moja Ameryka i inne kraje, smutne

Afryka dzika?

Nie umiem zrozumieć tego, co dzieje się (albo będzie się działo) w Ugandzie. Przeraża mnie i nie rozumiem. Nie rozumiem, skąd biorą sie pomysły takie, jak uprawomocnienie niszczenia ludzi tylko dlatego, że są odrobinę inni. Przyjmuję do wiadomości, że są tacy, którzy nie lubią homoseksualistów, boją się, sami się ukrywają i dlatego nienawidzą – ale prawo państwowe? Prawo, które mówi, że człowiek ma być ukarany nie dlatego, że coś tam złego zrobił, ale za to jaki jest? I te kary – w tak potwornej wysokości? Za coś, co nie robi nikomu krzywdy?

Czy to politycy są winni? Oni podburzają ludzi przeciw innym ludziom? Po to, żeby zarobić parę punktów w sondażach? Moje niezbyt pochlebne zdanie o polityce w ogóle skłania mnie, żeby przyjąć tę hipotezę. Ale co wówczas ze społeczeństwem? Nie walczy? O swoich braci, synów, córki, siostry, przyjaciół? Przecież ludzie muszą wiedzieć, że ci nieco inni istnieją pośród nich. Czy nie? Nie widać tych innych? A może jednak społeczeństwo nie protestuje, bo zgadza się z politykami? Samo na takich polityków głosuje w końcu. Chyba.

Afryka jest mi obca. I to nie pomaga w zrozumieniu problemu. Pewnie, można czytać gazety, książki, ale czy pozna się w ten sposób myślenie ludzi tam żyjących? Tak sobie. A trudno mi się zgodzić z opinią, że Afryka jest piekłem dla swoich mieszkańców, więc i oni sobie nawzajem gotują piekło. Jak i nie umiem zgodzić się ze sposobem (bardzo częstym) pisania o Afryce – jako o jednorodnym kontynencie, całości jakiejś. Afryka to coś tam, Afrykanie coś tam, obrażamy Afrykanów, bo coś tam, nie rozumiemy Afrykanów, bo coś tam. A przecież każdy kraj jest inny, każdy naród, plemię, klan.

I zdaję sobie sprawę, że nigdy tego kontynentu nie zrozumiem. Bo jest taki różnorodny, ale i – bo po prostu nie. Bo nie wystarczy mi czasu, nie będę mogła spędzić tam całego życia. Choć i pewnie spędzenie całego życia by nie pomogło, bo nie dałoby się być wszędzie.

Mogę za to jedno – pomolestować przyjaciół o tę kwestię gejów i homoseksualizmu w ich krajach. Chris jest Kenijczykiem, Michael Etiopczykiem. Wprawdzie obaj są częściowo zamerykanizowani, Chris bardziej, Michael nieco mniej; no i żadna z nich próba statystyczna, ale przynajmniej niech oni mi powiedzą, jak to widzą. Jak to jest w ich krajach, w  kulturach, z których się wywodzą. Może oni pomogą mi co nieco zrozumieć.

Kenia jest podobno krajem dość otwartym i liberalnym, jak na Afrykę oczywiście. (Co prawda, źródła twierdzą, że przemoc wobec homoseksualistów w tym kraju jest powszechna. Hmm…). W porównaniu z Ugandą także. Chris mówi, że mocne tu panują wpływy chrześcijaństwa, które zresztą mieszają się tradycyjnymi dla tego obszaru zwyczajami. Ale szczególnie chrześcijaństwo jest bardzo silne. Właściwie większość szkół, zwłaszcza podstawowych, jest prowadzona przez instytucje religijne (sporo jest katolickich), a do szkół takich chodzi ogromna większość dzieci. Wartościami przekazywanymi w szkole się nasiąka, nasiąkają dzieci, które nawet nie muszą być chrześcijanami. A obie tradycje – kenijska-rdzenna i kenijska-chrześcijańska zgadzają się w kwestii homoseksualizmu. Że praktyki homoseksualne są grzechem, wykroczeniem przeciw naturze. Że małżeństwo to tylko między kobietą a mężczyzną.

