Miesiąc: Czerwiec 2010

Letnie szaleństwo

Pogoda przestała szaleć. Odrobinkę. Chociaż właściwie należałoby powiedzieć, że tylko ograniczyła się troszeczkę. Ochłodziło się mianowicie do 33 stopni (w tej chwili). Normalnie zima. I jest jakieś 30% wilgotności, co w porównaniu z ostatnimi 39°C oraz wilgotnością około 70% naprawdę robi różnicę. Podczas kilku poprzednich dni nie dało się żyć. Nie dało się chodzić po dworze, nie dało się spać w nocy (jakoś tak dziwnie jest, kiedy termometr pokazuje na zewnątrz 27 stopni – o północy!), człowiek zamieniał się w jakąś rybę, oddychającą rozpuszczonym w wodzie tlenem (a chyba raczej gorącą wodą rozpuszczoną w gorącym powietrzu). Nie pomagały nawet gwałtowne burze, bo deszcze trwały jakieś dwie minuty, a po kolejnych dziesięciu nie było już po nich śladu. Myślałam, że się złamię i będziemy przez okrągłą dobę znosić szum i hałas klimatyzacji. Na razie jednak udało się nie. Klimatyzacja chodzi tylko prawie okrągłą dobę.

Przyroda poszła w ślady pogody i także oszalała na dobre. Pająk spotkany wczoraj na ścianie był takiej wielkości i tak groźnie patrzył oraz wymachiwał szczękoczułkami (i nogogłaszczkami), że strach było do niego podejść. Skorki w sporych ilościach szukają schronienia w mieszkaniach. Cykady trzeszczą jak wściekłe całymi nocami (dobrze, że ten hałas jakoś nie przeszkadza w spaniu). Świetliki świecą jak głupie. Zewsząd wyłażą przedziwne wielkie żółto-niebieskie stonogi, ogromne motyle, czy cosie przypominające osy, tyle że z dużymi pomarańczowymi głowami. Oczopląsu można dostać.

A w ślad za przyrodą i pogodą poszedł szef. Też oszalał. Gdyż albowiem zbliża się termin składania wniosków grantowych i szef, z w miarę rozumnego i rozsądnego człowieka, przemienił się w osobę z dziesięcioma pomysłami na sekundę. Co jeden, to lepszy. I nawet gdyby człowiek chciał postępować  w ten sposób (stąd),

to się nie bardzo da tak zupełnie ignorować szefa-ekonoma z batogiem w ręku, goniącego do roboty. Bo wszyscy w końcu jakoś rozumieją, że chodzi tu o przyszłość projektów, przyszłe doświadczenia i nasze przyszłe pensje. A chodzą plotki, że  może nie być łatwo. Choć w tym roku podobno i tak łatwiej, niż w przyszłym.

Na szczęście będziemy mogli odpocząć w Montrealu. Wprawdzie ma to być jakaś konferencja, z jakimś przedstawianiem własnych wyników – ale w końcu nie po to jedzie się na zjazd, żeby być na zjeździe, no nie? Trochę się, owszem, popracuje. Posłucha o jakichś dziwnych drobnoustrojach, ale potem jednak mam zdecydowany zamiar odetchnąć od nadmiaru wiedzy. Wykorzystując szanownego małżonka jako przewodnika (on w końcu nie będzie siedział na wykładach, może więc poorientować się w lokalnych rozrywkach).

A następnie na chwilę odwiedzimy Warszawę malowaną zbożem rozmaitem, powzruszamy się tymi wszystkimi pagórkami leśnymi i łąkami zielonymi oraz grykami, dzięcielinami i urokliwą sceną polityczną. Czyli czekają nas piękne wakacje w Polsce. Choć naturalnie nie zabraknie przy tym odrobiny nie mniej pięknej biurokracji amerykańskiej w wydaniu konsularnym.

To tylko Pseudomonas

Ździebko zaskoczyły mnie niektóre stwierdzenia, kiedy czytałam o fantastycznie niebieskiej mozzarelli, szokującej swoim niebiańskim wyglądem konsumentów w Europie. Stwierdzenia te uspokajały bowiem czytelników – owszem, prawdopodobnie to bakterie spowodowały takie dziwaczne zabarwienie sera, prawdopodobnie w dodatku są to drobnoustroje z rodzaju Pseudomonas, ale luzik – bakteria jest naturalna i nietoksyczna (the phenomenon appears to be caused by pseudomonas, a natural, non-toxic bacteria which was found in the water used to preserve the cheese.) i tak w ogóle, to nie ma się czego obawiać (Według ekspertów ser, nazwany przez media „mozzarellą smurfów”, został skażony bakterią o nazwie Pseudomonas, występującą w wilgoci; na przykład w wazonach na kwiaty, w których długo nie zmienia się wody. Z pierwszych ustaleń specjalistów wynika, że bakteria nie jest zasadniczo szkodliwa.)

Rzecza jasna bakterią, która spowodowała całe zamieszanie, nie musiał być koniecznie Pseudomonas aeruginosa, jeden z ważniejszych i bardzo niebezpiecznych drobnoustrojów zakażających człowieka. Jednakowoż wyluzowane uspokajanie, że to phi, tylko Pseudomonas, poruszyłoby chyba niejednego mikrobiologa. Tym bardziej, że teoretycznie mógł to być i ten właśnie gatunek.

ResearchBlogging.org

Pseudomonas aeruginosa (pałeczka ropy błękitnej) jest Gram-ujemną, tlenową bakterią, ruchliwą, powszechnie występującą w środowisku – w wodzie (pływa szybko i żwawo), na ziemi, na powierzchni roślin. Znajdowano ją także (w niewielkim procencie) na skórze zdrowych osób, a także izolowano z gardła oraz kału osób niehospitalizowanych. Badania pokazały też, że kolonizacja tym drobnoustrojem pacjentów hospitalizowanych zachodzi w ciągu 72 godzin od przyjęcia do szpitala. Pod mikroskopem elektronowym wygląda tak (zdjęcie stąd):

Cechami charakteryzująymi P. aeruginosa są m.in. niezdolność do fermentowania laktozy, dodatnia reakcja oksydazowa, dość ładny, kwiatowy albo owocowy zapach (mówi się czasem o zapachu jaśminu bądź miodu) oraz wytwarzanie barwników o najrozmaitszych kolorach, widocznych zresztą w świetle widzialnym, jak i w ultrafiolecie. Najważniejsza jest piocyjanina – niebiesko-zielony barwnik, produkowany przez wiele szczepów P. aeruginosa, jeden z czynników zjadliwości drobnoustroju, odgrywający rolę w metabolizmie żelaza, i obserwowany często w zakażonych przez bakterię ranach (kolorek, prawdopodobnie, wypisz-wymaluj jak tej mozzarelli).

Pseudomonas aeruginosa jest drobnoustrojem oportunistycznym, co oznacza, że aby mógł spowodować zakażenie, organizm człowieka powinien być w jakimś stopniu osłabiony. Prawie nigdy nie zakaża zdrowych, nienaruszonych tkanek; z drugiej strony – praktycznie nie da się znaleźć rejonu w organizmie ludzkim, którego bakteria ta nie zaatakuje, jeśli tylko układ immunologiczny jej na to pozwoli. Zakażenia P. aeruginosa są więc bardzo częste w szpitalach, a narażeni są na nie pacjenci z neutropenią, immunosupresją, ciężkimi oparzeniami, AIDS czy mukowiscydozą. CDC twierdzi, że w USA zakażenia szpitalne o tej etiologii stanowią około 10% wszystkich zakażeń szpitalnych, a sama bakteria zajmuje czwarte miejsce pod względem izolacji. Niemal co drugi, zakażony P. aeruginosa, pacjent z nowotworem, oparzeniami czy mukowiscydozą – umiera.

Drobnoustrój może bytować niemal wszędzie. Ma bardzo małe wymagania pokarmowe, to on jest tą bakterią, o której powiada się, że rośnie w wodzie destylowanej. W laboratoriach wystarczają mu najprostsze podłoża, z najprostszymi źródłami węgla i azotu. Nie przeszkadzają mu trudniejsze warunki środowiska – najkorzystniejszą dla niego temperaturą jest 37°C, ale spokojnie zniesie i 42°C. Jest pałeczką tlenową, która nie przeprowadza procesów fermentacji, ale jeśli w środowisku brakuje tlenu, jest w stanie wykorzystać inne akceptory elektronów i też nie będzie miał problemów ze wzrostem. Podobno jest w stanie przeżyć nawet w oleju napędowym i paliwie do silników odrzutowych. Nie przeszkadzają mu także różne chemiczne związki dezynfekujące czy antyseptyczne – jest na nie oporny. W związku z tym kolonizuje wszystko, co tylko się da. Poniższa tabelka pokazuje, gdzie w szpitalach P. aeruginosa hasa sobie w najlepsze (tabelka pochodzi z cytowanej publikacji):

Oprócz znoszenia najróżniejszych warunków środowiskowych, P. aeruginosa dysponuje całym arsenałem środków, które umożliwiają mu kolonizację tkanki, lokalne zakażenie, a następnie rozsiew po całym ogranizmie (bo tak, trzyetapowo, przebiegać mogą infekcje o tej etiologii). Kolonizację umożliwiają pile, różne adhezyny, oraz niezwykle ważna otoczka alginianowa, która jest podstawą biofilmu. Biofilm, pozwalający bakteriom bytować na różnych powierzchniach, chroni je także przed układem immunologicznym zakażonej osoby. Komórki bakteryjne w biofilmie są też bardziej oporne (niż szczepy wolno żyjące) na antybiotyki, komunikują się między sobą (zjawisko quorum sensing), dzięki czemu regulują ekspresję genów w ogóle, swoją ruchliwość czy wytwarzanie alginianu.

