozgonnym fanem. Ja też, jak pisał recenzent Washington Post, chciałabym, żeby ekranizacje Harry’ego były przynajmniej 30-godzinnym serialem, z dosłownie przedstawionymi wszystkimi scenami. Tak dobrze jednak nie ma, niestety ;-) . I oczywiście nie będzie, trzeba się więc z tym pogodzić i cieszyć tym, co jest.

S p o j l e r y  będą.

A cieszyć jest się naprawdę z czego, bo film jest  r e w e l a c y j n y. Ma usterki, to prawda, ale w sumie znikają one przy znakomitych scenach, świetnym aktorstwie i zapierającym nieraz dech rozmachu całości. Myślę, że naprawdę jest to najlepsza część z serii, choć trudno ją porównywać z chociażby częścią pierwszą, czy nawet drugą, które były raczej dla dzieci. Harry Potter i Książę Półkrwi dla dzieci nie jest, choć na pewno nie jest też tylko dla dorosłych widzów. Zgodzę się tutaj nawet z recenzentem gazety watykańskiej, że położenie dużego nacisku nie na sprawy magii, a raczej dorastania i hormonów młodych bohaterów dodało filmowi nieco lekkości, no i stał się on bardzo dostępny dla widowni nastoletniej. Miałam przyjemność oglądać go w niezbyt zatłoczonym kinie – precyzyjnie wybrana pora seansu – ale w towarzystwie licznej grupy milutkich, rozszczebiotanych, nastoletnich dziewcząt :-) . Były zachwycone każdą romansową sceną. Chichotały na widok zakochanego Rona, zaśmiewały się na dźwięk każdego słowa o jakimkolwiek podtekście miłosnym czy zakochaniowym. Rozumiem więc, że twórcy filmu bardzo precyzyjnie trafili w target.

Dla mnie jednak, przyznam, liczne sceny wybuchów nastoletnich uczuć podkreślają tylko inne sceny – pełne złej magii, rozpaczy i nieszczęścia. Dotyczy to zwłaszcza scen z Draco Malfoyem, który, ku mojej wielkiej radości, jest wreszcie pełnokrwistym bohaterem filmu. I odbiera Potterowi pałeczkę prowadzenia w dziedzinie „najbardziej samotny bohater powieści”. Zawsze ogromnie wzruszał mnie Harry i zawsze bardzo mi go było żal, że jest taki okropnie, rozdzierająco samotny. Sieroctwo oczywiście, ale w sumie też samotny był w Hogwarcie, mimo otaczających go dobrych przyjaciół. W Księciu Półkrwi Harry nareszcie nie jest sam, bo ma z jednej strony Dumbledore’a, a z drugiej te same problemy, co jego dojrzewający rówieśnicy. Za to ogromnie samotny, zrozpaczony i nieszczęśliwy jest Draco, przerażony zadaniem, które nałożył na niego Voldemort, przerażony tym, co stanie się, kiedy je wykona, i tym, co stanie się, kiedy go nie wykona. Tom Felton, który w międzyczasie bardzo wyładniał, gra wspaniale dumnego i przerażonego jednocześnie chłopca, któremu ktoś dorosły kazał zrobić coś potwornego. Nie mogę tylko wybaczyć twórcom filmu, że zrobili z niego tchórza myślącego tylko o sobie, tylko o tym, co  j e m u  zrobi Czarny Pan, kiedy dowie się o niewykonaniu zadania. A przecież motywy Draco były bardziej złożone, i martwił się nie tylko o siebie. Jest to drobiazg jednak, który zauważyłam, bo Draco Malfoy to moja ukochana postać cyklu (obok Snape’a rzecz jasna).

Brakowało mi w filmie chyba tak naprawdę jednej rzeczy – dokładniejszego pokazania, dlaczego Voldemort stał się tym, kim się stał. Nieobecna jest historia jego matki, pierścień Marvolo Gaunta jest wspomniany tylko mimochodem. I owszem, zgodzę się znowu z recenzentem Washington Post, którego już cytowałam, że troszkę słabo wierzy się w rodzące się uczucie między Harrym a Ginny. To, co w książce jest znakomicie opisane, te wszystkie nastoletnie rozterki, euforie i smutki zniknęło gdzieś w filmie. Ale mówi się trudno, wszystkiego w nim nie może być. Mnie na przykład okropnie brakuje meczu quidditcha, który komentuje Luna, bo jest to moim zdaniem najbardziej komiczna scena całego cyklu. I tak pewnie można bez końca.

Nieważne więc, czego nie uwzględniono. Dziwi mnie jednak także to, co dodano. Nie bardzo rozumiem, dlaczego i po co twórcy filmu zdecydowali się na scenę ataku na Norę. W dodatku irytujące jest to, co zrobiono w niej z Ginny. Ginny chowająca się za Harry’ego? A wcześniej Ginny zawiązująca mu sznurowadło? To jest ta sama Ginny, która rzuca upiorogacki? Która nigdy nie płacze, zahartowana dzieciństwem spędzonym z braćmi? Która nie płacze nawet wtedy, kiedy Harry decyduje się ją zostawić? Która  z m u s z a  innych uczniów, żeby przestali przezywać Lunę? Moja feministyczna dusza zbuntowała się na ten widok.

Jednak poza tym wszystkim, reszta jest naprawdę zachwycająca. Wspaniałe aktorstwo. Nawet Daniel Radcliffe gra całkiem nieźle, co prawda głównie wtedy, kiedy jest pod wpływem eliksiru szczęścia ;-) . Znakomici są: Alan Rickman (jakżeby inaczej), Jim Broadbent, Helena Bonham Carter, o Tomie Feltonie już wspominałam. Mistrzostwem jest rola Ruperta Grinta – Ron nie jest moim ulubionym bohaterem („On bywa czasem nieprzyjemny„, jak w książce mówi o nim Luna), ale Grint jest Ronem idealnym. Emma Watson wyładniała (ostatnio podobała mi się w Więźniu Azkabanu) i przeuroczo przewraca oczami oraz jest zazdrosna o Rona. Prześmieszna jest Jessie Cave w roli zadurzonej w Ronie Lavender. Maggie Smith to klasa sama w sobie, choć wygląda smutno i niedobrze – czytałam, że podczas kręcenia filmu aktorka poddawała się terapii raka piersi. Dobrze dobrani są przyszli Lordowie Voldemortowie – obaj bardzo mroczni, a Frank Dillane dodatkowo niezwykle ładny i uwodzicielski. Właściwie nie podobała mi się tylko Narcyza Malfoy – Helen McCrory jest po prostu nieładna, znacznie lepsza byłaby Naomi Watts, jak to podobno początkowo planowano.

