czepiam się, okołonaukowo

„Dziecko słabo widzi? Nie zakładaj mu okularów.”

Poprzednia notka to pikuś. Gazecie.pl udało się coś jeszcze lepszego. Zajrzałam do działu przeznaczonego dla rodziców i znalazłam bardzo fachowy artykuł. Porady autorytetów – mówi nawet informacja nad tytułem. No to słucham rzeczonych autorytetów i czytam tekst, reklamowany zresztą tymi słowami: Serwis eDziecko poleca: Dziecko słabo widzi? Nie zakładaj mu okularów. Ciekawe… Czytam dalej:

Okulista przepisał twojemu dziecku okulary? Nie śpiesz się z ich kupnem. Bo one nie wyleczą wady wzroku.

Zakładamy je dziecku na nos i jesteśmy szczęśliwi, że widzi i mamy problem z głowy. Niestety, to nieprawda. Oczy schowane za okularami, owszem, widzą, ale okulary nie eliminują wady wzroku. Co więcej, często noszenie okularów powoduje pogarszanie się wzroku. – Nie spotkałam dotąd osoby, której wzrok poprawiłby się dzięki noszeniu okularów czy soczewek.

Zakładając szkła o określonej mocy nie dajemy oczom szansy na powrót do dobrej kondycji. Proces pogarszania się wzroku najczęściej wtedy postępuje, a coraz mocniejsze okulary są dla oka po prostu protezą, która pomaga im widzieć – tłumaczy Joanna Korczak-Grochowska.

Protezy to zuo. Wywalmy więc do kosza insulinę (przecież nie leczy z cukrzycy), hormony tarczycy stosowane po usunięciu tego narządu (też proteza), rozruszniki serca (czy one coś leczą?), nie słyszałam także o nikim, komu po umocowaniu protezy ręki, odrosła jego własna. Do kitu faktycznie z tymi protezami. A więc i okularami.

Problemy z widzeniem mogą być jego reakcją obronną – dziecko nie chce patrzeć na przykre, trudne dla niego sytuacje – mówi Joanna Korczak-Grochowska, terapeutka z ośrodka Sensorek w Warszawie.

Tak, zapewne. Nie chce na przykład patrzeć na groźną panią od matematyki. Dlatego nie widzi wzorów i równań na tablicy. Nie dawajmy mu jednak okularów. Bo to tylko proteza, która pomoże coś zobaczyć. W dodatku nieumiejętność odczytania z tablicy tego, co twierdził Pietia Goras, z pewnością znacząco poprawi stosunki między uczniem a straszną nauczycielką.

Ciekawa byłam, cóż to za autorytet, który daje tak światłe rady. Nietrudno to sprawdzić, bo artykuł zupełnie nie jest sponsorowany, skąd – zaglądam więc na stronę ekspertki (tak jest tytułowana), pani Joanny Korczak-Grochowskiej oraz ośrodka Sensorek. Rzeczywiście, sami fachowcy i eksperci od wzroku tam pracują.

Zespół Sensorka to mądre, świadome osoby, o ciepłym nastawieniu do dzieci, doświadczone w pracy z dziećmi. Potrafią bawić się i uczyć razem z maluchami, a jednocześnie obserwować je, wspierać, stwarzać poczucie bezpieczeństwa i możliwości rozwoju.

Nie no, kul. Bardzo profesjonalnie. Budzi zaufanie. Zaglądamy więc na stronę Centrum Sens, którego częścią jest Sensorek.

Oto zwięźle o założycielach Centrum:
Joanna Korczak-Grochowska
psycholog, kinezjolog, terapeuta wzroku oraz terapeuta Integracji Sensorycznej, terapeuta programu „Odruchy w uczeniu się i zachowaniu” (wg dr Sally Goddard – Blythe)
Maciej Grochowski
– kinezjolog, terapeuta Touch for Health (Dotyk dla Zdrowia), terapeuta Integracji Odruchów Twarzy oraz Integracji Odruchów z Układem Ruchowym Całego Ciała (wg dr Swietłany Masgutowej), terapeuta programu „Odruchy w uczeniu się i zachowaniu” (wg dr Sally Goddard – Blythe), masażysta metodą chińskiego masażu TUI NA (uczeń Mistrza Zhang Feng Jun)

Są tam wymienieni także pozostali pracownicy. Czy jest wśród nich jakiś okulista może? E tam, po co okulista? Przecież psycholog i kinezjolog wie o wzroku wszystko. Zresztą, nie matura, lecz chęć szczera – w tym wypadku zaliczenie specjalistycznych kursów – zrobi z ciebie eksperta. Pani Korczak-Grochowska na pewno wie sporo na temat kinezjologii, tej edukacyjnej. Kinezjologii, czyli bardzo poważnej nauki, propagowanej między innymi przez światowej sławy instytut Swietłany Masgutowej.