Inwazję organizmu umożliwiają bakterii najróżniejsze enzymy, na przykład trawiące kolagen, przeciwciała, fibronektynę, niszczące nabłonek oddechowy (ten uszkadzany jest też prawdopodobnie przez piocyjaninę) i inaktywujące interferon. Sprawnie działają także toksyny – cytotoksyny i hemolizyny, które walczą z komórkami układu immunologicznego.

Wreszcie – bakteria może rozprzestrzenić się po całym organizmie człowieka i też sobie z tym dobrze radzi. Jest odporna na fagocytozę dzięki otoczce i (prawdopodobnie) lipopolisacharydowi. Jej proteazy rozkładają składniki dopełniacza, przeciwciała oraz cytokiny. Jedna z toksyn – egzoenzym S – przygotowuje drogę do inwazji, upośledzając funkcje komórek fagocytarnych we krwi i w tkankach. Egzotoksyna A (oczyszczona jest niezwykle silną trucizną), toksyna o takim samym mechanizmie działania jak toksyna błonicza, hamuje syntezę białek w zaatakowanych komórkach. A lipopolisacharyd odpowiedzialny jest za zwykłe objawy sepsy powodowanej przez bakterie Gram-ujemne: gorączkę, niedociśnienie, wykrzepianie wewnątrznaczyniowe. Poniższa tabela podsumowuje możliwości P. aeruginosa w zakresie wytwarzania czynników zjadliwości (ta tabelka pochodzi z Todar’s Online Textbook of Bacteriology):

A jakby tego wszystkiego jeszcze było mało – P. aeruginosa jest bakterią oporną na bardzo wiele antybiotyków. Dysponuje najróżniejszymi mechanizmami oporności: enzymami (np. ESBL – β-laktamazy o szerokim spektrum substratowym, przy czym bakteria ta wytwarza własne specyficzne enzymy tego typu), ograniczeniem przepuszczalności błon czy możliwością wypompowania leku z komórki. Niezwykle niebezpieczne są np. szczepy dysponujące metalo-β-laktamazami klasy B, które oporne są praktycznie (w związku z występowaniem także innych mechanizmów) na wszystkie antybiotyki β-laktamowe. U P. aeruginosa często pojawiają się mechanizmy nabyte, ale i drobnoustrój ten znany jest z faktu, że na jego przykładzie dobrze poznano zjawisko tzw. oporności własnej (ang. intrinsic resistance), które polega na tym, że z powodu większej liczby i aktywności enzymów o charakterze pomp błonowych, komórki tego drobnoustroju są z definicji w mniejszym stopniu wrażliwe, a niekiedy wręcz oporne na różne leki przeciwbakteryjne. Oporność ta może się podnosić wskutek nabywania rozmaitych mutacji i stanowi przez to istotne „tło” podwyższające poziom oporności wynikający z obecności mechanizmów oporności nabytej (wg Krajowego Ośrodka Referencyjnego ds. Lekowrażliwości Drobnoustrojów). Terapia pacjentów z zakażeniami spowodowanymi przez P. aeruginosa bywa więc trudna, istnieje niewiele skutecznych antybiotyków. Dramatyczna sytuacja występuje u pacjentów z mukowiscydozą, często zakażonych tak opornymi szczepami, że pomoc im jest zupełnie niemożliwa.

A jakie zakażenia powoduje Pseudomonas aeruginosa? Zapalenie mięśnia sercowego u narkomanów przyjmujących narkotyki dożylnie; drobnoustrój może zakażać także zastawki. Zapalenie płuc u osób z współistniejącymi chorobami dolnego układu odechowego. Dobrze opisane jest zjawisko związku mukowiscydozy i zakażenia P. aeruginosa – niezwykle ciężkie do zwalczenia. Bakteriemie u pacjentów z obniżoną odpornością (25% szpitalnych bakteriemii spowodowanych przez bakterie Gram-ujemne). Zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych i ropień mózgu – bakteria dostaje się do OUN przez uszkodzenie tkanek albo z innego, czasem odległego, źródła zakażenia (np. z układu moczowego) przez krew. Zakażenia ucha, wliczając w to tzw. ucho pływaka, czyli infekcję ucha zewnętrznego (na ogół jest to związane z maceracją czy uszkodzeniem tkanek). Infekcje oka, zwłaszcza zapalenie rogówki, które dzięki aktywności enzymów bakteryjnych, może prowadzić nawet do utraty oka. Zakażenia kości i stawów, częste u narkomanów przyjmujących narkotyki dożylnie. Zakażenia układu moczowego – P. aeruginosa jest trzecią co do częstości bakterią powodującą 12% wszystkich takich infekcji w szpitalach. Zakażenia każdej części układu pokarmowego, od góry do dołu. Oraz najróżniejsze zakażenia skóry i ran, częste u pacjentów po oparzeniach, uszkodzeniach tkanek, a zwłaszcza w miejscach wilgotnych, takich jak uszy u pływaków, czy palce u nóg u sportowców. A czasem, będąc zupełnie zdrowym, wystarczy wykąpać się w zakażonej wodzie, żeby zaobserwować u siebie swędzącą wysypkę, czyli tzw. hot tub folliculitis.

Jeśli to jednak komuś nie wystarczy, można zajrzeć na przykład do tej publikacji i obejrzeć, co potrafi zrobić ta bakteria świeżo urodzonemu dzieciakowi.

Ale eee tam, to tylko Pseudomonas...

Kerr KG, & Snelling AM (2009). Pseudomonas aeruginosa: a formidable and ever-present adversary. The Journal of hospital infection, 73 (4), 338-44 PMID: 19699552

Siła wuwuzeli?

Ludzie oszaleli. Na punkcie piłki nożnej, którą tutejsi, jak wszystkim wiadomo, nazywają soccerem. Ostatnie dni w laboratorium wyglądają w ten sposób: na monitorze każdego komputera leci mecz, a większość doświadczeń robi się sama, w przerwach. Ludzie kibicują różnym drużynom – do Serbek w niektórych momentach bez kija nie podchodź :-), dzisiaj jedna zapowiedziała koledze-obcokrajowcowi, że ten na parę godzin przestaje być jej przyjacielem i najlepiej by było, gdyby oglądał mecz w drugim końcu labu – ale łączy ich sporo.

Raz – że chodzą jacyś tacy półprzytomni i gadają niemal wyłącznie o grupach, wynikach i sędziach-kaloszach. A dwa – że jeśli grają Stany, to doping jest naprawdę porządny. Dzisiaj mieliśmy przyjemny lab meeting, końca którego większość nie mogła się doczekać. Szef szczęśliwie wybył, żeby nie przeszkadzać, i jedna z naszych salek zebraniowych zamieniła się w kino. Z wyświetlanym meczem (USA – Algieria), siedzącymi po obu stronach monitora Chińczykami, którzy gorączkowo sprawdzali na swoich telefonach, co robi Anglia, wykrzykiwanymi poradami dla graczy (wszyscy są specjalistami oczywiście, choć przyznać trzeba, że Jon, Amerykanin, sam grający w drużynie piłki nożnej, nie krzyczał tak zupełnie od rzeczy) oraz potężnym wrzaskiem, kiedy skończyło się tak, jak się skończyło. Naszą intensywną pracę naukową i zarabianie na chlebek było zapewne słychać w całym budynku, jak nie dalej.

Nie było tak jeszcze cztery lata temu. A przecież Stany grały i wówczas (teraz sytuacja się zmieniła, ale jeszcze moment temu było chyba tak samo – drużyna USA jest w jednej z grup, gra, i tyle). Zupełnie nie pamiętam jednak takiego szaleństwa, oglądania, dopingu, dyskusji i gorączkowania się.

Musi to siła wuwuzeli jest :-)

Ojciec

Między jutrzejszym polskim Dniem Ojca, a niedzielnym tutejszym – skupionym zresztą dziwnie na zniżkach, obniżkach i wyprzedażach w sklepach z mydłem i powidłem – pomyślałam sobie: ojciec jest najfajniejszą rzeczą, jaka może przydarzyć się człowiekowi.

Jasne, mówię wyłącznie o swoich doświadczeniach, zdając sobie sprawę, że ojciec może być i zupełnym koszmarem, i niezupełnym koszmarem, i malutkim koszmarkiem, i zupełną nieobecnością. Albo i mnóstwem innych rzeczy.

Do mojego jednak powiedziałabym dzisiaj, jutro, pojutrze i każdego dnia: Ojciec, fajnie było Cię mieć i znać. I tęsknię za Tobą każdego dnia, nie zmieniło tego tych kilkanaście lat od Twojej śmierci. Nie gadam z Tobą… zwykle (no, przynajmniej nie na głos), ale myślę o Tobie.

