czepiam się, moja Ameryka

Zostań fanem Gazeta.pl, czyli laptopy

Dzisiaj krótko i wyłącznie czepialsko.

Od biedy rozumiem nawet to, że dziennikarze, pseudodziennikarze oraz stażyści redakcyjni piszą artykuliki w stylu – sensacja, naukowcy amerykańscy udowodnili, że codzienne ogryzanie długopisu powoduje, że nasze zęby robią się jędrne i gładkie. W końcu c o ś trzeba napisać, żeby zarobić na chlebek z masłem. Na przykład:

Coraz więcej amerykańskich uniwersytetów zakazuje studentom używania laptopów w czasie zajęć. Według profesorów, urządzenia te zamiast pomagać w nauce, coraz częściej przeszkadzają.

Ale dodawać do informacji bzdurę – nie, nawet nie bzdurę, zwykłą nieprawdę – kiedy doniesienie jest już gotowe? Jeśli to o wierszówkę chodzi, to można przecież doczytać do końca artykuł z Washington Post i coś tam z niego dopisać. Czemu służy natomiast dodanie takiego akurat akapitu?

 

Nie wiem, jak jest na AU. Ale wiem, że na Georgetown University takiego zakazu – ogólnego i całkowitego – nie ma.

Rozumiem, że wszystko to mieści się w dwu założeniach, w których od dawna celuje Gazeta.pl. Jedno, to pisanie tego, co ślina na klawiaturę przyniesie. Nieważne, że to nieprawda. Przecież i tak nikt nie sprawdzi tego, co piszą. Bo czy tak wielu czytelników ma kontakt z jakimś tam amerykańskim uniwersytetem? Pewnie niewielu. A jeśli nawet ktoś zauważy i sprawdzi, to co z tego? I tak to nie ma żadnego znaczenia, takie niepoprawione doniesienia wiszą w sieci długo.
A drugie – to sposób pisania o USA. Także tego, co ślina na klawiaturę przyniesie. Bez pojęcia, że to kraj różnorodny. Bez pojęcia, jak poszczególne stany różnią się między sobą, jak różni się wschodnie od zachodniego wybrzeże, nie wspominając już o centrum. Może i zresztą tego pojęcia dziennikarzom, pseudodziennikarzom oraz stażystom brakuje. Tylko czy wówczas w ogóle należy pisać?

Nie, zdecydowanie nie zostanę fanem Gazeta.pl.