Znakomitych jest wiele scen w filmie. Nastoletnie miłości ukazane są przezabawnie, a genialny Ron pod wpływem eliksiru miłości przebija wszystko. Sekwencje quidditcha, bardzo dynamiczne, znowu z niezłym aktorstwem Grinta. Harry wyciagający tajemnicę ze Slughorna oraz pijani Slughorn i Hagrid. Smutna, płacząca Hermiona i Harry-pocieszyciel. No i świetne ostatnie fragmenty filmu. Poruszająca scena w jaskini, ze wzruszającym świadectwem miłości Dumbledore’a do Harry’ego – gdy osłabiony wypitym eliksirem Dumbledore ratuje tonącego Harry’ego wyczarowując morze płomieni i niszcząc inferiusy, choć wyczerpuje w ten sposób swoje już i tak nadwątlone siły. Oraz dramatyczna scena między Draco a Dumbledorem na wieży, kiedy to Draco mimo przeżywanej rozpaczy nie staje się mordercą, a rozumiejący Dumbledore proponuje mu ratunek. A to, co dzieje się między Severusem a Dumbledorem, zwłaszcza na samym końcu, to aż trudno opisać. Trzeba to samej/samemu zobaczyć.

Film jest przepięknie kręcony. Hogwart jest zachwycająco posępny, jak nigdy. Zima jest prześlicznie-śnieżna i bardzo zimowa. Przerażająca, ponura, ale i dziwnie wspaniała jest jaskinia, gdzie Voldemort trzymał medalion. Miłe są również drobiazgi – urocza sukienka Luny, założona na spotkanie w Klubie Ślimaka, oraz jej widmokulary; wesoły, kolorowy i gwarny sklep Freda i George’a; ładne włosy zakochanej Tonks; podekscytowanie Ginny, Rona i Hermiony w Norze na wieść, że Harry ma się pojawić; smakowicie wyglądające ciasteczka, którymi Ron częstuje Ginny i Harry’ego, upiornie im obojgu oczywiście przeszkadzając, a także mina pana Weasleya, wychodzącego z pokoju moment przed tą chwilą. 

A w ogóle, to chyba zaraz znowu wybiorę się do kina – jeszcze raz na to samo :-)

Jeszcze trochę o okaleczaniu kobiet

Skoro już zaczęłam pisać o takim okropnym temacie, warto dodać parę słów. Tym bardziej, że, jak pisze autorka tego artykułu, ludzie mieszkający na przykład w Stanach mogą odczuwać pewną wyższość w stosunku do ludów afrykańskich i ich zwyczajów. „My, w naszym cywilizowanym kraju? Obrzezanie kobiet? Co to, to nie!”

[…] Female circumcision in the United States began to be advocated in the early 19th century as a way to control masturbation and to relieve women of those pesky sexual urges. Both clitoridotomy and clitoridectomy were practiced.
There were several groups advocating clitoridectomy and they lasted until 1925. It is not know precisely when the practice ended in the United States but this form of female circumcision was covered by Blue Cross/Blue Shield until 1977. The last clitoridotomy performed to reduce sexually activity was probably the surgery performed in 1958 to stop a 5 year old girl from masturbating. All through the fifties some United States doctors recommend the clitoridotomy form of female circumcision for hygienic reasons and to reduce masturbation.
United States doctors performed an extreme form of female circumcision, the neurectomy (where the pubic nerve is severed, leaving the genitals numb), at the turn of the 20th century on institutionalized girls and women. As late as 1950 a very extreme form of female circumcision, electrical cauterization, was performed in the United States on mental patients to stop masturbation. […]

Oczywiście, jak przystało na światłą medycynę Zachodu, zabiegi dokonywane na kobiecych łechtaczkach lekarze starannie tłumaczyli względami medycznymi. Sarah W. Rodriguez w swojej pracy Rethinking the History of Female Circumcision and Clitoridectomy: American Medicine and Female Sexuality in the Late Nineteenth Century (Journal of the History of Medicine, 63, 2008) opisuje, że w końcu XIX i na początku XX w. uważano, że istnieje tylko jeden rodzaj orgazmu kobiecego (łechtaczkowy) i tylko jeden zdrowy rodzaj stosunku seksualnego, jaki może mieć kobieta (penetracja waginalna dokonywana przez małżonka). Wszystko, co nie mieściło się w tej normie trzeba było „wyleczyć”. A winna tego niepozostawania w normie była oczywiście łechtaczka. Stosowano wówczas cztery rodzaje zabiegów: usuwanie mastki, usuwanie materiału łączącego napletek z łechtaczką, usunięcie samego napletka (czyli obrzezanie) oraz klitoridektomię. Ostatnim zwykle leczono niewłaściwie (z punktu widzenia przyjętych norm kulturowych) silny i niewłaściwie ukierunkowany popęd seksualny. Trzy pierwsze miały za zadanie wyleczyć te kobiety, które nie odpowiadały odpowiednio na awanse małżonków.

A w dużym stopniu to wszystko miało chyba znaczenie z powodów estetycznych – właśnie w Stanach, kraju z wybujałym i często chorym kultem piękności. 

Natalie Angier pisze w swojej naprawdę niezłej książce Kobieta. Geografia intymna: […] Dziewczynki o niezwykle dużych łechtaczkach poddaje się często zabiegom chirurgicznym – ich narządy bywają skracane, wciągane lub całkowicie usuwane podczas tak zwanej klitoridektomii. Nie jest to zabieg, który normalnie kojarzymy z ze wzniosłymi ideałami medycyny Zachodu, jednakże klitoridektomię stosuje się dość powszechnie. W moim kraju około dwóch tysięcy dzieci rocznie ulega takiemu „przystosowaniu”, czyli przerobieniu łechtaczki uznanej za nienormalnie wydatną. Nie istnieją oficjalne wytyczne w kwestii tego, kiedy właściwie mamy do czynienia z przerostem łechtaczki, „klitorimegalią”, wszelako wszystko, co wystaje ponad miękkie wargi sromowe, potencjalnie nadaje się do obcięcia; kiedy noworodek na „dwuznaczne ” genitalia, zabieg chirurgiczny to norma. […]

To, rozumiem, dotyczy właśnie noworodków. Bo w przypadku starszych dziewcząt i kobiet, jak pisze cytowana już Rodriguez, w przeszłości było raczej tak:[…] First of all, while the women I focus upon here sometimes have what physicians called “enlarged” clitorises, doctors did not attribute this to what was then-called hermaphroditism. Physicians often attributed the engorgement to constant sexual excitement or tension (erection), and to inflammation and irritation due to constant handling.[…]

Podsumowując: tak czy inaczej – jak coś wystaje, a u kobiet nic nie powinno wystawać, to najlepiej to ciachnąć.