Brakuje mi Ciebie. Twojego zdania i opinii. Twojej inteligencji. Sarkazmu i eleganckiej złośliwości. Twojego dyskretnego poczucia humoru. Dystansu do głupot. Twojej wiedzy, moja ukochana Encyklopedio. I tego, że umiałeś – cecha niesłychanie rzadka – słuchać tego, co się do Ciebie mówi. Nie dopowiadać sobie między wierszami, nie ulegać własnym wyobrażeniom ani uprzedzeniom – ale słuchać dokładnie tego, co mówi rozmówca.

Dzięki Ci za to, czego mnie nauczyłeś. Że mogę być sobą i olewać to, co inni sądzą na temat moich wyborów. Że praca i nauka są fajną przygodą. Że najważniejsze – ludzie mogą się dogadać. Pamiętasz naszą rozmowę, dawno temu? Tę o …? Kiedy zaniemówiłam z wrażenia, że jeden człowiek może aż tak dobrze zrozumieć drugiego? Nawet jeśli nie są tej samej płci, ani nie należą do tego samego pokolenia? Do dziś się wzruszam, kiedy to sobie przypominam. Wtedy do mnie dotarło, że spoko, będę umiała porozumieć się z ludźmi, jeśli tylko obie strony będą chętne. Że będę umiała stworzyć normalny związek, bo faceci nie są z jakiegoś kretyńskiego Marsa, tak jak ja nie jestem z jakiejś idiotycznej Wenus. Że wszystko jest możliwe, a życie (dorosłe) nie jest takie straszne, jak by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać.

I dzięki Ci także za tę bolesną lekcję – za to, czego nauczyło mnie Twoje odejście.

Tęsknię za Tobą, Ojciec.

Świąd, trąd i wściekły skorpion, czyli mocz prosto od wielbłąda najlepszą pastą do zębów

Nowa terapia przed nami. Znaczy nie tak bardzo nowa, bo już i jogini i naukowcy rosyjscy, i starożytni Czechosłowacy… Za to smacznie bardzo będzie, i aromatycznie, i elegancko, i zdrowo. A zaczynamy od mocnego uderzenia – mocz jest dobry na wszystko!

W najbardziej popularnej współczesnej książce o urynoterapii „Woda żywa’ („The Water of Life”) autor – John Armstrong pisze, że za pomocą moczu z powodzeniem leczono takie choroby, jak gangrena, rozmaite guzy i rak, choroba Brighta, białaczka, wady serca, malaria, zapalenie jądra, choroby weneryczne (kiła), niegojące się rany, oparzenia, nietrzymanie moczu, zaburzenia cyklu miesiączkowego, zapalenie nerek, zapalenie jelita grubego, łuszczyca, paradontoza, otyłość, zaburzenia funkcji prostaty, astma oskrzelowa, brodawki, guzy na ręce, żółtaczka, porażenie, wyłysienie, zaćma, jaskra, reumatyzm, zapalenie stawów i przeziębienie.

A wszystko dlatego, że mocz jest jak żmija – czyli stare księgi indyjskie radzą:

W „Siwambukalpa” zawarte są następujące wskazówki metodyczne: pić tylko środkowy strumień (część) moczu. Strumień moczu jest przy tym porównywany do żmii. Podobnie jak żmija ma jad w głowie i w ogonie, tak samo strumień moczu. Współcześni interpretatorzy wyjaśniają to w taki sposób: na początku wychodzi dużo żółci oraz przepłukuje się cewka moczowa, a w strumieniu końcowym jest mało żółci, dlatego też strumień środkowy zawiera optymalną ilość substancji przynoszących najlepsze rezultaty. Uważamy, że jest to powierzchowny pogląd na istotę bardzo poważnego zalecenia. Czy nigdy nie zadawaliście sobie pytania, dlaczego żółtko w jajku jest umieszczone pośrodku?

Otóż to. Patrzymy wszyscy za bardzo powierzchownie i nie zadajemy sobie pytania, pośrodku czego umieszczone jest żółtko w jajku. Zen i ommmm….

Oddajmy również głos uczonym rosyjskim:

„Mocz każdego żywego stworzenia odpowiada jego naturze. Najlepszym rodzajem jest mocz dziecięcy. (Natura) jego jest gorąca i sucha w drugim stopniu. Posiada własności oczyszczające. Mocz kozi pomaga na choroby nerwów i drgawki, zamulenie żołądka. Mocz wielbłądzi zaś pomaga na wrzody na ciele i w uchu. […] Jeżeli damy mocz ludzki do picia komuś, kto ma powiększoną śledzionę, to efekt będzie zdumiewający. Mocz wielbłądzi leczy liszaj i krosty. Mocz ludzki pomaga na egzemę, świąd, trąd oraz ukąszenie przez wściekłego psa i skorpiona. Mocz dzika. Bardzo skuteczny w przypadku bielma na oczach. Jeżeli się go wypije, to rozpuści i rozkruszy kamienie, które znajdują się w pęcherzu moczowym. Sprawdzone.

Zdumiewający efekt, zaiste. Jak człowiek tak pobiega za tym dzikiem, żeby go namówić do oddania moczu, to wierzę, że przy tym pozbyć się może i bielma i kamieni i zamulonego żołądka. Oraz wściekłego skorpiona przy okazji.

W innej starej księdze pod tytułem „Tysiąc drobiazgów godnych uwagi” uryno terapię zaleca się na wszystkie schorzenia. Ciepłym moczem myj uszy, jest on dobry na przytępiony słuch, szum w uszach i inne zaburzenia w obszarze ucha. Myj oczy własnym moczem, a wyleczy on choroby oczu, oczyści oczy, poprawi wzrok. Myj i masuj nim ręce, zdejmuje on zdrętwienie, usuwa pęknięcia, otarcia naskórka oraz prostuje stawy.

Ekstra. I tak zostaną – na wieki wyprostowane?

Skąd jednak, bo takie pytanie wypada zadać, te zdumiewające właściwości moczu?

W przyrodzie występuje 48 odmian wody. Wśród nich znajduje się ciężka woda, wykorzystywana w reaktorach jądrowych. W zwykłej wodzie jest jej 150 gramów na tonę wody. Oczywiście nie czyni nas ona zdrowszymi. Stąd prosty wniosek, że organizm człowieka najlepiej „pracuje” na określonych rodzajach wody. Uczeni ustalili, że im dłuższe jest życie ciekłego kryształu, tym bardziej jest on pożyteczny dla organizmu i tym większe jest jego podobieństwo do soków życiowych człowieka. Dlatego też organizm ludzki zużywa energię na tworzenie optymalnej postaci wody z tej, którą otrzymuje do picia. Jeżeli ciekłe kryształy, niezbędne do funkcjonowania organizmu, od razu trafiają doń w gotowej postaci, to również oszczędzana jest nasza energia. Uczeni stwierdzili, że tam, gdzie znajdują się źródła z podobną wodą, ludzie żyją długo i mało chorują, Ponadto każdy organ człowieka dodatkowo pobiera dla siebie ciekłe kryształy i na nich pracuje. Jeżeli organ traci zdolność do pobierania niezbędnych mu kryształów, to pojawia się choroba. Tybetańscy lekarze od dawna o tym wiedzieli i leczyli ludzi miksturami z dawkowanymi w zależności od rodzaju choroby ciekłymi kryształami wody. Stosowanie własnego moczu pozwala z powodzeniem rozwiązywać również te problemy.

Jasne, nie?

Środowiska płynne naszego organizmu, jak ciekłe kryształy, nie tylko zawierają w sobie zapis hologramu, lecz także nasycone są światłem, to jest falą odtwarzającą. Jeżeli teraz powrócimy do sprawy moczu, jego stosowania wewnętrznego i zewnętrznego, to okazuje się, że w ten sposób zwiększamy własne „oświetlenie” hologramu, czyniąc go bardziej czytelnym, silnym. Jeżeli zaś tak jest, to również czynności komórek i całego organizmu regulują się, nabierają mocy i stają się stabilniejsze. […] Stosowanie moczu pozwala osiągnąć taki efekt. Uważam, że żadna inna metoda leczenia nie może tego dokonać. Na tym właśnie polega niepowtarzalna wartość moczu – podstawy wszystkich leków!

Ktoś ma jeszcze jakieś pytania?

Bo ja mam –  jaki mocz stosować? Bo przecież są różne rodzaje. Na przykład podobno najlepszy jest mocz dziecięcy, nienamagnesowany, zaazotowany koksowniczy pierwszy.

Mocz męski i kobiecy. Mocz męski i kobiecy ma oczywiście swoje cechy charakterystyczne, które przede wszystkim zależą od składu hormonalnego, jak również „namagnesowania” męskim lub żeńskim pierwiastkiem. Dlatego też zaleca się wybranie na „dawcę moczu” osoby własnej płci. Wyjątkowo i przez krótki okres można stosować również mocz osoby płci odmiennej. Mocz dziecięcy (dziecka w wieku od 1. roku do 10 lat), jako że zawiera mało hormonów odpowiadających za różnicę płci, może być stosowany przez osoby płci przeciwnej, lecz nie dłużej niż przez 1-3 miesiące. Im dziecko Jest młodsze, tym dłużej można stosować jego mocz, im starsze – tym krócej.

Chociaż ten od kobiet w ciąży nawet go przebija!

