Miesiąc: Marzec 2010

Angina usuwa zeszkliwionego raka, czyli migdałem gilotynujemy bakterie

Ja to chyba nawet nie będę komentować, bo wszystko mi opadło i leży. Może tylko od czasu do czasu wyrwie mi się jakieś: %$#@&$# !!!, gdyż albowiem ten tekst przebił chyba wszystko, co ostatnio zdarzyło mi się czytać. Zaznaczam z góry – przeczytanie poniższego może spowodować kołowaciznę mózgu, osteoporozę płuc oraz anginę o etiologii fagowej. Za jednym zamachem. Żeby nie było, że nie ostrzegałam.

Angina jest powszechnie uważana za nabyte, przez kontakt z chorym, zakażenie głównie paciorkowcem hemolizującym. W organizmie ludzkim znajdują się, niestety często, zakażenia bakteryjne w różnej formie i w różnym miejscu. Najbardziej dramatyczne w skutkach zakażenie bakteryjne dokonuje się gdy bakteria wklei swoje DNA lub jego fragment do naszego DNA.

Tak, bo bakterie nic innego nie robią, tylko wbudowują.

TO GENETYCZNE ZAKAŻENIA BAKTERYJNE SĄ BAZĄ WYJŚCIOWĄ DO WSZELKICH PROBLEMÓW ZDROWOTNYCH. Dzieje się tak dlatego, że nasza komórka zaczyna wykonywać funkcje przypisane do innego gatunku. System limfatyczny stając na wysokości zadania dąży wszelkimi sposobami do usunięcia obcego DNA. NAJKORZYSTNIEJSZĄ FORMĄ USUWANIA OBCEGO DNA, WYBIERANĄ PRZEZ SYSTEM LIMFATYCZNY JEST WŁAŚNIE ANGINA. JEST TO GENIALNY PROGRAM CZYSZCZENIA NASZEGO DNA. Angina nie jest zakażeniem bakteryjnym. Angina jest jednym z najważniejszych systemów leczenia bakteryjnego.

Angina oczyszcza na dwa sposoby, czyli dlaczego chorują głównie dzieci:

Nasza komórka musi wyprodukować komórkę bakteryjną wg zapisu DNA bakterii, która wmontowała jakiś fragment /choćby atom/ swojego DNA do naszego DNA. Wytworzenie przez naszą komórkę /przy użyciu całego jej aparatu/ bakterii pozwala trwale pozbyć się obcego DNA.

Choćby atom. O.

Jest to system naprawy DNA i dotyczy wszelkich form komórek pierwotnych. Po takiej operacji na DNA tkanki naszego organizmu budowane są według czystszego wzorca. Wyczyszczona linia komórek płciowych uwalnia nasze potomstwo od dziedziczenia utajonych zakażeń.

Ten system naprawczy jest naskuteczniejszy u dzieci, przed okresem dojrzewania. Bardzo pomocna jest w tym dziele praca grasicy. Celem systemu limfatycznego jest uwolnienie dziecka , przed osiągnięciem dojrzałości płciowej, od zakażeń genetycznych. Dlatego dzieci tak często mają anginę.

Inaczej przebiega czyszczenie komórek, z których zbudowane są już narządy. Nie da się zniszczyć zbudowanego wg wadliwego projektu np. serca, mózgu, nerki. Czyszczenie takiego narządu jest operacją długo falową i odbywa się w zależności od stanu komórek macierzystych.

System limfatyczny zawsze rozpoznaje komórkę, która zawiera geny obcego gatunku. Imperatywem działania systemu limfatycznego jest zniszczenie takiej komórki lub usunięcie obcego DNA. Twór powstały wg mieszanego DNA, ludzkiego i bakteryjnego jest komórką quasi nowotworową. Komórka quasi nowotworowa jest to komórka po caęści podobna do naszej, mimo, że zawiera obcy materiał genetyczny. Możliwości jej namnażania zostały sparaliżowane. Taka komórka jest rozpoznawalna dla systemu limfatycznego, który wykorzystuje swoje możliwości dąży do jej zniszczenia.

Dlatego mamy anginę po opalaniu się, po kąpielach siarkowych, po ćwiczeniach fizycznych, wtedy, gdy zmieniamy klimat na morski lub górski, a szczególnie gdy dostarczamy korzystnych składników pokarmowych zmieniając dietę na bogatszą w składniki potrzebne systemowi limfatycznemu.

No jasne. System limfatyczny lubi schabowego z kartofelkami, więc jak zmieniamy klimat, to mamy anginę.

GENETYCZNE ZAKAŻENIA BAKTERYJNE SĄ PRAŹRÓDŁEM WSZELKICH CHORÓB OD ALERGII DO NOWOTWORÓW.
Paciorkowce hemolizujące nie są przyczyną anginy – one są wykorzystywane w procesie anginy. Przyczyna anginy tkwi głębiej i laboratoryjnie nie da się jej ustalić. Ponieważ genetycznego zakażenia gruźlicą, helicobacterem czy też innymi bakteriami, nie da się zbadać obecnymi metodami. Ono istnieje wyłącznie w formie zapisu genetycznego, często uszkodzonego i tylko aparat naszej komórki może je odczytać i odtworzyć.Tylko system limfatyczny może wydobyć gruźlicę, kiłę, helicobactera i inne równie groźne bakterie. Tylko system limfatyczny może je tak unieszkodliwić by nie były w stanie się dzielić albo by ich podział był bardzo utrudniony. Dlaczego nie wykrywa się tych bakterii w wymazie z gardła? Dlatego, że są one już spacyfikowane, zniszczone, nie potrafiące się już rozmnażać. Dokonał tego nasz system limfatyczny. Paciorkowce hemolizujące miały w tym niszczeniu olbrzymi udział. To one swoimi toksynami doprowadziły do degradacji wyżej wymienionych bakterii.

Ja to myślałam, że są inne powody, dla których nie wykrywa się gruźlicy w wymazie z gardła, ale już chyba nie będę się odzywać. Słów mi braknie powoli…

Oprócz paciorkowców hemolizujących system limfatyczny może wykorzystywaś inne bakterie produkujące toksyny. Mogą to być gronkowce, e.coli i inne. Jaką broń chemiczną ustawi w naszym gardle system limfatyczny, zależy tylko od tego z jakim wrogiem ma do czynienia. System limfatyczny wybiera taką bakterię, która jest w stanie wyprodukować odpowiednią toksynę.

Ależ sprytny ten układ limfatyczny.

Układ chłonny jest wykorzystywany do transportu „urodzonych bakterii”, komórek quasi nowotworowych i komórek rozpoznawanych przez system limfatyczny jako nowotworowe w kierunku migdałów. Tu jest miejsce ich niszczenia. Migdały to gilotyna wyposażona w przeróżne systemy niszczenia drobnoustrojów: limfocyty, różne enzymy, lizozyn, IgA, interferony przeciwwirusowe, kontakt z tlenem i ciśnieniem atmosferycznym. Na dokładkę na końcu tego systemu czeka w pogotowiu fabryczka chemiczna produkująca kilkadziesiąt toksyn. Tę fabryczkę w postaci bakterii hemolizujących utrzymuje system limfatyczny, bo jest ona mu potrzebna.

Chyba w tej chwili przydałby mi się kontakt z tlenem (pomajtam sobie migdałami…), żeby mózg miał rzeczywiście szansę połapać się w tym bełkocie. Obawiem się jednak, że nawet ciśnienie atmosferyczne i lizozyn (lizozyn?) tu nie pomoże. Bakterie hodowane przez układ limfatyczny, żeby zwalczać inne bakterie – ale ekstra. Albo i te same w sumie, bo co za różnica.

Ta broń chemiczna, czyli paciorkowce hemolizujące maja zdolność przyklejania się do migdała by lepiej tego toksycznego natrysku dokonać.

Ktoś ma wizję? Tych toksycznych natrysków migdałowo-paciorkowcowych?

Mamy, więc wszystko, co zabija drobnoustroje, zapobiega ich namnażaniu się, neutralizuje toksyny i zamiast pomóc naturalnymi środkami /kompatybilnymi do naszego ustroju/ wprowadzamy technologię, która ma nasz system wyręczyć. Wyręczyć a nie wspomóc. To jest zasadnicza różnica. Przyrody nie da się wyręczać. Prędzej czy później prawda wyjdzie na jaw. Przyroda oszukana jakimś falsyfikatem poczeka kilka lat, czasem kilkadziesiąt. Poczeka nawet do następnego pokolenia.

Znaczy, co jest tu tym naturalnym środkiem? Natural born pacior, w odróżnieniu od antybiotyku?

A angina jest leczeniem genetycznym. Po usunięciu jednego zakażenia system limfatyczny ma możliwość usunięcia kolejnego zakażenia o ile takie zakażenia znajdują się jeszcze w naszym DNA.

System genetycznego leczenia jest najłatwiejszą formą eliminacji programu procesu nowotworowego a z takim programem mamy niestety do czynienia od momentu wpięcia się DNA bakteryjnego do naszego DNA.

Ponieważ angina czyści komórki macierzyste to możliwy jest regres tzw. chorób genetycznych, możliwy jest regres wad rozwojowych. Angina jest kluczem do całego zdrowia.

O matko…

Z tego powodu są wyciągane błędne wnioski, że angina atakuje serce, kości. Jest przeciwnie. Angina leczy kości, serce i cały organizm, bo przyczynia się do usunięcia genetycznego zakażenia, które było włączone w strukturę DNA. Jeśli mieliśmy DNA bakterii włączone w strukturę DNA odpowiedzialnego za budowę serca czy kości to mieliśmy w tym obszarze genetyczny program nowotworowy. Angina jest kasacją tego programu i ujawnieniem jego przyczyny. Angina jest wspaniałą diagnozą i genialnym trybem leczenia. Najlepszą profilaktyką przeciwnowotworową i przeciwzawałową.

O. Żadne leki i szczepionki, żadne cieciorki, noni czy czosnek. Tylko angina wyleczy cię ze wszystkiego. Oraz zapobiegnie.

Angina nie jest chorobą. Jest czyszczeniem DNA. Dlatego, /gdy stosujemy naturalne metody wspierające system limfatyczny a nie chemiczne, które ten system degradują/ możemy się leczyć z tak zwanych chorób genetycznych. Można się leczyć z chorób genetycznych, bo takie choroby nie istnieją. Są one jedynie odpowiedzią systemu limfatycznego na utajone zakażenia genetyczne.

Można się leczyć, bo nie istnieją. Hmmm…

Lecząc się naturalnie z anginy możemy uwolnić się od problemu bezpłodności, zaprogramowanego zawału, wylewu czy nowotworu. Skasowanie utajonego zakażenia genetycznego uwalnia nas od szeregu grożących nam problemów zdrowotnych. Sposób leczenia anginy jest kluczem do zdrowia.

A ja myślałam, że angina nie jest chorobą (akapit wyżej). Jest jednak. Łotewer.

Angina przewlekła, czyli ciągle ropiejące migdały, brak gorączki, obniżona temperatura świadczy o tym, że nasz system limfatyczny „wyciąga” z naszych tkanek, z naszych narządów komórki, które niebezpiecznie zbliżają się do nowotworzenia lub już są w fazie nowotworzenia. System limfatyczny przy pomocy krwi i limfy transportuje w stronę miejsca ostatecznej zagłady. Ten rodzaj anginy nie jest czyszczeniem DNA.

Aha.

Jest usuwaniem tego, co grozi nowotworzeniem. Komórki quasi nowotworowe i nowotworowe są mocno zakonspirowane np. otoczone lepkim śluzem, zwapnieniem /kamice, miażdżyca/, zeszkliwieniem. Nie jest rzeczą najważniejszą, z jakim rodzajem konspiracji mamy do czynienia. Najważniejszym jest by usunąć to, co jest groźne. Niska temperatura nie pozwala takim komórkom się namnażać. System limfatyczny wykorzystuje swój aparat do przekształcenia takich komórek w ropę.