Wracając do Angier: […] Czasem oczywiście mała pacjentka przechodzi zabiegi celowe: udrożnienie zarośniętej pochwy, poprawienie wadliwej cewki moczowej, usunięcie nieprawidłowo wykształconych tkanek gonad. Niektóre z tych zabiegów są konieczne dla zdrowia dziecka, lecz w przypadku zmniejszenia łechtaczki z całą pewnością chodzi wyłącznie o wyobrażenia estetyczne. Duża łechtaczka nikomu nie przeszkadza, a już na pewno nie dziecku, ale podobno wygląda śmiesznie, chłopięco i nieprzyzwoicie.[…] […] Cheryl Chase jest analityczką komputerową nieco po czterdziestce. […] Lecz z nieznanych powodów urodziła się z obojnaczymi gonadami […] oraz łechtaczką tak wielką, że z początku lekarze stwierdzili: To chłopiec. Parę lat później pracownicy innego szpitala ocknęli się: Zaraz, zaraz, dzieciak ma normalną pochwę, macicę i jajowody – to dziewczynka. […] „Od razu usunęli mi łechtaczkę – opowiada Cheryl zduszonym głosem, cedząc przez zęby. – Dokonali cięcia w miejscu, gdzie rozdzielają się odnogi i wiązka nerwów wchodzi w trzon łechtaczki. Zostało mi troche tkanki poniżej spojenia łonowego, ale nie jest unerwiona. Więc nic nie czuję”.[…]

[…] Martha Coventry jest redaktorką i pisarką, ma około 45 lat i dwoje dzieci. […] Jej matka, aby zapobiec poronieniu, w okresie ciąży przyjmowała duże dawki progesteronu, toteż Martha również urodziła się z mięsistą łechtaczką, która miała 1,5 centymetra długości, trzykrotnie więcej niż przeciętna. Nie był to duzy przerost, niemniej rodzice postanowili, że z tak wydatnym narządem nie powinna chodzić do szkoły i ryzykować werbalnego ostrzału rówieśników. […]
Ten argument, i to w takim szczególnie kontekście, naprawdę zwala z nóg.
[…] Marthę „przycięto” więc, kiedy miała sześć lat. „Ucięli mi ją u samej podstawy – mówi. – Gdybyś mnie teraz zobaczyła, dostrzegłabyś, że czegoś brakuje.” […]

[…] Cheryl i Martha to aktywistki działające na rzecz zaprzestania chirurgicznych zabiegów kosmetycznych u dziewczynek mających interseksualne narządy płciowe. Wraz z innymi działaczkami tworzą wpływową grupę w Kongresie, dążąc do wprowadzenia ustawy zakazującej wykonywania klitoridektomii u pacjentek zbyt młodych, by wyrazić zgodę… lub wrzasnąć: „Co chcecie mi zrobić? Co??? Gdzie???”. […]

 ••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••

Jak wygląda sytuacja prawna w kwestii genitalnego okaleczania kobiet?
W Stanach Zjednoczonych: […] Since 1998, 16 states have instituted criminal sanctions against the practice of FGC (female genital cutting): California, Colorado, Delaware, Illinois, Maryland, Minnesota, Missouri, Nevada, New York, North Dakota, Oregon, Rhode Island, Tennessee, Texas, West Virginia and Wisconsin. A federal law criminalizing the practice was passed in 1996 and became effective in April 1997. The law provides that the practice of FGC on a person(s) under the age of 18 is a federal crime, unless the procedure is necessary to protect the health of a young person or for medical purposes connected with labor or birth. The penalty for violating this law is a fine or imprisonment for up to five years, or both. This law specifically exempts cultural beliefs or practices as a defense for conducting FGC. […] ( U.S. Department of Health & Human Services)
I ogólnie na świecie:
[…] African Nations
Eighteen countries—Benin, Burkina Faso, Central African Republic, Chad, Côte d’Ivoire, Djibouti, Egypt, Eritrea, Ethiopia, Ghana, Guinea, Kenya, Mauritania, Niger, Senegal, South Africa, Tanzania, and Togo—have enacted laws criminalizing FGM. The penalties range from a minimum of three months to a maximum of life in prison. Several countries also impose monetary fines.
There have been reports of prosecutions or arrests in cases involving FGM in several African countries, including Burkina Faso, Egypt, Ghana, Senegal, and Sierra Leone.
Industrialized Nations
Twelve industrialized countries that receive immigrants from countries where FGM is practiced—Australia, Belgium, Canada, Cyprus, Denmark, Italy, New Zealand, Norway, Spain, Sweden, United Kingdom, and United States—have passed laws criminalizing the practice. In Australia, six out of eight states have passed laws against FGM. In the United States, the federal government and 17 states have criminalized the practice.
One country—France—has relied on existing criminal legislation to prosecute both practitioners of FGM and parents procuring the service for their daughters.[…]
(Center for Reproductive Rights)

Stop zabijaniu kobiety w kobiecie

O prezydencie Ugandy Yoweri Musevenim zdarzyło mi się już wspominać, przy okazji opisywania prób zmniejszenia liczby zakażeń HIV w tym kraju. Teraz znowu wywarł na mnie nadzwyczaj pozytywne wrażenie: na początku tego miesiąca oficjalnie potępił coś, co czasem nazywa się kobiecym obrzezaniem i zapowiedział walkę z tym procederem w Ugandzie.

[…] A law against female circumcision will soon be enacted, President Yoweri Museveni has said. Launching a campaign against female genital mutilation in Nakapiripirit in Karamoja, Museveni described the practice among the Sabiny and Pokot communities as brutal and backward.
He dismissed the argument that female circumcision is part of the culture of the Karimojong. “I support culture. That is why I restored the kingdoms. But you must support culture that is useful and based on scientific information.” […]

Te słowa powinni sobie wziąć do serca także politycy europejscy. Zwłaszcza ci zastanawiający się: jest li przymykanie oka na mordowanie muzułmańskich dziewcząt przez ich braci za to, że umówiły się z kimś na randkę zgodne z naszą wielowiekową europejską tradycją tolerancji azali to tylko zwykła zgoda na ohydną zbrodnię. Jestem naprawdę pełna podziwu dla Museveniego, mimo, że to polityk :-P – ale tak mądrze gada. (W dodatku on jest podobno born again; jak widać zdarzaja się między nimi porządni ludzie ;-)). I pewnie, jak to polityk, ma swoje za uszami, ale za tę akcję czapki z głów.

Okaleczania kobiecych genitaliów nie powinno się nazywać obrzezaniem, bo w automatyczny sposób porównuje się je wówczas do obrzezania chłopców. I, jakkolwiek to ostatnie też nie bardzo mnie akurat się podoba, to jednak jest zasadnicza różnica między usunięciem (w różny sposób) napletka chłopcu – do czego dałoby się nawet znaleźć uzasadnienia higieniczno-medyczne – a tym, co robi się dziewczynkom.

