Miesiąc: Listopad 2009

Słaba kobietka i prawdziwy Tygrys

Nie mogę odczepić się od Tigera Woodsa, a dokładniej od sposobu, w jaki moja ulubiona polska prasa przedstawia całą sytuację. Dzisiaj Gazeta.pl nabija się z całej historii, twierdząc, że żona Woodsa jest chyba jakimś MacGyverem, skoro wydostała go z samochodu. Cóż, mit słabej i wiotkiej kobietki, która całkowicie polega w życiu na mężczyźnie, także fizycznie, i niezdolna jest do podniesienia czegoś więcej, niż puderniczka, ma się znakomicie. Cały czas obecny jest w postrzeganiu kobiet przez niektórych wspaniałych polskich szarmanckich mężczyzn. Tych, co to mają opiekować się delikatną i subtelną żoną, zapewniać jej wsparcie, przepuszczać w drzwiach, mówić, że tak jej do twarzy z pranymi pieluchami, w razie czego dokopać zdrowo, i psychicznie i fizycznie, jeśli ona nie chce się tej słodkiej opiece poddać. Niewyobrażalne dla nich jest, żeby kobieta dysponowała jakąś siłą fizyczną, niemożliwe, żeby umiała dać sobie radę z pomocą komuś innemu – nie, jest kobietą, więc z definicji jest słabsza i po prostu n i e  m o g ł o  b y ć  tak, że to ona pomogła mężowi.

Powtarzam słowa z poprzedniej notki – możliwe, że cała sytuacja wygladała inaczej. Możliwe, że pani Woods chciała pobić szanownego, nie bardzo wiernego w danej chwili, małżonka. Ale to są na razie spekulacje. A Gazeta.pl zamieszcza je w taki sposób, jakby już wszystko było przesądzone i ustalone. Pisze, że „amerykańskie media pełne są spekulacji” na temat tego, co się właściwie stało. I rzeczywiście są. Tylko że obecne są w nich różne głosy. Nie tylko Mike Lupica umie pisać w tej cudacznej Ameryce, droga Gazeto.pl.

A tak w ogóle, to te doniesienia są dość zabawne i  mówią sporo także o „mentalności” prasy amerykańskiej. „Zabawne” powinnam dodać: dla czytelnika, bo zapewne dla rodziny słynnego golfisty nie bardzo. Tiger Woods padł poniekąd ofiarą własnej „tajemniczości”. „Tajemniczości” piszę także w cudzysłowie, bo przypuszczam, że tak właśnie widziała to żądna wrażeń i skandali amerykańska prasa codzienna. Golfista znany był od dawna z bardzo silnego chronienia swej prywatności. Państwo Woods pozrywali podobno kontakty z tymi znajomymi, którzy kłapali dziobami do prasy na ich temat, wytaczali procesy, nazwali jacht „Privacy„, w obecnej historii rodziny obojga małżonków milczą jak zaklęte, Tiger nie chce gadać z prasą, żona gdzieś wsiąkła…, i tak dalej, i tak dalej. Zrozumiałym jest więc, że kiedy dziennikarze dorwali się do takiej atrakcji, jak wypadek/nie-wypadek tak ceniącego prywatność, a jednocześnie superbogatego i sławnego sportowca, to nie popuszczą. I będą wysnuwać najróżniejsze teorie i zadawać najbardziej wariackie pytania. Mnie na przykład szczególnie podobało się jedno z nich, które padło już na samym początku: „A cóż takiego Tiger Woods robił w samochodzie w środku nocy?” No przecież nie mógł mieć żadnych przyzwoitych powodów. O tej porze przyzwoici dorośli faceci, mężowie i ojcowie, śpią niewinnie we własnych domach, a nie szlajają się cholera wie gdzie.

Kobieta mnie bije, czyli oglądalność i seksizm

Wczoraj w wielu serwisach pojawiły się informacje, że Tiger Woods miał wypadek i w stanie ciężkim przewieziony został do szpitala.W tej chwili wiadomo, że wypadek nie był poważny – golfista wsiadł do samochodu, nie był pod wpływem alkoholu, po czym ruszył, ściął hydrant i uderzył w drzewo. Jechał wolno, bo poduszki nie odpaliły. Żona Woodsa, widząc co się dzieje, walnęła kijem golfowym w szybę samochodu i wyciągnęła z niego męża. Tiger Woods trafił do szpitala, teraz już z niego wyszedł, a policja cały czas prowadzi śledztwo. Tyle na razie wiadomo. Pytania pojawiają się oczywiście, na przykład takie, gdzież to sportowiec wybierał się po drugiej w nocy, oraz – dlaczego przez kilkanaście godzin rodzina nie informowała o zdarzeniu.

Wszystkie duże agencje prasowe przedstawiają zdarzenie w podobny sposób – wypadek, brak alkoholu, na szczęście nic się nie stało, dochodzenie jest prowadzone. Oto wybrane tytuły między innymi z CNN, AP, Reuters, AFP:

 

Co robi natomiast szalenie popularny polski portal? Ano twierdzi, za „doskonale poinformowanym” TMZ.com, że to była kłótnia rodzinna. Że to zazdrosna żona rzuciła się z kijem na męża i jego samochód, mąż chciał wyskoczyć, samochód sam ruszył i walnął w drzewo.

 

Może i tak było. Może i policja dojdzie do tego. Prawdą jest, że o hipotezie tej wspomina i prasa zagraniczna (chociażby w powyżej pokazanej notce z FOXSports. com), zaznaczając, że na razie, bez konkretnych przesłanek, wypadek uważany jest za wypadek, a nie za domestic issue. Ale zniesmaczył mnie ten kontrast informacyjny. Z jednej strony spokojne informacje pochodzące z jako tako wartych zaufania agencji, czekających w dodatku na wyniki oficjalnego dochodzenia. Z drugiej – śmieciowy portal posiłkujący się informacjami z innego śmieciowego miejsca, i podbijający swą popularność ordynarnym, chamskim seksizmem w stylu – jeśli coś złego, to przez baby. Gazeta.pl już od dawna sięga dna. To jest jeden z tych przypadków.

 

Dodane po chwili – seksizm, ta wstrętna przypadłość nie gnębi wyłącznie portalu Gazeta.pl. Dziennik.pl też się popisał:

Zmieniają chłopców w dziewczynki, czyli seksizm w nauce

Ftalany winne są tego, że chłopcy stają się mniej męscy.
I tak dobrze, że nie tabletki antykoncepcyjne tym razem. Ale tabletki są zapewne nudne już nieco – wszyscy wiedzą, że pigułki powodują, iż morskie stworzenia stają się babami, raki zimują na księżycu, a żabom odbija i niczego nie kumają. Żadna nowość – wszystko przez te baby.

Tym razem jednak naukowcy z pewnego zespołu, który z uporem bada wpływ ftalanów na rozwój płciowy także ludzi (nic dziwnego, rozumiem ich, mają grant, trzeba popracować), opublikowali dane, jak to niektóre ftalany, z jakimi kontakt miała matka w ciąży, wpływają na męskie i kobiece zachowania już trochę podrośniętych jej dzieci.