Bo ropa, jak sama nazwa wskazuje, ma niską temperaturę. W której hartuje usuwa się szkliwo. Mnie zaczyna odpadać szkliwo z zębów, kiedy czytam to wszystko.

Jeśli nie ma innego sposobu na uwolnienie z zakażenia lub zniszczenie genetycznie zakażonej komórki to system limfatyczny wpuszcza odpowiedniego wirusa.

O, a to angina już nie wystarczy?

Wpuszcza tylko takiego wirusa, który może oznaczyć lub zniszczyć komórkę quasi nowotworową lub nowotworową. System limfatyczny wprowadza również wirusy pomocne w uwolnieniu genetycznego zakażenia. System limfatyczny nie wpuszcza wirusów bez sensu, dobiera odpowiedniego wirusa, którego celem jest ściśle określona komórka.

No pewnie, że nie bez sensu, jakżeby inaczej?

Spełniwszy swoje zadanie wirus zostaje natychmiast wyeliminowany z organizmu. Jeśli znajdujemy w organizmie wirusy, które się da oznaczyć, np. opryszczki, brodawczaka, BCD, wirusowego zapalenia wątroby i inne, to nie oznacza, że one egzystują w tym miejscu bez sensu. System limfatyczny utrzymuje je po to by zniszczyć utajone bakteryjne zakażenie genetyczne. Nie jest prawdą, że nie da się pozbyć naturalnymi metodami wirusa np. opryszczki. W momencie usunięcia genetycznego zakażenia bakteryjnego opryszczka jako zbędna jest natychmiast eliminowana.

Świetna wiadomość dla wszystkich zakażonych, czyż nie? Zwłaszcza wirusem BCD.

Wbrew temu, co się sądzi to nie wirusy są przyczyną nowotworzenia, one są tylko znacznikami komórek zaprogramowanych nowotworowo. Wirusy ułatwiają rozpoznanie i zniszczenie komórek nowotworowych. Są również pomocne w usunięciu obcego DNA z naszego. Przykładem usuwania komórek quasi nowotworowych i nowotworowych jest angina, przy której tworzą się na powierzchni migdałków piekące pęcherze. To wirusy wniknęły do tych zainfekowanych bakteryjnie komórek. System limfatyczny je wyprowadził na migdały i tu je skasował. Wirusy są wykorzystywane do likwidacji programu nowotworowego.

Kasia wyganiała wołki na bukowinę, a system limfatyczny wirusy na migdały. Nieźle.

A dlaczego antybiotyki to zuo? Bo zakłócają wielki plan.

Antybiotyk niszczy tylko to, co nasz system limfatyczny „urodził” a to jest zadanie stosunkowo proste. Musimy sobie uświadomić, że to nasz system limfatyczny wykonał arcytrudne zadanie wyprodukowania bakterii wg jej genetycznego zapisu wklejonego w struktury naszego DNA. System limfatyczny przygotował zasadzkę i przystąpił do eliminacji wroga. Dzieje się to z wielkim trudem w skomplikowanym środowisku biochemicznym. Wprowadzając środki chemiczne zakłócamy ten wielki strategiczny plan. Przy ich użyciu nigdy nie uwolnimy naszego DNA z zakażenia genetycznego. Nigdy nie zlikwidujemy genetycznego programu nowotworowego. Ze sposobu leczenia anginy wynika lawinowy wzrost ilości chorób genetycznych i nowotworów.

Jest też o tym, jak zachować sprawność seksualną oraz leczyć niepłodność (bo czemu nie?). Panowie powinni przeczyścić sobie chromosom Y za pomocą anginy Plauta-Vincenta (albo czegoś, bo nazwa jakby inna nieco) i już.

ANGINA PLANTA-VINCENTA
Objawy wydają się dramatyczne; cuchnące wrzody, powiększone węzły chłonne, obrzęki. Dlaczego po kilku czy kilkunastu dniach wszystko mija równie gwałtownie jak się zaczęło? Sądzę, że system limfatyczny „wyciągnął” z organizmu komórki quasi nowotworowe i nowotworowe. Komórki te długi czas musiały zalegać w organizmie, były jednak pod kontrolą systemu limfatycznego. Były izolowane /śluz, zwapnienia, szkliwienie/, pozbawione tlenu i odżywiania i dlatego rozpoczął się proces ich gnicia. Po usunięciu tych na pół obumarłych komórek przez kanał ujścia, jakim jest gardło problem ulega zamknięciu. Ten rodzaj anginy dotyczy mężczyzn. Jest formą czyszczenia zakażeń genetycznych na chromosomie Y. Wyczyszczenie tego chromosomu daje szansę na sprawność seksualną, płodność i uniknięcie w przyszłości przerostu gruczołu krokowego.

ANGINA A SEPSA
Człowiek, który ma sepsę, ma zakażenia genetyczne obejmujące cały organizm od mózgu aż po system limfatyczny. Mimo to system limfatyczny podejmuje próbę zniszczenia tego zakażenia pod wpływem jakiegoś impulsu.

Impulsem do uruchomienia sepsy może być zmiana warunków fizyko-chemicznych pod wpływem dużego wysiłku fizycznego, dotlenienie organizmu, zmiany temperatury w saunie lub kąpieli, zmiana klimatu, ekspozycja na promieniowanie słoneczne.

Zabiegi w przypadku sepsy muszą być wykonywane z należytą precyzją przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Szczególnie ważne jest usuwanie bakterii i komórek quasi nowotworowych przy użyciu baniek ciętych, pijawek, okładów czosnkowych. Równie ważne jest usuwanie toksyn z organizmu przez kompresy, wywoływanie pocenia a nawet lewatywy. Wtedy jest szansa na uratowanie chorego.

No ale moment. Tu już bakterie nie leczą? Nie natryskują się nawzajem toksynami na polecenie systemu limfatycznego? Trzeba stosować bańki cięte i pijawki?

Sepsa jest rodzajem ostatecznej próby pozbycia się genetycznego zakażenia, głównie z mózgu i serca. Zakażenia genetycznego, które było już na granicy przemiany nowotworowej. Meningokoki zapewne też nie są główną przyczyną sepsy. Sądzę, że pełnią one rolę podobną do paciorkowców hemolizujących, czyli trucicieli komórek quasi nowotworowych. Mózg i serce są w najwyższej kurateli systemu limfatycznego, dlatego tak mało mamy nowotworów mózgu a niewielu nawet słyszało o nowotworach serca. System limfatyczny próbując pokonać groźbę procesu nowotworowego podejmuje decyzję o ujawnieniu problemu i mamy do czynienia z sepsą. Dramatyczny przebieg sepsy świadczy o wielkiej desperacji i determinacji systemu limfatycznego, której celem jest uwolnienie gatunku od genetycznego zakażenia. Dlatego sepsa dotyka często ludzi w okresie dojrzewania, w ostatnim okresie na wyczyszczenie DNA, gdy jeszcze pracuje grasica.

Grasica pracuje, mózg przestaje. Choć nie z powodu nowotworów mózgu, bo tych podobno nie ma (?), ale od czytania tych bzdur.

W zadziwiający sposób blokuje [system limfatyczny] możliwość namnażania się bakterii, stosując np. zlepianie i przemieszczanie w kierunku najmniej zagrażającym życiu, czyli np. stopy. Zakrzepica, żylaki, tętniaki to miejsce chwilowo unieruchomionych bakterii /zapalenie żył i tętnic, róża to walka z nimi/. To samo dotyczy kamicy, zwapnień, zwłóknień. W tych miejscach znajdują się piekielnie groźne, ale spacyfikowane bakterie, komórki quasi nowotworowe i nowotworowe. Jeśli nie ma szansy na pacyfikację to system zajadle bije wolnymi rodnikami jak łomem w te zainfekowane genetycznie komórki. System limfatyczny zjada te mixy ludzko-bakteryjne i mamy dystrofię albo osteoporozę. System limfatyczny decyduje, lepsza jest osteoporoza niż nowotwór kości. Osteoporoza daje szansę na zmianę sytuacji, nowotwór już nie.

Jeśli system limfatyczny nie potrafi już zorganizować anginy to próbuje miejscowymi stanami zapalnymi usunąć zakażenie genetyczne grożące nowotworzeniem. Stąd mamy zapalenie mięśnia sercowego, ucha, kręgosłupa, mózgu.

Od anginy do raka droga może być krótka /białaczka/ albo długa /SM, dystrofia i inne/ trwająca latami. Wszystko zależy od sytuacji, z jaką system limfatyczny ma do czynienia /rodzaj bakterii, jej miejsce usytuowania w organizmie, stosowane sposoby leczenia/.

Parafrazując słowa mistrza można powiedzieć „dajcie mi anginę a wyleczę każdego”.

Parafrazując jeden z wykładów prof. Miodka, można powiedzieć: noż %$#&@ ^%$#  &%$^$#@!, no !!!

PRZEROST MIGDAŁÓW
Jeśli system limfatyczny ma problem ze zniszczeniem /nie umie zabić/ komórek bakteryjnych, quasi nowotworowych i nowotworowych to gromadzi je w pierwszej kolejności w migdałach. Wtedy mamy utrzymujący się przerost migdałów w tym tzw. trzeciego migdałka. Anginy nie mamy, bo brakuje środków /naturalnych składników/, ale może również brakować inicjatora oznaczającego bądź niszczącego komórki quasi nowotworowe i nowotworowe. Tym inicjatorem najczęściej jest wirus, mogą to być i inne czynniki, grzyby, fagi.

O, i fagi też?

Dalekosiężne skutki pozbawienia człowieka migdałów są oczywiste. Niestety nikt nie kojarzy bardzo poważnych problemów zdrowotnych z odległymi o wiele, wiele lat anginami a tym bardziej z wycięciem migdałków. Cóż może mieć wspólnego z anginą kamica nerkowa, tętniak, schizofrenia, SM, nowotwór? Odpowiedź – zakażenie genetyczne.

Jasne jak słońce.

Trzeci migdałek jest odpowiedzialny za czystość genetyczną samego systemu limfatycznego i dlatego zanika podobnie jak grasica po okresie dojrzewania. Dziecko ma czas na wyczyszczenie DNA do osiągnięcia dojrzałości płciowej.

Dorosły, mogący się rozmnażać, powinien mieć czysty program DNA – wolny od wszelkich zakażeń. Dlatego dzieci tak często chorują. Chcą wyczyścić, mając do dyspozycji migdały, grasicę swoje DNA. Jest to zgodne z programem, który ma umożliwić uniknięcie chorób. Człowiek nie jest stworzony do chorowania.

Ja mam tylko jedno pytanie – co się bierze, żeby wymyślać coś takiego?

Oraz dodam, po policzeniu do dziesięciu i paru głębszych… oddechach – można by było się z tego ponabijać, gdyby nie to, że człowieka wręcz zatyka i szczęka opada przy czytaniu. Gorzej, że komentarze pod tekstem są szalenie entuzjastyczne (w większości), jest ich dużo, a autorka straszy:

Wiedza ta jest wynikiem mojej wieloletniej praktyki zielarskiej. Obszar moich obserwacji jest znacznie szerszy .Mam szczerą wolę podzielenia się nią.

O matko jedyna…

Moczenie nogi leczy nałogi i złogi

Człowiek bywa czasem zmęczony. Albo źle się czuje. Zagląda wtedy na fajne stronki i znajduje znakomite porady. Nie tylko takie, jak sobie radzić ze zmęczeniem, ale i na wszystko w ogóle.