Tak więc mocz kobiet ciężarnych jest to „koktajl” odżywczy (glukoza, aminokwasy, witaminy); zwiększona zawartość mocznika czyni go dobrym środkiem moczopędnym i przeciwrakowym; czynnik stymulujący wytwarzanie krwi pomaga przy wszystkich rodzajach anemii. Jak widać, jest to mocz naprawdę uniwersalny, który można stosować w celu pobudzania sił obronnych organizmu i leczenia olbrzymiej liczby dolegliwości. Dlatego też nie przepuszczajcie okazji do zastosowania tego „bezcennego leku”.

Nie będziemy przepuszczać. Polowanie na udające się do toalety kobiety w ciąży czas zacząć! Darz bór!

No i robi się coraz smaczniej:

W staroindyjskim tekście „Siwambukalpa” zaleca się stosowanie „moczu odparowanego”. Otrzymuje się go w następujący sposób: do emaliowanego, szklanego, byle nie metalowego naczynia wlejcie 400 gramów dowolnego moczu (świeżego, starego, dziecięcego, mieszanego itd,), postawcie na ogniu i gotujcie dopóty, dopóki nie zostanie 100 gramów. To właśnie będzie mocz odparowany do jednej czwartej. Możecie wziąć 1 litr, 2 litry itd., lecz po odparowaniu powinna zostać jedna czwarta pierwotnej objętości.

Dlaczego koniecznie musimy sobie tymi rozkosznymi aromatami gotowanego moczu upiększać życie? Gdyż w przeciwnym wypadku mocz jest tylko mydłem. Li i jedynie.

Najpotężniejszymi zasobnikami podobnej energii są sześciokąty foremne. Natura wykorzystuje je od dawna: pierścienie benzenowe cząsteczek, plastry miodu itd. Mocz odparowany do jednej czwartej pierwotnej objętości zawiera takie sześciokąty, dzięki czemu posiada najsilniejszy potencjał energetyczny spośród wszystkich odmian moczu. Dalsze odparowywanie moczu prowadzi do powstania mydła i utraty struktury sześciokątnej.

Nie wiedzieć czemu, niektórzy głupi ludzie nie doceniają smaku i aromatu najlepszego leku pod słońcem.

Mieszając urynę z miodem, cukrem, zmieniamy jej właściwości smakowe i osoba nieświadoma, pijąc taką urynę, myśli, że pije „oryginalny”, przyjemny w smaku wywar z ziół. Można to wykorzystywać do stymulowania wydolności fizycznej i umysłowej, jak również w celu przyzwyczajania się do uryny w początkowych etapach, w leczeniu dzieci itp.

Można też aktywować mocz, żeby jeszcze lepiej działał. I trzymać w lodówce, mniam, mniam.

w tym czasie zebrać mocz, aktywować go (na przykład potrzymać w zimnym i ciemnym miejscu lub doprowadzić do wrzenia i ostudzić) i stosować wówczas, gdy pracuje dany narząd. Na przykład boli żołądek. Okres jego aktywności – od godziny 7 do 9. Zbieramy mocz, który w tym czasie został wydalony, umieszczamy go w lodówce (zamrażarce) na 3-4 dni, a następnie pijemy (podgrzany do temperatury świeżego mleka) w celu leczniczego działania na żołądek, między godziną 7 a 9. W ten sposób można postępować z każdym innym narządem, osiągając stuprocentowe wyleczenie.

Pamiętajmy jednak:

Okazuje się, że mocz należy pić duszkiem lub wypijać nieparzystą liczbę łyków. Dlaczego tak? A dlatego, że należy zachowywać interferencję (efekt falowy). Istota interferencji polega na tym, że dwie fale równej długości, nakładając się na siebie, l mogą się zneutralizować lub wzajemnie wzmocnić. W pierwszym przypadku efekt zastosowania moczu będzie równy zeru, a w drugim – będzie wzmożony. Jeżeli człowiek pije mocz z przerwami, to kolejne łyki wskutek interferencji mogą się wzajemnie wytłumić; jeżeli pije duszkiem – żadnego wytłumienia nie będzie.

Wszystko jasne jak słońce. A mocz można oczywiście przyjmować doustnie:

Dostawszy się do jamy ustnej, mocz działa zapobiegawczo (odkaża ją), hamuje procesy gnilne, leczy migdałki. Jeżeli długo płucze się nim usta i gardło (l-5 minut), to wzmacnia on błonę śluzową jamy ustnej, powstrzymuje rozwój próchnicy zębów i dezynfekuje migdałki”. Jeżeli płucze się przez 30 minut, to mocz będzie wzmacniał szkliwo zębów wskutek przedostawania się do nich mikroelementów z moczu. Najlepiej zabieg taki wykonywać wieczorem przed snem. Wiele osób poważnie zajmujących się uryno terapią używa moczu zamiast pasty do zębów.

Smacznie. W dodatku:

W jamie ustnej następuje pochłanianie z moczu energii luminescencyjnej, co dodatkowo wywiera na organizm pozytywny wpływ.

Można też mocz stosować z drugiej strony (metoda tzw. moczu prosto od krowy w różnych fazach księżyca):

Oczyszczanie jelita grubego. Najlepiej jest rozpocząć zabiegi używając własnego moczu, podgrzewając go przed użyciem, a stary przegotować i ostudzić do temperatury świeżego mleka (tj. prosto od krowy). Ze względu na wysoką skuteczność takich wlewów dawki są nieduże: od 500 do 1000 gramów moczu do jednego zabiegu. Następnie, po 10-15 zabiegach, które wykonuje się co drugi dzień (po wypróżnieniu), dobrze jest wykonać tyle samo zabiegów z moczem odparowanym. Dawki należy zwiększać stopniowo, od 100 do 500 gramów, dodając przy każdym kolejnym zabiegu po 50-100 gramów. Po dojściu do 500 gramów zacznijcie stopniowo zmniejszać dawki, tak samo jak zwiększaliście. Później podobne zabiegi należy wykonywać, stosując różne rodzaje moczu w zależności od samopoczucia lub zgodnie z fazami księżyca (w kulminacyjnych dniach drugiej i czwartej fazy).

Ale można i przez nos! (Przez uszy także. I skórę. Każda metoda dobra):

Stosowany przez joginów zabieg oczyszczający netti – przepłukiwanie nosogardzieli poprzez wciąganie moczu nosem i wypłukiwanie ustami jest bardzo silnym środkiem leczniczym dla organizmu człowieka. Tak więc, twierdzenie starożytnych joginów, że wciąganie moczu nosem sprzyja wyleczeniu z chorób „Flegmy”, „Żółci” i „Wiatru”, jest słuszne i potwierdzają je doświadczenia naukowe. Korzystne jest również wdychanie par moczu bardzo starego, w celu ogólnego pobudzenia organizmu. Ma tutaj częściowo rację Armstrong, zalecając dwugodzinny masaż całego ciała z wykorzystaniem starego moczu. Osoba chora, wdychając zapach takiego moczu podczas masażu, wzmacnia swój organizm

Nos mnie boli. I musk. Od tego wszystkiego. Doszłam jeszcze do tego fragmentu:

W celu pobudzenia zdolności twórczych wąchajcie zapach wydobywający się z odparowanego moczu. Do tego jednak, jak głoszą stare teksty wschodnie, nadaje się odparowany mocz człowieka bardzo czystego albo Jaśniejącego. Aromat takiego moczu przypomina woń najlepszych wschodnich pachnideł (drzewo sandałowe, kadzidło itp.). Posmarujcie się na rękach, pod nosem i oddychajcie.

I już powoli nie mam siły tego dalej czytać.

W wielu wypadkach w celu uaktywnienia seksualności pomocne jest wdychanie par lub wąchanie świeżego moczu przedstawiciela płci przeciwnej.

Ja rozumiem, że różne są upodobania i gry wstępne…, ale mnie już naprawdę wystarczy. Dalej niech szanowni Czytelnicy czytają sobie sami. Dużo tam jeszcze fajnych rzeczy zostało: i o homeopatii, i o kwantach, i o hormonach, i o tamponach, i bardzo wnikliwie i ze szczegółami opisane przypadki rozmaitych czyraków oraz raków traktowanych moczem. Każdy znajdzie coś dla siebie. Bo przecież:

Uryna nasycona różnorodnymi substancjami to ogromne pole do twórczości, możecie w ogóle „niechcący” odkryć dla siebie prawdziwy eliksir wspaniałego zdrowia. Próbujcie, eksperymentujcie, wszystko zależy od waszej inteligencji. Jest to „najwyższa klasa” urynoterapii, która przychodzi wraz z doświadczeniem.

Eee, wody? Jakiej wody?

Łyżka miodu w beczce Karoliny

Drugim prezentem jest słoik miodu od karpackich pszczelarzy – ma to być symbol słodyczy, którą posiada w sobie każda kobieta.

Ja nie posiadam. A już na pewno nie jestem słodka wtedy, kiedy po raz kolejny czytam te kretyńskie bzdury na temat Karoliny Kózki. Wtedy trafia mnie szlag, a nawet cała cholera.

Wraz z młodymi na Lednicę przyjechał bp Andrzej Jeż, który apelował do młodych, zwłaszcza młodych kobiet, by wzorców dla siebie szukały w życiu świętych i błogosławionych m.in. bł. Karoliny Kózkówny.