Swietłana Masgutowa to podobno absolwentka Instytutu Psychologii Ogólnej i Rozwojowej Rosyjskiej Akademii Edukacji. Doktorat z zakresu psychologii rozwojowej. Jest autorką ponad 100 prac naukowo-praktycznych.

Pominąwszy już pytanie, co to są prace naukowo-praktyczne, zainteresowałam się tym imponującym dorobkiem pani doktor. Niestety, wredny PubMed nie wyrzuca żadnej z jej prac. (Za to na stronie jej instytutu można zajrzeć do ważniejszych artykułów – złożonych elegancko tak, aby przypominały prawdziwe prace naukowe – coś pięknego). Wszystko wina podłego establiszmentu naukowego, który, zupełnie nie wiedzieć czemu, bojkotuje kinezjologię. Jak pisze Tomasz Witkowski (Kinezjologia edukacyjna czyli nasz pierwszy kontakt z pseudonauką w szkole), na temat kinezjologii edukacyjnej, czyli tzw. gimnastyki mózgu, która przeniknęła niestety już wszędzie niemal (jak na klasyczną pseudonaukę przystało), wypowiadali się już lekarze i naukowcy:

Nie ma udokumentowanych, racjonalnych dowodów na diagnostyczną skuteczność kinezjologii stosowanej. Tego typu metody nie są zalecane w praktyce klinicznej, jako że badania nie wykazały żadnej różnicy pomiędzy badaną metodą a placebo, a nie można wykluczyć szkodliwego ich działania.

Pisali też neurobiolodzy (ale co oni tam wiedzą o mózgu):

Komitet neurobiologii Polskiej Akademii Nauk przygotowuje ekspertyzę dotyczącą kinezjologii edukacyjnej, którą w postaci opinii ogłasza w październiku tego samego roku. We wnioskach stwierdza m.in. że:
1. założenia metody Dennisona nie są zgodne ze współczesną wiedzą dotyczącą funkcjonowania mózgu,
2. większość tez dotyczących wyników rzekomych badań naukowych, na których opiera się metoda, jest fałszywa,
3. opisy procesów i zasad funkcjonowania mózgu zawarte w publikacjach kinezjologii edukacyjnej nie mają sensu z punktu widzenia naukowego,
4. dr Paul E. Dennison najprawdopodobniej nigdy nie prowadził badań naukowych nad wpływem proponowanych przez niego ćwiczeń na procesy zachodzące w mózgu oraz na wyniki uczenia się.

Szkoda, bo te niektóre procesy i zasady są takie zabawne.

These courses suggest, for example, that children should be identified as either ‘left-brained’ or ‘right-brained’ learners, because individuals ‘prefer’ one type of processing. […] Other courses for teachers advise that children’s learning styles should be identified as either visual, auditory or kinaesthetic, and that children should then wear a badge labelled either V, A or K while in school, showing their learning style for the benefit of all of their teachers.

O kinezjologii edukacyjnej złośliwie pisze Ben Goldacre, ale on jest przecież zawsze złośliwy: 

They teach a funny way of wiggling your ears with your fingers that „stimulates the reticular formation of the brain to tune out distracting, irrelevant sounds and tune into language”. They teach that rocking your head back and forth will get more blood to your frontal lobes „for greater comprehension and rational thinking”. This stuff is bonkers.

Mówią także neurofizjolożki czy inne badaczki i lekarze:

Profesor neurofizjologii z Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN Anna Grabowska relacjonując swoją analizę pisze m.in.: „Wszystkie teksty, z jakimi się zapoznałam (a było ich bardzo wiele, w tym teksty przysłane mi przez Międzynarodowy Instytut NeuroKinezjologii), zawierają fałszywe z punktu widzenia współczesnej nauki tezy i posługują się nie do przyjęcia terminologią, świadczącą o tym, że autorzy tych tekstów są zupełnymi laikami jeśli chodzi o zagadnienia funkcjonowania mózgu. Uważam też za nadużycie posługiwanie się nazwiskami takich autentycznych autorytetów jak A. Damasio, E. Goldberg, R. Sperry czy J. Piaget dla uwiarygodnienia tekstów kinezjologii edukacyjnej”.