Detox Spa
Rewolucyjny sposób głębokiego oczyszczenia organizmu i przywrócenia mu optymalnej równowagi energetycznej.

Na pewno nie tylko rewolucyjny, ale i rewelacyjny. Bo czegóż on nie robi.

Detox Spa stymuluje naturalną funkcję odtruwania organizmu, jego działanie przywraca właściwy potencjał energetyczny komórek i całego organizmu. W trakcie zabiegu moczenia nóg w specjalnym urządzeniu, usuwane są toksyny nagromadzone wskutek: przewlekłego stresu, nałogów, leczenia farmakologicznego, spożywania przetworzonej żywności nasyconej konserwantami, zanieczyszczenia środowiska itp.

Ho, ho. Detox Spa nie tylko przywróci mi właściwy potencjał energetyczny komórek, ale i całego organizmu. Rewelacja i rewolucja. Moczone nogi leczą nałogi. I złogi.

Detox Spa jest to trzydziestominutowy relaksujący zabieg, w którym oczyszczenie organizmu następuje przez stopy zanurzone w urządzeniu wypełnionym ciepłą wodą z dodatkiem soli (która poprawia przewodzenie prądu). Przepływ prądu przez roztwór powoduje zjawisko jonizacji, korzystne dla organizmu ludzkiego. Jony przedostają się do organizmu doprowadzając w krótkim czasie zachwiany potencjał komórkowy do właściwego poziomu.

Mnie sie właśnie zachwiał ten potencjał, ale lecę dalej.

Komórki zostają pobudzone i zaczynają prawidłowo pracować, w wyniku czego nasz organizm poprzez receptory na stopach oraz wielką liczbę porów (jest ich na każdej stopie ok. 2000), zarówno wydala toksyny do wody, jak i uzupełnia z wody niedobory żelaza.

Komórki zostają pobudzone i pojawia się na nich potworna liczba porów. Czy takich, jak te prezentowane ostatnio tutaj? O matko jedyna. Ale za to zupę będzie można z nich ugotować.

Bardzo ciekawym zjawiskiem powstającym podczas zabiegu jest zmiana koloru wody, które może być dla nas cennym źródłem informacji na temat kondycji naszego organizmu. Skład wody przed i po zabiegu wskazuje na wytrącanie się toksycznych substancji z organizmu.

Tak, na stronie pokazana jest detalicznie analiza kolorów, zainfekowanych rejonów ciała, rodzajów toksyn i objawów. Np. kolor „białe plamki” świadczy o kamiennym śnie i bezsenności, czerwony o zimnych stopach (może za zimna woda w Detox Spa?) i skrzeplinie, a brązowy o zanieczyszczeniu tłuszczów. Hmm, wydawałoby się, że brązowa woda świadczy na ogół o tym, że ktoś wreszcie umył sobie brudne nogi. A tu okazuje się, że to te biedne zanieczyszczone tłuszcze. I już wolę nie czytać, o czym świadczy kolor zielony.

Po kilku zabiegach patologiczny obraz komórek krwi ulega pozytywnemu przeobrażeniu. Znikają złogi zanieczyszczeń, powraca prawidłowy, regularny kształt krwinek – komórki odzyskują pełną zdolność do pełnienia swoich funkcji. W zdrowym organizmie w komórkach ciała przeważają ładunki ujemne. Środowisko takie sprzyja przyswajaniu składników odżywczych i swobodnym wydalaniu szkodliwych produktów przemiany materii. Na skutek choroby lub niewłaściwego odżywiania, przewlekłego stresu, ujemny potencjał komórki spada – słabnie wówczas zdolność komórek do samooczyszczania. Detox Spa energetyzując ujemnie organizm, w ciagu kilku zabiegów przywraca tą równowagę.

Kul. Wprawdzie potencjał moich krwinek cały czas jest zachwiany (albo coś), bo ujemny potencjał właśnie spadł (ze stołu), co oznacza zapewne, że mają patologiczny, nieregularny kształt oraz złogi, w związku z tym pełnią swoje funkcje tylko w połowie. Ale nic to – żyję jakoś i czytam dalej.

Zalecenia i działanie

Detox Spa jest świetny oczywiście na wszystko. Od potliwych stóp, przez ołów w organizmie, depresję, skrzypienie stawów, alergie, łuszczycę, nerwobóle i zaburzenia hormonalne. Nikt nie ma więc chyba wątpliwości, że powinniśmy się wszyscy detoksykować na potęgę.

Pyt. Dlaczego powinniśmy stosować kuracje usuwające toksyny z organizmu?
Odp. Ponieważ codziennie wdychamy różne rodzaje potencjalnie ryzykownych substancji. Na przykład: Mięso, które spożywamy zawiera śladowe ilości antybiotyków i hormonów, na powierzchni warzyw i owoców, znajdują się resztki pestycydów; materiały wykończeniowe w domu i biurze zawierają aldehyd mrówkowy – rodzaj radioaktywnej substancji, wszystkie rodzaje urządzeń elektronicznych prowadzą do zanieczyszczenia EMW; na zewnątrz jesteśmy narażeni na spaliny, przemysłowy pył, odpady itd.

Mięso faktycznie wdycham namiętnie. Źle ze mną.

Te niebezpieczne substancje, trafiają do naszego ciała za pośrednictwem układu oddechowego, porów i skóry, osadzają się na każdym organie ciała za pośrednictwem krwi i układu limfatycznego, aż w końcu wpływają do wątroby, gdzie podlegają filtracji i przemianie w związki chemiczne, po czym wędrują do innych organów, aż wreszcie zostają wyrzucone z naszego ciała. Jeśli jeden z naszych organów jest niewydolny bądź niesprawny, niebezpieczne substancje zgromadzone w naszym ciele pozbawią nas energii, nadwerężą odporność. Z powodu zanieczyszczonego środowiska, w którym żyjemy, niebezpieczne substancje zalegają w naszym ciele i wystawiają na ryzyko choroby. Tylko pozbycie się niebezpiecznych toksyn oczyści nasz organizm i przywróci do zdrowia.

Wdychanie mięsa pozbawia mnie energii. Czas z tym skończyć.

Pyt. Słyszałem, że „SPA Life” potrafi być bardzo pomocne przy cukrzycy . Czy to prawda?
Odp. Tak, różnica w poziomie cukru we krwi przed i po zabiegu pokaże, że to prawda. Wskaźnik poziomu cukru we krwi diabetyka przed skorzystaniem z urządzenia wynosi 14.1, po jednorazowym użyciu spada do 13.3. Jak widać efekty są imponujące.

Imponujące. Normalnie wynosi 14,1 grzywien na chąźbę, a po użyciu 13,3 wiorst na pacierz. Rewelacja.

Pyt. Mówi się, że „SPA Life Detoxify” doskonale sprawdza się przy leczeniu potliwych stóp i grzybicy skóry.
Odp. Tak, jest bardzo efektywny w walce z grzybicą stóp i potliwymi stopami.

A może jednak warto umyć wreszcie te nogi?

Pyt. Czy „SPA Life Detoxify” może zmniejszyć poziom tłuszczu i tłuszczy we krwi?
Odp. Tak, może. Kontrolowane przez urządzenie aniony pozwalają na rozbicie zalegającego tłuszczu, otaczającego między innymi ścianki naczynek krwionośnych. Pomagają usunąć wolne rodniki i zachować odpowiedni poziom tłuszczu we krwi. Urządzenie oczyszcza również krew i układ krążenia, zwiększa aktywność komórek i enzymów (fermentowanie) i udoskonala system odpornościowy organizmu.

Och, zwiększa nawet aktywność komórek i enzymów (fermentowanie). Ekstra.

Pyt. Po kilku zabiegach, ilość emitowanych przez organizm toksyn jest bardzo mała. Czy znaczy to, że jestem całkowicie zdrowy? Czy powinienem przerwać kurację?

Nie, to znaczy tylko tyle, że wreszcie masz czyste nogi. Też jakiś efekt, nie?

Odp. Nie, powinieneś wznowić kurację po dwóch tygodniach. Nowe toksyny nie przestaną się osiadać, ponieważ ilość wchłanianych przez ciało toksyn jest zawsze większa niż oczyszczanych przez metabolizm. Niesprzyjające środowisko i stałe zagrożenie przez niebezpieczne substancje wymaga ciągłej kontroli. Nawet kilka dni zaprzestania kuracji naraża nasz organizm na ponowne zanieczyszczenie toksynami. Co więcej, ciągłe korzystanie z urządzenia „SPA Life” nie tylko oczyszcza nasz organizm i zapewnia zdrowie, ale czyni również piękniejszymi.

Oczywiście. Nie ma tak, głupku, że umyjesz sobie zastosujesz Detox Spa tylko raz. Bo wówczas, jeśli tylko przestaniesz, komórki znowu Ci się zdegenerują, zatrują i otrują, nałogi i złogi ponownie opanują twoje żyły i żylaki, krwinki stracą swój piękny kwadratowy kształt, a układ odpornościowy zbrzydnie. Zabieg powinien – właściwie musi –  być stosowany do końca życia. Chyba nikt nie jest aż tak niemądry, żeby oszczędzać na rewelacji i rewolucji.

Afryka – część druga

Dowcip o inteligencji niezły. Natomiast to, co potem – już trochę mniej. Przeczytałam ten artykuł w Wyborczej już jakiś czas temu, zajrzałam też do polecanego w nim entuzjastycznie nowego czasopisma katolickiego „Kontakt„.

I ponieważ zaczęłam ostatnio o Afryce, to odrobinę pociągnę ten temat. Podczas czytania niemiło uderzył mnie ten głos specjalisty do spraw afrykańskich na temat wielożeństwa: 
„W rzeczywistości afrykańskiej bardzo trudnym i wciąż nierozwiązanym problemem jest wielożeństwo. Pełniło ono szalenie ważną funkcję społeczną. Afryka była kontynentem bez wdów i sierot. Gdy mężczyzna umierał, jego brat lub ktoś inny musiał pojąć żonę zmarłego za swoją żonę. Czy z nią żył, czy nie żył, czy miał dzieci, czy ich nie miał – musiał ją pojąć i miał względem niej obowiązki. Zamiast sierocińców i rent wdowich istniał więc świetnie zorganizowany system społeczny, w którym zawsze był ktoś, kto przejmował społeczną rolę zmarłego mężczyzny. My zaś przychodzimy ze swoją strasznie doktrynalną praktyką katolicką i sprawiamy, że to wszystko się załamuje…”

No rzeczywiście – jest się nad czym użalać. Myślę, że spokojnie znalazłoby się sporo innych tradycji czy interesujących zwyczajów regionalnych,  które warto by było kultywować i chronić, a nie ewentualnie niszczyć czy gubić z pomocą praktyki katolickiej. Ale akurat poligamia? Nie wiem, czy to trzeba być facetem, czy raczej niezależnie od płci po prostu człowiekiem małej wrażliwości, żeby tak lekko o tym mówić. Czy z nią żył, czy nie żył, czy miał dzieci, czy ich nie miał?  Ja wolałabym usłyszeć kobiety. To, co one same mają do powiedzenia na ten temat. Czy poligamia rzeczywiście taka fajna dla nich jest i była? Nawet jeśli dana kobieta traciła męża i nie miała nagle gdzie się podziać i co do garnka włożyć, to czy koniecznie taką radością napawał ją fakt, że kolejny facet pojmie ją za kolejną żonę? Czy z nią żył, czy nie żył, czy miał dzieci, czy ich nie miał – irytuje mnie ten fragment, przyznam. A co z jej zdaniem w tej kwestii? Czy ona chciała z nim żyć? Lub nie żyć? Czy jeśli było to takie wymuszone małżeństwo, to czy ten mąż odnosił się do niej dobrze, przyzwoicie? A co z jego stosunkiem do pozostałych żon? Oraz dzieci z różnych matek?

