czepiam się, moja Ameryka i inne kraje, okołoreligijnie

Syndrom oblężonego Bożego Narodzenia, czyli do znudzenia o Świętach w Stanach

Ojejku, jejku, znowu to samo. W brzydkich szatańskich Stanach Zjednoczonych znowu prześladują chrześcijan. Czyli, bo jakby ktoś nie wiedział, że to jest synonim, łobuzy nie pozwalają na prawdziwe i przyzwoite obchody Świąt Bożego Narodzenia. „Prawdziwe i przyzwoite” czytaj – tak, jak sobie chce Nasz Dziennik i agencja KAI.

[…]Jak czytamy na łamach Naszego Dziennika, „problemem” Bożego Narodzenia parokrotnie zajmował się Sąd Najwyższy USA.[…]

Słowo problem napisane w cudzysłowie obrazować ma fakt „wojny kulturowej” i „ekspansywnej chrystianofobii” zapewne. Bo przecież jak to tak może być, że dla kogoś te Święta to problem?
Syndrom biednej oblężonej twierdzy doprawdy. Ja obchodzę Święta  Bożego Narodzenia i nikt mi tego nie zabroni. Idę do kościoła. Adwent, jako czas przygotowania i refleksji, też jest dla mnie ważny. Ale znakomicie rozumiem, że nie jest ważny dla kolegi ateisty czy koleżanki hinduistki. Dlaczego miałby być? To tylko tacy oszołomieni nieco jednokulturowością (z grubsza) i jednoreligijnością (z grubsza też, bo tak by chcieli) polscy publicyści katoliccy, którzy chyba nigdy nie wystawili nosa poza swoją parafię, mogą myśleć, że tu jest coś nie tak. Tęsknią za władzą pod hasłem „wszyscy mają tak świętować, jak my mówimy”, bo moja racja jest mojsza? Warto pamiętać, że po pierwsze, w USA na przykład w tym samym czasie obchodzi się kilka innych świąt, i ludzie je obchodzący mają prawo ustawiać swoje symbole – dokładnie tak, jak chrześcijanie swoje. A po drugie – są ludzie, którzy w ogóle nie obchodzą jakichkolwiek świąt, ale lubią choinkę, prezenty i świąteczne jedzonko. Zaiste, nie rozumiem postawy, która mówi, że nikt nie ma prawa do takiego postrzegania Świąt Bożego Narodzenia, jakie mu/jej odpowiada. Co to – ubędzie mi „moich” Świąt od tego, ubędzie mojej radości, mojej odświętności?

[…]Podjęto decyzję, że obecność żłóbka nie godzi w konstytucję, o ile towarzyszą mu inne, „świeckie elementy”, np. Santa Claus (Dziadek Mróz) czy renifery. „W ten sposób narodziła się „klauzula renifera”, wedle której mierzy się stopień laickości szopki betlejemskiej” – pisze prof. Grzegorz Kucharczyk.[…]
oraz
[…]Tłumaczy, że w przypadku wyrażenia „neutralność przestrzeni publicznej” wobec symboli religijnych mamy do czynienia z liberalną nowomową oznaczającą, że neutralność równoznaczna jest z nieobecnością.[…]

No to albo rybka albo akwarium. Albo nieobecność albo obecność (w towarzystwie czegoś innego).

Poza tym – tak, napiszmy cokolwiek, byle jakoś tam ocierało się o prawdę, a nawet jeśli stoi w sprzeczności ze sobą nawzajem, co to komu przeszkadza? Czytelnik wszystko łyknie. A  jeśli jednak mu przeszkadza, to pewnie jest z tych „ekspansywnych antychrześcijańsko”, co to „nieprawidłowo” obchodzą Święta.