Lekarz neuropediatra dr Zofia Kułakowska podsumowuje:
„Zastrzeżenia w stosunku do kinezjologii edukacyjnej Denissona:
ˇ merytoryczne: brak diagnozy neuropsychologicznej
– Wątpliwa interpretacja znaczenia odruchów
– Mylne doniesienia o czynności rozłącznych półkul mózgu
– Ominięcie dostosowania terapii do wieku dziecka
– Odniesienie do filozofii wschodnich: cząstkowe i niewytłumaczone
– Manipulacja umysłowością rodziców i pedagogów
ˇ społeczne:
– wysoka opłata
– wprowadzanie w błąd pedagogów”.

Ale, powtarzam, co oni tam wiedzą. Skostniali jajogłowi, siedzący w tych swoich laboratoriach, robiący jakieś idiotycznie żmudne badania. Lepiej założyć sobie Centrum i na podstawie niesprawdzonych bzdur „leczyć” ludzi. W końcu w dzisiejszych czasach kinezjologiem może być pewnie każdy. Wystarczy tylko zaliczyć parę kursów w jakichś szemranych pseudonaukowych jednostkach.

I przyznam, że specjalizacja w postaci kinezjologii u autorytetów i ekspertów polecanych przez jeden z najpopularniejszych portali internetowych w Polsce zachwyciła mnie najbardziej. Choć i inne rzeczy są ładne. Na przykład informacja o jednej z pracownic Centrum Sens:

Jestem studentką Pedagogiki Specjalnej. Lubię wszelkie zajęcia ruchowe, długie spacery, pracę z dzieciakami. Jestem właścicielką uroczej królicy. Zawsze płaczę podczas romantycznych filmów.

Urocze, prawda? I, ponownie, bardzo profesjonalne. Od razu nabrałam chęci na wizytę w Centrum. Na szczęście nie posiadam dzieci. Dla tych dzieci, oczywiście. Ale królicę chciałabym zobaczyć, no.

Pani Korczak-Grochowska posiada również certyfikaty ukończenia innych, poza kinezjologią, specjalistycznych szkoleń. Wśród nich jest na przykład kurs terapii poprzez muzykę Mozarta.

W wyniku badań dr Tomatisa, który eksperymentował z muzyką różnych kompozytorów mającą wpływ na percepcję słuchową, aparat słuchowy i mózg okazało się, że muzyką najbogatszą w wysokie częstotliwości, które aktywizują fale beta w pracy mózgu sprzyjające uczeniu się, jest właśnie muzyka Mozarta, a także muzyka chorałów gregoriańskich. Muzyka ta ma również wyjątkowe właściwości harmonizacji pracy serca i mózgu.

Ja tam bym nie chciała, żeby cokolwiek harmonizowało mi pracę mózgu i serca, ale co kto lubi. Widać twórcy tej „terapii” obiło się gdzieś o uszy o układzie przewodzącym serca, z czego zapewne wywnioskował, że może w sumie to to samo. Jedno to narząd nerwowy, drugie przewodzi, więc też narząd nerwowy, można je zatem zharmonizować. A harmonia jest kul, bo taka zen. Albo usłyszał, że mózg cechuje jakaś tam specjalizacja, z czego oczywiście wynika, że na wybrane sfery funkcjonowania wpływają bardzo konkretne utwory muzyczne. Mam wrażenie, że nie na darmo naukowcy twierdzą, iż u podstawy tej całej wesołej grupki metod „leczniczych” leży zwyczajne niedouczenie ich twórców i niewiedza na temat anatomii człowieka.

Wracając do artykułu w Gazeta.pl eDziecko – nie sądzę, że wszystko o czym mówi ekspertka, jest tak zupełnie bez sensu. Do rzeczy jest mówienie chociażby o tym, że oczy potrzebują odpoczynku. Może i nie wpływa to bezpośrednio na samo widzenie, ale przynajmniej komfort patrzenia niezałzawionymi oczami będzie większy. (Przy okazji, kiedy czytam o tym wymachiwaniu oczami na wszystkie strony, mam wrażenie, że ktoś tu znowu coś myli: na przykład mięśnie poruszające gałką oczną z mięśniami ciała rzęskowego. Mogę jednak nie mieć racji). Kwestią do dyskusji zapewne jest także przepisywanie okularów przy najmniejszych wadach czy określone ćwiczenia oczu. Wolałabym tylko, żeby takie sprawy objaśniał, jak i takich porad w ogóle, szczególnie w poczytnym miejscu, udzielał jednak ktoś kompetentny. Okulista może?