Okaleczanie kobiecych genitaliów jest zabiegiem, który grozi trzem milionom dziewcząt w Afryce rocznie, a na świecie żyje 100 do 140 milionów kobiet, które odczuwają jego skutki. Nie ma żadnego medycznego uzasadnienia do tego zabiegu, nie istnieją też żadne pozytywne jego następstwa. Opisuje się cztery główne typy genitalnego okaleczenia kobiet:
1. Klitoridektomia – czyli usunięcie całkowite lub częściowe łechtaczki, także, rzadziej, wraz z napletkiem
2. Wycięcie całkowite lub częściowe łechtaczki razem z wargami sromowymi mniejszymi, z wycięciem lub pozostawieniem warg większych
3. Infibulacja – wycięcie warg małych oraz nacięcie dużych i zszycie ich tak, aby powstały małe otwory do odprowadzania moczu i krwi miesiączkowej; zwykle z usunięciem łechtaczki
4. Inne szkodzące procedury dokonywane bez wskazań medycznych na kobiecych genitaliach, na przykład: nakłuwanie, przebijanie, nacinanie, wyskrobywanie czy kauteryzacja.

Wszystko mnie boli, jak o tym czytam i piszę. Ale chyba warto pisać, bo wiele osób nadal nie ma pojęcia, że coś takiego istnieje. Jak ci zdziwieni lekarze („Coś takiego! Pierwszy raz o tym słyszę!”), o których pisał doktor Jaszczyński, a którego jeszcze zacytuję. Bywają również zapewne tacy, którzy słyszeli o tych praktykach, ale uważają, że to żaden big deal, skoro obrzezania dokonuje się też na chłopcach i nikt specjalnie nie płacze z tego powodu. Tak myślał pewien facet z mojej rodziny – na jego usprawiedliwienie mogę napisać, że chyba wówczas nie znał szczegółów tego, co robi się kobietom. Może jak się dowiedział, to poglądy mu się zmieniły, kto wie…

Pisał więc doktor Jaszczyński: 

[…] Ta największa operacja nosi nazwę infibulacji i ocenia się, że powoduje około 10 proc. bezpłodności. Zabiegi te, jak widzimy, o wiele radykalniejsze u kobiet niż u mężczyzn i wykonywane w prymitywnych warunkach bez uwzględnienia jakichkolwiek zasad higieny, wywołują liczne powikłania, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Obrzezanie odbywa się bez znieczulenia. Łechtaczkę często wcześniej naciera się pokrzywą dla uzyskania zaczerwienienia i obrzmienia, a następnie chwyta się szczypcami, unosi maksymalnie do góry i obcina nożem. Krwotok zwykle nie jest tamowany, a do rany przykłada się często gnijące rośliny lub nawet kał zwierzęcy! (mój entomolog był w tym wypadku już nowoczesny, bo używał środka dezynfekcyjnego). Nic więc dziwnego, że w tej sytuacji tylko silniejsze organizmy mogą przetrwać te zabiegi. Jak wspomniałem wyżej, najcięższą operacją tego typu jest infibulacja, stosowana szczególnie w Sudanie. Wycięcie jest najbardziej totalne: obejmuje łechtaczkę, wargi sromowe mniejsze i przyśrodkowe części warg sromowych dużych. Krwawiące powierzchnie spina się kolcami z akacji, osadzając w środku rurkę trzcinową dla odpływu krwi miesiączkowej. Potem dziewczynka musi leżeć na plecach przez kilka dni. […] (Obrzezanie kobiet. Autor tekstu: Wiesław Jaszczyński; oryginał: www.racjonalista.pl/kk.php/s,3140)

Zauważyłam, że w powyższym fragmencie mowa jest o mężczyźnie dokonującym okaleczenia (swojej córki zresztą). To ciekawe – ostatnio, mam wrażenie, w wielu miejscach próbuje się odwracać kota ogonem, twierdząc, że kobiety robią to kobietom, że to przez stare, zadrosne o młodość swych córek kobiety, że kobieta kobiecie wilkiem, że to jakiś kobiecy rytuał. Kobiety, tylko kobiety. Mężczyźni stoją z daleka i nie wtrącają się do tego kobiecego szaleństwa. Tymczasem, owszem, to prawda, że często starsze kobiety są bardzo winne w tej kwestii, i często to one są wykonawczyniami. Ale kiedy to robią, robią to ze względu na mężczyzn. Ze względu na chore, okrutne wymagania i wyobrażenia mężczyzn.

[…] Margaret Koilel opowiada mi, jak wycina się kobiece genitalia. Robiła to setki razy i mówi, że to proste. „O siódmej rano wszyscy zbierają się na ceremonię. Dziewczynkę – która na ogół ma 12 lat – sadza się na krowiej skórze. Dziewczynki często krzyczą i wyją, i próbują się opierać, więc jedna kobieta trzyma jej lewą nogę, druga jej prawą nogę, a ktoś inny trzyma ją za ramiona. Lejemy zimną wodę na krocze, żeby je znieczulić. Potem przykucam na jednej nodze i zaczynam ciąć brzytwą.” „Najpierw kładę palec pod łechtaczkę, a potem ją całkiem wycinam”. Następnie „wycinam całe mięso. Wiem, kiedy przestać – kiedy czuję kość i nie ma już nic do wycięcia”. Potem „zabieramy ją do łóżka i przykrywamy. Wieczorem kobiety wracają, żeby sprawdzić, czy dobrze wykonałam robotę. Jeśli przez pomyłkę coś zostawiłam, bo dziewczynka zanadto kopała i krzyczała, tniemy ją znowu”. Co roku dwa miliony afrykańskich kobiet ma zmasakrowany srom. Nazywa się to „obrzezaniem”, ale to wprowadza w błąd; męskim odpowiednikiem byłoby obcięcie żołędzia penisa wraz z częścią trzonu. W wielu krajach – takich jak Sudan lub Somalia – zdarza się to ponad 90 procentom kobiet. Wiele z nich to zabija – a także ich noworodki. […]

[…] W pustce przed blaszaną budą Margaret wyjaśnia, dlaczego to robi. „To żeby zadowolić mężczyzn – mówi – Nie poślubią kobiety, która nie jest wycięta. Oni myślą, że kobieta z niewyciętą łechtaczką będzie seksualnie nienasycona i będzie miała seks z każdym. Ale jeśli jest wycięta, nie będzie lubiła seksu, a więc wiedzą, że w noc poślubną będzie dziewicą i nie będzie zdradzać po ślubie”. Istnieją dziwaczne mity, wzmacniające tę praktykę. Niektórzy mężczyźni wierzą, że nie obrzezana kobieta zniszczy plony, jeśli ich dotknie. Inni uważają, że nieodcięta łechtaczka urośnie, będzie jak wąż, i udusi ich podczas snu. Dr Guyo Jaldesa codziennie widzi konsekwencje. „Zamiast normalnego sromu te kobiety mają tylko tkankę bliznowatą – mówi – Powoduje to najrozmaitsze problemy. Zasadniczo dla takiej kobiety stosunek jest torturą. Jednym z celów okaleczania kobiecych genitaliów jest uczynienie stosunku bolesnym i nieprzyjemnym dla kobiet”. Kiedy mężczyzna się żeni „musi dowieść swojej męskości przez otwarcie zamkniętej blizny. Jeśli mu się nie uda, jest wyśmiewany, ale to może być bardzo trudne. Często więc mężczyzna używa przedmiotów – jak nóż albo stłuczona butelka – czyniąc kobiecie jeszcze więcej koszmarnych szkód”. […]