Nie mam zastrzeżeń do pracy, że w ogóle przedstawia wpływ związków chemicznych na ciążę. Takie badania są ważne i potrzebne. Nie mogę się jednak pozbyć wrażenia, że pięknie wpasowuje się w od pewnego czasu notowany mniej lub bardziej subtelny nacisk na matki, żeby działały zgodnie z naturą. A to dziwnie wiąże się z uziemieniem matki dłużej i intensywniej w domu, z dzieckiem (i przy okazji dyskretnie nie wspomina się o ojcu). Nie dawajmy dzieciom gotowych jedzonek, tylko same uprawiajmy w doniczce marchewkę i owies. Nie używajmy pampersów, bo toksyczne, za to pranie dziennie 50 pieluch tetrowych to sama przyjemność i budowanie więzi z maluchem. W ciąży i potem nie jedzmy nic poza buraczkami, bo wszystko inne powoduje alergie u potomka. Nie rodźmy ze znieczuleniem (a cesarka to już samo ZUO), bo „w bólach rodzić będziesz”, no i po porodzie zostańmy z dzieciakiem w domu jakieś małe dziesięć lat, bo przecież mleko matki jest najzdrowsze, w dodatku wyłącznie matka ma związane z płcią geny, pozwalające jej odróżniać rodzaje dziecięcego płaczu. 

Wracając do artykułu – naukowcy ocenili, jak ftalany (metabolitów których szukali w moczu ciężarnych) wpływały na zabawy dziecięce. Zabawy te podzielono na „męskie” i „kobiece”. Rodzice dostawali kwestionariusz i odpowiadali na pytania, jak i czym się dziecko bawi. I tu jest pierwsze kuriozum tej pracy. Pytania mianowicie były na przykład takie: „jak często dziecko bawiło się ostatnio biżuterią?” (o, zaiste wszyscy chłopcy z biżuterią wygladają szalenie zniewieściale, przykładem jest pan Bryan „Birdman” Williams – zdjęcie można obejrzeć na przykład tutaj. Wstydź się birdmanowa mamusiu – masz synka, który wygląda jak dziewczynka. Oj, oj, za dużo ftalanów w ciąży.)

Inne pytanie brzmiało „jak dziecko reaguje na pająki, węże i owady?” Rozumiem, że dziewczynki piszczą, a chłopcy zjadają. Na surowo. No i nieśmiertelne: „czym się dzieci częściej bawią – ciężarówkami czy lalkami?” Chodziło tu o obiekty z kółkami versus te bez. A ja mam tu skromne pytanie – kto stwierdzał, które zachowanie jest męskie, a które żeńskie? Bo z biżuterią dali ciała, tak jak i z tymi pająkami. Że nie wspomnę już, że karabiny, zdaniem autorów pracy, były bardziej męskie od mieczy, a miecze z karabinami razem – od samochodów, samolotów i pociągów. A pociąg wjeżdający do tunelu, że zapytam niewinnie? W ten sposób to wszystko można udowodnić. Pokazać, że chłopcy bawią się w bardziej chłopięce zabawy, jeśli zabawy którymi może w przeszłości częściej bawili się niektórzy chłopcy (niektóre dziewczęta też, ale to oczywiście nie ma znaczenia) nazwiemy chłopięcymi. Ogólnie – bełkot.

Ale on jeszcze nie do końca dyskwalifikuje pracę. Dyskwalifikuje ją po pierwsze, wyrzucenie z analizy pytań o „podejmowanie większego ryzyka” i „większą ciekawość świata”. Są to cechy, które od zawsze przypisujemy chłopcom, czyż nie? Otóż w pracy, o czym milczą dyskretnie media, a i sami autorzy tego nie podkreślają, nie było różnicy między dziećmi pod tym względem. Dziewczynki i chłopcy są równie ciekawi świata i podejmują ryzyko w rozmaitych sytuacjach. Ale po co o tym wspominać. Przecież wiadomo, że najpiękniejsze są te słodkie różnice między nami. A i prasa chętniej napisze o różnicach, niż o podobieństwach, są bowiem ciekawsze i utwierdzają stereotypy. Zwłaszcza stereotypy płciowe, służące bardzo, nie tylko ostatnio, do dyscyplinowania kobiet.

Tym, co także dyskwalifikuje pracę, jest nieuwzględnienie kilku ważnych czynników. Na przykład tego, jaki był wiek ojca (wiek matki autorzy podają) – a może ojciec to stary piernik, który w ogóle nie wyobraża sobie, że jego słodka córeczka bawi się czołgiem, a synek – lalką? Tym bardziej, że autorzy zauważają, że statystycznie chłopcy nie są zniechęcani do zabawy różnymi zabawkami, natomiast dziewczynki – tak. Może więc część z badanych dzieci płci żeńskiej miała ochotę częściej pobawić się karabinem, ale jak parę razy usłyszała mniej lub bardziej wyraźnie, że to księżniczce nie wypada, to po prostu zrezygnowała. Nie zbadano także wpływu ftalanów na rodzicielską politykę „zachęcania/zniechęcania” dzieci do niektórych zabawek. Byłoby to ciekawe, bo może znacznie silniejszy byłby wpływ tych związków na stereotypowe myślenie osób dorosłych, niż na zabawy dziecięce? A w ogóle to nikt nie pomyślał o tym, czym mianowicie bawili się chłopcy 200 lat temu? Kiedy nie mieli ciężarówek? Lalki wówczas były i może bawiły się nimi wszystkie dzieci, niezależnie od płci? I może ftalany w XXI w. działają dobroczynnie, bo przywracają („powrót do natury”) chorobliwe zainteresowania chłopców do normy?

Nabijam sie już tutaj, wysnuwajac takie wnioski. Ale autorzy zasłużyli na to. Zasłużyli ukrytym seksizmem swego artykułu. I nawet nie chodzi mi wyłącznie o to, co napisałam powyżej, choć także. Chodzi mi o zupełnie kuriozalne i idiotyczne stwierdzenie, które pada we wstępie. Otóż autorzy tłumaczą, jak to w życiu płodowym ten wspaniały męski mocarny testosteron kształtuje neurony tak, że stają się „męskie”. I OK, tak jest. Ale potem dodają, że u gryzoni, O BIOLOGICZNA IRONIO, dzięki aromatazie testosteron przekształcany zostaje w estradiol i ten dopiero odwala robotę. Biologiczna ironia? WTF? Nie ma czegoś takiego. Jeśli autorom nie podoba się, że męski facet powstaje dzięki czemuś tak marnemu, głupiemu i babskiemu, jak estradiol, to jest to wyłącznie ich problem. Zasugeruję tylko, że takie uprzedzenia również mogą być ciekawym tematem badawczym. Oraz że można próbować się ich pozbyć. Jakaś terapia chociażby?

I chciałam nawet początkowo napisać, że to, jak odebrano artykuł w prasie popularnej (że tragedia, sodomia i gonorea, z chłopców robią dziewczynki albo i gejów, o zgrozo) nie jest winą autorów pracy. Wydaje mi się jednak, że troszeczkę jest. Bo publikacja miała być o konkretnym wpływie określonych związkach chemicznych na coś tam, a wyszła obleśnie pełna stereotypów, a nawet je w popularnym odbiorze utwierdzająca.