A dlaczegóż to do młodych kobiet zwłaszcza? Bo ich cnota leży między ich nogami? W dodatku jest to cnota całej rodziny/wsi/narodu? A może dlatego, że w głupiutkie młode główki dadzą sobie wcisnąć różne nonsensy? I są w dodatku tak trenowane do grzeczności, że nie rzucą uprzejmego: „spierdalaj”, jak pewnie rzuciłby przeciętny chłopak.

Te nonseny, obrzydliwe w dodatku, dla mnie przynajmniej nie zaczęły się od sprawy Karoliny. Pierwsza była święta Maria Goretti, o której usłyszałam dawno temu, niedużym dziecięciem będąc. Dziewczynka wielokrotnie molestowana przez sąsiada – o czym zresztą nie poskarżyła się rodzinie, i takie wzorce rodziny świętej a doskonałej również warto propagować, nespa? – a wreszcie przez tegoż sąsiada zamordowana podczas próby gwałtu. Potem były rozmaite dziewice-męczennice. Jak człowiek chodzi do kościoła (rzymskokatolickiego), to słyszy często, że tu mamy uroczystość takiego świętego, Doktora Kościoła na przykład. Albo królewicza. Albo innego bohatera, względnie nawet męczennika. Ale o dziewictwie to akurat, dziwnym trafem, u kobiet się wspomina. Dlaczegóż na przykład nie można by Świętych Młodzianków nazwać Świętymi Prawiczkami? Wszak takimiż byli. Ale to zapewne niosłoby jakieś niepotrzebne skojarzenia. A cnota ma się przecież z dziewczętami kojarzyć, a przede wszystkim z tym, co mają między nogami.

I tak też jest w przypadku Karoliny. Karolina Kózka została w wieku lat szesnastu zamordowana przez rosyjskiego żołnierza, który pojawił się w jej domu. Pod pozorem pokazania sobie jakiejś drogi, wyciągnął z domu Karolinę i jej ojca i kazał im iść ze sobą do lasu. W lesie doszedł do wniosku, że dziewczynę sobie zatrzyma, a ojcu kazał się wynosić. Kochany tatulo, nie dość, że wcześniej jak ofiara lazł z tym żołnierzem, zamiast go jakoś walnąć, czy coś, to potem – mimo, że dziecko prosiło go, żeby nie odchodził – uprzejmie opuścił towarzystwo i wrócił do domu. Tam powtarzał bezradnie „Karolina” i „żołnierz”, tudzież załamywał ręce i czekał na bezpieczny powrót córeczki z wycieczki. Czekała tak zresztą, aż milutki żołnierz zrobi z dziewczyną to, co sobie zamarzył, cała rodzina, razem zapewne ze starszym (dorosłym albo prawie dorosłym) rodzeństwem Karoliny. A potem okazało się, że biedactwa czekali na próżno, bo ostał się im jeno zimny trup dziewczyny gdzieś w lesie.

Oczywiście trup z nienaruszoną błoną dziewiczą, bo to jest przecież najważniejsze. W całej parafii panowało głębokie przekonanie o świętości życia Karoliny i o tym, że życie swe złożyła w heroicznej obronie czystości. No jasne, świadectwo to ma mniej więcej tę samą wartość, co Z drugiej zaś, ci sami świadkowie, ludzie religijni i trzeźwi, dają wyraz przekonaniu, iż Karolina w swym życiu nie popełniła nawet grzechu lekkiego,[…]. Tak czy inaczej, upamiętnili dziewczynę wzniosłą poezją:

Droższą niż życie była dla niej cnota,
Gdy w jej obronie stoczyła bój z wrogiem.
Milszą śmierć sroga niż grzechu sromota,
Więc męczennicą stanęła przed Bogiem”.

„Grzechu sromota”, noż…. Jakiego grzechu, jaka sromota?

A może by tak zastanowić się, że ona nie musiała koniecznie tej nieszczęsnej cnoty bronić? Bo może w chwili zagrożenia nie myślała o czystościach czy cnotach, tylko o tym, żeby uciec? Albo w ogóle nie myślała, tylko reagowała tak, jak pewnie sporo ludzi – ktoś ją napadł, więc usiłowała się wyrwać, wykręcić, uratować?

Względnie – mogła nawet myśleć o utracie cnoty. Nic dziwnego, skoro żyła w takim pobożnym otoczeniu. Ksiądz, rodzice, rodzina, cała wieś – ciekawe, jak zareagowaliby, kiedy wróciłaby z tego gwałtu do domu. Mamrotaliby pod nosem, że sama pewnie chciała? Że po cholerę z nim lazła do tego lasu, zamiast od razu się zabić (w obronie cnoty rzecz jasna)? Wytykaliby palcami? Zastanawialiby się, jak sobie znajdzie męża, skoro już ją ktoś napoczął? A co by było, gdyby zaszła w ciążę? Miałaby życie w tej swojej wsi, czy kochany tatulo powiedziałby jej miło: „wynocha z domu, ty kurwo z ruskim bękartem?”

A nawet jeśli nie obawiała się ani ludzi, ani o swoje życie – to w sumie także jej prawo. Być może zrobiła wszystko tak, jak uznała to za stosowne w danej chwili. Może była odważną, dzielną babką z zasadami, w które mocno wierzyła. I gdyby ceniono ją za to, że była sympatyczną, uprzejmą dla wszystkich, ciężko pracującą, pilną, pobożną i odważną dziewczyną – i dlatego miałaby stanowić wzór – to to także jest zrozumiałe. Gorzej, że jej kult przyjmuje zgoła inne formy.

Po pierwsze, daje się dziewczynom do zrozumienia, że czystość, cnota, czy jakkolwiek nazwać tę błonę, którą mają dziewczyny, jest najważniejsza. Na tyle ważna, że warto dla niej poświęcić życie. Bez niej dziewucha jest niewiela warta. A co stało się ze świętością życia nagle? A, zapomniałam, że w kontekście kobiet święte jest tylko życie poczęte w ich łonach.

Po drugie, wezwanie o obronie cnoty kierowane jest zasadniczo i głównie do kobiet. Mężczyzn się tam gdzieś czasem wspomni, owszem, ogólnie raczej, przy okazji nawijania o młodzieży w całości. Ale jakoś nikt chyba specjalnie nie wzywał ministrantów chociażby do heroicznej obrony czystości w sytuacji, kiedy mili księża gdzieś w Irlandii chcieli wnikliwie sprawdzić – tak z ojcowskiej troski zapewne – czy dzieci się dobrze prowadzą. Ciekawość, dlaczego? Czyżby niektórzy ze sprawdzających bali się, że świeżego mięska zabraknie?

Trzecia rzecz to to, że kierowanie do młodych dziewczyn przesłania pod tytułem: co jest cenniejsze: błona czy życie, i dlaczego Lenin jest wyjątkowo podłe. Gdyż – nie bagatelizując absolutnie gwałtu i potworności przeżyć ofiar takiego doświadczenia, ani fizycznych ani psychicznych – wydaje mi się, że młoda osoba chętniej przyzna, że gwałt to zupełny koniec świata i nic, tylko się zabić. Natomiast osoba starsza nieco, jeśli już ma ewentualnie wybierać między dżumą a cholerą, to być może przyzna, że wolałaby jednak przeżyć.

A najgorszą chyba rzeczą jest mizoginiczna erotyzacja gwałtu, w kontekście śmierci Karoliny wyraźnie widoczna. Na logikę (ekhm, ekhm) to powinno nie mieć znaczenia dla świętości i bycia wzorcem, czy do gwałtu fizycznie doszło, czy nie. Bo gwałt z definicji jest czymś robionym wbrew woli osoby gwałconej. Czyli, zgodnie z kolei z definicją grzechu, jeśli ofiara się nie zgadzała, to i z jej strony żadnego przekroczenia norm nie ma, winy nie ma, grzechu nie ma, sromoty nijakiej – do cholery – też nie ma. To powinno być tu najważniejsze – że tak naprawdę utraty czystości też nie ma. Bo jeszcze zrozumiałe jest, że można nawoływać do zachowania czystości do ślubu, itd., przy którym to nawoływaniu chodzi o postawę, o przyjęte założenia, o coś, co ewentualnie młoda osoba ma zamiar zrobić ze swoim życiem i ciałem, o decyzję wreszcie. W przypadku gwałtu żadnej decyzji nie ma, ba, może być nawet obrona. No, ale jest za to przerwanie błony dziewiczej – i o to, w tych ohydnych seksistowkich kościelnych rozważaniach, zachęcaniach i wierszykach o cnocie Karoliny, chodzi. O ten maleńki kawałek ciała kobiecego, który rzuca się ma mózgi niektórych religijnych mężczyzn, jak nie przymierzając sperma – w podobnych sytuacjach.

Czym to się różni od barbarzyńskich zwyczajów czy praw w krajach, gdzie dziewczyny karze się surowo za to, że zostały zgwałcone? Metodami wyłącznie – w cnotliwym patriarchalnym Kościele nie bije się takich dziewczyn, nie. Nie brudzi się sobie rączek. Subtelnie namawia się je tylko, żeby brały, cholera jasna, dobry przykład z błogosławionej.

