moja Ameryka

Siła wuwuzeli?

Ludzie oszaleli. Na punkcie piłki nożnej, którą tutejsi, jak wszystkim wiadomo, nazywają soccerem. Ostatnie dni w laboratorium wyglądają w ten sposób: na monitorze każdego komputera leci mecz, a większość doświadczeń robi się sama, w przerwach. Ludzie kibicują różnym drużynom – do Serbek w niektórych momentach bez kija nie podchodź :-), dzisiaj jedna zapowiedziała koledze-obcokrajowcowi, że ten na parę godzin przestaje być jej przyjacielem i najlepiej by było, gdyby oglądał mecz w drugim końcu labu – ale łączy ich sporo.

Raz – że chodzą jacyś tacy półprzytomni i gadają niemal wyłącznie o grupach, wynikach i sędziach-kaloszach. A dwa – że jeśli grają Stany, to doping jest naprawdę porządny. Dzisiaj mieliśmy przyjemny lab meeting, końca którego większość nie mogła się doczekać. Szef szczęśliwie wybył, żeby nie przeszkadzać, i jedna z naszych salek zebraniowych zamieniła się w kino. Z wyświetlanym meczem (USA – Algieria), siedzącymi po obu stronach monitora Chińczykami, którzy gorączkowo sprawdzali na swoich telefonach, co robi Anglia, wykrzykiwanymi poradami dla graczy (wszyscy są specjalistami oczywiście, choć przyznać trzeba, że Jon, Amerykanin, sam grający w drużynie piłki nożnej, nie krzyczał tak zupełnie od rzeczy) oraz potężnym wrzaskiem, kiedy skończyło się tak, jak się skończyło. Naszą intensywną pracę naukową i zarabianie na chlebek było zapewne słychać w całym budynku, jak nie dalej.

Nie było tak jeszcze cztery lata temu. A przecież Stany grały i wówczas (teraz sytuacja się zmieniła, ale jeszcze moment temu było chyba tak samo – drużyna USA jest w jednej z grup, gra, i tyle). Zupełnie nie pamiętam jednak takiego szaleństwa, oglądania, dopingu, dyskusji i gorączkowania się.

Musi to siła wuwuzeli jest :-)