Miesiąc: Sierpień 2010

Tatuaż pogardliwie mąci, a wszystko przez cara Szujskiego

Dzisiaj, przy niedzieli, zajrzeć warto do tygodnika Niedziela. I wziąć sobie do serca parę niezwykle mądrych rad pochodzących z tego znakomitego i nieocenionego źródła.

Gdyby pewne obrazy istniały w świadomości współczesnych Polaków, myślę, że w upalne letnie dni nie musielibyśmy oglądać tak wielu wytatuowanych ciał polskich dziewcząt i kobiet. Rozumiałyby one, że tatuaż – choćby wszystkie kolorowe miesięczniki twierdziły coś innego – na ich ciele jest czymś odrażającym, bo kojarzy się z więzieniem, z kryminalistami, z pogardą dla własnego ciała, nie zaś z kobiecością. Nie zdobi, tylko oszpeca. Kaleczy fizycznie i psychicznie, ale także zabija znaczenia i wprowadza zamęt w myśleniu o sobie samej. Zamęt w poczuciu kobiecej tożsamości. A na to, kim jest kobieta, prawidłowej odpowiedzi udziela tylko Bóg.

Cóż to za obrazy? I skąd car Szujski? Ano przecież to naturalne skojarzenie: Innym „zakazanym” obrazem jest płótno Jana Matejki zatytułowane: „Carowie Szujscy na sejmie warszawskim”., jak pisze autorka w tym samym felietonie. To o ten obraz, nieistniejący w świadomości współczesnych Polaków, chodzi.

Z tego wynika wniosek, że płótno zostało, o zgrozo, zakazane, i kobiety nie zapatrzyły się zawczasu na cara Wasyla, skutkiem czego zaczęły się opętańczo (i odrażająco) tatuować. Corobicjakzyc? A przecież rozwiązanie jest zupełnie proste – kobiety należy tatuować wyłącznie w podobizny cara Szujskiego (tu apel do wszystkich studiów tatuażu). Broda na dekolcie, oko na łopatce, długie i sztywne, ekhm, berło w pachwinie, a cały sejm warszawski na plecach. No. I już nie będzie zamętu w pojmowaniu kobiecości, kaleczenia tudzież zabijania znaczeń. Kobieta kobieca jest, i basta. A prawidłowej odpowiedzi udziela tylko car Wasyl.

Co więcej, ażeby uniknąć dalszych pokus w nieprawidłowym pojmowaniu kobiecości, należy stosować się do innych wskazówek etykiety Niedzielnej.

Jeśli kobieta będzie przebywać w pomieszczeniu, w którym jest ciepło, powinna perfumować – i to delikatnie – tylko nieukrwione partie ciała (tam, gdzie wystają jakieś kostki).

Ha. Czyli jeśli kobieta znajduje się w pomieszczeniu, w którym jest zimno, dozwolone jest perfumowanie ukrwionych części ciała. Może nawet tych wytatuowanych w cara Wasyla? Ukrwienia im zgoła może nie brakować… niektórym zwłaszcza. W niektórych momentach. Tak. Ekhm. Tudzież pamiętać można, że wypada tatuować sobie wystające z paszczy kostki kurczaka przy ich obgryzaniu w trakcie romantycznej kolacji. Oraz nawet wtedy, kiedy ewentualnie wystają one z innych miejsc kobiecego ciała, ekhm.

Etykieta […] skłania kobietę udającą się do pracy do rezygnacji z długich kolczyków, które mogłyby rozpraszać jej rozmówców czy stukać w słuchawkę telefoniczną podczas służbowej rozmowy, itp., itd.

A co, jeśli niektóre kobiety tak szalenie lubią rozpraszać swoich rozmówców (bo przecież tylko w tym celu chodzą do pracy)? Odpowiedź jest prosta – przecież można to robić niekoniecznie za pomocą długich kolczyków. Wystarczy filuterne oko cara Szujskiego na dekolcie… głębiej… głębiej…, tak, jeszcze głębiej należy zajrzeć. Oraz stukająca w słuchawkę carska korona wytatuowana na uchu. 

