Edamame, pluoty i dziewica na patelni

Jak wiadomo, rozmaite wesołe stereotypy na temat Stanów krążą sobie od zawsze. A to, że chodników tu nie ma i bez samochodu człowiek nie przeżyje jednego dnia. A to, że rozwydrzone kobiety policzkują mężczyzn nagminnie za to, że ci ośmielili się przepuścić je w drzwiach. A to, że żaden Amerykanin nie ma pojęcia, gdzie leży Polska. Różne ciekawe informacje krążą sobie również na temat amerykańskiego jedzenia, w tym te, że wszyscy Amerykanie są grubi, jedzą wyłącznie śmieciowe żarcie, a o gotowaniu czytali tylko w przedwojennych książkach. Ci, którzy umieli czytać, rzecz jasna, czyli w sumie niewielu. Śmieszy mnie, kiedy podobne teksty słyszę z ust ludzi, którzy wiedzę o USA czerpali i czerpią z popularnych filmów obyczajowych typu „Commando” czy „Incredible Hulk„. Mniej śmieszne jest, kiedy stereotypami takimi, że przykro słuchać, lecą bezrefleksyjnie dziennikarze, którzy chyba z zasady powinni opisywać to i owo obiektywnie. Zapewne zawsze można powiedzieć, że i dziennikarze mieszkający w Stanach i osoby, które ten kraj odwiedzają, widzą w sumie jedynie jakiś ułamek tego, co można zobaczyć, poznać i polizać. Może więc nie należy wymagać od nich obiektywizmu? Albo przynajmniej zgodzić się na milczące założenie, że mówią w końcu o swoich doświadczeniach,  wszystko to jest więc jakąś tam prawdą? Przyznam, że takie założenie łatwiej mi raczej przyjąć w przypadku nie-dziennikarzy. Natomiast od dziennikarzy wymagałabym chyba troszkę więcej. Dlatego dziwi mnie nieco, kiedy pani Bosacka pisze, że w Stanach nikt nie gotuje, a pan Bosacki opisuje (w felietonie z cyklu „Tak wygląda Ameryka”) sklepy sieci Whole Foods jako „wściekle drogie”.

Zabawnie jednak rozmawia się i z ludźmi, którzy naprawdę sporo czasu spędzili w Stanach. Myśleć potrafią, a jednocześnie stereotypem rzucą tu i ówdzie, twierdząc, że sami to widzieli na własne oczy. Rozmawiałam ostatnio z taką właśnie osobą. O chlebie, którego jakoby nie uświadczy się tutaj za nic. Takim dobrym, prawdziwym chlebie, a nie o jakichś dmuchanych i sztucznych pieczywach tostowych. Kiedy informujemy, że niezłe pieczywo znajdzie się i tutaj, dostajemy odpowiedź, że: „a, ale w latach siedemdziesiątych to tak dobrze nie było„. Z taką tezą faktycznie trudno dyskutować. Milczymy więc. Za to nasz rozmówca dodaje po chwili: „zaraz, zaraz, ale w takim jednym sklepiku można było i wówczas kupić coś przyzwoitego„. Znaczy się – nie jest w tych Stanach tak najgorzej :-) .

Nie jestem zafascynowana jedzeniem w ogóle, jako takim. Nie gotuję. Nie oglądam programów o gotowaniu, konkursów, nie chodzę na lekcje przyrządzania potraw. Co jest, nawiasem mówiąc, zdecydowanie ulubioną rozrywką moich niektórych amerykańskich znajomych. Siedzę sobie czasem w pracy, słucham jak F. i A. wymieniają się przepisami, delektują się przyniesionymi z domu próbkami jedzenia i dyskutują nad składnikami nowego sosu do czegoś tam, nad którym to sosem F. pracował całą sobotę – i zastanawiam się, czy faktycznie gotowanie jest czynnością nudną i zbędną, jak była uprzejma napisać pani Bosacka. Może i jest. Dla mnie na pewno.

W gotowaniu nie widzę niczego zajmującego. Uważam je za zajęcie przykre a konieczne, i z wdziękiem zrzucam ten obowiązek na mojego biednego męża. W związku z tym nigdy też nie narzekam, bo boję się, że mój domowy kuchmistrz mógłby się zbuntować ;-) , a mnie wówczas nie pozostanie nic innego, jak poprzypalać wodę na herbatę. Staramy się jeść zdrowo i zróżnicowanie, bez szczególnego preferowania jakiejś kuchni. Raczej to, co nam odpowiada. Ponieważ nie korzystamy w ogóle z gotowców, a i niezbyt często z knajpek, omija nas dogłębne wgryzanie się w kuchnię amerykańską. Parę rzeczy udało nam się jednak dostrzeć, czy też raczej – posmakować. Czas więc na stereotyp ;-) .

Wszystko jest tutaj za słodkie. Za słodkie są ciasta i ciastka. I dżemy. Za słodkie są czekolady (i w ogóle mają inny smak, nawet moja ukochana biała Toblerone jest niesmaczna :-( ), obrzydliwie słodkie są soki. Za słodka była nawet ostatnio teoretycznie-francuska zupa cebulowa w restauracji – wszystko przez to, że często tu spotykana i kupowana cebula jest słodka. Brrr. Za to dzięki temu można się efektywnie poodchudzać – stosując dietę pod tytułem: M.Ż. tego ohydnego słodkiego świństwa!

I tak sobie myślę, czy jeszcze do czegoś się przyczepić stereotypowo na tej nieszczęsnej amerykańskiej pustyni kulinarnej. Wychodzi mi, że nie. Jak się człowiek postara, to kupi i doskonałe i smaczne i nawet znajome jedzonko. Nawet kiszone ogórki czy uszka do barszczu w polskim sklepiku nieopodal (w okolicy DC jest tylko jeden, ale nieźle zaopatrzony). I kefir. I pyszne szparagi w sezonie. I francuskie sery – im bardziej śmierdzące, tym lepiej – a pisze to osoba, która gdyby mogła, z przyjemnością odżywiałaby się niemal wyłącznie takimi serami i owocami.

A poza tym… Jadłam w Stanach tak znakomite rzeczy, jakich nie udało mi się znaleźć w Polsce czy w ogóle gdzie indziej. Steki na przykład, a zwłaszcza filet mignon w niektórych z tutejszych knajpek. I rewelacyjne ostrygi. Wspaniałe pluoty, czyli śliwkomorele – o różnych smakach i kolorach, słodsze i mniej słodkie, bardzo soczyste i pachnące. Niespodziewanie pyszne czereśnie – zawsze uwielbiałam czereśnie i nie spodziewałam się, że poza Polską mogą być aż tak smaczne. Oraz coś, co odkryłam dzięki znajomym Chińczykom – edamame, blanszowane nasiona soi w strączkach. Chińczycy wcinają je ze z solą morską, ja wolę bez soli. Niebo w gębie.

zjadlem

Pani Bosacka ubolewa: […] W Stanach poznałam dziesiątki ludzi z pasją: psiarzy, sportowców, winiarzy. Nie ma wśród nich nikogo, kto jak Robert Makłowicz potrafiłby zachwycić się cebulką „rumieniącą się na patelni jak dziewica przed nocą poślubną”. […] Przyznam, że z moich gotujących z pasją znajomych w Stanach nikt nie zachwyca się dziewicą na patelni. Ale może to i dobrze :-)

Reklamy