[…] Nietrudno znaleźć inne ofiary obrzezania; chodzą ulicami Miasta Kurzu. Kanako Sampao jest chudą, wymizerowaną 25-letnią kobietą z głową nakrytą czerwoną chustką. Trzyma się na dystans od wszystkich, żeby ukryć odór, który nieustannie od niej dochodzi. „Cięto mnie, kiedy miałam 10 lat” – mówi, rozglądając się nerwowo i uśmiechając znacząco w dziwnych momentach. „Krzyczałam, ale i tak to zrobili”. Nie zagoiła się dobrze – minęły miesiące, zanim znowu mogła chodzić. Kiedy miała 14 lat wydano ją za mąż i miała swoje pierwsze i jedyne dziecko. „Utknął. Nie mogłam go wypchnąć. Pocięli mnie, żeby go wyciągnąć, ale było za późno. Umarł”. Kara nie skończyła się na tym. Kiedy dziecko utyka w zabliźnionej pochwie, jest olbrzymie ciśnienie na jelito proste, pęcherz i cewkę moczową – bardzo dużo tkanek może zostać zniszczonych i obumrzeć. To właśnie zdarzyło się Kanako. Jej wnętrzności zostały zmiażdżone i nigdy nie powróciły do zdrowia. Ma obecnie coś zwanego przetoką: cały mocz i kał wyciekają jednym, niepowstrzymanym strumykiem z jej pochwy. „Mąż powiedział, że śmierdzę i nawet nie potrafię urodzić zdrowego dziecka, znalazł więc inną kobietę i wyrzucił mnie” – mówi. „Teraz żaden mężczyzna nie chce do mnie podejść. Nie mam gdzie mieszkać. Ludzie mnie atakują mówiąc, że śmierdzę i jestem obrzydliwa. Moja siostra daje mi resztki jedzenia, ale jej mąż nie pozwala mi wejść do ich domu”. Patrzy w ziemię suchymi oczyma. Słyszała, że przetokę można wyleczyć operacyjnie, ale to jest drogie i nie ma pojęcia, jak mogłaby zebrać pieniądze. Znajdziesz te kobiety w całej Afryce – unikane jak trędowate, na ulicach, opuszczone, z nadzieją na cud. […]  (Polowanie na czarownice: ukryta wojna Afryki z kobietami [1]. Autor tekstu: Johann Hari; oryginał: www.racjonalista.pl/kk.php/s,6433)

I jeszcze fragmenty książki „Kwiat pustyni”, autorstwa Waris Dirie: […] Popatrzyłam między nogi i zobaczyłam, jak znachorka zabiera się do roboty. […]  Spodziewałam się jakiegoś wielkiego noża, ale ona wyciągnęła mały płócienny woreczek, wyłowiła z niego złamaną żyletkę i zaczęła ją dokładnie oglądać. Dostrzegłam zaschniętą krew. Znachorka splunęła na żyletkę i zaczęła ją wycierać o suknię.” […] Kiedy odzyskałam przytomność, zdawało mi się, że już po wszystkim, ale najgorsze miało dopiero nadejść. […] Zobaczyłam, ze morderczyni zgromadziła przy sobie mnóstwo kolców z rosnącej w pobliżu akacji. Przekłuwała nimi to, co pozostało po zabiegu, a potem przeciągała przez dziury grubą, białą nić. Nogi miałam zupełnie odrętwiałe, ale płonący między nimi ból był tak silny, że chciałam umrzeć. […] Byłam przekonana, ze to już koniec cierpień- dopóki nie zachciało mi się sikać. Dopiero wtedy zrozumiałam radę mamy, żebym za dużo nie piła. […] Kiedy wydusiłam z siebie pierwszą kroplę, poczułam, jakby ktoś polewał mi ciało kwasem. Po znachorskim szyciu pozostał tylko maleńki otwór, wielkości łebka od zapałki. Chodzi o to, żeby przyszły mąż miał pewność, że nowo poślubiona żona nie zażywała seksu, zanim on jej nie dotknął. Skutkiem tego mój mocz zbierał się w świeżej ranie i dopiero potem ściekał po udach cienkim strumyczkiem. Zaczęłam wyć. Nie pisnęłam nawet, gdy morderczyni cięła mnie na strzępy, ale teraz zabolało mnie tak strasznie, że nie wytrzymałam. […]

Potter już nie „apage, satanas”?

Watykan dokonał strategicznego odwrotu na z góry upatrzone pozycje i zaczął chwalić „Harry’ego Pottera„. W L’Osservatore Romano można poczytać o pewnych zdumiewających podobno faktach, dotyczących najnowszego filmu z serii, który właśnie wchodzi na ekrany prawie wszędzie. Zdumiewających chyba dla kogoś, kto nie przeczytał książek, a poprzednie produkcje potępił.

[…] In a review of the blockbuster the official Vatican newspaper L’Osservatore Romano said Harry Potter And The Half Blood Prince made clear the difference between ”good and evil’.[…]

Nie no, bo ta różnica jest oczywiście jasna dopiero po „Księciu Półkrwi”. Wcześniej absolutnie nie było o tym mowy, różnice między dobrem a złem zacierały się doskonale.

[…] Vallini added that the line ‚between good and evil was clearly marked, and it makes clear that doing good is right and that in some cases this involves hard work and sacrifices.’ He closed his review by saying that: ‚At the end of the film what remains is not he scenes of magic but these of the values such as friendship, altruism, loyalty and the giving of one’s self.'[…]

Tego też wcześniej nie było. Nie było ciężkiej zawsze pracy Hermiony; ratowania Ginny przez Harry’ego; partii szachów w wykonaniu Rona; pomocy Syriuszowi razem z ocaleniem Hardodzioba; zachowania Harry’ego w jeziorze; tego, co zaszło między Cedrikiem a Harrym w labiryncie; scen w Departamencie Tajemnic na końcu „Zakonu Feniksa”. Widać ja zdecydowanie czytałam i oglądałam innego „Pottera”, niż dostojnicy kościelni.