A cóż powiedzieć o kobietach dwudziestoparoletnich, trzydziesto- czy czterdziestoletnich (nie mówiąc już o paniach w wieku emerytalnym), które ubierają się, jakby były dziewczątkami i odsłaniają nie tylko dekolt, ale i pępek, udając się w miejsca publiczne, w rejony, które nawet w porze upałów wymagają bardziej oficjalnego stroju…

Najgorsze to te stare dwudziestoparoletnie bezwstydnice, odsłaniające dekolt. A wystarczyłby malutki car Wasyl na pośladku, ekhm, na kostce…

Nieodmiennie najbardziej stosownym kobiecym ubiorem na lato i najbardziej (o ile to możliwe) uniwersalnym jest prosta sukienka z przewiewnego materiału, do kolan, z niedużym dekoltem i zasłoniętymi ramionami, w pastelowych kolorach. Idealna jest tutaj, będąca pomysłem Coco Chanel, a powracająca dziś do łask, szmizjerka – sukienka uszyta na wzór męskiej koszuli (ten sam krój, kołnierzyk, mankiety, zapięcie na guziki od góry do dołu). W sytuacjach nieoficjalnych, plażowych można, rozpinając guziki u góry i dołu, odsłaniać dekolt i nogi.

Och. Szmizjerka. Mniam, mniam. Nic tylko wyobrazić sobie te powoli rozpinane guziki… Od góry i od dołu… Coraz wyżej i niżej… Odsłaniające… Seksowną brodę cara na biuście oraz jego mocarne, nieprawdaż, berło… na udach… I drzewce sztandaru celujące w…

Ufff, gorąco się jakby zrobiło…

Marzenie ściętej amerykańskiej głowy

Na Zachodzie kefir to marzenie ściętej głowy, normy sanitarne nie dopuszczają takich produktów, nikt by ich nie kupował.

Wprawdzie nie wiem, czy dziki kraj amerykański należy do Zachodu, ale oczywiście. A to wszystko poniżej to fatamorgana ściętej głowy.

– W Ameryce ogórki pewnie w ogóle by nie skisły, a mleko by się nie zsiadło – podejrzewa dr Drywień. – Oni od 60 lat wszystko sterylizują, wybili całą mikroflorę – w powietrzu, na roślinach, na rękach, na zwierzętach.

Naturalnie. Te podejrzenia są jak najbardziej słuszne. W ogóle w Ameryce nie znajdzie się dobrego chleba (bo zły to jest), dobrego mleka (bo takie z wybitą mikroflorą to jest), dobrych warzyw (bo nikt nie wie, z czym to jeść), dobrych owoców (bo nic o nich nie wiadomo), dobrych jajek (czyli brązowych, bo białe to są), dobrego… W ogóle niczego  dobrego tu nie ma. Są tylko białe niedźwiedzie biegające po preriach, zapijające pornograficzną coca-colę (kopirajt: Siesicka) ze starymi śpiworami w paszczach (kopirajt: miś uszatek). A niedługo niczego w ogóle nie będzie (kopirajt: Kononowicz).

Poniżej – mleko pasteryzowane. Nie UHT, choć i takie można tu oczywiście kupić. Z obserwacji jednak poczynionych w mojej wsi wynika, że trudniej jednak niż w Polsce. No, ale przecież to w Stanach wszystko doszczętnie wybito, nawet w niewinnym mleku.


Więcej fajnych kwiatków tutaj.

Zdrada i kasa, czyli radio Erewań

Dobrze dzieje się w naszym kraju, cywilizacja śmierci odchodzi do lamusa, a internetowe portale kobiece z troską pochylają się nad zagubionymi duszyczkami i ubogacają je swoją mądrością tudzież radami. I nie są to (teoretycznie) jakieś portale religijne. Gdzie, jak wiadomo, jedyna i słuszna linia postępowania (czyli w tym wypadku – mąż to twój pan i władca, ty głupia kobieto, nie drażnij go więc i do garów) rozświetla mroki grzesznego relatywizmu, feminizmu i innych izmów. Nie, to tym razem podportal dla kobiet i o kobietach na Gazeta.pl rozjaśnia w niemądrych główkach kobiecych (przepisując zresztą z czegoś prawie – choć nie do końca – równie słusznego i prawidłowego):

Lepiej nie zarabiaj więcej od męża!

No. I żeby mi to było ostatni raz. Bo cię zdradzi, kobieto wstrętna i będzie to wyłącznie twoja wina. Czego to ci się w końcu zachciewa.

Tu dygresja – w sieci istnieją nie dość, że podobne artykuły prasowe, ale także informacje na stronie osoby, która cytowane badania przeprowadziła. Wszystko to jest jednak bardzo lakoniczne, mętne i niespecyficzne. Tak naprawdę, to żeby wyrobić sobie jakieś zdanie, trzeba by przeczytać oryginalną pracę naukową, ale takowej (na razie?) nie ma. Nic dziwnego jednak, że dziennikarze rzucili się na wyniki, w końcu mowa była o niewierności i kasie oraz o odwiecznych, naturalnych i uroczych różnicach męsko-damskich. Nie zmienia to faktu, że poczepiać się i tych mętnawych tekstów można, jak i pozauważać różnice między nimi, bo dlaczego nie? A więc.