Na przyszłość, do kolejnych testów, polecam autorom następującą zabawkę (zdjęcie poniżej). Chyba, że obawiają się pewnego dysonansu poznawczego u badanych dzieci, w związku z jej męsko/żeńską klasyfikacją. Mam wrażenie jednak, że to raczej sami badacze będą mieli dysonans, sądząc z tego, co nawyczyniali w swej obecnej publikacji.

(Ilustracja z „Cyberiady” Lema autorstwa Daniela Mroza.
http://www3.interscience.wiley.com/cgi-bin/fulltext/122685135/PDFSTART
http://health.usnews.com/blogs/on-men/2009/11/17/phthalates-threat-less-boy-more-girl.html)

Wszystkie stworzenia małe i mniejsze – C jak Chlamydia

Bezobjawowa chlamydioza występuje częściej u mężczyzn HIV-ujemnych, niż HIV-dodatnich – z niejakim zdziwieniem zauważyli naukowcy z Niemiec i ogłosili te wyniki 13. listopada na 12th European AIDS Conference/European AIDS Clinical Society. Liczba zakażonych jest znacznie większa, niż oczekiwano, większa nawet niż w Stanach Zjednoczonych. Wygląda na to, że wśród HIV-ujemnych MSM (mężczyzn, którzy uprawiają seks z mężczyznami), bo na tej grupie pacjentów przeprowadzono badanie, aż 21% jest zakażonych Chlamydia trachomatis (w porównaniu do prawie 15% pacjentów zakażonych również HIV). Niepokojącym w tym wszystkim jest fakt, że takie bezobjawowe zakażenie przenoszone drogą płciową (STI) zwiększa ryzyko zakażenia innymi patogenami, w tym HIV. Wiadomo także, że osoba zakażona STI oraz HIV łatwiej się tym wirusem „dzieli” ze swoimi partnerami. Zwłaszcza że, jak podkreślili badacze, przestrachem napełnia ich fakt, iż tylko połowa badanych, i HIV+ i HIV-, używała prezerwatywy przy każdym stosunku w ciągu ostatniego miesiąca przed badaniem.

Skąd ten wysoki odsetek bezobjawowych zakażeń Chlamydia trachomatis u mężczyzn HIV-ujemnych? Nie wiadomo. Niektórzy naukowcy sugerowali, że może to dobroczynny wpływ leków antyretrowirusowych na ogólną odporność organizmu. Pacjenci HIV-dodatni byli przecież przez dłuższy czas pod wpływem tej terapii, w odróżnieniu od pacjentów HIV-ujemnych. Myślę jednak, że powód jest nieco inny – taki, jak sugerowali inni uczestnicy konferencji – pacjenci zakażeni wirusem HIV częściej szukają porady medycznej. W związku z tym większa jest szansa, że niektóre, często zamaskowane lub ukryte zakażenia udaje się po prostu wcześnie wykryć i leczyć.

I jeszcze parę słów o Chlamydia trachomatis i innych drobnoustrojach tego rodzaju.

Rodzaj Chlamydia mieści w sobie cztery gatunki: Ch. trachomatis, pneumoniae, psittaci i pecorum (czwarta jest patogenem przeżuwaczy, więc nie będziemy się nią zajmować). W ciagu ostatnich lat przez piśmiennictwo naukowe przewinęło się kilka propozycji zmian w klasyfikacji, wyróżniono drugi rodzaj – Chlamydophila, niektóre szczepy Ch. psittaci przeniesiono do Ch. pneumoniae i Ch. pecorum – słowem, było i jest trochę bałaganu, a i nie wszyscy badacze te zmiany zaakceptowali. Nie ma to jednak większego znaczenia.

To, co określa się jako chlamydiozę, czyli jedną z najczęściej występujących chorób przenoszonych drogą płciową (WHO mówiła już wiele lat temu o 89 milionach przypadków na świecie, w USA każdego roku notuje się 4 miliony nowych zakażeń), to skutek infekcji Chlamydia trachomatis, a dokładnie wariantami serologicznymi tego gatunku opisywanych literami od D do K. Te właśnie warianty powodują nierzeżączkowe zapalenie cewki moczowej, zapalenie szyjki macicy, zapalenie narządów miednicy mniejszej i chroniczny ból w jej obrębie, zapalenie jajowodów, zwiększone ryzyko ciąży ektopowej, bezpłodność (w Stanach każdego roku 50 tysięcy kobiet staje się bezpłodnymi wskutek infekcji) – jednakowoż, u sporej większości kobiet zakażenie przebiega bezobjawowo. Natomiast u mężczyzn chlamydioza jest zwykle objawowa i charakteryzuje się bolesnym i utrudnionym oddawaniem moczu, także z obecnością ropy w moczu.

Oprócz tego wszystkiego serotypy D – K odpowiedzialne są za inne zakażenia, na przykład zapalenie spojówek u dorosłych i u noworodków. U osób dorosłych zakażenie następuje drogą płciową oraz przez kontakt bezpośredni (rzadko także przez chociażby zakażony tusz do rzęs), noworodki nabywają zakażenie od zainfekowanej matki. Ch. trachomatis jest najczęstszą przyczyną zapalenia spojówek u noworodków, stąd też popularność zabiegu Credégo (jest to także profilaktyka rzeżączkowego zapalenia spojówek u tych małych pacjentów), czyli zakroplenia oczu noworodka zaraz po urodzeniu 1% roztworem azotanu srebra (obecnie częściej 0.5% roztworem erytromycyny lub 1% tetracykliny). Kontrowersje na temat stosowania azotanu srebra dotyczyły jego wpływu na spojówki – okazało się, że działa toksycznie i może powodować conjunctivitis. Inne choroby powodowane przez serotypy D – K to zespół Reitera (zapalenie spojówek, stawów i okolic narządów płciowych), zapalenie najądrzy (najczętsza przyczyna u mężczyzn poniżej 35 roku życia), zespół Fitz-Hugh-Curtisa (perihepatitis, szczególnie u młodych kobiet), zapalenie ucha oraz zapalenie płuc – u noworodków i małych dzieci, o dość łagodnym przebiegu.

Serotypy A, B, Ba i C Ch. trachomatis odpowiedzialne są za występowanie jednej z głównych przyczyn ślepoty na świecie, czyli jaglicy. Jaglica, opisywana już w starożytnym Egipcie i Chinach, występuje na całym świecie (około 500 milionów chorych, a 7 milionów niewidomych na skutek choroby), a endemiczna jest w Afryce, Środkowym Wschodzie, Indiach i południowo-wschodniej Azji. Zakażenie występuje głównie u dzieci, na skutek kontaktów bezpośrednich, zakażonych ubrań, a także po przejściu przez kanał rodny zakażonej matki. Natomiast zakażenie trzema serotypami L (LGV1, LGV2, LGV3) powoduje wystąpienie ziarniniaka wenerycznego (lymphogranuloma venereum), charakteryzującego się bardzo bolesnym zapaleniem pachwinowych węzłow chłonnych, z gorączką, bólem mięśni oraz zapaleniem odbytnicy. Zakażenie przenosi się głównie drogą płciową (choć i inne są możliwe) i jest raczej rzadkie, zwłaszcza w Europie, aczkolwiek zanotowano epidemię w Holandii w latach 2003-2004. Częściej występuje na Karaibach, w Ameryce Środkowej, Afryce i południowo-wschodniej Azji.

