czepiam się, czytanki, okołoreligijnie

Zakonnik i seks, czyli kto tu kogo ośmiesza

Jan Turnau na swoim blogu opisał ostatnio dość zabawną historyjkę na temat pewnego zakonnika czy księdza, kończąc ją uwagą, iż zakonnik ten przysłał pewnego razu artykuł na temat antykoncepcji do Wyborczej. Artykułu nie wydrukowano jednak, żeby nie ośmieszać Kościoła.

Mam pewne wrażenie, że ten ostatni wywiad z dominikaninem Mirosławem Pilśniakiem w dużym stopniu tak akurat mógł zostać odebrany. Albo i wręcz został. Żeby było jasne – nie uważam, że jest w tym cokolwiek złego. Do roboty dziennikarskiej należy między innymi przedstawienie różnych poglądów czy postaw, a czytelnik może sobie zrobić z tym, co tylko chce. Jeśli więc dziennikarze Gazety mieli, mniej lub bardziej świadomie, ochotę poośmieszać poglądy dominikanina, to chyba im to częściowo wyszło – jak na moje oko. Ale przyznać muszę, że odbyło się to dzięki specyficznemu rozumowaniu (jeśli tak to można grzecznie ująć) Pilśniaka raczej, niż ich własnym dziennikarskim umiejętnościom.

I nie, nie mam tu na myśli religijnych poglądów dominikanina. Te są, jakie są. Świadomy katolik zdaje sobie z nich sprawę, a i dokumenty kościelne dostępne są dla wszystkich zainteresowanych. Dlatego też nie widzę niczego dziwnego w tym, że Pilśniak mówi, że to czy tamto jest grzechem. Że to czy tamto nie jest dobre. Że zadaje pytania etyczne. Z jego punktu widzenia, z punktu widzenia religii, którą reprezentuje, pewne rzeczy są uważane za grzechy. Absolutnie nie ma powodu, dla którego zakonnik katolicki nie miałby pod tym kątem oceniać zapłodnienia in vitro, onanizmu czy „czystości” rozumianej metaforycznie. W końcu, jak każdy obywatel, ma prawo wypowiadać się na dowolne tematy, ba – może nawet uczyć o tym tych, którzy się do niego po nauki zgłaszają.

W dodatku – nie widzę tu żadnego powodu do wstydu czy nieśmiałości. Zakonnik opowiada o tym, co dyktuje mu jego religia, opowiada o normach i regułach w tej religii obowiązujących. Jasne, że nie wiadomo, jak to zostanie przyjęte przez innych. Może zostać wyśmiane, ale w sumie – co z tego? Wyśmiać można wszystko, dowolne poglądy czy gusta, i czy jest to powód, żeby się nimi nie dzielić z innymi? Nie mówiąc już o tym, że jeśli przedstawi się je klarownie i sensownie – i nie, nie mam tu na myśli ich naukowego czy paranaukowego udowadniania – jeśli powie się, że to jest to, w co ja wierzę, bez atakowania czy wyśmiewania tego, w co ty wierzysz – to nawet hipotetyczny walczący ateista (ewentualnie część tychże) stwierdzi: no dobra, ty wierzysz w to, ja się nie zgadzam, jesteśmy cool i peace między nami.

Pilśniak nie rozumie, że ludzi (przynajmniej niektórych) odrzuca od religii nie to, że są w niej określone zasady. Nawet nie to, że zasady te są ciężkie. Odrzuca natomiast pseudonaukowy bełkot, którym usiłuje się udowadniać sprawy gatunku religijnego, które tego udowadniania absolutnie nie potrzebują. W religii są bowiem kwestie, które przyjmuje się na wiarę, kwestie znaczące, ale i kwestie mniejszego kalibru. To jest w końcu wiara, na litość, a nie nauka. 

Tym bardziej, że niejednokrotnie wywody Kościoła katolickiego na temat seksualności człowieka wyglądają tak, że bez wódki ich nie rozbieriosz. Pseudonaukowe teorie na temat: antykoncepcja a sprawa wzajemnego szacunku małżonków do siebie na przykład są, delikatnie mówiąc… Szczerze – nie wiem, jak to delikatnie powiedzieć. Ale wiem, że większym szacunkiem obdarzony zostałby zakonnik, który stwierdziłby po prostu, że Kościół tak głosi, że coś tam uważamy za grzech, a co innego nie. A ty, jako katolik, powinieneś po prostu wsłuchać się w te słowa.

