Frederick, MD

Do Frederick nas dotychczas nie zaniosło. A powinno, jeśli weźmie się pod uwagę, że jest to siedziba jednego ze straszliwych ośrodków wojskowych, zajmujących się bakteriami, wirusami, szczepionkami, immunologią – czyli, co tu ukrywać – NA PEWNO dążącego do władzy nad światem przez konstruowanie broni biologicznej. I niech nie zwiedzie nas podstępny fakt, iż szefową Fort Detrick jest bardzo sympatycznie wyglądająca pani pułkownik.

Za ogrodzeniem z drutami kolczastymi widzieliśmy niewinne na oko budynki (w których na pewno pracują szaleni naukowcy z rozwianym włosem w okularkach). Oraz mniej niewinnie wyglądające ogromne brudnobiaławe kadzie, w których naukowcy mieszają ebolę z wąglikiem, otrzymując w ten sposób mutanty wirusa grypy H8N11, dzięki którym zawładną światem. Przez zarażenie całej ludzkości katarkiem z wysypką na nosie.

Ulice Frederick także nie wyglądały zwyczajnie. To znaczy, owszem, wyglądały, ale na pewno był to podstęp, który miał zmylić ufnych zwiedzających. Oto jedna z ulic miasteczka, Church Street (kto nazywa ulicę Kościelną, ha?), z wysmukłą wieżą Trinity Chapel. Wieża jest jedyną ocalałą częścią kościoła (po straszliwych i tajnych eksperymentach oczywiście), zbudowanego w drugiej połowie XVIII wieku.

Dzwonnica (z 1807 r.) oraz zegar miejski są sprzężonym komputerowo systemem zawiadującym kolejnymi testami broni biologicznej, którą wpuszcza się do sieci wodociągowej miasta. System obejmuje także carillony, niewinnie porozrzucane tu i ówdzie po całym Frederick – ten widoczny na zdjęciu (w Baker Park) ma 70 stóp wysokości, ale sięga także 12 stóp pod ziemię, a specjalnie kodowane i przekazujące tajne informacje melodie wygrywa 49 dzwonów (cóż za perfidny plan – liczby mówią same za siebie!).

 

Na Church Street znajdują się także inne budynki, w których rzecz jasna opracowywane są tajne przez poufne plany władzy nad światem. Winchester Hall

oraz Evangelical Reformed Church (także jakiś taki pseudoklasycystyczny – wiadomo, o co chodzi)

Za to City Hall zbudowany jest w stylu wiktoriańskim (pewnie dla zmylenia przeciwnika), zauważyć należy jednak znajdującą się na jego czubku wieżyczkę, która ultramikrofalami super tajnie łączy się z wieżyczkami wieńczącymi Evangelical Reformed Church. Wieżyczki są oczywiście białe – nie muszę tłumaczyć, z jakiego rodzaju podstępem mamy do czynienia.

Władze miasta, kierowane klasyczną zasadą: jeśli niby od niechcenia ujawnisz parę tajnych informacji, nikt nie będzie wtykał nosa głębiej, pozwoliły na pokazanie paru archaicznych już metod komunikowania się spiskowców-naukowców miedzy sobą. Są to murale w stylu trompe l’oeil („trick the eye” oczywiście) i nie tylko,

znajdujące się nawet na mostach (można się ze zgrozą domyślać, jakie tajemnice kryją) – tu Community Bridge Mural, który, jak podaje przewodnik, zamienił zwykły betonowy most w most zbudowany z kamieni i opleciony bluszczem. Bluszcz plus nazwisko artysty (William Cochran) plus ukrycie mostu – szyfr ten coraz wyraźniej pokazuje ogrom spisku, w który zamieszane jest całe Frederick.

Tym bardziej, że inne mosty nie są ukryte w podobny sposób. Ale za to połączone są ze specjalnymi, okrągłymi rzecz jasna, latarniami

Bardziej nowoczesne metody komunikowania się spiskowców-szaleńców to ustawiane w specjalnym porządku dekoracje świąteczne (nie takie zwyczajne, dodajmy, każda postać jest kluczem i ma siedemnaście znaczeń)

oraz nie tylko sezonowe dekoracje domów – tu figura psa o imieniu „Guess” (bardzo znaczące), którego właścicielem był John Tyler, podobno pierwszy urodzony w Stanach lekarz oftalmolog (!) i pierwszy wykonawca operacji usunięcia zaćmy w tym kraju (spisek sięga aż tak daleko w przeszłość)

O tajnej organizacji rządzącej Frederick świadczy także to, iż prawie nie spotkaliśmy ludzi na ulicach. Nie miało to naturalnie nic wspólnego z faktem, że było zaraz po Świętach, ludzie mogli odpoczywać, czy spotykać się z bliskimi w domach. Za to ci, których spotykaliśmy – sporo mówiło po rosyjsku (!) lub niemiecku (!) – byli albo pracownikami Fort Detrick, zamaskowanymi specjalnie, żeby wyglądać zwyczajnie, albo wręcz szpiegami. Którzy weszli za nami nawet do hiszpańskiej (!) restauracji – ni z tego ni z owego zrobiło się tam bardzo tłoczno, a była dopiero trzecia po południu…

Znaleźliśmy jeszcze jeden punkt kontaktowy spiskowców – było to National Museum of Civil War Medicine. Nie można w nim było robić żadnych zdjęć, tak wszystko w nim było supertajne. Udało nam się tylko cyknąć fotkę wystawy z zewnątrz,

która niewinnie przedstawianą sceną (ranny żołnierz w objęciach dzielnej sanitariuszki) zaczęła nas hipnotycznie przyciągać. Zauważylismy także specjalny kod, dzięki któremu szaleńcy werbują ufnych zwiedzających w swe szeregi (i przy okazji niechcący sfotografowaliśmy poczciwie wyglądającego faceta, który śledził nas cały dzień)

Na szczęście, udało nam się z wielkim trudem zwalczyć owo hipnotyczne przyciąganie. Oraz zmylić faceta. I umknąć z Frederick przed zmrokiem.

UPDATE: a tak w ogóle to wiadomo, że za tym spiskiem to stoją masoni (cykliści pewnie też)

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s