przyjemności

„Film to życie, z którego wymazano plamy nudy”

Uwielbiam oglądać filmy dla aktorów w nich grających.

Nie, wróć, to nie do końca tak. Uwielbiam oglądać różne filmy, różnych gatunków. Ktoś mnie kiedyś zapytał – jakie filmy lubisz? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Nie mam swojego ulubionego gatunku czy rodzaju, mogę obejrzeć cokolwiek, i starać się znaleźć w tym coś interesującego. Mam swoje ukochane filmy, którymi mogłabym delektować się na okrągło. Są produkcje, na które czekam z niecierpliwością, a kiedy już się pojawią, biegnę natychmiast do kina. Mam swoje ukochane odmóżdżacze, które także oglądam w kółko, a które są tak głupie, że aż śmieszne – i w związku z tym stanowią doskonałe antidotum na nienajlepszy dzień czy marny humor. Mogę z przyjemnością oglądać filmy, które ktoś kiedyś zrecenzował – czytanie recenzji nie przeszkadza mi absolutnie – choć to zwykle oznacza refleksję – czy ja na pewno oglądałam ten sam film, co recenzent? Tak było w przypadku „Slumdog Millionaire”, o którym czytałam, jaka to milutka, kolorowa i rozśpiewana opowieść, po czym spędziłam wieczór i częściowo bezsenną noc, nie mogąc otrząsnąć się po przejmującym okrucieństwie tego pięknego, owszem, filmu.

Faktem jest jednak, że to, co głównie zachwyca mnie w filmach, to aktorzy. Jeżeli aktorstwo jest znakomite, czyli, moim zdaniem, aktor, niezależnie od płci, potrafi zagrać wszystko (od umierającej matki dzieciom po wesołe jajko na twardo), w każdej z ról jest wiarygodny, w każdej jest INNY, ale jednocześnie w każdej widać elementy jego własnej osobowości – wówczas siedzę przed ekranem i zachowuję się wypisz wymaluj jak u wieszcza: „Umilkli strzelcy, stali szczwacze zadziwieni mocą, czystością, dziwną harmoniją pieni„. Zadziwiona wpadam w połączony z szacunkiem zachwyt, że można ze sobą, ze swoim ciałem zrobić coś tak niewiarygodnego. A następnie próbuję odkopać pełną filmografię, żeby zobaczyć, czy to tak zawsze było, czy może uda mi się złapać moment, w którym narodził się geniusz.

Mrożek powiedział podobno, że nie interesuje go teatr ani film ani cokolwiek w tym rodzaju. Interesuje go wyłącznie życie i świat – dla mnie to właśnie aktor jest „życiem” i „światem” w tej dziwacznej, wymyślonej rzeczywistości filmowej. Może i to miał również na myśli Hitchcock, mówiąc, że „film to życie, z którego wymazano plamy nudy”, kto wie? 

Wrażenie mam jednak takie, że aktorów-kameleonów, aktorów-geniuszy jest niewielu. Większość gwiazd i nie-gwiazd jest poprawna, czasem nawet potrafi zaskoczyć, ale zwykle jest rozpaczliwie TAKA SAMA w swoich rolach. Co zupełnie nie przeszkadza mi cieszyć się ich obecnością na ekranie, a wręcz oglądać filmy tylko dla nich.

Takim aktorem jest Gary Sinise. Nie bardzo zmienny, nie-kameleon, ale za którym przepadam od czasu (chyba) „Apollo 13” oraz szczególnie „Forresta Gumpa”. Miło się na niego patrzyło w „Snake Eyes”, a nawet w „Mission to Mars”, choć ten ostatni film zmęczyłam wyłącznie dla Sinise’a – wszyscy zresztą grający w nim aktorzy sprawiali wrażenie, że nie bardzo wiedzą, o co chodzi i co oni w ogóle robią na planie. Było to jednak w pewien pokręcony sposób zabawne. W odróżnieniu od kolejnego filmu, „Fallen Angel”, który oglądałam parę dni temu i do dzisiaj jestem pełna podziwu, jak można było stworzyć takiego, wypełnionego czystym marysuizmem, gniota.

Klasyczną Mary Sue jest główna bohaterka – piękna i przesympatyczna blondynka. Filigranowa, ale bohatera z opałów na jeziorze potrafi wyciągnąć (trzymając wiosła gołymi rękoma, pod wiatr i na mrozie, po czym oczywiście nie ma żadnych odmrożeń, że nie wspomnę o katarze). Bogata. Ale nie zepsuta, za to pełna miłości do całego świata, ze szczególnym uwzględnieniem nieszczęśliwych dzieci. Już nie tak całkiem młodziutka – ale tego zupełnie nie widać – bo oczywiście czekała całe życie na swą wielką miłość, czyli głównego bohatera. Adoptowała dziecko. W dodatku niewidome, przy niejakim sprzeciwie narzeczonego (który ją opuścił), i całe życie tej dziewczynce poświęciła. Nie szkodzi jednak, że nie pracuje (pracowała wcześniej, oczywiście w jakiejś organizacji charytatywnej) – jest na tyle bogata z domu, że spokojnie utrzymałaby i kilkoro dzieci. Przy czym w filmie nie ma ani grama refleksji nad tymi trudnymi w końcu wyborami. Wszystko jest łatwe – kobieta natychmiast zakochuje się w dziecku, poświęca mu całą siebie, dziecko odrzucane przez kolejnych opiekunów także bezproblemowo zakochuje się w nowej mamusi. W filmie występuje również zaginiony ojciec bohaterki, który po latach bezdomnego życia odnajduje się i natychmiast znajduje z nią, oraz z jej dzieckiem, doskonały kontakt.

Jedynie Gary Sinise próbuje nieco wydobyć to dzieło filmowe z potoków melasy i budyniu z soczkiem, ale i tak mu nie wychodzi. Sam zresztą jest całkiem niezłą Mary Sue – był taki dzielny, kiedy odumarła go matka, z ojcem wprawdzie nie umiał znaleźć kontaktu, ale wyłącznie z winy tegoż ojca. W końcu wyprowadził się z domu (nadal żadnego anty-ojcowskiego buntu) i zrobił karierę jako znakomity prawnik. A poznając i zakochując się w słodkiej bohaterce i jej jeszcze słodszej córeczce odnalazł wreszcie sens życia (czytaj – rzucił tę podłą pracę). Wszystko znowu bez cienia refleksji, bez jakichkolwiek wahań, czy nawet śladu wątpliwości czy trudności, jakie chyba jednak ludzie przeżywają przy tego typu przejściach.

Przyznam jednak, że film mnie wzruszył :-). Mimo chichotania i kręcenia nosem nad oczywistymi duszoszczipatielnymi scenami, mimo osłabiającego kiczowatego ducha Bożego Narodzenia, który unosił się nad tym wszystkim, mimo towarzyszącego mi uczucia politowania, udzielił mi się świąteczny nastrój.

Choć zaznaczam, że w moim prywatym rankingu filmów świątecznych pozycja lidera, którą od lat zajmuje John McClane walczący ze złem na lotnisku Dulles, czyli „Die Hard 2”, jest absolutnie niezagrożona :-P