Nie rozumiem, dlaczego nie wypunktowali tego dziennikarze przeprowadzający wywiad. Nie pokazali, że przekonania religijne – ok, ale bełkotem jest to, w jaki sposób Pilśniak o nich mówi. Dlaczego nie wyciagnęli braku sensu w tym, że dominikanin ma pretensje do seksuologów mówiących, że coś tam jest dobre, a jego zdaniem nie powinni stawiać się w roli „nauczycieli życia”? A jednocześnie twierdzi, że nauczyciele powinni przekazywać uczniom, co jest dobre, a co złe – ale ocenę, co jest grzechem, powinni zostawiać samym zainteresowanym? I przy tym wszystkim atakuje Wyborczą, że dziennikarze tejże mają swoje poglądy i nie wahają się ich używać celem przekonania ludzi do czegoś? Przecież to wszystko razem aż prosi się o konkluzję, że dominikanin ma wyraźne problemy z dzisiejszym społeczeństwem, z ludźmi żyjącymi w otoczeniu innych ludzi o różnych poglądach, nagabywanymi z różnych stron o różne rzeczy. I że doprawdy jego marzenia o tym, żeby to tylko i wyłącznie Kościół katolicki miał monopol na „uczenie życia”, są, uprzejmie mówiąc, mocno przeterminowane, a Kopernik się w grobie przewraca.

I dlaczego dziennikarze nie punktują innych mocno dziwacznych kwestii, które głosi Pilśniak? Nie pokazują, że w gruncie rzeczy walczy on z jakimiś wyimaginowanymi zarzutami? Że sam sobie coś wymyśla, a potem z tym dyskutuje? Seksuolog, który radzi zaczynać współżycie seksualne jak najwcześniej? I głosi, że masturbacja to sposób na udane życie? I nie zdaje sobie sprawy z istnienia nerwic seksualnych? To ja nazwiska takich specjalistów poproszę. Kremy z ludzkim płodami? A nie pomyliło się coś komuś przypadkiem z placentą, roślinną w dodatku (jak wiadomo, firmy kosmetyczne robią cuda-wianki na kiju)? Polityka anty-HIV w Ugandzie – nie można się na ten temat przygotować przed wywiadem i wykazać, że dominikanin nie wie, o czym mówi? Seksuolodzy powołujący się na Kinseya i jakieś stare książki – nie można było przywołać tych wszystkich Starowiczów i Izdebskich, co to na okragło robią jakieś badania na temat a to seksualności Polek, a to czegoś tam innego? 

Czy nie można było wykazać rozmówcy po prostu, że większość z tego, co głosi, powołując się na naukowe czy racjonalne argumenty, opiera się na osobistych uprzedzeniach, a w dodatku jest niespójne?

Ze zdziwieniem zauważyłam twierdzenie, iż ktoś, kto mówi, że coś tam jest normalne, twierdzi również automatycznie, że to jest dobre, a przy tym naśmiewa się z uważających inaczej. Może Pilśniak ma złe doświadczenia – prawdopodobnie wynikające z faktu, iż za osobistą obrazę uważa fakt, że ktoś śmie się z nim nie zgadzać – ale wydaje mi się, że ludzie nie byliby w stanie normalnie funkcjonować, w wielu zawodach na przykład, gdyby nie zgadzając się ze sobą biliby się i dorabiali do tego jakąś ideologię. Czy chirurg mówiąc pacjentowi, że jedno leczenie jest dobre, ale jego kolega jest zwolennikiem innych metod – wyśmiewa się z tego kolegi? Czy protestant opisujący różnice między swoim Kościołem a Kościołem katolickim wyśmiewa się z tych różnic? Czy naukowcy różniący się poglądami wyśmiewają się z siebie nawzajem? Może i niejeden tak, ale nie jest to konieczne, naprawdę. Tak jak nie wynika z faktu, że jeśli ktoś mówi, że prezerwatywa zabezpiecza przed czymś tam, to od razu zachęca do jej używania. Oraz automatycznie wyśmiewa się z Kościoła, kiedy informuje, że Kościół jej nie aprobuje. To jest informacja li i jedynie. I tym bardziej można to było wytknąć Pilśniakowi, skoro jego argument to to, że „ja w to nie wierzę” (że można tylko informować informując) oraz manipulowanie informacjami. Raz twierdził, że seksuolodzy informują, że antykoncepcja jest ok, ale Kościół jej nie lubi, a chwilę później, że mówią oni, że Kościół prezerwatyw nie lubi, ale katolicy to olewają. Wnikliwy dziennikarz powinien zauważyć, że chyba jakoś zaczynamy rozmawiać o czymś zupełnie innym w tym momencie.

Podobnie można chyba było wykazać zakonnikowi, że jeśli ktoś używa słowa „normalny”, może używać go wyłącznie w znaczeniu „typowy” czy „najczęściej występujący” i nie musi to koniecznie oznaczać wartościowania – „dobry”. Z tym, zdaje się, Pilśniak ma spore kłopoty w całym wywiadzie. I przykład ten dość dobrze obrazuje, że walczy on ze wykombinowanymi przez siebie samego kwestiami i na nie odpowiada. A że, brutalnie mówiąc, nie wystarcza mu wiedzy czy argumentacji, próby tłumaczenia własnych wizji na gruncie racjonalnym wychodzą mu żałośnie i żenująco.