Ale to nie wszystko. Bo politycy to podkręcają. Tak, owszem, liczą na głosy w wyborach. Ale muszą pamiętać również, że jeśli do Kenii przestaną spływać pieniądze z bogatszych krajów – a może się tak stać: kraje zachodnie zagroziły przecież Ugandzie sankcjami finansowymi – ludzie odwrócą się od nich. Zaczną ich winić za kryzys i zagłosują na kogoś z innymi pomysłami.

Pytam jednak Chrisa o samych tzw. zwykłych ludzi. Bo chyba nie są aż tak zmanipulowani przez polityków, że robią to, co tamci im powiedzą? Nie, twierdzi Chris. Ludzie mają po prostu takie samo zdanie, jak politycy. Inaczej mówiąc – politycy głoszą to, co ich wyborcy. Nie wszyscy wprawdzie. Chris mówi, że jakaś połowa. Połowa ludzi skazałaby na śmierć geja, bo jest gejem.

Ludzie nie znają homoseksualistów. Zmowa milczenia jest ogromna. Nikt nie wychodzi z szafy, bo wszyscy się boją. Owszem, jest (czy są) organizacje gejowskie (wyżej cytowane źródło nie zgadza się z tym), które próbują działać, głównie zachęcając do coming outów, ale zwykle nie  na wiele to się zdaje. Przeciętny kenijski gej/lesbijka nie mówi o swoim homoseksualizmie nikomu, w odpowiednim czasie żeni się/wychodzi za mąż, ma dzieci, rodzinę i jest nieszczęśliwy/a.

Strach homoseksualistów jest strachem przede wszystkim przed wykluczeniem. Wyoutowanemu gejowi grozi wydziedziczenie oraz to, że zarówno rodzina, jak i przyjaciele odwrócą się od niego. Przestaną się odzywać, rozmawiać, spotykać. Ale grozi mu także przemoc bezpośrednia. Chris mówi, że to dlatego, że w Kenii jest dużo ludzi bezrobotnych, sfrustrowanych, którzy szukają wroga. Kogoś, komu można bezkarnie przylać. Jeśli zobaczą na ulicy faceta, który wyda im się gejem, jeden z nich zawoła: popatrzcie, trzeba mu dołożyć. Dołączy się drugi, trzeci, a potem w ruch pójdą kamienie. Z nudów. Bo nie ma pracy, nie ma co robić, a tu mamy rozrywkę. Nikt nie będzie wzywał policji, ludzie wezmą sprawy w swoje ręce, nie będą sobie żałować.

A jak sytuacja wygląda w Etiopii? Podobnie, choć są różnice, mówi tym razem Michael. Istnieją kluby gejowskie, ale strach do nich chodzić, bo można także dostać lanie. Tzw. zwykli ludzie twierdzą, że nie znają homoseksualistów. Nikt nie ma ochoty się ujawniać. Niechęć i przemoc dotyczy obu płci, w odróżnieniu od Kenii, gdzie piętnowani przez opinię publiczną są niemal wyłącznie mężczyźni – lesbijki „nie istnieją” po prostu. Czy opinia ludzi ma wpływ na polityków? Zdaniem Michaela mniejszy, niż powinna (albo nie powinna – w zależności od sensowności tego, co akurat opinia publiczna głosi), bo obecny rząd etiopski jest skorumpowany, ma pogromadzone majątki na zagranicznych kontach bankowych i właściwie interesuje go tylko jedno – żeby ludzie za bardzo mu nie podskakiwali. Jeśli nie są opozycją, mogą teoretycznie robić wszystko. Rząd będzie miał to gdzieś, dopóki jemu samemu nic nie grozi. Co nie zmienia faktu, że „problemu homoseksualistów” nie ma gdzieś tradycyjno-religijna etiopska opinia publiczna.