Nawet jeśli prawdą jest, że przyświecały temu zwyczajowi dobre intencje – w niektórych wypadkach może i tak było – to uważam, że akurat poligamia nie jest tym zwyczajem, tą tradycją, którą należałoby chronić. I jeśli to akurat chrześcijaństwo wtrąciło w tę sytuację swoje trzy grosze i wpłynęło na zaprzestanie lub przynajmniej zmniejszyło popularność poligamii, to chwała mu za to. Bo w moim kobiecym odczuciu poligamia jest czymś odrzucającym, wstrętnym, czymś co upadla kobiety, czyni z nich przedmioty albo raczej przydatne rozpłodowe zwierzęta domowe. Szczególnie nawet, jeśli wynikała z trudności ekonomicznych. A i mężczyźni, jeśli zmuszani byli tradycją do poślubiania kolejnych, być może obcych i niechętnych sobie kobiet, też nie byli tutaj traktowani fair.

Przydałby mi się głos kobiet tutaj. (Przypomina mi się „Spowiedź Chinki” Pearl Buck, która opowiada między innymi o poligamii w Chinach – i o tym, jak koszmarnym i niszczącym dla pokoleń kobiet była doświadczeniem. Może pan ekspert nie czytał, bo to nie o Afryce, ale polecałabym). Odrazą i niechęcią napawa mnie fakt, że o takich sprawach, i w taki sposób mówi ten pan. Nie dlatego, że jest mężczyzną. Raczej dlatego, że słyszę głos wyłącznie mężczyzny, bez głosu kobiety, bez kobiecej perspektywy, bez choćby zastanowienia się, że taka perspektywa może istnieć. A w dodatku nie podoba mi się to, jak ten facet mówi – niesmacznie, z okrutną obojętnością, bez odrobiny refleksji, że warto może byłoby spróbować choć wczuć się w reakcje tej drugiej strony. Zapewne przekonany jest, że przedstawia normalny, czyli ludzki, punkt widzenia. Tymczasem ten ludzki punkt widzenia jest punktem wyłącznie męskim, niestety. 

Jeśli takich mamy specjalistów od spraw afrykańskich, to ja dziękuję. Wolę raczej posłuchać Michaela (tego samego, który wystąpił w poprzednim odcinku o Afryce), który mówi – poligamia dlatego, że chcieli wziąć kobiety w opiekę? Nie żartuj. Głównie chodzi i chodziło o dużo dzieci. Napłodzić dużo, dużo dzieci i dzięki temu rosnąć w siłę. To oznaka bogactwa, siły i dążenia do władzy. Dlatego też poligamia jest w chwili obecnej praktykowana przede wszystkim (choć nie tylko) w społecznościach muzułmańskich wielu afrykańskich krajów. (Bo oni są nienormalni, mówi Michael, zupełnie bez dbałości o jakąkolwiek poprawność polityczną. Myślę jednak, że chodzi mu w tym wypadku wyłącznie o tę nieszczęsną tradycję).

In a culture where infant mortality is outrageously high and the average woman has fifteen children, most of whom do not survive, polygamy has been practiced to not only show a mans wealth, but also to assure the continuation of the mans family. It is also considered a strong indicator of a mans virility and need for sexual satisfaction. Men can also accumulate wives as a result of inheritance. If a mans brother dies, he would take over the family of his brother, including his wives. These women would be distributed among the surviving brothers, based on the preferences of the men and the widows of their brother. It is also common for a man to take the youngest wife of his father upon his death, and a father will take the wife of his son upon the death of his.

Najs. W istocie coś, co należy chronić przed drapieżnym chrześcijaństwem. A szczególnie nieprzyjemne, że do użalania się nawołuje ktoś, kogo przedstawia się jako znawcę. Oraz seniora KIKu, co nieuchronnie nasuwa skojarzenia ze wspomnianym na początku dowcipem :-P

Nie każda tradycja jest dobra. I nie każdą należy traktować jak świętość.  A już szczególnie nie zasługują na to te, w których dziwnym trafem dręczy się czy upokarza ludzi. Płci żeńskiej również.

(Rysunek stąd)

Zawsze, kiedy czytam podobne teksty o poligamii, czy też w ogóle teksty przedstawiające wyłącznie męski punkt widzenia, przypomina mi się film „Dr Strangelove, czyli jak przestałem się bać i pokochałem bombę„. Czy ktoś może jeszcze pamięta to genialne dzieło? I ostatnie sceny, kiedy to doktora Strangelove ogarnia już całkowite szaleństwo, kiedy ręka sama skacze mu do hitlerowskiego pozdrowienia, a do prezydenta Stanów Zjednoczonych zwraca się per mein Führer? Kiedy doktorowi udało już się przestraszyć cały sztab, genarałów i doradców prezydenta bombą, wszyscy siedzą nieco zgaszeni, a on informuje ich, że nie będzie tak źle, bo jest znakomity pomysł na przetrwanie katastrofy. Otóż można będzie schować się w w bunkrach i przeczekać, a potem odbudować cywilizację. W tym celu na jednego pana bedzie przypadało dziesięć pań. I wówczas cały sztab nagle się ożywia. Panowie się uśmiechają, błyszczą im oczy – szalenie entuzjastycznie przyjmują ten pomysł.

Mam wrażenie, że gdyby w tym sztabie były jakieś panie, a szczególnie gdyby ich było sporo, nie tylko w charakterze sekretarek – ta scena wyglądałaby zupełnie inaczej. Nawet jeśli szaleniec wyskoczyłby ze swoimi pomysłami, to zostałyby one zlekceważone lub skrytykowane, a panowie nie mieliby ochoty na okazywanie zachwytu, nawet gdyby ten zachwyt w głębi ducha któryś z nich czuł. A możliwe także, że wspólnie z kobietami wymyśliliby coś innego – sensownego, a jednocześnie nie dyskryminującego nikogo.

W związku z tym wszystkim – że tak dokonam teraz dużego skoku myślowego :-P – pożyteczne są parytety, gender studies, szukanie kobiecych perspektyw w bajkach dla dzieci i w różnych innych miejscach. Bo dzięki nim mamy to inne spojrzenie. Nie dlatego, że kobiece znaczy lepsze, ale dlatego, że jest inne. I dlatego, że nie było go dotąd słychać.

Afryka dzika?

Nie umiem zrozumieć tego, co dzieje się (albo będzie się działo) w Ugandzie. Przeraża mnie i nie rozumiem. Nie rozumiem, skąd biorą sie pomysły takie, jak uprawomocnienie niszczenia ludzi tylko dlatego, że są odrobinę inni. Przyjmuję do wiadomości, że są tacy, którzy nie lubią homoseksualistów, boją się, sami się ukrywają i dlatego nienawidzą – ale prawo państwowe? Prawo, które mówi, że człowiek ma być ukarany nie dlatego, że coś tam złego zrobił, ale za to jaki jest? I te kary – w tak potwornej wysokości? Za coś, co nie robi nikomu krzywdy?

Czy to politycy są winni? Oni podburzają ludzi przeciw innym ludziom? Po to, żeby zarobić parę punktów w sondażach? Moje niezbyt pochlebne zdanie o polityce w ogóle skłania mnie, żeby przyjąć tę hipotezę. Ale co wówczas ze społeczeństwem? Nie walczy? O swoich braci, synów, córki, siostry, przyjaciół? Przecież ludzie muszą wiedzieć, że ci nieco inni istnieją pośród nich. Czy nie? Nie widać tych innych? A może jednak społeczeństwo nie protestuje, bo zgadza się z politykami? Samo na takich polityków głosuje w końcu. Chyba.

Afryka jest mi obca. I to nie pomaga w zrozumieniu problemu. Pewnie, można czytać gazety, książki, ale czy pozna się w ten sposób myślenie ludzi tam żyjących? Tak sobie. A trudno mi się zgodzić z opinią, że Afryka jest piekłem dla swoich mieszkańców, więc i oni sobie nawzajem gotują piekło. Jak i nie umiem zgodzić się ze sposobem (bardzo częstym) pisania o Afryce – jako o jednorodnym kontynencie, całości jakiejś. Afryka to coś tam, Afrykanie coś tam, obrażamy Afrykanów, bo coś tam, nie rozumiemy Afrykanów, bo coś tam. A przecież każdy kraj jest inny, każdy naród, plemię, klan.

I zdaję sobie sprawę, że nigdy tego kontynentu nie zrozumiem. Bo jest taki różnorodny, ale i – bo po prostu nie. Bo nie wystarczy mi czasu, nie będę mogła spędzić tam całego życia. Choć i pewnie spędzenie całego życia by nie pomogło, bo nie dałoby się być wszędzie.

Mogę za to jedno – pomolestować przyjaciół o tę kwestię gejów i homoseksualizmu w ich krajach. Chris jest Kenijczykiem, Michael Etiopczykiem. Wprawdzie obaj są częściowo zamerykanizowani, Chris bardziej, Michael nieco mniej; no i żadna z nich próba statystyczna, ale przynajmniej niech oni mi powiedzą, jak to widzą. Jak to jest w ich krajach, w  kulturach, z których się wywodzą. Może oni pomogą mi co nieco zrozumieć.

Kenia jest podobno krajem dość otwartym i liberalnym, jak na Afrykę oczywiście. (Co prawda, źródła twierdzą, że przemoc wobec homoseksualistów w tym kraju jest powszechna. Hmm…). W porównaniu z Ugandą także. Chris mówi, że mocne tu panują wpływy chrześcijaństwa, które zresztą mieszają się tradycyjnymi dla tego obszaru zwyczajami. Ale szczególnie chrześcijaństwo jest bardzo silne. Właściwie większość szkół, zwłaszcza podstawowych, jest prowadzona przez instytucje religijne (sporo jest katolickich), a do szkół takich chodzi ogromna większość dzieci. Wartościami przekazywanymi w szkole się nasiąka, nasiąkają dzieci, które nawet nie muszą być chrześcijanami. A obie tradycje – kenijska-rdzenna i kenijska-chrześcijańska zgadzają się w kwestii homoseksualizmu. Że praktyki homoseksualne są grzechem, wykroczeniem przeciw naturze. Że małżeństwo to tylko między kobietą a mężczyzną.

Ale to nie wszystko. Bo politycy to podkręcają. Tak, owszem, liczą na głosy w wyborach. Ale muszą pamiętać również, że jeśli do Kenii przestaną spływać pieniądze z bogatszych krajów – a może się tak stać: kraje zachodnie zagroziły przecież Ugandzie sankcjami finansowymi – ludzie odwrócą się od nich. Zaczną ich winić za kryzys i zagłosują na kogoś z innymi pomysłami.

Pytam jednak Chrisa o samych tzw. zwykłych ludzi. Bo chyba nie są aż tak zmanipulowani przez polityków, że robią to, co tamci im powiedzą? Nie, twierdzi Chris. Ludzie mają po prostu takie samo zdanie, jak politycy. Inaczej mówiąc – politycy głoszą to, co ich wyborcy. Nie wszyscy wprawdzie. Chris mówi, że jakaś połowa. Połowa ludzi skazałaby na śmierć geja, bo jest gejem.

Ludzie nie znają homoseksualistów. Zmowa milczenia jest ogromna. Nikt nie wychodzi z szafy, bo wszyscy się boją. Owszem, jest (czy są) organizacje gejowskie (wyżej cytowane źródło nie zgadza się z tym), które próbują działać, głównie zachęcając do coming outów, ale zwykle nie  na wiele to się zdaje. Przeciętny kenijski gej/lesbijka nie mówi o swoim homoseksualizmie nikomu, w odpowiednim czasie żeni się/wychodzi za mąż, ma dzieci, rodzinę i jest nieszczęśliwy/a.

