okołofeminizmowo

Ty głupia kobieto!

Ty głupia kobieto – tak, zresztą dokładnie tonem René, zaczęłam powtarzać sobie po przeczytaniu mądrości na temat pracy zawodowej kobiet autorstwa pewnej miłej pani.

[…] Brakuje tu rzetelnego namysłu i rozwagi. Chodzi o refleksję, która pozwoli odczytać Boży zamysł, powołanie kobiety. Czy rzeczywiście żony i matki, gdy nie muszą – a przymus jest dziś, rzecz jasna, sytuacją najczęstszą – powinny „realizować” się w pracy zawodowej? Czy swoją misję kobiecą – duchową, kulturową, związaną z miłosierdziem – muszą aby wypełniać w przypadkowym środowisku zawodowym? Czy też dobrze byłoby, gdyby sprawowały ją tam, gdzie chcą to czynić, i to w wolnym czasie, gdy nie potrzebuje ich obecności rodzina i dom?[…]

Bezmyślnie i bez sensu pracuję. Nie muszę wypełniać swojej misji kobiecej (czymkolwiek by ona była, ale koniecznie musi być związana z miłosierdziem) w moim przypadkowym środowisku zawodowym. Bo przecież oczywiście jest przypadkowe. Ta głupia kobieta, czyli ja, nie poświęciła wyborowi pracy nawet malutkiej chwili namysłu. Poszła tam, gdzie ją głupota zaniosła. W ten sposób nie sprawuję misji tam, gdzie bym chciała – bo rzecz jasna gdybym chciała robić coś innego, to  i tak nie robiłabym, bo nie byłabym w stanie wymyślić w swojej głupocie tego, co chcę robić – tylko diabli mnie gdzieś noszą, męczę się w obcym, nieprzyjaznym środowisku, z którym łączy mnie tylko umowa o pracę, a tymczasem dom potrzebuje mojej obecności. Dom? Ciekawość, po co…

Skoro jednak jestem do tego zmuszona, i inne kobiety w ogromnej większości także są do pracy zmuszane,  to dlaczego autorka pisze o „realizacji” w pracy zawodowej? Skoro większość kobiet chodzi do pracy z musu, to chyba  i o realizacji nie ma mowy, bo w tej znienawidzonej fabryce myślimy tylko o ucieczce do domu, czyż nie? Chyba, że my wszystkie głupie takie (co znów prowadzi mnie do wniosku o własnej głupocie) i masochistki w dodatku – wiedzą, że sa zmuszane, wiedzą, że nie powinny tego lubić, a lubią. I się realizują.

W dodatku, znowu zmuszane przez „dyktatorów mody”, przemysł, rynek, ulicę” ubierają się jakoś do tej pracy. Nawet w spodnie (a przecież spodnie to najgorszy wróg kobiety, jak już kiedyś pisała ta sama pani). I malują się, o zgrozo. A przeciez wiadomo, że jak makijaż  – to wulgarny i ordynarny, biżuteria też bez gustu, a wszystko świadczy wyłącznie o tym, że kobieta zaniedbuje dziateczki w domu.

[…] Na ulicach i w urzędach spotkać można żony i matki ucharakteryzowane na afrykańskie czy arabskie księżniczki – niczym Telimena próbująca ukryć „wielką, straszną tajemnicę” – przesadnie obwieszone biżuterią czy ozdobione mało estetycznym makijażem.[…]

Ladacznice jedne, „naróżują się” ordynarnie – nie polegają, nie wiedzieć czemu, na opinii znanego i współczesnego arbitra elegancji, czyli samego pana Tadeusza, w dodatku idą do fryzjera, a to podpada pod poważne zaniedbywanie potomstwa. Horror.

Nie rozumiem nadal tylko, skąd to się bierze. Bo zdaniem pani felietonistki, kobiety są do tego wszystkiego zmuszane, wmawia im się pracę zawodową, a makijaż uderza do głowy. W głębi duszy więc nie chcą tego wszystkiego, tak? Wolą opiekować się domem i chodzić w regionalnym stroju góralskim. Skąd więc potrzeba takich felietonów? Skąd potrzeba piętnowania nieprawidłowych postaw kobiecych? A może jednak sporo z nich robi to z własnej woli? Pracuje z zaangażowaniem i pasją? Robi karierę? Lubi pójść do kosmetyczki czy do fryzjera? W dodatku nie gubi się w tym wszystkim. I nie zaniedbuje domu i dzieci? Hmmm… Niemożliwe. To przecież głupie kobiety som. René miał rację. 

[…] A przecież każda kobieta, z natury, jest artystką. Pan Bóg wyposażył ją w zmysł piękna. Gdy praca staje się „bywaniem”, obowiązki zawodowe dziwnie splatają się z towarzyskimi, pojawiają się pokusy, by poza domem być kimś, na kogo zwraca się uwagę. Rozbudzane przez kolorową prasę ambicje kobiet, by bez względu na wiek wyglądać jak nastolatka, połączone z „obowiązkami” dbania o siebie, według standardów wyznaczanych przez reklamę, sprawiają, że kobiety niekiedy przestają rozumieć, czy ważniejsza jest wizyta u fryzjera, czy rozmowa z dzieckiem, obiad z rodziną czy kosmetyczka. Zamiana ról powoduje zburzenie hierarchii ważności i zagubienie. „Prawdziwe życie” okazuje się życiem w miejscach pracy – które stają się tym atrakcyjniejsze, im mniej zobowiązujące są więzi łączące tam ludzi. Dom staje się dodatkiem do tego absorbującego życia zawodowo-towarzyskiego. Obowiązki rodzinne dziwnie maleją i bledną wobec wyzwań, które czekają na kobietę w obcym środowisku, z którym łączy ją tylko umowa o pracę.[…]

Zawsze zastanawia mnie, dlaczego często to kobiety głoszą takie bzdury. Że praca zawodowa jest nie dla kobiet, że kobiety są do niej zmuszane, że ognisko domowe, że posłannictwo kobiety, że misja. Mówią tak przecież kobiety pracujące, w wielu wypadkach nawet na wysokich stanowiskach. Nie widzą tu pewnej sprzeczności? Czy raczej traktują resztę swoich sióstr jak stado ciemnych owiec, które kupią wszystko i nie skumają, że coś tu się nie zgadza. Rozumiem jeszcze, choć nie przepadam, że podobne opinie wypowiadają mężczyźni. Na pewno fajną jest sprawą posiadanie miłego, ciepłego domu, do którego wraca się po ciężkiej pracy, a tu śliczna żona w seksownej bieliźnie czeka z obiadem i kapciami w zębach. (Osobiście chciałabym jeszcze, żeby ktoś mnie zawoził do i przywoził z pracy. Ale obiad także powinien czekać na stole… Zdecydowanie potrzebuję minimum dwóch żon). Ale kobiety?