moja Ameryka i inne kraje, okołofeminizmowo, wkurza mnie

Afryka – część druga

Dowcip o inteligencji niezły. Natomiast to, co potem – już trochę mniej. Przeczytałam ten artykuł w Wyborczej już jakiś czas temu, zajrzałam też do polecanego w nim entuzjastycznie nowego czasopisma katolickiego „Kontakt„.

I ponieważ zaczęłam ostatnio o Afryce, to odrobinę pociągnę ten temat. Podczas czytania niemiło uderzył mnie ten głos specjalisty do spraw afrykańskich na temat wielożeństwa: 
„W rzeczywistości afrykańskiej bardzo trudnym i wciąż nierozwiązanym problemem jest wielożeństwo. Pełniło ono szalenie ważną funkcję społeczną. Afryka była kontynentem bez wdów i sierot. Gdy mężczyzna umierał, jego brat lub ktoś inny musiał pojąć żonę zmarłego za swoją żonę. Czy z nią żył, czy nie żył, czy miał dzieci, czy ich nie miał – musiał ją pojąć i miał względem niej obowiązki. Zamiast sierocińców i rent wdowich istniał więc świetnie zorganizowany system społeczny, w którym zawsze był ktoś, kto przejmował społeczną rolę zmarłego mężczyzny. My zaś przychodzimy ze swoją strasznie doktrynalną praktyką katolicką i sprawiamy, że to wszystko się załamuje…”

No rzeczywiście – jest się nad czym użalać. Myślę, że spokojnie znalazłoby się sporo innych tradycji czy interesujących zwyczajów regionalnych,  które warto by było kultywować i chronić, a nie ewentualnie niszczyć czy gubić z pomocą praktyki katolickiej. Ale akurat poligamia? Nie wiem, czy to trzeba być facetem, czy raczej niezależnie od płci po prostu człowiekiem małej wrażliwości, żeby tak lekko o tym mówić. Czy z nią żył, czy nie żył, czy miał dzieci, czy ich nie miał?  Ja wolałabym usłyszeć kobiety. To, co one same mają do powiedzenia na ten temat. Czy poligamia rzeczywiście taka fajna dla nich jest i była? Nawet jeśli dana kobieta traciła męża i nie miała nagle gdzie się podziać i co do garnka włożyć, to czy koniecznie taką radością napawał ją fakt, że kolejny facet pojmie ją za kolejną żonę? Czy z nią żył, czy nie żył, czy miał dzieci, czy ich nie miał – irytuje mnie ten fragment, przyznam. A co z jej zdaniem w tej kwestii? Czy ona chciała z nim żyć? Lub nie żyć? Czy jeśli było to takie wymuszone małżeństwo, to czy ten mąż odnosił się do niej dobrze, przyzwoicie? A co z jego stosunkiem do pozostałych żon? Oraz dzieci z różnych matek?

Nawet jeśli prawdą jest, że przyświecały temu zwyczajowi dobre intencje – w niektórych wypadkach może i tak było – to uważam, że akurat poligamia nie jest tym zwyczajem, tą tradycją, którą należałoby chronić. I jeśli to akurat chrześcijaństwo wtrąciło w tę sytuację swoje trzy grosze i wpłynęło na zaprzestanie lub przynajmniej zmniejszyło popularność poligamii, to chwała mu za to. Bo w moim kobiecym odczuciu poligamia jest czymś odrzucającym, wstrętnym, czymś co upadla kobiety, czyni z nich przedmioty albo raczej przydatne rozpłodowe zwierzęta domowe. Szczególnie nawet, jeśli wynikała z trudności ekonomicznych. A i mężczyźni, jeśli zmuszani byli tradycją do poślubiania kolejnych, być może obcych i niechętnych sobie kobiet, też nie byli tutaj traktowani fair.

Przydałby mi się głos kobiet tutaj. (Przypomina mi się „Spowiedź Chinki” Pearl Buck, która opowiada między innymi o poligamii w Chinach – i o tym, jak koszmarnym i niszczącym dla pokoleń kobiet była doświadczeniem. Może pan ekspert nie czytał, bo to nie o Afryce, ale polecałabym). Odrazą i niechęcią napawa mnie fakt, że o takich sprawach, i w taki sposób mówi ten pan. Nie dlatego, że jest mężczyzną. Raczej dlatego, że słyszę głos wyłącznie mężczyzny, bez głosu kobiety, bez kobiecej perspektywy, bez choćby zastanowienia się, że taka perspektywa może istnieć. A w dodatku nie podoba mi się to, jak ten facet mówi – niesmacznie, z okrutną obojętnością, bez odrobiny refleksji, że warto może byłoby spróbować choć wczuć się w reakcje tej drugiej strony. Zapewne przekonany jest, że przedstawia normalny, czyli ludzki, punkt widzenia. Tymczasem ten ludzki punkt widzenia jest punktem wyłącznie męskim, niestety. 