Strach homoseksualistów jest strachem przede wszystkim przed wykluczeniem. Wyoutowanemu gejowi grozi wydziedziczenie oraz to, że zarówno rodzina, jak i przyjaciele odwrócą się od niego. Przestaną się odzywać, rozmawiać, spotykać. Ale grozi mu także przemoc bezpośrednia. Chris mówi, że to dlatego, że w Kenii jest dużo ludzi bezrobotnych, sfrustrowanych, którzy szukają wroga. Kogoś, komu można bezkarnie przylać. Jeśli zobaczą na ulicy faceta, który wyda im się gejem, jeden z nich zawoła: popatrzcie, trzeba mu dołożyć. Dołączy się drugi, trzeci, a potem w ruch pójdą kamienie. Z nudów. Bo nie ma pracy, nie ma co robić, a tu mamy rozrywkę. Nikt nie będzie wzywał policji, ludzie wezmą sprawy w swoje ręce, nie będą sobie żałować.

A jak sytuacja wygląda w Etiopii? Podobnie, choć są różnice, mówi tym razem Michael. Istnieją kluby gejowskie, ale strach do nich chodzić, bo można także dostać lanie. Tzw. zwykli ludzie twierdzą, że nie znają homoseksualistów. Nikt nie ma ochoty się ujawniać. Niechęć i przemoc dotyczy obu płci, w odróżnieniu od Kenii, gdzie piętnowani przez opinię publiczną są niemal wyłącznie mężczyźni – lesbijki „nie istnieją” po prostu. Czy opinia ludzi ma wpływ na polityków? Zdaniem Michaela mniejszy, niż powinna (albo nie powinna – w zależności od sensowności tego, co akurat opinia publiczna głosi), bo obecny rząd etiopski jest skorumpowany, ma pogromadzone majątki na zagranicznych kontach bankowych i właściwie interesuje go tylko jedno – żeby ludzie za bardzo mu nie podskakiwali. Jeśli nie są opozycją, mogą teoretycznie robić wszystko. Rząd będzie miał to gdzieś, dopóki jemu samemu nic nie grozi. Co nie zmienia faktu, że „problemu homoseksualistów” nie ma gdzieś tradycyjno-religijna etiopska opinia publiczna.

Czy te rozmowy mi coś dały? Czy zrozumiałam coś więcej? Może i tak. Troszeczkę. Może mam pełniejszy obraz. Może pozbyłam się niektórych odruchowych stereotypowych wyobrażeń (Kiedy Chris zaczął zdanie od: no, jeśli dwie lesbijki poszłyby do kliniki zapłodnienia in vitro…,  zawahałam się na sekundę – czy Afryka kojarzy mi się z in vitro? Czy raczej ze słoniami, pięknymi krajobrazami lub hałaśliwymi miastami? Ech, człowiek głupi jest, ale uczy się przynajmniej). Jednak wnioski mam niewesołe. Obaj panowie mówią, że jest absolutnie prawdopodobne, że to, co dzieje się w Ugandzie, może mieć miejsce w ich krajach. Zabijanie homoseksualistów? Kary śmierci? Długoletniego więzienia? Jak najbardziej. Może działanie światowych rządów, a zwłaszcza wycofanie funduszy coś zmieni. Ale nie będzie to zmiana wynikająca z przemyślenia i refleksji. Będzie wynikała wyłącznie z faktu, że ludzie nie polubią kryzysu i odwrócą się od tych, których winić za ten kryzys będą. Jeśli jakakolwiek zmiana będzie, co jest raczej wątpliwe.

Mało to optymistyczne.

Chyba miałam nadzieję, że nie jest ta Afryka aż tak nowu dzika. Oczywiście, znam opinie tylko dwóch chłopaków. Żaden nie jest gejem. Jeden jest protestantem, drugi bardzo religijnym prawosławnym. Obaj od pewnego czasu mieszkają w Stanach. Ich perspektywa może być więc nieco inna, niż chociażby ich bliskich, którzy zostali w rodzinych krajach. Chris wspominał, że dla niego szokiem było zobaczenie dwóch facetów na ulicy, którzy spokojnie szli trzymając się za ręce. Bo nie widział tego przedtem nigdy, dopiero tu, w Stanach. I myślę o tym, co powiedział mi zaraz potem, że kiedy już otrząsnął się z tego szoku, to oczywiście nie miał i nie ma nic przeciwko temu. Czyli przekonanie się na własne oczy, że homoseksualiści są i że ich istnienie nikomu nie zagraża, ma jednak znaczenie. Z drugiej strony -łatwo zrozumieć tych, którzy nie chcą się ujawniać.

Nadal jednak mam smętne wrażenia z naszych rozmów. Bo patrzę na tych dwu miłych, sympatycznych, niegłupich facetów, słucham tego, co mi opowiadają, słucham ich własnego, niechętnego komentarza pod adresem Ugandy (oraz ich własnych krajów) i myślę sobie – czy dlatego tak mówią, bo są tutaj? A co mówią ich rodziny, przyjaciele? Czy także mają podobne zdanie? Czy dużo jest ludzi przyzwoitych w Kenii czy Etiopii? Czy Ugandzie? A jeśli tak, to dlaczego jest tak źle, skoro mogłoby być całkiem nieźle?

Przydałoby mi się więcej osób do wypytania. Bo to tak, jakby zapytać jednego Polaka, jak jest w Polsce, i na tej podstawie zbudować sobie obraz całego kraju. Przydałby mi się także kobiecy punkt widzenia. Niestety, chwilowo nie mam więcej kandydatów do molestowania. Może kiedyś.

Ale i tak dowiedziałam się czegoś. Niestety, dzięki temu bardziej pesymistycznie patrzę na to, co dzieje się w Ugandzie (jeśli większy pesymizm jest jeszcze możliwy). Bo widzę teraz dokładniej, że najgorsze scenariusze są jak najbardziej możliwe, i w tym kraju, i w innych afrykańskich krajach. Nie dlatego jednak, że to Afryka jest dzika, czy że Afryka jest piekłem. Dlatego jedynie, że ludzie tworzą to piekło sobie nawzajem.

„Dziecko słabo widzi? Nie zakładaj mu okularów.”

Poprzednia notka to pikuś. Gazecie.pl udało się coś jeszcze lepszego. Zajrzałam do działu przeznaczonego dla rodziców i znalazłam bardzo fachowy artykuł. Porady autorytetów – mówi nawet informacja nad tytułem. No to słucham rzeczonych autorytetów i czytam tekst, reklamowany zresztą tymi słowami: Serwis eDziecko poleca: Dziecko słabo widzi? Nie zakładaj mu okularów. Ciekawe… Czytam dalej:

Okulista przepisał twojemu dziecku okulary? Nie śpiesz się z ich kupnem. Bo one nie wyleczą wady wzroku.

Zakładamy je dziecku na nos i jesteśmy szczęśliwi, że widzi i mamy problem z głowy. Niestety, to nieprawda. Oczy schowane za okularami, owszem, widzą, ale okulary nie eliminują wady wzroku. Co więcej, często noszenie okularów powoduje pogarszanie się wzroku. – Nie spotkałam dotąd osoby, której wzrok poprawiłby się dzięki noszeniu okularów czy soczewek.

Zakładając szkła o określonej mocy nie dajemy oczom szansy na powrót do dobrej kondycji. Proces pogarszania się wzroku najczęściej wtedy postępuje, a coraz mocniejsze okulary są dla oka po prostu protezą, która pomaga im widzieć – tłumaczy Joanna Korczak-Grochowska.

Protezy to zuo. Wywalmy więc do kosza insulinę (przecież nie leczy z cukrzycy), hormony tarczycy stosowane po usunięciu tego narządu (też proteza), rozruszniki serca (czy one coś leczą?), nie słyszałam także o nikim, komu po umocowaniu protezy ręki, odrosła jego własna. Do kitu faktycznie z tymi protezami. A więc i okularami.

Problemy z widzeniem mogą być jego reakcją obronną – dziecko nie chce patrzeć na przykre, trudne dla niego sytuacje – mówi Joanna Korczak-Grochowska, terapeutka z ośrodka Sensorek w Warszawie.

Tak, zapewne. Nie chce na przykład patrzeć na groźną panią od matematyki. Dlatego nie widzi wzorów i równań na tablicy. Nie dawajmy mu jednak okularów. Bo to tylko proteza, która pomoże coś zobaczyć. W dodatku nieumiejętność odczytania z tablicy tego, co twierdził Pietia Goras, z pewnością znacząco poprawi stosunki między uczniem a straszną nauczycielką.

Ciekawa byłam, cóż to za autorytet, który daje tak światłe rady. Nietrudno to sprawdzić, bo artykuł zupełnie nie jest sponsorowany, skąd – zaglądam więc na stronę ekspertki (tak jest tytułowana), pani Joanny Korczak-Grochowskiej oraz ośrodka Sensorek. Rzeczywiście, sami fachowcy i eksperci od wzroku tam pracują.

Zespół Sensorka to mądre, świadome osoby, o ciepłym nastawieniu do dzieci, doświadczone w pracy z dziećmi. Potrafią bawić się i uczyć razem z maluchami, a jednocześnie obserwować je, wspierać, stwarzać poczucie bezpieczeństwa i możliwości rozwoju.

Nie no, kul. Bardzo profesjonalnie. Budzi zaufanie. Zaglądamy więc na stronę Centrum Sens, którego częścią jest Sensorek.

Oto zwięźle o założycielach Centrum:
Joanna Korczak-Grochowska
psycholog, kinezjolog, terapeuta wzroku oraz terapeuta Integracji Sensorycznej, terapeuta programu „Odruchy w uczeniu się i zachowaniu” (wg dr Sally Goddard – Blythe)
Maciej Grochowski
– kinezjolog, terapeuta Touch for Health (Dotyk dla Zdrowia), terapeuta Integracji Odruchów Twarzy oraz Integracji Odruchów z Układem Ruchowym Całego Ciała (wg dr Swietłany Masgutowej), terapeuta programu „Odruchy w uczeniu się i zachowaniu” (wg dr Sally Goddard – Blythe), masażysta metodą chińskiego masażu TUI NA (uczeń Mistrza Zhang Feng Jun)

Są tam wymienieni także pozostali pracownicy. Czy jest wśród nich jakiś okulista może? E tam, po co okulista? Przecież psycholog i kinezjolog wie o wzroku wszystko. Zresztą, nie matura, lecz chęć szczera – w tym wypadku zaliczenie specjalistycznych kursów – zrobi z ciebie eksperta. Pani Korczak-Grochowska na pewno wie sporo na temat kinezjologii, tej edukacyjnej. Kinezjologii, czyli bardzo poważnej nauki, propagowanej między innymi przez światowej sławy instytut Swietłany Masgutowej.

Swietłana Masgutowa to podobno absolwentka Instytutu Psychologii Ogólnej i Rozwojowej Rosyjskiej Akademii Edukacji. Doktorat z zakresu psychologii rozwojowej. Jest autorką ponad 100 prac naukowo-praktycznych.

Pominąwszy już pytanie, co to są prace naukowo-praktyczne, zainteresowałam się tym imponującym dorobkiem pani doktor. Niestety, wredny PubMed nie wyrzuca żadnej z jej prac. (Za to na stronie jej instytutu można zajrzeć do ważniejszych artykułów – złożonych elegancko tak, aby przypominały prawdziwe prace naukowe – coś pięknego). Wszystko wina podłego establiszmentu naukowego, który, zupełnie nie wiedzieć czemu, bojkotuje kinezjologię. Jak pisze Tomasz Witkowski (Kinezjologia edukacyjna czyli nasz pierwszy kontakt z pseudonauką w szkole), na temat kinezjologii edukacyjnej, czyli tzw. gimnastyki mózgu, która przeniknęła niestety już wszędzie niemal (jak na klasyczną pseudonaukę przystało), wypowiadali się już lekarze i naukowcy:

Nie ma udokumentowanych, racjonalnych dowodów na diagnostyczną skuteczność kinezjologii stosowanej. Tego typu metody nie są zalecane w praktyce klinicznej, jako że badania nie wykazały żadnej różnicy pomiędzy badaną metodą a placebo, a nie można wykluczyć szkodliwego ich działania.