Chlamydia pneumoniae także jest niezwykle często atakującym ludzi drobnoustrojem, związanym głównie z pozaszpitalnymi zapaleniami płuc (nawet 10 – 20% przypadków), zapaleniem gardła (5%), oskrzeli i zatok u pacjentów zarówno z upośledzeniami odporności, jak i bez. Ponadto zakażenia Ch. pneumoniae wiąże się (choć dane są często sprzeczne) z występowaniem miażdżycy, astmy, stwardnienia rozsianego i choroby Alzheimera.

Ch. psittaci natomiast atakuje ludzi stosunkowo rzadko. Jest przyczyną papuzicy, choroby odzwierzęcej przenosznej przez ptaki – papugi, także gołębie oraz drób (o indykach należy pamiętać, szczególnie dzisiaj) i dotyczącej układu oddechowego. Objawy zakażenia obejmują wysoką goraczkę, trudności w oddychaniu, kaszel, a także biegunkę i wymioty. Komplikacje – zapalenie mięśnia sercowego, wsierdzia, mózgu są rzadkie, ale śmiertelność wskutek papuzicy szacuje się na 5%.

Chlamydie są bakteriami, dość dziwnymi wprawdzie, bo pasożytują wewnątrzkomórkowo, niezdolne są do wytwarzania własnego ATP i nie posiadają peptydoglikanu. Ich cykl życiowy składa się z kilku stadiów i wymaga tworzenia specjalnych struktur, jak ciałka podstawowe, które zakażają komórki, oraz namnażające się intensywnie ciałka siateczkowate. W diagnostyce, poza czasem typowymi objawami klinicznymi, wykorzystuje się zdolność wzrostu chlamydii w komórkach eukariotycznych – można je hodować i wykrywać ich antygeny. Można również wykrywać antygeny czy DNA metodami bezpośrednimi w materiałach pobranych od pacjentów, a także stosować metody serologiczne do wykrywania obecności przeciwciał. Lekami z wyboru (zgodnie ze wskazówkami CDC) są antybiotyki: azytromycyna i doksycyklina. Skuteczność ich wynosi 95%. Antybiotykoterpia powinna być rozpoczęta niezwłocznie, przy objawach wskazujących na zakażenie przenoszone drogą płciową należy uwzględnić skuteczność antybiotyku również wobec Neisseria gonorrhoeae.

(Emerging Infectious Diseases 1996, 2:307, Clinical Microbiology and Infection 2009, 15:11 i 15:29,  oraz Microbiology and Immunology Online i Medscape)

Świętość i seks w jednym stali domu

Po ostatnich nieprzyjemnych zajściach z wyzwiskami i przemocą pod adresem homoseksualistów, władze mojego uniwerku idą za ciosem i postanawiają jeszcze bliżej zainteresować się problemami osobistymi oraz intymnymi młodzieży. W tym tygodniu rozpoczął się cykl wykładów pod wspólnym tytułem The Sacred and the Sexual, organizowanych pod patronatem Campus Ministry (czyli naszych ulubionych księży jezuitów) oraz organizacji LGBTQ, prężnie działającej ostatnio na kampusach GU. No moje oko, współpraca tych dwu patronów układa się doskonale, co, uważam, jest normalne i tak właśnie powinno być, zwłaszcza na katolickiej uczelni, warto to jednak podkreślać, bo nie sądzę, że taka współpraca zdarza się wszędzie. Zwłaszcza na katolickich uczelniach.

Pierwszy wykład z serii, pod tytułem Faith, Romance and the Hook-up Culture, właśnie się odbył, razem z dyskusją moderowaną przez zakonników, i… było miło. I średnio ciekawie. Prelegentka, autorka książki Sex and the Soul, przedstawiła własne badania przeprowadzane wśród studentów różnych uczelni amerykańskich (prywatnych, także religijnych, oraz publicznych), na temat stosunku studentów do religijności, duchowości a także różnych form aktywności seksualnej. Z grubsza, według tychże studentów, po pierwsze – większość, spora ich większość, marzy o duchowości. Dość różnie pojmowanej, ale zawsze. Duchowość jest im bliska, nie ma to związku z wyznawaną bądź nie, religią, ale przy okazji żalą się, że nikt z nikim na ten temat nie rozmawia. Bo głupio im jakoś. Łatwiej rozmawiać, zwłaszcza na kacu w niedzielę rano, o zaliczeniu tej czy owego, niż o potrzebach duchowych. Po drugie, studenci bardzo ostro odgraniczają romance od hook-up. Romansowanie jest oczywiście romantyczne – trzymanie się za rączki, spoglądanie głęboko w oczy, świece, długie spacery, rozmowy, rozmowy, rozmowy – ale jeśli dojdzie do jakiejkolwiek aktywności seksualnej czy nawet erotycznej, romantyczność się nieodwołalnie i absolutnie kończy. Ale przy tym nieodwołalnym celem tego romantyzmu: spacerów, miłych słówek, itd., jest jednak pójście do łóżka. Dopięcie celu wyklucza więc niejako istotę zagadnienia. Hook-up natomiast – troszkę trudno to, swoją drogą, dobrze przetłumaczyć, bo samo „uprawianie seksu” mocno upraszcza – hook-up jest więc każdym krótkotrwałym, bezuczuciowym a erotyczno-seksualnym spotkaniem dwóch osób. Może trwać dziesięć minut i polegać wyłącznie na całowaniu się, może trwać całą noc i polegać na uprawianiu wyuzdanego seksu – istotą jest brak uczuć, jakichkolwiek, nawet zwykłej sympatii.

Z analizy życia studenckiego na różnych uniwersytetach wynika, że żyją oni niezwykle intensywnie w kulturze hook-up. Romance jest raczej rzadkością. I nijak się to ma do wyznawanej wiary czy religii, bądź też do braku tychże. 

Nie zdziwiło mnie to szczególnie. I nawet nie zdziwiły mnie specjalnie motywy tych studentów, którzy angażują się w hook-ups. Nie wygląda to bowiem tak, że widzisz kogoś – czujesz nagłe pożądanie – musisz go (ją) mieć – idziecie do łóżka. Sekwencja zdarzeń jest raczej taka: wstajesz rano – jesz śniadanie – myjesz zęby – wychodzisz na zajęcia – coś tam robisz – nudzisz się – idziesz z kimś do łóżka – jesz kolację – idziesz spać. Ogromnej większości badanych osób sytuacja ta nie odpowiada. Nie odpowiada im pozbawione uczuć, bezemocjonalne uprawianie seksu, traktowane jako jedna ze zwykłych codziennych/cotygodniowych czynności. Robią to jednak. A robią to dlatego, że nierobienie równałoby się towarzyskiemu samobójstwu. Chodzi zwyczajnie o budowanie prestiżu i pozycji oraz ustalanie hierarchii wśród kolegów i koleżanek.