[…] The Vatican newspaper L’Osservatore Romano even gave two thumbs up to the film’s treatment of adolescent love, saying it achieved the „correct balance” and made the stars more credible to the general audience.[…] (z YahooMovies)

[…] In his review, Vallini said that the ‚mixture of supernatural suspense and romance which has reached the right balance, making the the roles more credible. […] (z Mail Online)

Jakby to samo, ale nie to samo :-) . Poza tym bardzo bawi mnie, że ta adolescent love tak spodobała się akurat watykańskiej gazecie. Czyżby tylko jej? Recenzent Washington Post nabija się:

[…] They should have called it „Harry Potter and the Teenagers in Heat”: Hermione fancies Ron! Ron can’t keep his hands off Lavender Brown! Harry has a crush on Ron’s sister Ginny! Love potions, common-room snogging, adolescent heartbreak; such is the film’s infatuation with teenage coupledom that even ancient confirmed bachelor Dumbledore, a man with, you’d think, more crucial things on his mind, asks after Harry’s romantic prospects.[…]

Mam wrażenie, że niespodziewane watykańskie pochwały młodzieńczych miłości mają drugie dno ;-) . Związane z orientacją zresztą. Ponieważ Rowling dokonała coming outu Dumbledore’a, twórcy kolejnych filmów będą może chcieli wziąć to, dyskretnie nawet, pod uwagę. Wskazuje na to fakt wybrania do roli Gellerta takiego aktora, że aż chce się polizać ekran :-) . Cóż wówczas zrobią biedni dostojnicy kościelni? Pochwalą młodzieńcze zadurzenie bohaterów? Skrytykują? Pokażą dobitnie i z przykładami, do czego coś takiego może doprowadzić? ;-) . Hmmm… Do tego ostatniego przynajmniej będą musieli przeczytać książkę. Krytykowanie dzieł literackich bez ich znajomości jakoś specjalnie wielu osobom nie przeszkadza, uważam więc, że dobre i to.

Straszna polityczna poprawność

Jakiś czas temu ktoś mnie zapytał, jak to jest z tą polityczną poprawnością w Stanach. Temat to pewnie na cykl wykładów, ale jedną malutką, wybraną kwestię bardzo fajnie pokazuje historia ze zdjęciem Obamy, które to zdjęcie wywołało ostatnio pewną sensację. Chodzi oczywiście o tę fotkę:  http://www.canada.com/news/Photo+catches+wandering+eyes+Obama+Sarkozy/1778527/story.html, gdzie Obama niedwuznacznie gapi się na tyłeczek pewnej pani. A okropnie zadowolony Sarkozy stoi obok. Wkrótce po opublikowaniu zdjęcia, w necie pojawił się film pokazujący, że Obama wcale się nie wpatrywał, tylko podawał rękę innej dziewczynie, żeby pomóc jej zejść ze schodów (film można znaleźć tutaj: http://www.cbsnews.com/video/watch/?id=5149298n) i tak mu jakoś niechcący wyszło.

Moim zdaniem Obama, owszem, popatrzył na tę dziewczynę. Ale zrobił to bardzo, bardzo dyskretnie, w odróżnieniu od Sarkozy’ego :-) .

Na pewną rzecz zwróciłam uwagę niedługo po przyjeździe do Stanów. Że w odróżnieniu od Polski (oraz pewnie innych krajów europejskich, w tym Francji ;-) ), wielu facetów w USA ogląda się rzecz jasna za kobietami, ale nie robią tego w ostentacyjny i ordynarny sposób. Nie żebym uważała, że samo oglądanie się za dziewczynami, i w ogóle za kimkolwiek, jest czymś nagannym, sama lubię przyglądać się ładnym chłopakom :-) . Ale można patrzeć na kogoś albo zaczepiać kogoś w sposób przyjemny. A także taki, że człowiek czuje faktycznie, że jest tylko przedmiotem, kawałkiem ciała i niczym więcej. W przynajmniej tej części Stanów, gdzie zdarzyło mi się bywać, to przyglądanie się czy zaczepianie było po prostu miłe. Sympatyczne, nie obraźliwe. I tak, mam wrażenie, robi też Obama na wyżej zalinkowanym fimiku. Nauczony przez okropną szalejącą polityczną poprawność, że kobieta też człowiek (trudne słowo) i że takie wgapianie się, jakie bez zażenowania prezentuje Sarkozy, może być nieprzyjemne i niechętnie widziane w cywilizowanym świecie.

A przy okazji warto zauważyć, jak wygląda ta przerażająca poprawność, którą straszy się w Polsce dzieci, a zwłaszcza młodych mężczyzn. Obama podaje dłoń kobiecie, żeby jej pomóc. I jakoś nie dostaje od niej w dziób, czego zgodnie z urban legends powinien oczekiwać (no dobrze, nikt przy zdrowych zmysłach nie bije prezydenta, ale nie tylko prezydent bywa w tym kraju w takich sytuacjach). W końcu ogromna większość polskich mężczyzn, która była w Stanach – i jeszcze ogromniejsza z tych, którzy w USA nigdy nie byli – twierdzi, że dostała w twarz (albo dostał brat/kuzyn/szwagier/kolega) od kobiet, za przepuszczanie ich w drzwiach. Po prostu – straszny kraj, strasznie rozwydrzone feministki, straszna polityczna poprawność.

Zębem za prącie

Fajnie, fajnie, że tuzy dziennikarstwa polskiego ostrzegają przed chorobami przenoszonymi drogą płciową, ale może warto by było robić to z głową. I pisać prawdę, a nie opisywać jakieś fantazje. Oraz własne uprzedzenia: […] Osoby, które przyznają się do brodawczaka, rzeżączki albo chlamydii, uważa się za rozwiązłe i słusznie ukarane przez los.[…] Kto uważa, ten uważa.