Kobieta jest słodka jak miód. Cóż lepiej może wyrazić istotę, słodycz i misterium kobiety, jak właśnie miód z polskiej pasieki? – wyjaśniał o. Jan Góra, twórca lednickich spotkań. Miód wręczano tylko mężczyznom. – Kobiety są słodkie z natury, a mężczyzn trzeba dosładzać – tłumaczył jeden z wolontariuszy.

Mężczyzn nie trzeba dosładzać. Szczególnie że słowa niektórych z nich słodkie są do wyrzygania.

Potęga propagandy

Jeśli ktoś przypadkiem zabłąka się w okolicach waszyngtońskiego Muzeum Holokaustu (United States Holocaust Memorial Museum), to warto tam wpaść na chwilę i obejrzeć rewelacyjną wystawę poświęconą nazistowskiej propagandzie. Plakaty, gazety, odezwy, filmy z przemówieniami – wszystko to robi wstrząsające wrażenie. I wszystko jest odrażające i ohydne, ale jednocześnie w chory sposób przyciągające. Całość budzi niechciany podziw – jak to wszystko zostało znakomicie, celowo, dokładnie i zaskakująco nowocześnie przygotowane w celu wiadomym.

Z opisu albumu wydanego z okazji tej wystawy (State of Deception: The Power of Nazi Propaganda):
„Propaganda,” Adolf Hitler wrote in 1924, „is a truly terrible weapon in the hands of an expert.” State of Deception: The Power of Nazi Propaganda documents how, in the 1920s and 1930s, the Nazi Party used posters, newspapers, rallies, and the new technologies of radio and film to sway millions with its vision for a new Germany-reinforced by fear-mongering images of state „enemies.” These images promoted indifference toward the suffering of neighbors, disguised the regime’s genocidal actions, and insidiously incited ordinary people to carry out or tolerate mass violence. It is hoped that a deeper understanding of the complexities of the past may help us respond more effectively to today’s propaganda campaigns and biased messages.

Ponieważ nie wolno robić tam zdjęć, wszystkie poniższe obrazki (oraz podpisy) pochodzą ze świetnej strony internetowej wystawy.


Cover of an antisemitic schoolbook titled Der Giftpilz (The Poisonous Mushroom)
Der Giftpilz (The Poisonous Mushroom) was one of several Nazi-era children’s books that encouraged antisemitism.
USHMM Collection


Poster using a photo of Adolf Hitler by his official photographer, Heinrich Hoffmann
Modern techniques of propaganda—including strong images and simple messages—helped propel Austrian-born Adolf Hitler from being a little known extremist to one of the leading candidates for Germany’s presidency in 1932. Heinrich Hoffmann, Hitler’s official photographer, created this 1932 election poster. The style of this poster is similar to those of some film stars of the era.
USHMM Collection

Mjölnir [Hans Schweitzer], „Our Last Hope—Hitler,” 1932
Mjölnir [Hans Schweitzer], „Our Last Hope—Hitler,” 1932. In the presidential elections of 1932, Nazi propagandists appealed to Germans left unemployed and destitute by the Great Depression with an offer of a savior.
USHMM Collection


Members of the League of German Girls practice their gymnastics routine
Members of the League of German Girls practice gymnastics at a sports festival, 1933-1939. The Hitler Youth combined sports and outdoor activities with ideology. Similarly, the League of German Girls emphasized collective athletics, such as rhythmic gymnastics, which German health authorities deemed less strenuous to the female body and better geared to preparing them for motherhood. Their public displays of these values encouraged young men and women to abandon their individuality in favor of the „Aryan” collective.
Deutsches Historisches Museum


Propaganda slide depicting „loss of racial pride”
This propaganda slide depicts friendship between an Aryan woman and a black woman as a loss of racial pride. The caption says: „The experience/Racial pride fades.” Germany, ca. 1933-1939.
USHMM, courtesy of Marion Davy


Der Bannerträger („The Standard Bearer”), by Hubert Lanzinger, circa 1935
This portrait depicts Hitler as a messianic figure gazing toward a better future for Germany, with the Nazi flag billowing behind him. Austrian-born artist Lanzinger (1880-1950) painted this work in oils on a wood panel. It was first displayed at the Great German Art Exhibition in Munich in 1937. Some say that Hitler himself picked this image after being dismayed by the other selected artwork. Heinrich Hoffmann, Hitler’s official photographer and an exhibition judge, had the image made into a postcard around 1938. After the war, a U.S. soldier pierced the painting with a bayonet. It was then transferred to the U.S. Army Art Collection, German War


Depiction of the „pure Aryan” family, 1938
A depiction of the „pure Aryan” family on the cover of the 1938 calendar published by Neues Volk, the magazine of the Nazi Party’s Race Political Office. Note the eagle hovering in the background.
TBD


Antisemitic poster published in Poland in March 1941
An antisemitic poster published in Poland in March 1941. The caption reads, „Jews are lice; They cause typhus.”  This German-published poster was intended to instill fear of Jews among Christian Poles.
Muzeum Okregowe w Rzeszowie / Historical Museum of Rzeszow


Emil Scheibe, Hitler at the Front, 1942
During the war, Nazi propagandists embellished the „Hitler Cult” by transforming the German chancellor into a supreme and infallible warlord who would guide the nation to final victory.
U.S. Army Center of Military History, Washington, D.C.


Mjölnir poster: „Victory or Bolshevism”
After the massive defeat at Stalingrad, Nazi propagandists began to alternate messages of fear and hope, demanding fanatical devotion to the homeland and ruthless treatment for the nation’s enemies. This poster appeared just after Stalingrad. It was part of a major propaganda campaign with the theme „Victory or Bolshevist Chaos.” This poster offers a stark contrast between the peaceful, abundant future promised by the Nazis and the threat of a bleak and miserable life under Communism.
Bundesarchiv Koblenz (Plak 003-029-043)

Co z tymi szczepieniami?

ResearchBlogging.org

Nieduża praca ukazała się ostatnio, pokazująca, jak w tej chwili w Stanach Zjednoczonych wygląda sytuacja ze szczepieniami przeciwko wirusom brodawczaka. W zeszłym roku w USA zdiagnozowano ponad 11 tysięcy przypadków raka szyjki macicy (tego raka, który wywoływany jest przede wszystkim (70%) przez dwa typy wirusa brodawczaka, czyli papillomawirusy typu 16 i 18, przeciw którym skonstruowana została szczepionka), i szacuje się, że około 4 tysiące z tych kobiet umrze z powodu tego nowotworu. Szczepionka, Gardasil, została zaaprobowana do użytku w 2006 roku, w tej chwili zaszczepieni być mogą i chłopcy i dziewczęta, zgodnie z rekomendacjami począwszy od 11 – 12 roku życia, a także nastolatki i ludzie dorośli do 26 lat.

Na pytania, dotyczące szczepień dziewczynek wieku od 13 do 17 lat odpowiadali rodzice, opiekunowie bądź jakaś osoba z rodziny. Badanie przeprowadzono na 1709 dziewczętach, z 274 hrabstw w sześciu stanach (Nowy Jork, Delaware, Teksas, Oklahoma, Zachodnia Wirginia i Pensylwania). Autorzy piszą, że te sześć stanów pod przynajmniej kilkoma względami (poziom bogactwa/ubóstwa, tereny miejskie/wiejskie, liczba osób o różnych kolorach skóry, itd.) z grubsza odzwierciedla to, co dzieje się w całym kraju. Zastrzegają jednak na końcu artykułu, że to jednak było tylko sześć stanów, i że na podstawie wyników ich pracy nie powinno się automatycznie mówić o całej populacji amerykańskich trzynasto-siedemnastolatek. Piszą także o innych ograniczeniach publikacji, na przykład tym, że pytani dorośli, niebędący najbliższymi osobami nastolatek, mogli udzielać niezbyt dokładnych odpowiedzi.

Z pracy wynika, że choć optymizmem napawa fakt, iż liczba zaszczepionych przeciw HPV dziewcząt wzrosła w stosunku do lat poprzednich, to ten poziom szczepień jest wciąż zbyt niski (zwłaszcza w obliczu faktu, że szczepienia są zalecane). Tylko 34.4% wszystkich badanych dziewczynek otrzymało przynajmniej jedną dawkę szczepionki. Różnie wyglądało to w różnych stanach, najlepiej wypadł Nowy Jork (50.4%), najgorzej – Teksas (20.6%). Chętniej szczepili ci rodzice, którzy mieli ubezpieczenie. Kolor skóry czy pochodzenie nie miały znaczenia dla poziomu szczepień (co zauważono z zadowoleniem, gdyż w populacjach dziewcząt czarnych czy pochodzenia latynoskiego problem z rakiem szyjki macicy jest bardziej nasilony, niż w populacji białej). Okazało się natomiast, że znaczenie miała kwestia ubóstwa/zamożności – na poziomie stanu wyglądało to tak, że im biedniej, tym gorzej ze szczepieniami. Za to sytuacja była odwrotna na poziomie hrabstwa: im biedniej, tym więcej szczepień. Autorzy tłumaczą te różnice korzystniejszą dystrybucją nakładów finansowych na szczepienia na poziomie hrabstw. I oczywiście niepokoi ich fakt, że w biedniejszych stanach – tych, które gorzej szczepią – notuje się wyższą zapadalność i śmiertelność związaną z rakiem szyjki macicy.