Sprawa wzbudziła więc zainteresowanie i artykuły na ten temat pojawiły się w wielu miejscach. Ale co to za artykuły głupie jakieś! Przyzwoicie podkreślają, iż rzeczywiście w badaniach wyszło, że mężczyźni słabiej zarabiający niż kobiety (z którymi są w związkach) zdradzają częściej, owszem. Ale jakoś dziwacznie rozkładają akcenty. A to mówią, że owszem – tak jest, ale efekt ten przestaje mieć znaczenie, kiedy weźmie się pod uwagę osobiste przekonania bądź też różnorakiego rodzaju wpływ społeczny (nawet tutaj o tym piszą). A to, że często chodzi o fakt, czy ludzie są zwyczajnie w swoich związkach szczęśliwi. (Bo surprise, surprise, kiedy ludzie – obu płci zresztą – nie są szczęśliwi, wtedy szukają tego szczęścia gdzie indziej.) A to, że wcale nie musi tak być, że jeśli ty, kobieto, bezwstydnie zarabiasz więcej, to partner koniecznie musi cię zdradzić.

(No, tu już chyba przesadzili z relatywizmem moralnym…)

Wreszcie to, że wyraźnie podkreślają, że ludzie zarabiający dużo zdradzają więcej. I kobiety (o zgrozo) i mężczyźni. Wygląda na to też, że bogate kobiety (ladacznice jedne) dochodzą czasem do wniosku, iż nie satysfakcjonuje ich własny związek, a dzięki dużej kasie mogą po prostu zrobić to, co chcą. Na przykład odejść od partnera albo znaleźć sobie kochanka.

Ta ostatnia teza (oraz wnioski z niej wynikające) jest tak oburzająca, że aż słów brak. Tym bardziej należy docenić kreatywne podejście autorów cytowanego polskiego tekstu. Przede wszystkim zmiana płci autorki badań. Nie może być przecież tak, że o podobnych istotnych sprawach mówi kobieta. Nie mówiąc już w ogóle o pracy naukowej! Nieuchronnie nasunęłoby to pytania – ileż zarabia ta pani, dlaczego więcej i co w ogóle robi na tej uczelni? Dlatego właśnie Gazeta.pl Kobieta nazywa panią Christin Munsch (czasem nawet dla zmyłki zmieniając jej nazwisko na Bunsch) panem. W dodatku doktorem, bo przecież tytuł ten specjaliście płci męskiej należy się jak psu zupa.  W odróżnieniu od specjalistki… a nie, takie coś nie występuje w przyrodzie. Zmienione są także dane badania – to także celowo, żeby jakiejś marnej doktorantce w głowie się nie poprzewracało.

Oczywiście, przyzwoity i porządny portal nie mógł pozwolić sobie na pominięcie pewnych faktów. W istocie, niekiedy półgębkiem wtrąca coś niecoś z tego, co bezwstydnie i jawnie prezentują inne teksty. Najważniejsze jednak, że ton jest zachowany. I wnioski wypływają sensowne i klarowne. Co adekwatnie podkreślono tytułem. Wspaniałym, mądrym tytułem. W formie rozkazującej, bo przecież kobiety od tego są, żeby im rozkazywać. I od razu wszystko ustawia się w naturalnej i prawidłowej perspektywie. Te nędzne politpoprawne zagraniczne media powinny uczyć się od nas, jak to się robi.

Ciesz się, moja droga, przynajmniej cię nie zdradzę… a może zresztą zrobię to i tak…
(obrazek stąd)

Noma

ResearchBlogging.org

Skoro już zaczęłam o deserach lodowych, to powinnam to jakoś zakończyć. Dzisiaj będzie część druga, bo i nazwa choroby – noma – także brzmi miło (na pierwszy rzut ucha, potem miłe skojarzenia kończą się gwałtownie), a poza tym w przebiegu tej infekcji krętki z rodzaju Treponema mają również coś do powiedzenia. Wprawdzie nie odgrywają głównej roli, tak jak w przypadku endemicznych krętkowic, ale zawsze.

No i ostrzegam wrażliwe Czytelniczki i wrażliwych Czytelników – zdjęcia będą straszne, choć najwięcej w linkach.

