moja Ameryka

Snowmageddon, snowtastrophy, snowpocalypse :‑)

Wczoraj nie udało nam się wyjechać z przydomowego parkingu. Dzisiaj jednak, popędzani przez wrodzone (albo i nabyte) pracoholizmy, postanowiliśmy nie dać się zimie. Czyli pojechać do pracy, choć, jako żywo, nie było potrzeby – uniwerek się zamknął był na dzisiaj, a i łaskawe szefostwo pozwoliło zostać w domu.

Nasz parking wyglądał dzisiaj rano tak:

Parking dla gości za to tak – nawet widać (podobno) tabliczkę „Visitor Parking”. A ten gość to chyba będzie siedział gospodarzom na głowie do wiosny :-) :

Próbujemy wyjechać na ulicę:

Służby odśnieżające spisały się tak sobie. Dziwacznie się jedzie po takiej nawierzchni:

Tak, jedziemy na północ. Albo na biegun północny co najmniej:

Autostrada też średnio odśnieżona. Dobrze, że prawie kompletnie pusta. Niemal wszyscy radośnie zostali w domach. Tylko my, jak te głupki…

Amerykanie nie umieją jeździć, kiedy spadnie śnieg:

Niektórzy idą więc na piechotę, w śniegu brudnym i w śniegu niepokalanym ;-) :

Zasypało Cmentarz Arlingtoński – ktoś go widzi? –

oraz Potomak częściowo:

Ponieważ śnieg jest strasznie mokry i lepki, siedzi długo na drzewach, obciąża gałęzie i nawet je łamie. No, ale jezdnie w DC są zupełnie przyzwoicie czarne:

Z trudem wspinamy się do pracy ;-) ,

gdzie pracują chyba tylko służby odśnieżające,

bo parking dla pracowników wygląda jak nigdy :-) :

Na szklanym dachu Szkoły Biznesu przycupnął prawdziwy luty:

„Zakaz parkowania” – trochę widoczny :-) ,

za to odśnieżone to co najważniejsze, czyli hydrant. W dodatku już prawie jesteśmy na miejscu.

A zima jest oczywiście przepiękna :-) :

Jak na prawdziwych pracoholików przystało, spędziliśmy w pracy trochę czasu. Lab był calkowicie ciemny i głucho pusty, kiedy do niego wchodziłam. Potem pojawiła się dwójka kolejnych wariatów, czyli V. – Serbka oraz J. – Chińczyk. Amerykanów nie stwierdzono. J. przyjechał do towarzystwa z teściem, który koniecznie chciał pozwiedzać laboratorium. Teść próbował nawet do mnie zagadywać, ale niestety – ja ani w ząb chińskiego ani mongolskiego, on ani w ząb polskiego i angielskiego. Dużośmy więc sobie nie pogadali :-) .

Powrót do domu był niezły, choć drogi były chyba jeszcze gorsze, niż rano. Na autostradzie widzieliśmy kolejnych delikwentów, co to nie radzili sobie z warunkami,

ale przyznać trzeba, że naprawdę nie było łatwo w tę stronę. Marna widoczność – pod słońce i z szybami brudnymi od pryskającej spod kół innych samochodów brei śniegowej. Ale do domu udało nam się jakoś dojechać :-) .