Z zainteresowaniem zauważyłam tylko trzy kwestie. Pierwsza to spojrzenie feministyczne, które właściwie zostało poruszone tylko przez jedną studentkę, przy końcu spotkania, i przeszło niemal bez echa. Okazuje się, że owszem, studenci ulegają kulturze hook-up niezależnie od płci i w przypadku obu płci chodzi o prestiż i reputację. Jednakże dziewczyny, angażując się w seks, reputację tę tracą („ale dziwka”), chłopaki natomiast zyskują („ale ogier”). Czyli nic nowego pod słońcem i nikogo to specjalnie nie wzrusza. Hierarchia ustalana jest głównie w odniesieniu do mężczyzn, w ich oczach i przez nich.

Po drugie podobał mi się sposób prowadzenia całej dyskusji przez zakonników. Żadnego moralizowania, żadnego głoszenia tez z wyższością, żadnego oburzania się. Ciekawość raczej, szacunek oraz chęć pomocy, jeśli takie pragnienie zostanie zasygnalizowane. Powtórzę raz jeszcze, że owszem uważam, że takie podejście do rozmówcy powinno być normą dla księdza katolickiego czy zakonnika. Często jednak nie jest, zwłaszcza kiedy chodzi o kwestie związane z seksem (patrz chociażby znowu niesmaczne wynurzenia – czyli dęte pouczanie – ks. Knotza u Pacewicza na temat tego, jak partnerzy seksualni powinni się względem siebie zachowywać). Mogę więc moich ulubionych jezuitów znowu pochwalić.

A po trzecie – przyjmuję motywy studentów, rozumiem skąd kultura hook-up. Rozumiem dlaczego to robią, mimo że podobno zupełnie ich to właściwie nie bawi. Słucham argumentów, że to nie jest przyjemne, nie buduje więzi, robią to, bo wszyscy tak robią i tak trzeba, żeby coś znaczyć. Tylko czy naprawdę jest to jedyny powód? Czy rzeczywiście jest to im aż tak niemiłe? Czy seks pozbawiony uczuć naprawdę jest zupełnie do niczego? Czy nie mówią oni tak, bo tego się od nich oczekuje (bo budowanie prestiżu w Ameryce jest OK, a seks to zupełnie inna historia)? Albo wręcz myślą (bo religia, bo wychowanie, bo pruderyjna Ameryka), że sami tak powinni c z u ć?

Najseksowniejsi?

Co tam. Dzisiaj mi się uleje. A notka będzie płytka albo jeszcze płytsza, i nie trzeba brać jej do końca na poważnie ;-) . Zwłaszcza, że w pracy się obijam – zgodnie z planem – czytając sobie fascynujące doniesienia o rozmaitych gwiazdach, aktorach i ich ciężkich przeżyciach życiowych. I wczoraj właśnie przeczytałam w Yahoo news, że People wybrało po raz kolejny Najseksowniejszych Mężczyzn. Dzisiaj już nie jestem w stanie znaleźć (pewnie z lenistwa) tej samej stronki, którą oglądałam, ale nie szkodzi. Były na niej cztery zdjęcia. Zwycięzca, czyli najseksowniejszy man alive, czyli Johnny Depp oraz trzech innych panów aktorów – George Clooney, Richard Gere i Brad Pitt.

Podnosząc ręce, zgoła jak jakiś prorok Jeremiasz, wołam głosem wołającej na pustyni: czy to zawsze muszą być takie stare pierniki??? Czy rzeczywiście kobietom podobają się nieustająco ci sami faceci? I babciom i wnuczkom? Na litość, czy nie ma młodszych? Szesnasto, ekhm, jestem w Stanach – dziewiętnastoletnich?

Ja rozumiem wszystko, nawet gerontofilię. Rozumiem, że rzeczeni gwiazdorzy może i mieli coś w sobie. W trzydziestym dziewiątym. Ale teraz?

Johnny Depp. Nawet go lubię, a jako Jack Sparrow jest absolutnie genialny i niezrównany (w pierwszej części, bo w kolejnych chyba starczych sił mu do grania nie starczyło). Ale czy nie mógłby się czasem umyć? Czasem, nie mówię, że raz na tydzień, ale co miesiąc chociaż? Na trochę wystarczy. Nawet nie chcę się zastanawiać, jak ten facet to robi, że ZAWSZE wygląda tak, jakby miał brudne włosy, brudną twarz, brudny zarost, w ogóle wszystko brudne.

Clooney – ten z kolei mógłby się czasem ogolić. Z oporami przyjmuję do wiadomości, że sa tacy (takie), którym zarost tego typu się podoba. (Ale notka miała być w końcu obrazem mojej frustracji i ulania.) Siwawemu zarostowi Clooneya mówię nie. Clooney, ogól się raz, z łaski swojej, i nie strasz tą kaprawą gębą. A kaprawości szczególnie dodaje jej to chroniczne zapalenie spojówek. To się leczy.

Gere – ten się przynajmniej umie ogolić dla odmiany. Ale oczka ma małe. Choć uśmiech ujmujący. Dobra, Gere może od biedy być. Dla siedemdziesięciolatek. Rozumiem, że też ważny target, ale o matko.

Pitt – Pitt był kiedyś ładny (przed trzydziestym dziewiątym zapewne). I seksowny, bo o to w końcu, a nie o urodę tu biega. No więc był seksowny, w zamierzchłej erze „Mexican” i „Fight club„, której nawet starożytni Czechosłowacy nie pamiętają. Ale teraz? Teraz to po pierwsze mógłby sobie obciosać te kości żuchowe. Kości te może i wyglądały ślicznie (eee… NIE), kiedy był młodszy (no właśnie), ale teraz, kiedy pokryła je gruba warstwa tłuszczu, wyglądają obleśnie. Brad Pitt – chodząca słonina na twarzy z nogami. Brrr.

I jeszcze Yahoo nabijało się z Hugha Jackmana, że przegrał z Deppem. Jackman, który ma, o czym wiem skądinąd, swoich wiernych fanów, dla mnie jest wcieleniem męskiej lalki Barbie. A powiem nawet, że moja stara lalka miała bardziej myślące spojrzenie. Jak może być seksowny facet, który nie ma nic w oczach? Który jest dokładnie taki sam w swoich filmach – czy on dysponuje w ogóle jakąś osobowością? Jakoś tak nieśmiało (i nudno) zauważę, że facet może być seksowny, jeśli ma to COŚ, a nie jest tylko śliczną laleczką (i lap dancing na kolanach Barbary Walters nie wystarczy, Hugh). Zresztą, kobiet to także dotyczy.

Dziwi mnie mocno, że ktoś tych panów wybiera, ktoś na nich głosuje. Chyba, że wybór odzwierciedla wyłącznie gust jakiejś tam pani naczelnej jakiegoś czasopisma.