Rzeczywiście, jeśli dobrze rozumiem postanowienia amerykańskiego Sądu Najwyższego, ustawianie symboli wyłącznie jednej religii, „popierających” silnie jedną religię, jest niezgodne z tzw. Establishment Clause do Pierwszej Poprawki. Dotyczy to oczywiście miejsc publicznych. Znane są sprawy, że Sąd uznał za nielegalne postawienie szopki bożonarodzeniowej w gmachu sądu. Szopka ta jednak occupied a prominent position in the county courthouse, w dodatku widniały przy niej słowa Gloria in Excelsis Deo (sprawa County of Allegheny v. ACLU). Z drugiej strony, podobna szopka została uznana za jak najbardziej legalną w sprawie Lynch vs. Donelly (tu nie było napisu i pewnie nie była taka prominent). Z kolei w dwu różnych sprawach o umieszczenie Dziesięciu Przykazań w budynkach sądu, raz uznano to za legalne, raz nie. Kluczową sprawą jest tu po pierwsze obecność symboli religijnych w przestrzeni publicznej (Sąd bierze po prostu pod uwagę, że w państwie – sensacja, sensacja – żyją różni ludzie, o różnych przekonaniach) oraz kwestia relacji państwo – religia. I dlatego też symbole religijne są legalne, w instytucjach publicznych podkreślam, jeśli obok nich znajdują się także symbole mówiące, że „tu jest państwo, i to wolne państwo różniących się od siebie obywateli” (o to, zdaje się, również chodziło w sprawie Allegheny County).

A, i przy okazji z lekka rozbawiło mnie twierdzenie, że Santa Claus to Dziadek Mróz. Ciekawość, w jakim języku? No i tradycja użycia renifera w tej całej zabawie nie jest już znowu taka nieprzyzwoicie antychrześcijańsko-modernistyczna – podobno imiona reniferów pomagających Św. Mikołajowi dostarczać prezenty wzięły się z dziewiętnastowiecznego wiersza A Visit from St. Nicholas (znanego także pod tytułami The Night Before Christmas lub Twas the Night Before Christmas) – rozumiem jednak, że St. Nicholas tutaj także oznacza Dziadka Mroza, a słowo Christmas występuje wyłącznie dla niepoznaki.

[…]”Warto uzmysłowić sobie fakt, że w Stanach Zjednoczonych (czy w innych krajach na Zachodzie) efekt odarcia okresu przedświątecznego (Adwentu) czy samego Bożego Narodzenia z kontekstu religijnego, z sacrum, jest osiągany nie tylko poprzez wspomnianą komercjalizację, lecz także jest coraz bardziej rezultatem ekspansywnej chrystianofobii.[…]

Czy osoba pisząca te słowa wystawiła nos z ze swojej parafii? Może i tak, może i pisze o swoich doświadczeniach. Na pewno jednak nie była wszędzie, w USA chociażby, bo moje doświadczenia są akurat kompletnie inne. Boże Narodzenie jest jak najbardziej świętem religijnym – dla tych, którzy chcą je tak widzieć. Podobnie jest z adwentem. Tu przyznam, że „obchody” adwentu, zauważenie tego okresu w Kościele katolickim w Stanach (przynajmniej w tym kościele, do którego chodzę) znacznie bardziej podoba mi się niż w Polsce. I nie tylko podoba – adwent jest bardziej wyrazisty, bardziej „religijny”, a to to, zdaje się, autorowi cytowanego tekstu chodzi. W Polsce, a chodziłam do kościoła latami, nigdy nie odczułam tak przejmująco tego „oczekiwania”  jak tutaj. Różnych fajnych modlitw i „rytuałów” jest znacznie więcej, niż tylko odpowiednie kolory liturgiczne oraz rekolekcje, które – niemal wyłącznie – dawały człowiekowi do zrozumienia w polskim kościele, że oto mamy adwent (dodam dla ścisłości, że i kolory i rekolekcje też są w USA).

Najważniejsze jednak – czy to tak trudno przyjąć do wiadomości, że te rytuały czy kolory i ta cała otoczka naprawdę nie jest istotą sprawy? Ważne jest to, co w duszy, sercu czy umyśle człowieka. Jeśli ktoś chce przeżyć adwent, to i tak mu to wszystko jest niepotrzebne. A jeśli nie chce, to nawet stawanie księdza na rzęsach tego nie zmieni.