Czy te rozmowy mi coś dały? Czy zrozumiałam coś więcej? Może i tak. Troszeczkę. Może mam pełniejszy obraz. Może pozbyłam się niektórych odruchowych stereotypowych wyobrażeń (Kiedy Chris zaczął zdanie od: no, jeśli dwie lesbijki poszłyby do kliniki zapłodnienia in vitro…,  zawahałam się na sekundę – czy Afryka kojarzy mi się z in vitro? Czy raczej ze słoniami, pięknymi krajobrazami lub hałaśliwymi miastami? Ech, człowiek głupi jest, ale uczy się przynajmniej). Jednak wnioski mam niewesołe. Obaj panowie mówią, że jest absolutnie prawdopodobne, że to, co dzieje się w Ugandzie, może mieć miejsce w ich krajach. Zabijanie homoseksualistów? Kary śmierci? Długoletniego więzienia? Jak najbardziej. Może działanie światowych rządów, a zwłaszcza wycofanie funduszy coś zmieni. Ale nie będzie to zmiana wynikająca z przemyślenia i refleksji. Będzie wynikała wyłącznie z faktu, że ludzie nie polubią kryzysu i odwrócą się od tych, których winić za ten kryzys będą. Jeśli jakakolwiek zmiana będzie, co jest raczej wątpliwe.

Mało to optymistyczne.

Chyba miałam nadzieję, że nie jest ta Afryka aż tak nowu dzika. Oczywiście, znam opinie tylko dwóch chłopaków. Żaden nie jest gejem. Jeden jest protestantem, drugi bardzo religijnym prawosławnym. Obaj od pewnego czasu mieszkają w Stanach. Ich perspektywa może być więc nieco inna, niż chociażby ich bliskich, którzy zostali w rodzinych krajach. Chris wspominał, że dla niego szokiem było zobaczenie dwóch facetów na ulicy, którzy spokojnie szli trzymając się za ręce. Bo nie widział tego przedtem nigdy, dopiero tu, w Stanach. I myślę o tym, co powiedział mi zaraz potem, że kiedy już otrząsnął się z tego szoku, to oczywiście nie miał i nie ma nic przeciwko temu. Czyli przekonanie się na własne oczy, że homoseksualiści są i że ich istnienie nikomu nie zagraża, ma jednak znaczenie. Z drugiej strony -łatwo zrozumieć tych, którzy nie chcą się ujawniać.

Nadal jednak mam smętne wrażenia z naszych rozmów. Bo patrzę na tych dwu miłych, sympatycznych, niegłupich facetów, słucham tego, co mi opowiadają, słucham ich własnego, niechętnego komentarza pod adresem Ugandy (oraz ich własnych krajów) i myślę sobie – czy dlatego tak mówią, bo są tutaj? A co mówią ich rodziny, przyjaciele? Czy także mają podobne zdanie? Czy dużo jest ludzi przyzwoitych w Kenii czy Etiopii? Czy Ugandzie? A jeśli tak, to dlaczego jest tak źle, skoro mogłoby być całkiem nieźle?

Przydałoby mi się więcej osób do wypytania. Bo to tak, jakby zapytać jednego Polaka, jak jest w Polsce, i na tej podstawie zbudować sobie obraz całego kraju. Przydałby mi się także kobiecy punkt widzenia. Niestety, chwilowo nie mam więcej kandydatów do molestowania. Może kiedyś.

Ale i tak dowiedziałam się czegoś. Niestety, dzięki temu bardziej pesymistycznie patrzę na to, co dzieje się w Ugandzie (jeśli większy pesymizm jest jeszcze możliwy). Bo widzę teraz dokładniej, że najgorsze scenariusze są jak najbardziej możliwe, i w tym kraju, i w innych afrykańskich krajach. Nie dlatego jednak, że to Afryka jest dzika, czy że Afryka jest piekłem. Dlatego jedynie, że ludzie tworzą to piekło sobie nawzajem.