Jeśli takich mamy specjalistów od spraw afrykańskich, to ja dziękuję. Wolę raczej posłuchać Michaela (tego samego, który wystąpił w poprzednim odcinku o Afryce), który mówi – poligamia dlatego, że chcieli wziąć kobiety w opiekę? Nie żartuj. Głównie chodzi i chodziło o dużo dzieci. Napłodzić dużo, dużo dzieci i dzięki temu rosnąć w siłę. To oznaka bogactwa, siły i dążenia do władzy. Dlatego też poligamia jest w chwili obecnej praktykowana przede wszystkim (choć nie tylko) w społecznościach muzułmańskich wielu afrykańskich krajów. (Bo oni są nienormalni, mówi Michael, zupełnie bez dbałości o jakąkolwiek poprawność polityczną. Myślę jednak, że chodzi mu w tym wypadku wyłącznie o tę nieszczęsną tradycję).

In a culture where infant mortality is outrageously high and the average woman has fifteen children, most of whom do not survive, polygamy has been practiced to not only show a mans wealth, but also to assure the continuation of the mans family. It is also considered a strong indicator of a mans virility and need for sexual satisfaction. Men can also accumulate wives as a result of inheritance. If a mans brother dies, he would take over the family of his brother, including his wives. These women would be distributed among the surviving brothers, based on the preferences of the men and the widows of their brother. It is also common for a man to take the youngest wife of his father upon his death, and a father will take the wife of his son upon the death of his.

Najs. W istocie coś, co należy chronić przed drapieżnym chrześcijaństwem. A szczególnie nieprzyjemne, że do użalania się nawołuje ktoś, kogo przedstawia się jako znawcę. Oraz seniora KIKu, co nieuchronnie nasuwa skojarzenia ze wspomnianym na początku dowcipem :-P

Nie każda tradycja jest dobra. I nie każdą należy traktować jak świętość.  A już szczególnie nie zasługują na to te, w których dziwnym trafem dręczy się czy upokarza ludzi. Płci żeńskiej również.

(Rysunek stąd)

Zawsze, kiedy czytam podobne teksty o poligamii, czy też w ogóle teksty przedstawiające wyłącznie męski punkt widzenia, przypomina mi się film „Dr Strangelove, czyli jak przestałem się bać i pokochałem bombę„. Czy ktoś może jeszcze pamięta to genialne dzieło? I ostatnie sceny, kiedy to doktora Strangelove ogarnia już całkowite szaleństwo, kiedy ręka sama skacze mu do hitlerowskiego pozdrowienia, a do prezydenta Stanów Zjednoczonych zwraca się per mein Führer? Kiedy doktorowi udało już się przestraszyć cały sztab, genarałów i doradców prezydenta bombą, wszyscy siedzą nieco zgaszeni, a on informuje ich, że nie będzie tak źle, bo jest znakomity pomysł na przetrwanie katastrofy. Otóż można będzie schować się w w bunkrach i przeczekać, a potem odbudować cywilizację. W tym celu na jednego pana bedzie przypadało dziesięć pań. I wówczas cały sztab nagle się ożywia. Panowie się uśmiechają, błyszczą im oczy – szalenie entuzjastycznie przyjmują ten pomysł.

Mam wrażenie, że gdyby w tym sztabie były jakieś panie, a szczególnie gdyby ich było sporo, nie tylko w charakterze sekretarek – ta scena wyglądałaby zupełnie inaczej. Nawet jeśli szaleniec wyskoczyłby ze swoimi pomysłami, to zostałyby one zlekceważone lub skrytykowane, a panowie nie mieliby ochoty na okazywanie zachwytu, nawet gdyby ten zachwyt w głębi ducha któryś z nich czuł. A możliwe także, że wspólnie z kobietami wymyśliliby coś innego – sensownego, a jednocześnie nie dyskryminującego nikogo.

W związku z tym wszystkim – że tak dokonam teraz dużego skoku myślowego :-P – pożyteczne są parytety, gender studies, szukanie kobiecych perspektyw w bajkach dla dzieci i w różnych innych miejscach. Bo dzięki nim mamy to inne spojrzenie. Nie dlatego, że kobiece znaczy lepsze, ale dlatego, że jest inne. I dlatego, że nie było go dotąd słychać.