coś dobrego, moja Ameryka

Still alive?

Takie pytanie rzucamy sobie z dziewczynami z pracy, ilekroć się widzimy. Wszystko zaczęło się dwa dni temu, kiedy nasz łaskawy pracodawca zdecydował się zafundować szczepienie na grypę H1N1 wszystkim pracownikom. Już nie tylko ludziom z grup ryzyka – ci zaszczepili się jakiś czas temu. Wówczas szczepionki dostawali studenci, młodszy wiekiem personel, pobiegły tam także moje ciężarne koleżanki. Tym razem natomiast szczepiono wszystkich, kto tylko miał ochotę. Kolejki były długie, czekało się prawie godzinę, ale chyba każdy został obsłużony. To tak à propos pogłosek, że lekarze się nie szczepią, że nie szczepią swoich dzieci, że w ogóle ludzie w jakiś sposób związani z medycyną podchodzą do szczepionek przeciw grypie zupełnie jak do jeża.

Kiedy czekałyśmy w kolejce, podszedł do nas pan doktor, który „kierował ruchem” – udzielał rozmaitych informacji o szczepionce, zadawał pytania o uczulenia, i tak dalej. I powiedział, że ponieważ jesteśmy całkiem jeszcze niestare, to nie należy nam się zastrzyk, tylko spray donosowy. Wtedy, naturalnie, zaczęłyśmy zastanawiać się, jak bardzo zaszkodzi nam to szczepienie (W końcu to żywy wirus, o matko! Ale za to bez tiomersalu); kiedy umrzemy i czy zaraz; czy nie warto naszych ciał zapisać wówczas nauce (Kto by tam chciał ciało zmarłe na grypę? Spalą nas w plastikowych workach, jak nasze zakaźne odpady z labu); co będzie z doświadczeniami (Tu zaskoczyła nas S., która chciała koniecznie, żeby ktoś dokończył jej pracę. Skomentowałam, że ja mam dokładnie gdzieś, co się stanie z moim doświadczeniami kiedy umrę), i tak dalej, i tak dalej.

Po czym, kiedy tylko widziałyśmy się jeszcze tego samego dnia, oraz następnego i następnego, pytałyśmy i pytamy się nawzajem grzecznie – „To jeszcze żyjesz po tym szczepieniu?”. Ano żyję. I żyjemy wszystkie (jak na razie oczywiście…) :-P