A i tak się cieszę, że w tym pięknym gronie nie znalazło się dwu najbardziej odrzucających mnie aktorów, czyli Sean Connery i Harrison Ford. Przyznam się, że staram się nawet nie oglądać specjalnie filmów z wymienionymi indywiduami, żeby nie prowokować wymiotów. Niestety, jestem z opinią tą całkowicie osamotniona. A raz zostałam prawie zlinczowana (przez milutkie damskie towarzystwo wielbicielek), choć skończyło się zaledwie na wyrzucaniu ze wspólnego pomieszczenia ;-) .

No dobra. Jak pisałam, nie należy tej notki brać do końca na poważnie.  Nie mam nic do miłych panów opisywanych aktorów, że mi się nie podobają, to w końcu tylko mój problem. Niech im wszystkiego będzie grubo (tego, co dotąd było chudo) i niech im los w dzieciach wynagrodzi.

Nie podoba mi się za to az tak nachalne promowanie poglądu, że facet to może mieć i osiemdziesiątkę i wszystko jest cacy – kochają go babcie i wnuczki, a kobieta po trzydziestce jest już za stara na niektóre role. Uderzyło mnie to po prostu, bo akurat tego samego dnia oglądałam w necie i najseksowniejszych i Demi Moore na okładce czegoś innego. Demi Moore tak wyfotoszopowaną, że z twarzy była podobna zupełnie do nikogo, odmładzaną zupełnie idiotycznie, w dodatku z obciętym biodrem. Wiem, że istnieje coś takiego, jak photoshop disasters. Ale obcięto jej biodro, proszę zauważyć. Nie cycki na przykład. To by było zupełnie nie komilfo, bo baba ma przecież być zawsze młoda i z dużym cycem. I szczupła, chuda wręcz, wiec po co jej, okryte w końcu bardzo nawet niewielkim tłuszczykiem, biodro?

A facet – wystarczy, żeby był trochę ładniejszy od diabła? Może. Ale czy to jest seksowne? I w porządku?

Publish nie perish

Po żmudnych walkach z oporną materią i nie mniej opornymi recenzentami, po ślepnięciu nad mikroskopem, marudzeniu nad żelem, zasypianiu nad komputerem oraz obrzucaniu doświadczeń kwiecistymi wiązankami najwymyślniejszych przekleństw (zgodnie z teorią Ernesta Rutherforda, że eksperyment działa tym lepiej, im więcej wyzwisk i słów powszechnie uważanych za wulgarne usłyszy pod swoim adresem) nareszcie mogę ogłosić, że kolejne dziecko wkrótce pojawi się na świecie. Będzie miało parę stron, kilka kolorowych i czarno-białych obrazków oraz trochę słów. A ja do końca roku mam zamiar czas w pracy spędzać głównie tak:

W czasie suszy szosa sucha

Do niemal wszechobecnej klimatyzacji przyzwyczaiłam się dość łatwo. Nie miałam żadnych infekcji, żadnych chorób dróg oddechowych, czym straszona byłam przed przyjazdem do Stanów. Faktem jest jednak, że mój sposób używania klimatyzacji jest chyba nieco inny, niż znanych mi tubylców. Jestem bardziej od nich ciepłolubna, a dzikie upały mi zwykle nie przeszkadzają. No, chyba że staną się nadmiernie dzikie. Wówczas włączam, latem szczególnie, a waszyngtońskie lato potrafi być gorące i upiornie wilgotne, chłodzenie w domu. Wolę jednak – kiedy nie jest gorąco i duszno aż tak, że człowiek w toku przyspieszonej ewolucji wytwarza sobie skrzela, bo nie da się inaczej oddychać czymś, co ma teoretycznie być powietrzem, a jest wodą – wolę więc wtedy pootwierać wszystkie okna, drzwi balkonowe i w ten sposób zapewnić sobie jakiś powiew świeżego powietrza. Znani mi Amerykanie raczej tak nie postępują. Narzekając okropnie na pogodę, latem po prostu włączają chłodzenie w domach. Za to zimą i jesienią wytrzymują, gdy jest już dość chłodno. A ja wtedy dogrzewam się, dmuchając sobie w nos ciepłym powietrzem. I tu pojawia się problem. Nie zakażenia, jak pisałam, ale potworne wysuszenie powietrza. Po kilku dniach włączania klimatyzacji, tej ciepłej właśnie, wysycham. Zsycham się na wiór. Piję dużo wody, ale nocami budzę się ze snów o wodzie. I z jedną myślą: muszę, koniecznie muszę się napić.

Na szczęście z pomocą przychodzi mi nawilżacz powietrza. Genialny wynalazek. Nawilżacza używałam i w Polsce, ale tam chyba nie byłam w stanie docenić tego urządzenia. Tu jest absolutnie niezbędny do normalnego funkcjonowania. Jesienną i zimową porą włączany jest w moim domu codziennie, na długie godziny. A dodatkowo wygląda pociesznie :-)

DSCF9818

Spodniami dokonuję aborcji, czyli komuś mocno zaszkodziły damskie portki

Czy już aby nie było o damskich spodniach? Jak to niemożliwie groźne są? Pozbawiają kobiecości, a w dodatku stanowią oręż walki z mężczyznami? No było. Ale że z noszenia spodni przeze mnie wynika prosto (i logicznie zapewne), że lekką rączką zrobię sobie aborcję, albo i dwie? Tego dotąd nie wiedziałam. Zadbał jednak o mnie i wytłumaczył tę implikację pewien miły pan, Richard Williamson, biskup skądinąd, znany także w niektórych kręgach jako negacjonista i antysemita. Dawno to wprawdzie było, ale pewna niezwykle milutka organizacja na swych stronach cały czas prezentuje poglądy szanownego biskupa. Razem z takimi hasłami, jak: Bóg, rodzina, ojczyzna, tradycja, własność, sprawiedliwość. Zaprawdę powiadam Wam więc, oto prawdziwy autorytet wypowiada się na temat kobiecych spodni.

[…] Na przykład biskup de Castro Mayer zwykł był mawiać, że spodnie noszone przez kobietę są gorsze od mini-spódniczki. […]

No pewnie, że są gorsze. Zwłaszcza jak biskup jeden z drugim zamiast brewiarz odmawiać, obgadują dziewczyny w spódniczkach i szortach. Te spódniczki muszą im się rzucać na to i owo.

[…] Krótka spódnica jest nieskromna i atakuje zmysły, ale spodnie są wyrazem pewnej ideologii i atakują umysł.[…]

Miało być o militaryzacji ciuchów? No i jest. Spódnica atakuje, spodnie kontratakują, a rycerze głupoty powracają.