[…] W przypadku mężczyzn zarażenie wirusem może skutkować kłykcinami kończystymi na prąciu lub rakiem prącia. Dzieje się to jednak na tyle rzadko, że nie zaleca się nawet szczepienia mężczyzn przeciwko wirusowi HPV. Dla kobiet zakażenie wirusem brodawczaka częściej oznacza poważną chorobę, a nawet śmierć. Wywołuje on m.in. kłykciny kończyste, raka sromu lub raka szyjki macicy.[…]

Po pierwsze, jak najbardziej coraz częściej mówi się o szczepieniach mężczyzn. Po pierwsze dlatego, że warto czasem popatrzeć dalej, niż czubek własnego, eee, nosa i zauważyć, że skoro, jak słusznie pisze pan Jurga […] Wirus brodawczaka ludzkiego (HPV) przenoszony jest drogą płciową […], to kobiety zakażają się na ogół od kogo? Bingo, od mężczyzn właśnie. A poza tym, HPV także dotyczy mężczyzn – czy rak penisa nie jest poważną chorobą? Brodawki płciowe u obu płci? Rak odbytu? […] Human papillomavirus (HPV) infection is commonly found in the genital tract of men and women with or without any clinical lesion. The association of HPV DNA with several different ano-genital cancers other than cervical has been reported for the vulva, vagina, anus and penis. HPV DNA has also been identified in head and neck cancers in the oral cavity, the oropharynx and the larynx in both sexes. In men, 80-85% of anal cancers and close to 50% of penile cancers are associated with HPV infection. (Vaccine. 2008;26 Suppl 10:K17-28)[…]

[…] Wystarczą pieszczoty, dotykanie narządów płciowych.[…] Niestety tak, bo trudno skontrolować, czy człowiek nie ma jakichś malutkich skaleczeń. Bardzo mało prawdopodobne jest jednak, że […] Żeby się zarazić, wystarczy wejść do basenu, w którym kąpał się zarażony wirusem, lub spacer gołą stopą po gumowym chodniku do prysznica![…]. Sprawdzono takie rzeczy: […]These results indicate that transmission of genital HPV infection via floor or seat surfaces in the above dwellings in general or family use is highly unlikely. (Scand J Infect Dis. 1996;28:243-6)[…]

Jakby niestety nie patrzeć, wirusy brodawczaka są po prostu okropnie wredne i przenoszą się prawdopodobnie różnymi drogami […] The modes of viral transmission in children remain controversial, including perinatal transmission, auto- and hetero-inoculation, sexual abuse, and, possibly, indirect transmission via fomites. (Crit Rev Oral Biol Med. 2000;11:259-74) […] […] Persistent maternal cervical HPV and subclinical oral HPV affect the risk of infant HPV. The age of 6 months is a critical point for the infant to acquire or be free of HR HPV DNA. (J Clin Microbiol. 2005;43:376-81.) […] i to jest przy okazji uwaga do wszystkich, którzy przeciwni są szczepieniom (nie tylko komentarz do kretynizmów wygadywanych ostatnio przez Pospieszalskiego) – szczepionki są wspaniałe nie tylko dlatego, że chronią pojedynczych zaszczepionych. Są super także dlatego, że chronią spory kawałek populacji.

[…] O wiele trudniej zarazić się wirusowym zakażeniem wątroby typu C. Wirus przenosi się identycznie jak w przypadku HIV – w wyniku kontaktu seksualnego lub kontaktu z krwią chorego.[…]

Zastanawia mnie zawsze, skąd wzięła się ta tak często powtarzana nieprawda, że HCV przenosi się głównie drogą płciową. (Czy ktoś pamięta scenę, kiedy House wrobił  Chase’a, żeby ten poinformował pacjenta – jakiegoś mafioso, że ten zakażony jest HCV? Chase za tę diagnozę dostał w swoją śliczną buzię od brata przestępcy – no bo jak śmiał sugerować, że groźny maczo zaraził się podczas homoseksualnych stosunków w więzieniu.) Hepatitis C przenosi się przede wszystkim i zasadniczo przez krew. […] however, most studies affirm that the chances of sexual transmission are low or almost null, with rates for this mode fluctuating from zero to 3%. (Sexual transmission of hepatitis C. Rev Inst Med Trop Sao Paulo. 2007;49:271-7.) […] Pewnie, że istnieje jakaś tam możliwość zakażenia inną drogą (o tym też wspomina powyższa praca), tym bardziej, że czasem trudno wykluczyć kontakt z krwią podczas stosunków seksualnych. Ale ogólnie rzecz biorąc, to w ten sposób można wszystko udowodnić, a całą epidemiologię wyrzucić do kosza. Albo twierdzić, że ktoś zaszedł w ciążę kąpiąc się w basenie :-) .

[…] Objawy wirusowego zapalenia wątroby typu C niczym nie różnią się od objawów żółtaczki zakaźnej.[…] Trudno, żeby się różniły, również ogólnie rzecz biorąc, bo to przecież jest żółtaczka zakaźna – skoro już autor koniecznie musi używać tej nazwy.

[…] Chlamydie, w przeciwieństwie do zwykłych bakterii, nie mogą przeżyć poza komórką gospodarza. Zakażenie następuje więc wyłącznie przez kontakt płciowy.[…]

Primo, przydałaby się autorowi znajomość cyklu życiowego chlamydii, wiedziałby wówczas, jak to jest z ich przeżywaniem poza komórkami gospodarza. Secundo, co ma jedno do drugiego? Czy wszystko, co nie przeżywa poza komórką gospodarza (pominąwszy już to, co definiujemy jako przeżywanie – utrzymanie się przy życiu, rozwój?) musi przenosić się droga płciową? A co z wirusami? Różnymi? A po trzecie – które chlamydie autor ma na myśli? Pewnie nie te, które jakiś już czas temu ochrzczono inną nazwą rodzajową. Ale nawet jeśli mowa o Chlamydia trachomatis, to ten patogen, a dokładniej jego różne serotypy mogą przenosić się różnymi drogami. (Nie wspominając nawet o takiej chorobie jak jaglica (stąd w końcu pochodzi nazwa Ch. trachomatis, od trachoma, czyli jaglica), która na szczęście występuje głównie w Afryce i Azji, więc kto by tam o niej pamiętał. Tak jak i o 6 milionach ludzi rocznie ślepnących z powodu tego zakażenia.) Ale niech tam – autor pewnie pisze o serotypach D – K, odpowiedzialnych za tzw. nierzeżączkowe zapalenie cewki moczowej oraz inne przyjemne okołogenitalne zakażenia. W porządku, ale nawet i te serotypy mogą przenosić się nie tylko drogą płciową (patrz – zakażenia noworodków). A tak w ogóle, skoro artykuł jest o różnych STIs, warto może byłoby wspomnieć o serotypach L, które powodują coś takiego jak ziarniniak weneryczny. Fakt, że to raczej rzadka choroba w USA czy zachodniej Europie, ale zdarza się – na przykład Holandia jakiś czas temu notowała spory wzrost liczby przypadków.

[…] Coraz częściej wybieramy urlop w egzotycznych krajach Azji, Ameryki Południowej albo Afryki. Tam kiła i rzeżączka, które w naszym świecie stały się rzadkością, nadal mają się dobrze. […] He, he. Nie wiem, co autor ma na myśli, mówiąc o „naszym świecie”, ale niestety, nie jest tak pięknie. Cytując CDC: […] Gonorrhea is the second most commonly-reported notifiable disease in the United States.[…] Z kiłą też jest niewesoło.