Podobnie jak zależność: szczepienie vs. dochody na poziomie hrabstw, wyglądały zależności na poziomie poszczególnych rodzin. Im mniejszy dochód w rodzinie, tym średnio większa ochota, aby zaszczepić córki, za to w zamożniejszych rodzinach dziewczynki szczepiono mniej chętnie. Z danych na temat innych szczepionek wieku dziecięcego wiadomo, że na ogół biedniejsi i gorzej wykształceni rodzice rzadziej szczepią swoje dzieci. Z drugiej jednak strony – zdarza się dość często, że ludzie bardzo zamożni i wykształceni nie szczepią swoich dzieci w ogóle (choć są i badania, które pokazują odwrotne zależności, szczególnie pod kątem wykształcenia). Patrząc ogólnie, istnieje odrobinę więcej opublikowanych badań pokazujących, że większa akceptacja szczepień występuje w rodzinach z niższymi dochodami i poziomem wykształcenia. Możliwe, twierdzą autorzy, że świadczy to o sukcesie przyjętych założeń w kampaniach zachęcających do szczepień przeciw HPV – czyli tego, że jeśli szczepionki dla tych, których na nie nie stać, są finansowane z funduszy publicznych, to biedniejsi rodzice chętniej zaszczepią wtedy własne dzieci.

A możliwe też, że spora część takich a nie innych reakcji rodziców opiera się na uprzedzeniach. Uprzedzeniach wobec tej konkretnej szczepionki („zachęta do uprawiania seksu”) wśród ludzi zamożnych i wykształconych, i braku tych uprzedzeń (lub po prostu wiedzy) wśród ludzi biedniejszych. Autorzy pracy dyskutują z tym wyjaśnieniem, pisząc, że wiedza na temat papillomawirusów jest w ogóle bardzo słaba w społeczeństwie amerykańskim, no i że w kampaniach reklamowych unikano świadomie poruszania kwestii przenoszenia się tych wirusów drogą płciową. Kto wie, może to wszystko ma jednak większe znaczenie, niż przypuszczają autorzy pracy?

Pruitt, S., & Schootman, M. (2010). Geographic Disparity, Area Poverty, and Human Papillomavirus Vaccination American Journal of Preventive Medicine, 38 (5), 525-533 DOI: 10.1016/j.amepre.2010.01.018

Nie wolno?

Nie wiem, nie znam się, nie kumam. I nic interesującego, ani tym bardziej fachowego nie mam w tej kwestii do powiedzenia. Jedynie o własnych odczuciach.

Strasznie smutne te zapisy z samolotu. I taki żal. Niby tylko suche słowa i komendy, trochę zwyklejszego dialogu, ale aż za gardło ściska, kiedy wyobrażam sobie tych pilotów. I nie mam na myśli tych wszystkich zastanawiań się, o co chodziło z tym, ze mamy kłopot, że ktoś będzie o coś wściekły, czy co robili ci dodatkowi ludzie w kabinie. Nie, raczej myślę o rozmowach z inną załogą, o tych zdrobnieniach, z jakimi się do siebie zwracają, wreszcie o krzyku systemu ostrzegającego, spadającej wysokości, krzyku na końcu… Nigdy nie czytałam tego typu transkryptów. I bardzo silnie, silniej, niż wrak samolotu na przykład, uderzyły mnie właśnie one. Wyzierający z nich przerażający smutek. Taki jakiś chłód i nieczułość. Bezradność. Koszmar. Jasne – to także dlatego, że wiadomo, jak to się skończy, a nie można kogokolwiek ostrzec w żaden sposób. Ale i same zapisy są wstrząsające. Przez tą swoją dokładność i precyzyjność. Przez to, że są takie nieubłagane. Że człowiek widzi kogoś drugiego, kogoś, kto już nic nie powie, nie zrobi, nie obroni się – jak na tacy, obnażonego, stojącego przed nieuchronnym losem.

Oczywiście, że dochodzenie jest ważne. I oczywiście, że trudno nie zastanawiać się, co się stało, dlaczego doszło do tego wypadku, i tak dalej. Ale ponieważ ten akurat człowiek zupełnie nie ma wiedzy, jak to funkcjonuje (albo powinno funkcjonować) od strony lotniczej-inżynierskiej-lotniskowej-wojskowej, to pozostaje mu tylko… E, nic nie pozostaje. Może ewentualnie zajrzeć do Lema, cytaty z którego błąkają się po głowie.

Bo Lem, do którego miewam wiele zastrzeżeń, pisze tak, jakby to wszystko rozumiał. Jakby wiedział, że najważniejsze to to, co w ludziach.

Może nie należało tego słuchać? Było w tym coś ohydnego, tak przypatrywać się utrwalonej w każdym szczególe agonii, śledzić jej postępy, żeby analizować potem każdy sygnał, wołanie o tlen, krzyk. Nie wolno tego robić – jeśli nie można pomóc.

Nie myślał nic, nie przywoływał żadnych obrazów, powtarzały się same z siebie, od początku: ekrany telewizyjne, na nich – wejście statku w przymarsie, wyhamowanie kosmicznej, zmiany ciągów; był jakby wszędzie naraz, w kontroli i w sterowni, znał te głuche udary, te dudnienia rozbiegające się po kilu i wręgach, kiedy wielką moc zastępowała dygotliwa praca borowodorów, bas, którym turbopompy zapewniały, że tłoczą paliwo, wsteczny ciąg, opadanie rufą, majestatycznie powolne, małe poprawki boczne i to załamanie się, ten grom nagłego obrotu ciągów, gdy pełna moc znów wskoczyła w dysze, wibracja, destabilizacja, rakieta wychwytywana rozpaczliwie, idąca wahadłem, kołysząca się jak pijana wieża, nim runęła z wysokości już bezwładna, już martwa, niesterowna, ślepa jak kamień, upadek i zgruchotanie góry – a on był wszędzie. Był jakby samym walczącym statkiem i odczuwając boleśnie zupełną niedostępność, ostateczne zamknięcie tego, co się stało, jednocześnie powracał do ułamkowych chwil, jakby z ponawiającym się w milczeniu pytaniem, szukając tego, co zawiodło.

Dojście do podobnego wniosku ułatwione było przez to, że każdy z ludzi na Stacji znał doskonale szczegóły katastrofy, która pochłonęła życie Rogeta, i pamiętał, jako rys specjalnie dramatyczny, historię długiej agonii tamtego nieszczęśnika, do końca wiernie przekazywanej obserwatorom na Stacji przez „oko magiczne”.
Jeśli więc – jak ktoś zauważył – można było w ogóle mówić o „odruchu warunkowym”, to przejawiała go nie aparatura, lecz sami ludzie. Na pół świadomie dochodzili do przeświadczenia, że w niepojęty jakiś sposób nieszczęście Rogeta powtórzyło się, wybierając tym razem na ofiarę – jednego z nich.

– Agathodaemon do „Ariela”! – rzekł skwapliwie Seyn; mały, z dziobatym profilem u sitka mikrofonu, doduszał szybko papierosa – mamy was na wszystkich ekranach, na jakich możemy was mieć, kładźcie się i schodźcie ładnie na dół, odbiór!
Żartują tu sobie – pomyślał Pirx, który tego nie lubił, może był przesądny – no, widać mają procedury w małym palcu.
[…]
Pirx poczuł, że blednie. Tego, co chciał powiedzieć Hoyster, domyślił się z jego pierwszych słów i ogarnęło go niezrozumiałe wrażenie, rodem z nocnego snu: aura zaciekłego, rozpaczliwego milczenia, w którym walczył z przeciwnikiem bez twarzy i zabijając go razem z nim ginął. Było to mgnienie. Przemógł się i spojrzał Hoysterowi w oczy.
– Rozumiem – powiedził. – Klyne i ja należymy do dwóch róznych generacji. Kiedy zaczynałem latać, zawodność procedur automatycznych była daleko większa… To się utrwala w zachowaniu. Myślę, że… ufał im do końca.
[…]
Pirx odetchnął. Powiedział, co myślał, nie rzucając cienia na młodszego – który już nie żył.
[…]
Nie. Kontrola nie ma prawa mieszać się do decyzji dowódcy – w podobnej sytuacji. W sterowni może ona inaczej wyglądać niż na dole.
– Przyznaje pan więc, że pan działał wbrew przyjętym zasadom? – raz jeszcze odezwał się zastepca Seyna.
– Tak.
– Dlaczego? – pytał Hoyster.
– Zasady nie są dla mnie święte. Robię zawsze to, co uważam za właściwe podług własnego zdania. Zdarzyło mi się już za to odpowiadać.

(Cytaty z różnych „Opowieści o Pilocie Pirxie„)

Wszystkie kobiety są nasze

Międzynarodowy Dzień Bez Stanika. Ciekawe:

Męska część redakcji chciała, żeby zaproponować Wam z tej okazji tradycyjną zabawę – czyli ”czekamy na Wasze zdjęcia”. Ale po zastanowieniu zrezygnowaliśmy z pomysłu (z obawy przed zalewem zdjęć półnagich piękności).

No jasne. Ha, ha.