Ale nie, to nie rycerze, to zamachowcy, zamachowywujący się (jak powiedziałby Nuta) na istotę kobiecości (czymkolwiek by ona była):

[…]Rzeczywiście, kobiece spodnie, noszone dzisiaj, czy to długie, czy krótkie, skromne lub nie, obcisłe czy luźne, zwykłe czy tzw. spódnicospodnie, są zamachem na istotę kobiecości, odbiciem radykalnego buntu przeciwko porządkowi ustanowionemu przez Boga. Może w najmniejszym stopniu dotyczy to spódnicospodni, spodni najbardziej przypominających spódnicę (i czasem z nią mylonych). Ponieważ jednak spódnicospodnie odpowiadają regule podziału kobiecego ubioru poniżej pasa na dwie części, dlatego są tylko próbą zamaskowania poważnego nadużycia.[…]

Poważne nadużycie. Hmmm… Zobaczmy dlaczego jest ono tak poważne (ale nie spodziewajmy się za wiele). Zanim jednak biskup Williamson błyskotliwie wytłumaczy, o co biega z tym nadużyciem, musi wsiąść najpierw na jednego z ulubionych koników, ulubionych zwłaszcza przez niektórych (starszych) mężczyzn o mocno zakonserwowanych mózgach, czyli – ale fajnie, że faceci dominują nad babami:

[…] Konsekwencją grzechu pierworodnego – grzechu, do którego Ewa przywiodła Adama, a nie na odwrót (I Tym 2, 14) – było m.in. zmiana jej naturalnego i łatwego poddania Adamowi w przykrą dominację, gdyż zwodząc go dowiodła, że musi pozostawać pod władzą… […] Od tego czasu, wraz z przekazywaniem zmazy grzechu pierworodnego potomstwu Adama, na wszystkie jego córki (z wyjątkiem, oczywiście, Najświętszej Maryi Panny) przechodzi to przykre podporządkowanie.

Zwróćmy jednak uwagę – dominacja mężczyn i podporządkowanie kobiet jest przykre. To miło, że ksiądz biskup tak uważa. Ale, ale, to wcale nie jest do końca tak. Niemiłe mi jest podporządkowanie mężczyźnie, jeśli nie jestem katoliczką. Natomiast jeśli jestem – wszystko jest w porządku! Okazuje się, że w małżeństwie katolickim dominacja mężczyzn i uległość kobiet leży w naturze obojga i jest ogromnym szczęściem. No i kto powie teraz, że nie warto być katolikiem? I katoliczką tym bardziej? Nie tylko warto, ekstra jest wręcz.

Przykładowo w małżeństwach katolickich dominacja mężczyzny nad kobietą, łatwo dostrzegalna we wszystkich kulturach niechrześcijańskich i na nowo powracająca w naszej antychrześcijańskiej kulturze, przez łaskę uświęcającą staje się stopniowo takim podporządkowaniem kobiety mężczyźnie, jakie istniało w Raju przed upadkiem pierwszych rodziców. Leży to w naturze ich obojga i dla obojga jest korzystne.[…]

Lecimy dalej. Biskup Williamson ciągle nie może oderwać się od fascynującego tematu podporządkowanych, uległych kobiet.

[…] Z pewnością nie każda kobieta, ubierając szorty, świadomie sprzeciwia się Bogu czy swojemu mężowi. […]

Za to sprzeciwia się nieświadomie? Zaiste, jakieś nieświadome te kobiety są. Pisałam kiedyś o nieświadomym tworzeniu przez nie atmosfery domowej, teraz okazuje się, że i nieposłuszne bywają nieświadomie. W każdym razie, mam takie niejasne podejrzenie, że nawet kiedy mąż mówi – ściągaj zaraz te szorty, to nie chodzi mu bynajmniej o to, że żona mu się w tychże nie podoba. Wręcz przeciwnie :-). Może jednak lepiej, żeby ksiądz biskup nie zastanawiał się nad tym za długo, bo też mu się rzuci na to czy owo, zupełnie jak minispódniczka.

[…] Jest jednak świadoma pewnej rzeczy: zdaje sobie sprawę, że przez krój spodnie są czymś innym niż spódnica […]

Mózg nienawykły do myślenia mi się przegrzał, ale stwierdzam, że rzeczywiście widzę różnicę między spodniami i spódnicą. Gołym okiem.

[…] i że ta różnica między nimi daje jej niejasne odczucie – może pewnego niepokoju czy wyzwolenia, czy też jednego i drugiego naraz…[…]

Eeee, a ja chodzę w spodniach, żeby mieć dwa w jednym – i niepokój i wyzwolenie. Taka perwersja.

[…] Ubranie, które okrywa obie nogi oddzielnie, niejako uwalnia dolną, ruchliwą część ciała,

Hmmm… ta dolna, ruchliwa część ciała… :-)

umożliwiając dokonywanie szeregu czynności, które w ubraniu takim jak spódnica byłyby dość… dziwaczne. Adam musiał w pocie czoła wykonywać najprzeróżniejsze prace, aby zapewnić żywność swojej rodzinie – jest więc zatem rzeczą zupełnie naturalną, że mężczyzna nosi spodnie. Jeśli kobiecie przyjdzie do głowy pomysł towarzyszenia mężczyźnie w jego zajęciach, spodnie z pewnością umożliwią jej to. Szorty są zewnętrznym, widomym znakiem wyzwolenia kobiety z zastrzeżonego dla niej kręgu prac domowych.[…]

O, i już wiemy, o co chodziło z tym poważnym nadużyciem. Kobiety nie powinny nosić spodni, bo Adam w pocie czoła wykonywał prace. Żeby kobieta chciała mu towarzyszyć, musi najpierw użyć spodni celem wyzwolenia. Ekhm, naprawdę trzeba czegoś porządnie nadużyć, żeby wykombinować takie mądrości.

[…] Kobieta czuje się w spodniach niezręcznie, ponieważ nie jest to jej naturalny strój.[…]

Za to czuje się znożnie, wszak spodnie nosi się na dolnej, ruchliwej części ciała. Rozumiem poza tym, że biskup wolałby popatrzeć sobie na kobiety ubrane raczej tak, jak Ewa w raju – to byłby zapewne bardziej naturalny strój niewieści – ale sorry Winnetou, ta dzisiejsza okropna poprawność polityczna… 

[…] To szaleństwo! Wkrótce firmy i zakłady pracy będą zmuszone żądać solennych deklaracji od kobiet, czy życzą sobie, czy nie, aby się do nich umizgiwano! […]

O to to właśnie! A tak kiedyś było pięknie. Można było koleżankę bez deklaracji poklepać po tyłku, czy obmacać po cyckach. I komu przeszkadzał ten miły zwyczaj? Ta przyjemna tradycja? Feministkom oczywiście. Niekobiecym, odzianym w spodnie czarownicom i satanistkom. Wszystkie feministki są satanistkami i czarownicami? Ależ tak, dowód u Szekspira poniżej.

[…] Jak powiedział G. K. Chesterton, nie ma nic bardziej niekobiecego od feminizmu. Kobiece spodnie są ważnym składnikiem, być może wręcz przełomowym, feminizmu.[…]
[…] Współczesny feminizm jest ściśle związany z czarownictwem i satanizmem.[…]
[…] Szekspir doskonale pokazał to nastawienie w postaci Lady Makbet, archetypie feministki i satanistki:
„Przybądźcie, o wy duchy, karmiciele
Zabójczych myśli, z płci mej mię wyzujcie
I napełnijcie mię od stóp do głowy
Nieubłaganym okrucieństwem! (…)
Zbliżcie się do mych piersi, przeistoczcie
W żółć moje mleko, o wy, śmierć niosące
Potęgi (…)” (akt I, scena V, w tłum. Józefa Paszkowskiego)[…]

[…] Nie sposób przecenić znaczenia prawdziwej kobiecości. Sprowadza się ona do tego, że kobieta została stworzona przez Boga do macierzyństwa; do wydawania na świat i wychowywania potomstwa; do przekazywania życia, okazywania ciepła, miłości i opieki, do żywienia – tego wszystkiego, co oznacza jej mleko.[…]

Mleko? Zakrztusiłam się. Myślałam, że chodzi o spódniczki. Przecież to one miały świadczyć o istocie kobiecości.