[…] Ryzyko zarażenia chorobami wenerycznymi da się zminimalizować poprzez zachowanie wstrzemięźliwości seksualnej, unikanie przygodnych kontaktów. […] A to zdanie mnie załamało. Wiem, jakie jest stanowisko Kościoła Katolickiego, rozumiem, że i autor je podziela. Ale pisząc artykuł do gazety powinien chyba zaprezentować minimum obiektywizmu. Pewnie, że unikanie kontaktów i wstrzmięźliwość są bardzo skuteczne. Ale ludzie tak nie działają. Ludzie lubią mieć kontakty seksualne. I dlatego trzeba wspomnieć o tym, że prezerwatywy zmniejszają ryzyko zakażenia chorobami przenoszonymi drogą płciową. Owszem, nie są skuteczne w 100%, ale skuteczne są. WHO mówi:  […] Male latex condoms, when used consistently and correctly, are highly effective in reducing the transmission of HIV and other sexually transmitted infections, including gonorrhoea, chlamydial infection and trichomoniasis. […] Fakt, że w przypadku tych STIs, które przenosić się mogą również przez kontakt skórny (jak opryszczka czy HPV), skuteczność prezerwatyw jest mniejsza. W końcu jednak patogeny przenoszone droga płciową to nie tylko herpes i HPV. Jest ich sporo więcej, niestety.

[…] Niestety, odpowiedzi, czy jesteśmy zdrowi, nie otrzymamy od razu. Pewność da nam dopiero badanie po sześciu tygodniach.[…] To też jest nie do końca prawda. Owszem, jeśli badanie polega na stwierdzeniu obecności określonych przeciwciał, to faktycznie musimy zaczekać, i o tym pisze autor artykułu. Ale nie cała diagnostyka STIs wygląda w ten sposób. Niektóre bakterie można hodować, niektóre zakażenia wykrywać na przykład metodami immunofluorescencji czy PCR, co jest oczywiście znacznie szybsze.

 

Szkoda. Taki mógł być ładny artykulik o tym, że zwłaszcza latem warto pamiętać o rozmaitych, przenoszonych drogą płciową, zębatych bakteriach i wirusach, które czyhają tu i ówdzie oraz gdzieniegdzie. I nie zapominać o zębatych grzybach.

Szczepimy się, bo lubimy seks grupowy, czyli homopropaganda znowu

Tylko jedno mi się nasuwa: czego potrzeba, żeby wykombinować coś takiego?

[…] Cywilizacyjna zmiana, o której pisze Terlikowski („Rz”, 25.06.2009), przyspiesza, a gejowska ofensywa jest tylko jednym z frontów tej rewolucji. Agresor jest bezwzględny i przebiegły, a ustawienie się w roli ofiary to stały rodzaj kamuflażu. […]

O jejku, jej, ale że też ci przebiegli ofensywni gejowscy aktywiści mogą być jednocześnie tacy histeryczni?  […] Można sobie nie zawracać głowy i uznać, że napastliwy język Roberta Biedronia tylko potwierdza tezę o skłonności osób homoseksualnych do histerii […]

[…] Autor z jednej strony w imieniu gejów i lesbijek deklaruje patriotyzm i katolicyzm, z drugiej – z pogardą pisze o Polsce seksistowskiej, katolickiej, używając dystansującego zwrotu „w tym kraju”.[…]

No tak, bo z pogardą piszą o Polsce seksistowskiej, a przecież seksizm to podstawa naszej sarmackiej kultury.

[…] Czy do mieszkania dwóch pań czy panów żyjących w związku wpadła kiedykolwiek ekipa w kominiarkach i postawiła ich przed sądem? […]

Nie, niestety, ale pomarzyć zawsze można, co nie?

[…] Antykoncepcja, lateksowa propaganda i tzw. profilaktyka chorób przenoszonych drogą płciową – owszem zabezpiecza, ale w pierwszej kolejności przynosi gigantyczne zyski koncernom. Nic więc dziwnego, że sponsorami wszelkiej maści projektów, wydawnictw i akcji równościowych aktywistów gejowskich są producenci środków farmaceutycznych. […]

Jak to zabezpiecza? Co na to papież?

A ten tekst przebija wszystko:

[…] To samo założenie tkwi w idei zaszczepienia całych roczników jedenastoletnich dziewczynek przeciw wirusowi raka szyjki macicy HPV. Przekonano bowiem rodziców, że ich córeczki o niczym innym nie marzą, tylko żeby zmieniać partnerów albo uprawiać seks grupowy. […]

Rodzice, no naprawdę, wstydzilibyście się swoich włochatych myśli. Dotyczących własnych pociech zresztą. I przestańcie wreszcie udawać, że chcieliście zrobić coś dla dobra dzieci.

 

(Dodatek: do nonsensów wygadywanych przez Pospieszalskiego bardzo sensowny komentarz Sławomira Zagórskiego: http://wyborcza.pl/1,75968,6798684,_Rzeczpospolita__po_stronie_wirusa.html)

Masakra w mediach

Bardzo chwalebne jest poczucie sprawiedliwości Gazety Wyborczej. Zaglądam do internetowych Wysokich Obcasów i widzę: Kobiety potrafią zmasakrować. Zastanawiam się, co znowu się stało. Kogo zamordowały, kogo zadręczyły, kogo zgwałciły. 

Jak wiadomo, poprzewracało się okrutnym babom od tej emancypacji i feminizmu i lubią sobie coraz częściej pomasakrować, a media podkreślają z mieszaniną lubości i zgrozy przypadki, kiedy kobieta jest sprawczynią przestępstwa.

Jakieś statystyki? A któż by się nimi przejmował…

Czytam więc sobie ten artykuł i czekam na opis masakry. Oto i on: […] W jakim sensie? Jest przecież scena, w której dwie mamuśki siedzą na ławce – jakby przed blokiem – i bez żenady obgadują trzecią. Koleżanki mogą być okrutne. Ale to też wynika z sytuacji zamknięcia na jednym terytorium. W ogóle się przed nami nie krępowały, żeby tak zmasakrować tę dziewczynę – bez względu na to, jaka ona jest.[…]

No faktycznie – masakra! Dwie baby obgadują trzecią. Bo jest atrakcyjna i lubi facetów. I tym denerwuje koleżanki. Więc one ją obgadują. Cóż za potworne, koszmarne okrucieństwo tych kobiet.

Musiała jednak znaleźć się równowaga dla kolejnego artykułu Gazety, tym razem z Dużego FormatuPan zabił i zjadł panią. Nie trafił do więzienia, za to jest celebrity, gra w filmach i pisze książki. Gazeta z zaskakującym smakiem opisuje, co psychopata robił z ciałem tej dziewczyny, co robił po morderstwie, pokazuje jego zdjęcie. Artykuł nie ma przypadkiem tytułu: Mężczyźni potrafią zmasakrować, choć ten zaiste byłby adekwatny.

Jak widać, media mają rację – jest po równo. I mężczyźni i kobiety masakrują.