Pisali też neurobiolodzy (ale co oni tam wiedzą o mózgu):

Komitet neurobiologii Polskiej Akademii Nauk przygotowuje ekspertyzę dotyczącą kinezjologii edukacyjnej, którą w postaci opinii ogłasza w październiku tego samego roku. We wnioskach stwierdza m.in. że:
1. założenia metody Dennisona nie są zgodne ze współczesną wiedzą dotyczącą funkcjonowania mózgu,
2. większość tez dotyczących wyników rzekomych badań naukowych, na których opiera się metoda, jest fałszywa,
3. opisy procesów i zasad funkcjonowania mózgu zawarte w publikacjach kinezjologii edukacyjnej nie mają sensu z punktu widzenia naukowego,
4. dr Paul E. Dennison najprawdopodobniej nigdy nie prowadził badań naukowych nad wpływem proponowanych przez niego ćwiczeń na procesy zachodzące w mózgu oraz na wyniki uczenia się.

Szkoda, bo te niektóre procesy i zasady są takie zabawne.

These courses suggest, for example, that children should be identified as either ‘left-brained’ or ‘right-brained’ learners, because individuals ‘prefer’ one type of processing. […] Other courses for teachers advise that children’s learning styles should be identified as either visual, auditory or kinaesthetic, and that children should then wear a badge labelled either V, A or K while in school, showing their learning style for the benefit of all of their teachers.

O kinezjologii edukacyjnej złośliwie pisze Ben Goldacre, ale on jest przecież zawsze złośliwy: 

They teach a funny way of wiggling your ears with your fingers that „stimulates the reticular formation of the brain to tune out distracting, irrelevant sounds and tune into language”. They teach that rocking your head back and forth will get more blood to your frontal lobes „for greater comprehension and rational thinking”. This stuff is bonkers.

Mówią także neurofizjolożki czy inne badaczki i lekarze:

Profesor neurofizjologii z Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN Anna Grabowska relacjonując swoją analizę pisze m.in.: „Wszystkie teksty, z jakimi się zapoznałam (a było ich bardzo wiele, w tym teksty przysłane mi przez Międzynarodowy Instytut NeuroKinezjologii), zawierają fałszywe z punktu widzenia współczesnej nauki tezy i posługują się nie do przyjęcia terminologią, świadczącą o tym, że autorzy tych tekstów są zupełnymi laikami jeśli chodzi o zagadnienia funkcjonowania mózgu. Uważam też za nadużycie posługiwanie się nazwiskami takich autentycznych autorytetów jak A. Damasio, E. Goldberg, R. Sperry czy J. Piaget dla uwiarygodnienia tekstów kinezjologii edukacyjnej”.

Lekarz neuropediatra dr Zofia Kułakowska podsumowuje:
„Zastrzeżenia w stosunku do kinezjologii edukacyjnej Denissona:
ˇ merytoryczne: brak diagnozy neuropsychologicznej
– Wątpliwa interpretacja znaczenia odruchów
– Mylne doniesienia o czynności rozłącznych półkul mózgu
– Ominięcie dostosowania terapii do wieku dziecka
– Odniesienie do filozofii wschodnich: cząstkowe i niewytłumaczone
– Manipulacja umysłowością rodziców i pedagogów
ˇ społeczne:
– wysoka opłata
– wprowadzanie w błąd pedagogów”.

Ale, powtarzam, co oni tam wiedzą. Skostniali jajogłowi, siedzący w tych swoich laboratoriach, robiący jakieś idiotycznie żmudne badania. Lepiej założyć sobie Centrum i na podstawie niesprawdzonych bzdur „leczyć” ludzi. W końcu w dzisiejszych czasach kinezjologiem może być pewnie każdy. Wystarczy tylko zaliczyć parę kursów w jakichś szemranych pseudonaukowych jednostkach.

I przyznam, że specjalizacja w postaci kinezjologii u autorytetów i ekspertów polecanych przez jeden z najpopularniejszych portali internetowych w Polsce zachwyciła mnie najbardziej. Choć i inne rzeczy są ładne. Na przykład informacja o jednej z pracownic Centrum Sens:

Jestem studentką Pedagogiki Specjalnej. Lubię wszelkie zajęcia ruchowe, długie spacery, pracę z dzieciakami. Jestem właścicielką uroczej królicy. Zawsze płaczę podczas romantycznych filmów.

Urocze, prawda? I, ponownie, bardzo profesjonalne. Od razu nabrałam chęci na wizytę w Centrum. Na szczęście nie posiadam dzieci. Dla tych dzieci, oczywiście. Ale królicę chciałabym zobaczyć, no.

Pani Korczak-Grochowska posiada również certyfikaty ukończenia innych, poza kinezjologią, specjalistycznych szkoleń. Wśród nich jest na przykład kurs terapii poprzez muzykę Mozarta.

W wyniku badań dr Tomatisa, który eksperymentował z muzyką różnych kompozytorów mającą wpływ na percepcję słuchową, aparat słuchowy i mózg okazało się, że muzyką najbogatszą w wysokie częstotliwości, które aktywizują fale beta w pracy mózgu sprzyjające uczeniu się, jest właśnie muzyka Mozarta, a także muzyka chorałów gregoriańskich. Muzyka ta ma również wyjątkowe właściwości harmonizacji pracy serca i mózgu.

Ja tam bym nie chciała, żeby cokolwiek harmonizowało mi pracę mózgu i serca, ale co kto lubi. Widać twórcy tej „terapii” obiło się gdzieś o uszy o układzie przewodzącym serca, z czego zapewne wywnioskował, że może w sumie to to samo. Jedno to narząd nerwowy, drugie przewodzi, więc też narząd nerwowy, można je zatem zharmonizować. A harmonia jest kul, bo taka zen. Albo usłyszał, że mózg cechuje jakaś tam specjalizacja, z czego oczywiście wynika, że na wybrane sfery funkcjonowania wpływają bardzo konkretne utwory muzyczne. Mam wrażenie, że nie na darmo naukowcy twierdzą, iż u podstawy tej całej wesołej grupki metod „leczniczych” leży zwyczajne niedouczenie ich twórców i niewiedza na temat anatomii człowieka.

Wracając do artykułu w Gazeta.pl eDziecko – nie sądzę, że wszystko o czym mówi ekspertka, jest tak zupełnie bez sensu. Do rzeczy jest mówienie chociażby o tym, że oczy potrzebują odpoczynku. Może i nie wpływa to bezpośrednio na samo widzenie, ale przynajmniej komfort patrzenia niezałzawionymi oczami będzie większy. (Przy okazji, kiedy czytam o tym wymachiwaniu oczami na wszystkie strony, mam wrażenie, że ktoś tu znowu coś myli: na przykład mięśnie poruszające gałką oczną z mięśniami ciała rzęskowego. Mogę jednak nie mieć racji). Kwestią do dyskusji zapewne jest także przepisywanie okularów przy najmniejszych wadach czy określone ćwiczenia oczu. Wolałabym tylko, żeby takie sprawy objaśniał, jak i takich porad w ogóle, szczególnie w poczytnym miejscu, udzielał jednak ktoś kompetentny. Okulista może?

Zostań fanem Gazeta.pl, czyli laptopy

Dzisiaj krótko i wyłącznie czepialsko.

Od biedy rozumiem nawet to, że dziennikarze, pseudodziennikarze oraz stażyści redakcyjni piszą artykuliki w stylu – sensacja, naukowcy amerykańscy udowodnili, że codzienne ogryzanie długopisu powoduje, że nasze zęby robią się jędrne i gładkie. W końcu c o ś trzeba napisać, żeby zarobić na chlebek z masłem. Na przykład:

Coraz więcej amerykańskich uniwersytetów zakazuje studentom używania laptopów w czasie zajęć. Według profesorów, urządzenia te zamiast pomagać w nauce, coraz częściej przeszkadzają.

Ale dodawać do informacji bzdurę – nie, nawet nie bzdurę, zwykłą nieprawdę – kiedy doniesienie jest już gotowe? Jeśli to o wierszówkę chodzi, to można przecież doczytać do końca artykuł z Washington Post i coś tam z niego dopisać. Czemu służy natomiast dodanie takiego akurat akapitu?

 

Nie wiem, jak jest na AU. Ale wiem, że na Georgetown University takiego zakazu – ogólnego i całkowitego – nie ma.

Rozumiem, że wszystko to mieści się w dwu założeniach, w których od dawna celuje Gazeta.pl. Jedno, to pisanie tego, co ślina na klawiaturę przyniesie. Nieważne, że to nieprawda. Przecież i tak nikt nie sprawdzi tego, co piszą. Bo czy tak wielu czytelników ma kontakt z jakimś tam amerykańskim uniwersytetem? Pewnie niewielu. A jeśli nawet ktoś zauważy i sprawdzi, to co z tego? I tak to nie ma żadnego znaczenia, takie niepoprawione doniesienia wiszą w sieci długo.
A drugie – to sposób pisania o USA. Także tego, co ślina na klawiaturę przyniesie. Bez pojęcia, że to kraj różnorodny. Bez pojęcia, jak poszczególne stany różnią się między sobą, jak różni się wschodnie od zachodniego wybrzeże, nie wspominając już o centrum. Może i zresztą tego pojęcia dziennikarzom, pseudodziennikarzom oraz stażystom brakuje. Tylko czy wówczas w ogóle należy pisać?

Nie, zdecydowanie nie zostanę fanem Gazeta.pl.

Czy baraminologia to sztuka tworzenia baranów?

Liczba rodziców uczących swoje dzieci w domu wzrasta w Stanach. W tej chwili uważa się, że uczniów podlegających homeschoolingowi jest zapewne około 1,5 miliona (tak obliczano w 2007 roku, w porównaniu z jakimś ponad milionem w roku 2003). 

Pół biedy jednak z samą ideą homeschoolingu – która marna jest, bo rodzice zwyczajnie nigdy nie będą w stanie w taki sam sposób przekazać wiedzy dzieciom, jak wielu nauczycieli; nie mówiąc już o socjalizacji i kontakcie z rówieśnikami – gorzej, że książki przeznaczone do nauki w domu zawierają bzdury

Okazuje się, że ponieważ większość rodziców uczących dzieci w domu to chrześcijanie ewangelikalni, to i rynek książek do homeschoolingu zdominowany jest wydawnictwa im pasujące. Czyli takie, gdzie biologii na przykład uczy się zgodnie z Biblią, bo wizja stworzenia świata ma także być zgodna z Biblią, a więc ewolucja to samo zuo i błąd. A nawet cały wielbłąd. 

The textbook delivers a religious ultimatum to young readers and parents, warning in its „History of Life” chapter that a „Christian worldview … is the only correct view of reality; anyone who rejects it will not only fail to reach heaven but also fail to see the world as it truly is.” 

Niestety, ten jakże prawdziwy fragment został wycofany z jednej z książek. Twierdzono w dodatku, że dostał się tam na skutek błędu redakcji – zawsze w takich sytuacjach winna jest redakcja – a wiadomo przecież, że to skutki tej wstrętnej politycznej poprawności, przez co nie możemy uczyć naszych dzieci tak, jak nam w mózgu gra. 