No ale fakt, strój jest nadal ważny dla księdza biskupa. Te niezręczne w dolnej części ciała feministki z mlekiem były tylko dygresją. Wracamy do ubioru kobiet. Williamson, mimo że niezwykle klarownie wytłumaczył, dlaczegóż to noszenie spodni przez kobiety jest poważnym nadużyciem, nie ustaje w wysiłkach mających na celu jeszcze dobitniejsze przekonanie przekonanych czytelników. Tym razem mówi prosto z mostu. Spodnie są be, bo nie ukrywają kształtu nóg, a to przecież straszna nieczystość, grzech, niezręczność i brak sumienia, że kobiety w ogóle posiadają nogi. I że te nogi widać, o zgrozo. Gdyż kobiety z nogami tracą swą godność i tożsamość – zmieniają się po prostu w mężczyzn. Definicja mężczyzny według hierarchy KRK to „kobieta z nogą”. I bez godności. Kul. Nie wiem tylko, co panowie na to…

[…] Grzech pierworodny zranił naturę ludzką pożądliwością (tj. pożądaniem, które jest wykroczeniem przeciwko prawu [Bożemu]), a szczególnie dotyczy to zmysłów wzroku i dotyku oraz wyobraźni. W kwestii ubiorów wynika z tego, że więcej ciała kobiety powinno być zakryte przed spojrzeniami mężczyzn niż na odwrót. Zatem jak spodnie ułatwiają mężczyznom aktywność, tak luźne spódnice, ukrywające kształt nóg, odpowiadają kobiecej godności i czci. Zakładając emancypujące spodnie, kobieta czuje niezręczność – przynajmniej do czasu, aż jej sumienie przestanie na to reagować – gdyż traci swoją tożsamość oraz godność kobiecą.[…]

Z jednym się tylko gorąco zgodzę z księdzem biskupem. O tak, więcej ciała kobiety powinno być zakryte przed spojrzeniami mężczyzn niż na odwrót :-). Za autorytetem Kościoła postuluję: mężczyźni powinni chodzić po ulicach półnago, ubrani tylko – dla przyzwoitości rzecz jasna – w obcisłe jeansy. 

No ale co z tą aborcją? Dlaczego noszenie spodni ma od razu oznaczać, że chętnie sobie zafunduję aborcję? Oraz zrobi ją sobie koleżanka obok? Ano dlatego, że za żadne skarby świata nie chcemy sie zgodzić, żeby nam zdejmowano spodnie. Za to łaskawie pozwalamy je sobie zakładać. Tak. Mój mężczyna codziennie zakłada mi spodnie. Musi, inaczej się udusi. Ja także (ze śmiechu).

[…] Wyrywa się kobiecość naszym kobietom, a rezultatem tego jest styl życia zmierzający do samozagłady, do aborcji.

Dziewczęta, bądźcie matkami, a żeby być [dobrymi] matkami, za żadne skarby świata nie pozwólcie nałożyć sobie spodni czy szortów. Jeśli proponują wam jakieś zajęcia, które wymagają noszenia spodni, a którymi zajmowały się też wasze prababki, znajdźcie sposób, żeby robić to jak one – w spódnicach. Jeśli zaś wasze prababki tego nie robiły, to i wy nie róbcie! Ich pokolenie stworzyło ten kraj, wasze pokolenie go niszczy. Oczywiście nie wszystkie kobiety, które zakładają spodnie, niszczą życie, które noszą w swoim łonie, ale wszystkie pomagają w stwarzaniu proaborcyjnego społeczeństwa. Staroświeckość [w wyglądzie] jest dobra, nowoczesność jest samobójcza. Chcecie zatrzymać lawinę aborcji? Zróbcie to, dając przykład. Nigdy nie noście spodni ani szortów. Bp de Castro Mayer miał rację. […]

Boli ręka po szczepieniu? Nie bierz aspiryny

W gorącym okresie szczepień przeciwgrypowych, kiedy sporo osób szczepi się właśnie przeciw grypie sezonowej, a i sporo ma zamiar przyjąć szczepienie przeciwko nowej grypie H1N1, warto pamiętać o pewnym drobiazgu.

Powszechnie używane, bardzo popularne leki przeciwbólowe, takie jak ibuprofen, acetaminofen (czyli paracetamol), aspiryna czy naproksen działają poprzez zahamowanie aktywności cyklooksygenaz: cyklooksygenazy 1 (Cox-1) i cyklooksygenazy 2 (Cox-2). Cox-2 jest enzymem odgrywającym bardzo ważną rolę w odpowiedzi immunologicznej organizmu, wpływającym na powstawanie prostaglandyn działających jako mediatory stanu zapalnego oraz regulującym tworzenie przeciwciał. Parę lat temu opisano, że jeśli zmniejszy się aktywność Cox-2 w stymulowanych ludzkich limfocytach B, produkcja przeciwciał przez te komórki zostanie znacząco przyhamowana in vitro. Ci sami badacze, w pracy opublikowanej w tym roku, stwierdzili, że popularne leki przeciwbólowe, hamujące aktywność Cox-2, rzeczywiście osłabiają produkcję przeciwciał klasy IgG i IgM w aktywowanych jednojądrzastych komórkach krwi obwodowej (PMBCs). Najsilniej działał ibuprofen, hamując syntezę IgG i IgM w limfocytach B i PMBCs, zwłaszcza jeśli podawany był w ciągu pierwszych kilku dni po aktywacji. Czyli zapewne wówczas, kiedy najchętniej się go bierze – przy niewielkiej gorączce czy zaczerwienieniu, opuchnięciu i bólu w miejscu podania szczepionki.

Podobne wyniki – że acetaminofen osłabia odpowiedź immunologiczną – ukazały się niedawno w The Lancet.

Badacze konkludują – trzeba być ostrożnym w stosowaniu popularnych leków przeciwbólowych w celu łagodzenia bólu po szczepieniu. Zmniejszają one produkcję przeciwciał  i mogą tym samym osłabiać odpowiedź immunologiczną. Szczególnie niebezpieczne tego następstwa możliwe są u ludzi starszych, którzy w ogóle mają zmniejszoną tę odpowiedź, a w dodatku chętnie zażywają leki przeciwbólowe.

Czyli – boli cię łapa po szczepieniu, na przykład przeciw grypie? Tak? To wytrzymaj. Nie jedz aspiryny czy ibupromu.

(J Immunol 2005, 174: 2619-26
Cell Immunol 2009, 258: 18-28
The Lancet 2009, 374: 1339-1350
)