[…]Prof. Kucharczyk opisuje szereg absurdalnych orzeczeń sądowych dotyczących symboliki chrześcijańskiej. „Najszybciej terrorowi politycznej poprawności uległy wielkie korporacje handlowe, które od lat miały swoje zasługi na rzecz desakralizacji świąt. Na przykład w 2005 roku Wal-Mart, jedna z największych amerykańskich sieci handlowych, w tysiącach swoich sklepów nakazała zmienić świąteczne pozdrowienia z „Merry Christmas” na „Happy Holidays”.”.[…]

No tak, nie mogło zabraknąć argumentu z „Merry Christmas”. A tu znowu trzeba wyjść poza własne podwórko i zauważyć, że może nie-chrześcijaninowi jednak kulturalniej jest życzyć „Happy Holidays”. Zupełnie nie mam kłopotu z oboma tym pozdrowieniami skierowanymi do znajomych, a i oni nie mają tego problemu. Życzę „Merry Christmas”  koledze, który jest katolikiem, ale i koleżance, która jest niezbyt gorliwie wierzącą Hinduistką, choć mówiąc do niej przeplatam „Merry Christmas” z „Happy Holidays”. Żeby była jasność – ona także życzy mi „Merry Christmas” i „Happy Holidays”. Życzę „Happy Holidays” Rosjance, która jest prawosławna i obchodzi Boże Narodzenie, ale trochę później. I pamiętam, żeby życzyć jej „Merry Christmas” w odpowiednim czasie. Obu Serbkom natomiast, które teraz, choć także prawosławne, życzą mi „Merry Christmas”, odpowiadam tym samym. A „Happy Holidays” mówię koledze, który jest ateistą. W czym problem? Ani to, że powiem „Happy Holidays” nie zadziwi moich przyjaciół czy znajomych, bo i tak wiedzą, że jestem katoliczką. A i to, że powiem „Merry Christmas” niewierzącemu nie sprawi, że on nagle uderzy się w czoło i zakrzyknie „nawróciłaś mnie!”. Znacznie lepsze świadectwo swojej wiary daje się będąc miłym, tolerancyjnym i rozumiejącym, niż brutalnie walcząc o to, żeby wszyscy przyznali mi rację.

No i jeszcze parę słów o tych nieszczęsnych sieciach handlowych, co to zmieniły pozdrowienia świąteczne. Może i tak było. Czego zresztą,  jak napisałam powyżej, nie uważam za coś złego – klientów mają różnych, o klientów walczą, nic dziwnego, że chcą zadowolić wszystkich (na ile mogą). Wydaje mi się jednak, że autor cytowanego tekstu wpisuje to zachowanie w przerażający go trend rugowania Bożego Narodzenia zewsząd. Rugowania tak dokładnego, że chce się nawet usunąć słowo to z przestrzeni publicznej. Zadałam więc sobie trud i połaziłam po stronach internetowych paru dużych i paru małych sklepów. Oto jak unikają słowa „Christmas” (gwoli prawdy dodam, że owszem, są oczywiście sklepy, które używają tylko słowa „Holidays” – nie jest to jednak zjawisko powszechne):

Ten straszny Walmart dzisiaj

oraz jego reklama z zeszłego roku (UPDATE: ta sama reklama lata i w tym roku w telewizji)

A także – duże domy towarowe ze wszystkim od ciuchów i biżuterii po meble i garnki, czyli JCPenney, Target, Kmart, Macy’s, Kohl’s; głównie bielizna damska czyli Victoria’s Secret; mniejsze gospodarstwo domowe, czyli Crate&Barrel; polska księgarnia internetowa (nikt się naszych – surprise, surprise – nie czepia, że obchodzą Boże Narodzenie :-)); a dodatkowo sklep z wizytówkami, materiałami biurowymi i takimi tam; oraz bardzo smakowite kompozycje kwiatowe z owoców i czekolady