Nic to jednak. Zajrzałam do polecanej w powyżej cytowanym artykule krynicy mądrości, tj. wydawnictwa Apologia oraz do książeczki do nauki biologii, sprzedawanej tamże. 

You see, life is more than a collection of chemicals and information. There is something more. Scientists have tried to understand what that “something more” is, but to no avail. The secret ingredient that separates life from nonlife is still a mystery to modern science. Of course, to believers, that secret ingredient is rather easy to identify. It is the creative power of God. In Genesis 1:20-27, the Bible tells us that God created all creatures, and then He created man in His own image. Think about it this way. Suppose you had a bunch of engine and metal parts and you also had instructions that led you through all of the steps necessary to take those parts and make a working motorcycle. Could you just throw the parts and the instructions into a pile and make a motorcycle? Of course not. Even if you had all of the necessary parts as well as all of the instructions, you would still need to exercise some of your own creative power to follow those instructions and make the motorcycle. 

Aha. To jest książka do biologii. 

This little discussion brings us to probably the most important thing that you will ever learn in your academic career: science has its limitations. We say that this is probably the most important thing that you will ever learn because we know a great many people whose lives have been ruined because they put too much faith in science. They think that because of all the wonderful advances we have made in recent years, science has no limitations. As a result, they live their lives looking to science as the ultimate answer to every question. This leads them down a path of spiritual destruction. Had they only placed their faith in God, who has no limitations, they would have lived fulfilling lives and spent eternity with the ultimate Life-Giver!

Well, if scientific laws are not 100% reliable, what is? The only thing in the universe that is 100% reliable is the Word of God. The Bible contains truths that will never be shown to be wrong, because those truths come directly from the Creator of the universe. So much misery and woe have come to this earth because people put their faith in something that is not reliable, like science. In the end, they are spiritually deprived because what they believe is, to one extent or another, wrong (Romans 1:21-25). Those who put their faith in the Bible, however, are not disappointed, because it is never wrong. 

Do biologii, przypominam.

If science isn’t 100% reliable, why study it? The answer to that question is quite simple. There are many interesting facts and much useful information not contained in the Bible.  

Co też oni piszą?! Niemożliwe. 

It is worthwhile to find out about these things. Even though we will probably make many, many mistakes along the way, finding out about these interesting and useful things will help us live better lives. Because of the advances made in science, wonderful technology like vaccines, the television, and the computer exist. Thus, there is nothing wrong with science.  

Szczepionki wspaniałe? Nauka nie taka zła, jak ją malują? Ktoś powinien wylecieć z pracy za zostawienie takiego fragmentu w książce dla niewinnych umysłów przeznaczonej. 

The problem occurs when certain people who are enamored with science end up putting too much faith in it. As a pursuit of flawed human beings, science will always be flawed. Because the Bible was inspired by One who is perfect, the Bible is perfect. As long as we keep this simple fact in mind, our study of science will be very rewarding!

Oraz pytanie na końcu rozdziału – takie „do samodzielnego powtórzenia”: 9. Where does the wise person place his or her faith: science or the Bible?

Odpowiedź jest chyba oczywista. I czy ja wspominałam już może, że to jest podręcznik do nauki biologii?

Niestety, w necie dostępna jest tylko próbka tej radosnej twórczości edukacyjnej, czyli MODULE #1: Biology: The Study of Life. Nie można sobie popsuć nerwów, zaglądając chociażby do części o ewolucji, zatutułowanej zresztą z wdziękiem MODULE #9: Evolution: Part Scientific Theory, Part Unconfirmed Hypothesis, z podrozdziałami w stylu: Molecular Biology: The Nail in Macroevolution’s Coffin. Szkoda mi jednak kasy na tak fascynującą lekturę. Mogę tylko pocieszyć się jeszcze jednym fragmentem z części pierwszej, na temat baraminologii:

Since we have touched on a classification system that has been inspired by the hypothesis of evolution, we should at least mention a classification system that has been proposed by those who believe that the earth and the life on it were specially created out of nothing by God. This classification system, usually called baraminology (bear’ uh min ol’ uh jee), attempts to determine the kinds of creatures that God specifically created on earth. Indeed, the word “baraminology” comes from two Hebrew words used in Genesis: „bara”, which means “create,” and „min”, which means “kind.” Thus, baraminology is the study of created kinds.

Those who work with baraminology think that God created specific kinds of creatures and that He created them with the ability to adapt to their changing environment.

Eee?

As time went on, then, these created kinds did change within strict limits that we will discuss later on in the course. This led to a greater diversity of life on the planet than what existed right after creation. As a result, baraminologists think that all organisms we see on the planet today came from one of the many kinds of creatures that God created during the creation period discussed in the first chapter of Genesis. Baraminologists, then, try to define groupings called “baramins.” Any organisms that exist within a baramin came from the same originally-created organism. For example, some baraminologists place domesticated dogs, wild dogs, and wolves into the same baramin because they believe that God created a basic kind of creature called a “dog,” and the various forms of dogs and wolves that we see today are simply the result of that basic kind of creature adapting to a changing environment.

Although we think that there is a lot of evidence in favor of this new classification scheme, we still do not think that it should be used in this course. It is still relatively new and not fully developed. We doubt that it will be fully developed for many, many years to come. As a result, we think that the five-kingdom system still provides the best overall means by which to classify the organisms of God’s creation, and we will limit ourselves to that system. Nevertheless, we will mention the other systems (the three-domain system and baraminology) from time to time, so it is important that you understand the basics of each.

Fajna ta książka do biologii. I obawiam się czasów, w których te ponad półtora miliona dzieciaków, uczonych w ten sposób, zacznie decydować o moim leczeniu, zatrudnieniu, podatkach i życiu. Chociaż właściwie, to człowiek powinien zacząć się obawiać już teraz, czytając niezwykle merytoryczne oraz pełne chrześcijańskiego miłosierdzia teksty, które przysyłali Jerry’emu Coyne (cytowanemu przy okazji dyskusji autorowi bloga Why Evolution is True) prawdopodobnie dorośli (?) zwolennicy homeschoolingu.

Sporothrychilina z piwa leczy raka, impotencję i depresję in vitro

ResearchBlogging.org
Do napisania tej notki skłoniło mnie znalezienie jednego z moich starych wpisów na pewnym forum dyskusyjnym. Wpis jak wpis, forum jak forum, zauważyłam tylko, że w ostatnim czasie troszkę zmieniło się pisanie i opowiadanie o dobroczynnym działaniu rozmaitych substancji naturalnych, ekstraktów z czosnku, intraktów z mangostanu, soku z jabłek, i tym podobnych. Mam wrażenie, że jeszcze parę lat temu dominowało raczej podejście w stylu: jedna baba drugiej babie, trzeci dziad czwartemu dziadowi powiedział, że panie, jak se pan potrzesz cieciorką kolano, to będziesz pan zaraz o dziesięć lat zdrowszy. Ponieważ i bab i dziadów było sporo, a internet wszystko zniesie, informacje o cudownym działaniu kurkuminy czy czegoś tam innego szerzyły się lotem błyskawicy. I nagle wszyscy opowiadali sobie, że jak zje się jakieś cudowne himalajskie ziółko, obowiązkowo przetrawione przez jaka, to natychmiast wyleczy się z raka, cholery, dżumy i katarku. (Stron internetowych reklamujących i sprzedających owe cuda jest milionpieńcet, nie ma potrzeby ich reklamować.)

Kiedy naukowcy wzięli się jednak za sprawdzanie, cóż w tych cudownych wywarach może siedzieć takiego, że leczy wszystko, okazywało się, że, hmmm, siedzi niewiele. Bardzo ładnie pokazane zostało to na przykładzie wspaniałych właściwości owocu Noni. Panowie Potterat i Hamburger [1] zanalizowali dane na temat tegoż owocu, i wyszło im, co następuje. Że owszem, coraz więcej badań prowadzi się nad zastosowaniem Noni u ludzi, jako leku. Ale że większość danych pochodzi z badań in vitro, a brakuje zupełnie niemal prób klinicznych. A jeśli już robiono badania na zwierzętach, to zostały one przeprowadzone bez zachowania obowiązujących obecnie reguł. Że nawet naukowe dane prezentowane są głównie albo w doniesieniach zjazdowych albo w czasopisamach nierecenzowanych, nie można więc tak naprawdę przyzwoicie się  do nich odnieść. Że brakuje wystandaryzowanych metod uzyskiwania soku czy czegoś tam, dzięki czemu Noni ma różny skład chemiczny w różnych krajach. I które z tego tak naprawdę działa? Trudno powiedzieć, skoro w dodatku sok Noni mieszany bywa z innymi owocowymi sokami. Owszem, autorzy zauważają, że Noni jest bezpieczny (choć doniesienia o hepatotoksyczności, i nie tylko, pojawiły się tu i ówdzie) i że w Europie dozwolona jest jego sprzedaż jako produktu żywnościowego. Ale potwierdzają, że istnieje ogromny rozdźwięk między milionem entuzjastycznych opinii o Noni na stronach internetowych, a niemal całkowitym brakiem przekonujących badań że, istotnie, u ludzi fajnie jest to coś stosować, bo robi im to dobrze. I nie skreślając produktu całkowicie – mówią po prostu, że wiele, wiele dalszych badań jest niezbędnych, i że warto być ostrożnym.

To jest właśnie przykład jednej ze znanych od dawna sytuacji, kiedy to słychać i tu i ówdzie, i gdzieś tam jeszcze, że substancje naturalne są kul, bo są naturalne (leki dopuszczone do obiegu to oczywiście sama chemia i zuo), więc jedzmy je i od razu będziemy zdrowi. Nie wiadomo jednak, w którym kościele to wszystko dzwoni, można więc z głosami takimi nie polemizować nawet – wystarczy pytanko o dowody naukowe – tylko ewentualnie machać ręką (jeśli hipotetyczne cudowne lekarstwo nie jest przynajmniej szkodzące) i przechodzić do porządku dziennego.

Ostatnio jednak, jak pisałam na początku i teraz wygrzebuję się wreszcie z dygresji, ludzie…, no owszem, nadal dzielą się wiadomościami o niesprawdzonych i cudacznych cudownych odkryciach. Ale informują się także polecając badania naukowe. Cytują prace, cytują abstrakty – jednym słowem, przestali się przynajmniej w części podniecać legendami miejskimi, a zaczęli dokładać do pieca na wyższym poziomie. Zaglądam więc na takie fora, a tam nie ma już, że jedna baba drugiej babie. Jest raczej, że: w czasopiśmie takim a takim naukowcy pokazują, że jakaś super-ekstra sporothrychilina z piwa hamuje namnażanie wirusa opryszczki, hurra, więc wcinajmy tę sporothrychilinę (pijąc dużo piwa), a wirus takoż pójdzie sobie won.

I w sumie to należałoby powiedzieć, że to postęp. Że dobrze, że ludzie zaglądają i czytają artykuły naukowe, że interesują się, że na nich polegają. Problem w tym, że często nie wiedzą, jak takie prace czytać. I interpretować. Nie rozumieją, jak dani naukowcy otrzymali dane wyniki i co te wyniki oznaczają. Nie widzą, że często są to badania wstępne, początkowe, nie mające – na razie – żadnego przełożenia na to, co może działać w organizmie człowieka.

Załóżmy, że mamy tę sporothrychilinę i parę(dziesiąt) innych, interesujących związków chemicznych. Chemicy wyizolowali nam je z chmielu (albo i z czego innego), zajęło im to bardzo dużo czasu, trzy doktoraty zostały zrobione na temat: izolacja pochodnych o szkielecie sporothrychilinananu z gąbek, chmielu i nagonasiennych gatunków takich to a śmakich, kosztowały te badania dużo pieniędzy, aż wreszcie, po żmudnych bojach, udało się znaleźć i zidentyfikować chemicznie bardzo obiecujący biologicznie związek/związki. (Pomijamy w tym momencie metody oceny wartości biologicznej ekstraktu z chmielu oraz publikacji, które na ten temat powstały, bo to, co napisane jest poniżej, odnosi się  i do tego pierwszego, wstępnego etapu.)