I pytamy, w jaki sposób obchodzicie to intrygujące święto?

To intrygujące święto obchodzimy dumając nad faktem, że geny neandertalczyka faktycznie są w nas. Przynajmniej w niektórych. Takich czternastoletnich erotomanach gawędziarzach – niezależnie od wieku.  I nie obrażając neandertalczyka.

Pani jest jak groch przy drodze
Skubię, wielekroć przechodzę.

Bo przecież kochamy wszystkie kobiety i wszystkie kobiety są nasze. A zwłaszcza ich milutkie części ciała, którymi tak lubimy się bawić.

Gry może i są dla dzieci. Ale bawią się nimi dorośli. Zupełnie jak z kobiecymi piersiami…

Zastanawiam się, czy nie można by tu wrzucić innego porównania. Na przykład, że gry są jak penisy. Bo przecież te są dla (płodzenia) dzieci (no i innych czynności fizjologicznych), a bawią się nimi dorośli (płci dowolnej, orientacji także). Byłoby nawet uniwersalniej. Ha, ha.

Uderzająco nieprzyjemna jest ta nagonka na kobiecą zewnętrzność. Może zresztą i zawsze była, tyle że albo człowiek przestawał ją zauważać i uodpornił się, albo i patrzy inaczej teraz. Pewnie z racji wieku, braku urody i niedopchnięcia rzecz jasna. 

Nie to, że mam coś przeciwko zauważaniu fizyczności drugiej osoby – to jest normalne i naturalne, a i ewentualne spontaniczne wybuchy entuzjazmu także są normalne. Oraz są miłe, jak są miłe. Nienormalnym wydaje mi się za to dowalanie kobietom z grubej rury, w chamski i bezpardonowy sposób, w dodatku w sposób często zorganizowany, w ramach jakiejś kampanii – po to, żeby produkt się sprzedał (reklama ma wszak być skuteczna, a nie inteligentna i nieobraźliwa). Wszystko z silnym podtekstem (który robi się niemal nadtekstem) – macie być takie, a nie inne, bo to się podoba mężczyznom. Bo to jest erotyczne. Bo jak nie jesteś atrakcyjna seksualnie, to spadaj, kaszalocie. Bo jak nie będziesz o siebie dbała, czyli nie spędzała pięciu godzin dziennie w łazience i przed lustrem, to nikt cię nie będzie chciał. Bo wszystkie kobiety nasze są i nam się mają podobać.

Piersi moich pracownic badam sam.

Kocham wszystkie moje pracownice. Ha, ha. I szukam sposobu, aby do nich dotrzeć. Co mi się udało. Maczugą może i byłoby poręczniej, ale ta pieprzona polityczna poprawność…

Co czwarta respondentka twierdzi też, że w ogóle nie używa specjalnych preparatów do higieny intymnej. To z kolei grozi grzybicą pochwy i łatwiejszym zarażaniem się brodawczakami czy chorobami przenoszonymi drogą płciową.

No oczywiście. Epidemiologię chorób zakaźnych wywalamy do kosza, a epidemiologów zatrudniamy w charakterze dawców narządów. Mózgu szczególnie, bo przeszczep taki przydałby się niewątpliwie autorom powyższych rewelacji.

Nasuwa się też skromne pytanie, dlaczegóż to panów nie poucza się w takim razie o konieczności używania płynów do higieny intymnej? Zatrzymajmy się bowiem chwilę nad tym celnym (brawo TVN24) spostrzeżeniem, że choroby przenoszone drogą płciową przenoszą się, niespodzianka, niespodzianka, drogą płciową. No właśnie. A i rynek wszakże spory, firmie opłaciłoby się przecież? 

Wreszcie depilacja: co prawda prawie jedna trzecia (29 procent) deklaruje, że depiluje się przynajmniej 2 razy w tygodniu, ale żadnej formy depilacji nie stosuje nawet więcej (31 proc.) badanych.

Brudasy, świnie i flejtuchy z tych kobiet. No i o siebie w ogóle nie dbają. Nawet depilacji se nie zrobią, no, no, a to przecież najpodstawowsiejszy zabieg higieniczny, od czasów Piasta Kołodzieja i Rzepichy Depiluchy obecny w naszej rdzennej kulturze. I pozwalający na zapobieganie gruźlicy, kołowaciźnie oraz licznym chorobom przenoszonym drogą płciową naturalnie. A próchnicę zębów leczy w stu procentach.

Myjcie się, dziewczyny,
Nie znacie dnia, ani godziny.

Chłopaki, wy nie musita.

Kolejna urocza kampania. Szczególnie pod hasłami „wiara” i „nauka” ;-) . Tylko dlaczego te spodnie wyłącznie „na cenzurowanym”? Zakaz zrobić, zakaz. Dla dobra kobiet. Bo przecież żadna o niczym innym nie myśli, jak tylko o tym, co zaszkodzi jej atrakcyjności, i że, o mamuniu, będzie nieatrakcyjna. W spodniach tym razem.

Przyznam, że tymi spodniami to się akurat specjalnie nie przejmuję, bo jako rasowa feministka posiadam zarost na klacie, nóżki jak sarenka, nos jak haczyk, kurzą nogę i krogulcze mam paznokcie, a zęby przednie popsute już od dawna. Tylne też. Od braku depilacji niechybnie. I zewsząd wylewają mi się tłuste brzuchy, z kolan i pięt przede wszystkim. Poza tym łażę w barchanowych gaciach na głowie, a na uszach mam podkolanówki antygwałty (to taka kolejna śliczna i słodka nazwa jednej z części kobiecej garderoby, ha, ha). Myślę jednak, że mimo wszystko spodobałabym się autorowi poniżej cytowanych zdań, gdyż pod moją zgrzebną roboczą odzieżą nie ukrywam ładnej figury. Gdyż przy tej monstrualnie tłustej figurze byłaby to ciężka orka na ugorze. A nawet cały kaszalot. Hurra więc, spełniam więc moje biologiczne zadanie, powołanie i rolę w społeczeństwie. Podobam się, o radości, szczególnie tak taktownemu i eleganckiemu panu (wnosi się z tego, jak pięknie i subtelnie zwraca on na pewne sprawy uwagę – w dziale Moda i savoir-vivre):

Dziewczęta i młode kobiety pokazują zatem to, co powinny ukrywać ( np. swoje tłuste od chipsów brzuchy), a ukrywają pod zgrzebną, wyglądającą często jakby była „robocza”, odzieżą to czym mogłyby się pochwalić (np. ładną figurą).

Jest więc moda dla dziewcząt i bardzo młodych kobiet. […] Młoda kobieta bowiem nie dośpi i nie doje, a modny ciuch sobie kupi. […] Kupują je zatem bezmyślnie kobiety, które już nie powinny ubierać się jak podlotki. Niektóre z dojrzałych kobiet zakładają takie ubrania świadomie i chętnie, by się odmłodzić, nie zwracając uwagi na to, że to niestosowne, a często śmieszne.

Z dystansem do mody podchodzi też, co prawda, Monika Olejnik. […] Dla niej po prostu, jak wszystko na to wskazuje, wygląd nie ma znaczenia. W swoim telewizyjnym programie przyjmuje zatem często pozycję dojarki (szeroko rozstawione nogi), włosami „potarganymi przez wiosenną burzę” zasłania oczy (żeby, zapewne, goście programu ich nie widzieli – stara technika służb specjalnych i ochroniarzy) i ubiera się w byle co i byle jak. Być może pozuje w ten sposób na lewicową intelektualistkę.

Choć tak naprawdę, to przecież nie jej, Moniki „służby specjalne” Olejnik, wina. To wszystko przez „rączkę” zniewieściałych „panów” dyktatorów mody, którzy:

Piszę „na szczęście”, bo dyktatorzy mody, to bardzo często „praktykujący” i fanatyczni homoseksualiści, którzy mężczyzn ubrali by jak swoich „partnerów”, a kobiet nie lubią i robią wszystko, by wyglądały jak najgorzej.

Ufff. Spoko więc. Winy kobiet nie ma tu wcale, to przez tych brzydkich homoseksualitów (e, nie bardzo odkrywcza ta myśl, w końcu wiadomo to od zawsze). Ale poza tym, poza tym – wszystkie kobiety są nasze, więc jeździmy po nich, jak po łysych kobyłach, wyłącznie dla ich własnego dobra. Wszak chcą one nam się podobać, gdyż z czego innego dzieci nie będzie. A jeśli protestują? Jeśli mówią, że to nie tak? Eee, to głupie są i nie wiedzą, co mówią.

Czasem się właśnie mówi: „Nie”
Kiedy się bardzo czegoś chce.

A wracając do Dnia Bez Stanika. Właściwie – to niezły pomysł. I mam jeszcze jeden. Skoro wszystkie kobiety nasze są, a i wszystkie dzieci nasze są, proponuję któryś dzień czerwca ogłosić Dniem Bez Majteczek. Dotyczyłby dzieci od lat pięciu do piętnastu. Płci obojga. Rodzice obowiązani są przysyłać zdjęcia swoich pociech wesoło hasających po ulicach, a redakcja uprzejmie i bez krępacji odpowiada na pytanie, w jaki sposób obchodzić to intrygujące święto.

(Fraszki Jana Sztaudyngera z Raptularza zakochanych)