I naprawdę, naprawdę, jeszcze raz to podkreślę, nie mam na myśli jego przekonań religijnych czy wiary po prostu. Te szanuję, trudno żebym nie :-) . Osłabia mnie zwyczajnie to marne, na niskim poziomie pseudorozumowanie, ten dziwaczny język, w czym celują niektóre osoby duchowne. Bo nie sposób tego brać poważnie. Poważniej wygląda, kiedy ktoś, owszem, broni swoich poglądów, ale robi to normalnie, prosto o nich opowiadając. Przyznając czasem, że coś tam to właśnie wiara, a nie nauka. Ale nie wówczas, kiedy czyni to dorabiając do wszystkiego bezsensowne argumenty, przywołując niestworzone przykłady oraz polemizując z własnymi demonami.

O ileż świat byłby sympatyczniejszy, gdyby taki zakonnik przemyślał trochę swoje słowa. Raz – co on sam powinien zapewne docenić – nie ośmieszałby swoją osobą Kościoła. To prawdopodobnie nawet nie postało mu wcześniej w głowie, ale owszem, udało mu się to zrobić. Dwa – mogło to sprawić przykrość paru katolikom, na których powinno mu zależeć. Czyli miło byłoby, gdyby w ogóle nie urażał innych ludzi – to także dla kogoś tak strasznie przeświadczonego o swojej racji jest pewnie niewyobrażalne. Osoby takie myślą wówczas często: ludzie obrażają się, bo Kościół wymaga. Tymczasem to nie na tym polega – ludzie nie są urażeni tym, że Kościół wymaga. Kogoś, kto wymaga, traktuje się nawet z szacunkiem. Są urażeni tym, że traktuje się ich jak idiotów, którzy łykną wszystko.

A po trzecie – to miło by było wówczas na świecie i Mirosławowi Pilśniakowi. Żali on się, że ludzie traktują go pogardliwie i przezywają. Może nie robiliby tego, gdyby on sam nie wypowiadał się tak autorytatywnie, a jednocześnie lekko i bez empatii, na temat sytuacji dla siebie wyraźnie niepojętej, jaką jest kwestia HIV/AIDS w Afryce. Gdyby tak swobodnie nie perorował na temat heroizmu, miłości, prezerwatyw i ludzi zakażonych na tym kontynencie. Może jakby się zastanowił, czy na pewno te same podniosłe frazesy rzuciłby w twarz gwałconej dwunastoletniej Afrykance, albo na przykład zakonnicy-misjonarce – wówczas może nie obruszałby się tak, że ludzie wypowiadają się niechętnie na jego temat. Może.

A po czwarte – może i osoby niewierzące spojrzałyby wówczas trochę inaczej na Kościół? Nie zostałyby odepchnięte od niego sporym stężeniem absurdu, za to wywołałoby to w nich nawet  jeśli nie akceptację religii, to przynajmniej odrobinę zrozumienia.

Na koniec wracam do mojej początkowej tezy – miał ten wywiad z założenia ośmieszyć Kościół czy nie? Jeśli tak, to jak pisałam, udało mu się. Czy to źle? Skądże, choć oczywiście nie jest to przyjemne. Nie miewam wcale takich zdrożnych pragnień, żeby w przypadku kiedy Kościół sam sobie strzela w stopę, podawać mu naboje, absolutnie nie. Ale uważam, że każdemu dobrze robi odrobina krytyki a nawet krytykanctwa, nawet jeśli jest niesympatyczna. Bo skłania ona (albo przynajmniej powinna) do refleksji, do zrewidowania nawet jeśli nie poglądów, to własnego tych poglądów prezentowania.

Ale uważam też, że dziennikarze nie postarali się nadmiernie. Wszystko załatwił za nich rozmówca. I nawet jeśli oni mieli niezły ubaw, to czytelnik (niżej podpisana) też chciałby troszeczkę ;-). Wiem, że przysłowie „nie ucz ojca dzieci robić” jest bardzo słuszne, ale… jakoś tak niedługi czas później przeczytałam inny wywiad, z innym księdzem, w innej gazecie. Nigdy nie sądziłam, że napiszę coś takiego, ale radziłabym dziennikarzom Gazety zajrzeć do Rzeczpospolitej. Tak robi się wywiady z ludźmi, zwłaszcza z takimi, od których chcemy wyciągnąć coś konkretnego, a nie pogłaskać ich po główce i poślizgać się po temacie.