Mamy więc tę sporothrychilinę i jej pochodne i chcemy sprawdzić, czy nie mają one przypadkiem działania przeciwwirusowego (wiemy bowiem, że podobne im związki taką aktywność wykazywały). Ponieważ są to badania skriningowe, stosujemy metody proste i tanie, co nie znaczy, że złe. Bierzemy jakiś model wirusowy, wirus opryszczki jest bardzo dobrym pomysłem, bo jest bezpieczny, istnieją komórki, na których daje piękny efekt cytopatyczny (czyli to, po czym można rozpoznać, że wirus zakaził komórkę), a także wiele labów na nim pracuje, można więc porównać wyniki. Zakażamy więc komórki wirusem, polewamy sporothrychiliną i patrzymy, co z tego wyniknęło. Powiedzmy, że związek zahamował nam zakażenie, obliczamy dawkę IC50 (czyli to stężenie substancji, które hamuje wirusy w 50%) i juppi, mamy działanie przeciwwirusowe [2]. Przy okazji oceniamy także, czy nasza sporothrychilina nie działa toksycznie na komórki (bo mogłoby się okazać, że aktywność „przeciwwirusowa” oznacza tak naprawdę zabicie komórek na śmierć), odczytujemy CC50 (stężenie substancji, które działa cytotoksycznie w 50%) i obliczamy tzw. indeks selektywności (SI). Który mówi nam o tym, że stężenie, które kopie wirusy, nie kopie komórek przy okazji, a dokładniej nawet – ile razy minimalna dawka cytotoksyczna substancji wyższa jest od minimalnej dawki hamującej wirusy.

Publikujemy taką pracę? Oczywiście, dlaczego nie? Wprawdzie cytotoksyczność ocenialiśmy na oko, a to że komórka uśmiecha się do nas szczerbatymi mitochondriami niekoniecznie musi znaczyć, że czuje się dobrze, ale uznane testy zastosowaliśmy? Tak. Zbadaliśmy porządnie? Statystycznie policzyliśmy? Owszem. No to publikujemy. To samo dotyczyło naszych pierwotnych ekstraktów. Wynika stąd, że mamy już dwie piękne prace, może w czasopismach z marnym IF, ale zawsze recenzowanych. Oraz chętnie czytanych przez dziennikarzy, którzy z beztroską radością ogłoszą: sporothrychilina działa przeciwwirusowo!

Powiedzmy, że nawet chcieliśmy być porządniejsi i tę cytotoksyczność określiliśmy jeszcze innymi testami, niż tylko ten „na oko”. Powiedzmy, że i działanie hamujące wirusa też [3], ale co dalej, ósma klaso?

Dostaliśmy wynik następujący – indeks selektywności wynosi około 30 [3]. Co to znaczy? Ano, że ten indeks jest nieduży. Uważa się, że leki przeciwwirusowe powinny mieć SI w granicach 100 – 1000 (są i takie, które mają większy). W związku z tym co – związek nie działa przeciwirusowowo? Ależ działa. Tylko słabo. Możemy to opublikować? Tak. Takich właśnie prac jest mnóstwo. I poleca się je znajomym – słuchaj, słuchaj, sporothrychilina działa przeciwwirusowo. Tyle, że ta aktywność jest na tyle niewielka, że nie ma żadnego przełożenia na to, czy sporothrychilina będzie kiedykolwiek lekiem.

Dodać tu także warto, że często prace, nawet na tak wstępnym etapie, zawierają przedziwne rzeczy. A to zakresy stężeń, które ludzie stosowali są dobrane tak dziwnie, że kontrola (czyli lek o udokumentowanej wartości, np. acyklowir dla wirusa opryszczki) ma podobny indeks selektywności, jak związki badane. Albo w ogóle niczego nie porównano z żadną kontrolą.  Albo autorzy nie piszą nawet, jakież to zakresy stężeń stosowali, w związku z tym za cholerę nie można się połapać, jak im to wszystko wyszło. Wielu z nich nie raczy także sprawdzić mutagenności testowanego związku, a można to zrobić jeszcze na wczesnym etapie. I tak dalej. Prac takich jest sporo. I trzeba umieć je czytać także pod tym kątem.

Załóżmy jednak, że wszystko zrobiono dobrze, porządnie (jak na ten etap, oczywiście), wyszedł nam wynik, że sporothrychilina działa przeciwwirusowo in vitro i cieszymy się, bo mamy publikację (a nawet dwie, jeśli doliczymy te same badania wykonane na ekstrakcie z chmielu).

tl?

Piszę o tym w ten przydługi sposób, bo prawdą jest, że ogromnie dużo badań nad potencjalnym zastosowaniem leczniczym związków pochodzenia naturalnego wygląda z grubsza tak, o czym pisali zresztą Potterat i Hamburger. W bardzo wielu wypadkach nie ma mowy o jakimś nawet postulowanym mechanizmie działania. I wszystko to zazwyczaj oznacza li i jedynie, że sporothrychilina jest aktywna in vitro wobec jednego wirusa, w takich to a takich testach i w takim to a takim zakresie. Absolutnie nie świadczy o tym, że sporothrychilina działa leczniczo. (Jak ogłaszano kiedyś, przy okazji podobnych badań: This work has not been tested in patients, and patients are not encouraged to add curcumin or piperine supplements to their diet at this time.)I potrzeba multum innych badań, żeby ewentualnie mogła stać się lekiem.

A o tych dalszych badaniach, to już w skrócie. Powiedzmy, że przystępujemy do nich. Potrzebne są nam zwierzęta, żeby sprawdzić, czy związek działa nam także in vivo. Chcemy na przykład wiedzieć, czy potencjalny lek nie alergizuje ustroju, nie jest teratogenem, czy się od niego przypadkiem nie ślepnie, czy nie uszkadza nerek oraz wątroby oraz jak wygląda farmakodynamika i co w ogóle dzieje się z nim w ustroju zwierzęcia [4]. Badania te są bardzo żmudne, wymagają pieniędzy, odpowiedniego dobrania grup zwierząt doświadczalnych i kontrolnych, dobrej statystyki – a to wszystko zajmuje również dużo czasu. Jednocześnie, na każdym z tych etapów także możemy popełnić publikację. Tym razem pokazując, że sporothrychilina nie działa in vitro wyłącznie, ale także in vivo. Nadal nie oznacza to oczywiście, że coś konkretnego z tego wyniknie. Może się okazać, że sporothrychilina aktywna jest wspaniale wobec  herpeswirusów, którymi zakaziliśmy myszy. Podanie związku znacząco zmniejsza śmiertelność zwierzaków, ale przy okazji zmienia również morfologię jąder, zmniejsza ich wagę oraz upośledza spermatogenezę [5]. Wówczas naukowcy (pewnie ci płci męskiej szczególnie) przyjmują postawę piłkarzy szykujących się do obrony wolnego i zastanawiają się – na cholerę nam ten związek, czy my doprawdy chcemy otrzymać taki lek? (Oczywiście, nie ma leków bez skutków ubocznych. Istnieją również preparaty i teratogenne, i upośledzające różne funkcje, i te toksyczne. Bardzo toksyczne są na przykład leki przeciwnowotworowe, w ich przypadku zresztą założony odgórnie indeks selektywności jest znacznie niższy, niż w przypadku chociażby preparatów przeciwwirusowych. Ale najogólniej rzecz biorąc chcemy, żeby nowe leki były tak bezpieczne, jak to tylko możliwe.)

Jeśli jednak wszystko wygląda nieźle, to po opublikowaniu paru prac na temat aktywności sporothrychiliny in vivo, przychodzi wreszcie czas na (ewentualne) badania kliniczne. Tu znowu zaczynają się kolejne, bardzo strome schody. Badamy potencjalny lek w kilku fazach, badamy na małych i na dużych grupach, badamy w czarnej populacji mężczyzn w Nowym Jorku i badamy działanie w populacji kobiet w Hanoi. Badamy nie tylko działanie przeciwwirusowe, ale także jak lek jest tolerowany przez pacjentów, czy nie powoduje alergii i uszkodzenia różnych narządów. Sprawdzamy, jak wygląda wchłanianie, dystrubucja, wydalanie oraz mnóstwo innych fajerwerków farmakokinetyki. Lata ciężkiej pracy i mnóstwo kasy. A z punktu propagowania odkryć naukowych w społeczeństwie – możemy znowu opublikować parę artykułów na ten temat. I faktem jest, że brzmieć one będą dużo poważniej (a nawet superpoważnie – wreszcie mamy prawdziwy lek!), niż te opisujące jakieś tam niewielkie działanie czegoś tam in vitro.

tl znowu?

Już kończę. Nie było moim celem postponowanie badań, także wstępnych, nad potencjalnym działaniem leczniczym związków pochodzenia naturalnego. Takie badania są niezbędne, bez nich nie będzie przecież tych bardziej zaawansowanych etapów. Ponadto, przyroda jest w istocie ogromnym, przeogromnym źródłem potencjalnych leków. Zawdzięczamy jej wiele [6] i wiele jeszcze prawdopodobnie będziemy zawdzięczać [7]. Warto jednak nauczyć się interpretować literaturę naukową w tej dziedzinie. Zauważyć, że naukowcy, nie popełniając błędu w sztuce (bo to, co opisują, ma oparcie w porządnych danych naukowych), publikują często badania wstępne, początkowe, badania, z których nic może nie wyniknąć (i w większości wypadków nie wynika). Po prostu należy nie podniecać się przedwcześnie, a do tego wszystkiego podchodzić ostrożnie i z dużą dawką zdrowego rozsądku. Natomiast njusy, które zamieszczają gazety popularne, dzielić dodatkowo przez dwa [8]. Albo i przez dwadzieścia.

1. Potterat, O., & Hamburger, M. (2007). Morinda citrifolia (Noni) Fruit – Phytochemistry, Pharmacology, Safety
Planta Medica, 73 (3), 191-199 DOI: 10.1055/s-2007-967115

2. Ma L-Y et al. Uncinoside A and B, two new antiviral chromone glycosides from Selaginella uncinata. Chem Pharm Bull 2003; 51: 1264-1267
3. Saddi M et al. Antiherpevirus activity of Artemisia arborescens essential oil and inhibition of lateral diffusion in Vero cells. Ann Clin Microbiol Antimicrob 2007; 6:10
4. McGuigan C et al. Preclinical development of bicyclic nucleoside analogues as potent and selective inhibitors of varicella zoster virus. J Antimicrob Chemother 2007; 60: 1316-1330
5. Neyts J et alIn vivo antiherpesvirus activity of N-7-substituted acyclic nucleoside analog 2-amino-7-[(1,3-dihydroxy-2-propoxy)methyl]purine. Antimicrob Agents Chemother 1995; 39: 56-60
6. Newman, D., Cragg, G., & Snader, K. (2003). Natural Products as Sources of New Drugs over the Period 1981−2002 Journal of Natural Products, 66 (7), 1022-1037 DOI: 10.1021/np030096l
7. Aggarwal, B., Kunnumakkara, A., Harikumar, K., Tharakan, S., Sung, B., & Anand, P. (2008). Potential of Spice-Derived Phytochemicals for Cancer Prevention Planta Medica, 74 (13), 1560-1569 DOI: 10.1055/s-2008-1074578
8. http://www.bazian.com/pdfs/HowToReadANewsStory_vers03_26Nov08.pdf