okołofeminizmowo

Parytety i szarlotka…

… czyli jakaś taka przygarść myśli.

W idealnym świecie nie byłoby potrzeba parytetów i nie byłoby problemu, kto idzie do polityki czy zasiada we władzach czegośtam, bo pewnie byłoby z grubsza po równo, skoro kobiet i mężczyzn jest z grubsza tyle samo. A nawet jeśli by nie było, to wszyscy wiedzieliby, że nie jest tak na skutek dyskryminacji, szklanych sufitów czy tym podobnych. W świecie idealnym, nawet gdyby była większość mężczyzn w parlamencie, to mężczyźni ci wiedzieliby, że ważne są żłobki i przedszkola, zapobieganie przemocy domowej i kwestia alimentów. Ważne, tak jak ważne może być Euro 2012. Swoją drogą, mówienie o Euro w takim kontekście ujawnia pogląd, że kobiety nie interesują się sportem, nie mówiąc już o jakiejś promocji i potencjalnym rozwoju swojego kraju. Co jest stereotypem równie kretyńskim, jak pisanie, że kobiety wnoszą do polityki kulturę i spokój. Zdziwiłam się trochę, że takim głupawym argumentem szermują tak mądre babki, jak Dunin i Środa. No, ale nie to to chodzi.

Ale ponieważ nie żyjemy w świecie idealnym, trzeba parytetów spróbować. A raczej – spróbować z ich pomocą wyrównać to, co na początku było przeszkodą dla jednej płci, a korzyścią dla drugiej. I ja najchętniej widziałabym takie parytety tylko przez jakiś czas. Na zasadzie: to tylko na początek, a potem się zobaczy. Jak się wyrówna, to dobrze. A jak nie, to znaczy, że inne czynniki wchodziły w grę. Na przykład ten, że kobiety polityką nie interesują się w ogóle, a spełniają się w produkcji szarlotek oraz dzieci.

Jeden argument przeciwko parytetom często podnoszą same kobiety, nie tylko pseudo-szarmanccy mężczyźni. Że parytety są upokarzające dla kobiet. Że jeżeli zostaną wprowadzone w jakimś miejscu, to na każdą zatrudnioną w tym miejscu kobietę będzie się patrzyło podejrzliwie. Jak ona się tu znalazła? Jest zdolna, coś umie, czy to tylko parytet? Ona będzie wiedziała, że oni tak mówią, a oni będą wiedzieli, że ona wie, że oni tak mówią… I będzie zmuszona udowadniać swoją wartość i to, że jednak coś sobą reprezentuje. (Jakby, tak na marginesie, kobiety tego nie doświadczały i teraz, bez parytetów.)

Takie rozumowanie zawsze przypomina mi jednego mężczyznę, czarnego naukowca, tu w Stanach. Za nic nie pamiętam, gdzie go widziałam i słuchałam, skleroza – czy u mnie na uniwersytecie, może w telewizji, a może mi się przyśnił… Mówił o akcji afirmacyjnej. Że padał ten sam argument. Że każdy w świecie naukowym popatrzy na niego i pierwszą myślą będzie: czy ten czarny kuma, co się tu dzieje, czy jest tu tylko dlatego, że jest czarny? A on będzie musiał udowadniać, że jednak coś tam wie i umie. I ten człowiek posłuchał tego i powiedział: ale przynajmniej mam szansę udowodnić, że coś sobą reprezentuję, że mój czarny mózg jest równie dobry, jak biały. A dlaczego mam szansę? Bo tu jestem. I wy mnie widzicie i słuchacie. Gdyby nie akcja afirmacyjna, prawdopodobnie włóczyłbym się z kumplami po ulicach, albo gorzej – handlowałbym narkotykami. Albo co najwyżej zasuwałbym ze ścierą, jeśli kiedykolwiek znalazłbym się na uniwersytecie. Poza tym – z czasem ludzie się przyzwyczajają. I przyzwyczają się i do mojego widoku, i do widoku innych czarnych w wielu miejscach. I przestaną się zastanawiać, skąd się tam wzięliśmy.

No właśnie.

http://wyborcza.pl/1,75515,6828134,Po_co_babom_wladza__Widmo_parytetow_krazy_po_Polsce_.html

http://wyborcza.pl/1,75515,6889263,Polityk_nie_ma_plci.html

http://wyborcza.pl/1,76842,6875692,Jak_baba_moze_zarzadzac_nauka.html

http://wyborcza.pl/1,81189,6800042,Kto_rzadzi_swiatem_.html