Noma (nazwa z greckiego oznacza „pożerać” albo „paść się”) jest bardzo poważną oportunistyczną infekcją, której sprzyja niedożywienie oraz życie w ekstremalnej biedzie i higienicznym zaniedbaniu. Dotyczy głównie dzieci w wieku od 1 do 4 roku życia. Występuje z różną częstością w wielu rejonach świata, choć najczęstsza jest w Afryce. Spotykana była także w Europie i Ameryce Północnej aż do początków XX wieku, kiedy to niemal zniknęła stamtąd, żeby pojawiać się sporadycznie np. w obozach koncentracyjnych (Berger-Belsen, Oświęcim) czy, bliżej dzisiejszych czasów, u ludzi z poważnymi niedoborami immunologicznymi (AIDS) czy poddawanych agresywnym terapiom immunosupresyjnym. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX w. WHO szacowała, że zakażenie to dotyczy około 200 tysięcy dzieci poniżej 6 roku życia rocznie.

Zakażenie ma miejsce w obrębie jamy ustnej, po czym szerzy się, doprowadzając do powstania przerażającej zgorzeli na twarzy dziecka. Nekrotyzujące zniszczenia tkanek miękkich oraz kości postępują bardzo szybko (w ciągu dni), skutkiem czego jest kalectwo oraz, w wielu przypadkach, zgon. Przed erą stosowania antybiotyków noma obarczona była wysoką śmiertelnością (70 – 80%). Ale i w chwili obecnej do optymizmu jest bardzo daleko, zwłaszcza kiedy ogląda się zdjęcia chorych dzieci.

(Zdjęcia w obfitości znajdują się także tutaj: http://www.saharamarathon.co.uk/gallery_3.html)

Drobnoustrojami, które znajduje się często w zmianach chorobowych są:

chociaż wspomina się również o Propionibacterium acnes, oportunistycznym Stenotrophomonas maltophilia, Cardiobacterium sp., Eikenella corrodens, a także rodzajach Eubacterium, Kocuria, Microbacterium i Treponema (i wielu innych). Nic dziwnego zresztą, że w zmianach chorobowych nie spotyka się wyłącznie drobnoustrojów zamieszkujących (bądź zakażających) jamę ustną, skoro zmiany te narażone są na kontakt ze środowiskiem. Poza tym w przebiegu choroby ważne są nie tylko same bakterie, ale i czynniki sprzyjające. Przede wszystkim bieda, złe odżywienie dzieci, fatalne warunki higieniczne, niedobory immunologiczne, a także niektóre zakażenia wirusowe (odra) i inne wyniszczające schorzenia (gruźlica, biegunki, malaria).

Terapia nomy jest skomplikowana i obejmuje nie tylko zastosowanie antybiotyków (głównie metronidazolu i penicyliny), ale także leczenie współistniejących zakażeń oraz interwencje chirurgiczne.

A zapobieganie obejmuje tak „proste” sprawy, jak walka z biedą w tych rejonach świata oraz zapewnienie czystej wody pitnej, odpowiedniego odżywienia i dostępu do opieki medycznej. Bardzo ważne jest także szczepienie dzieci przeciwko chorobom wieku dziecięcego, zwłaszcza przeciw odrze.

Literatura:

1. Enwonwu, C., Falkler Jr, W., & Phillips, R. (2006). Noma (cancrum oris) The Lancet, 368 (9530), 147-156 DOI: 10.1016/S0140-6736(06)69004-1
2. Enwonwu CO (2006). Noma–the ulcer of extreme poverty. The New England journal of medicine, 354 (3), 221-4 PMID: 16421362
3. Paster, B., Falkler, W., Enwonwu, C., Idigbe, E., Savage, K., Levanos, V., Tamer, M., Ericson, R., Lau, C., & Dewhirst, F. (2002). Prevalent Bacterial Species and Novel Phylotypes in Advanced Noma Lesions Journal of Clinical Microbiology, 40 (6), 2187-2191 DOI: 10.1128/JCM.40.6.2187-2191.2002
(Ilustracje pochodzą z cytowanych publikacji)

Super-bug czy może humbug?

ResearchBlogging.org

Znowu się fajnie porobiło. Po raz kolejny doszło do tego, że – jak mawiała moja ciocia, myśląc, jaką kartę rzucić na stół – „co tu zrobić, czym tu ludzi straszyć…?”. Grypa poszła się kochać, inne pandemie robią coś innego, mamy więc nową sensację, pod tytułem „coś tam, coś tam, groźne bakterie, albo cholera wie co, zawładną światem”. Z naciskiem na „cholera wie co”, gdyż albowiem na przykład artykulik na polskim portalu w niczym pod względem wdzięku nie ustępuje niektórym pisanym w języku lengłydż. Enzym to inaczej bakteria, w dodatku przyczepiany do tejże, bakteria, której-imienia-nie-wolno-wymawiać, interesujące zastosowanie wielkich liter tudzież pisanie o odporności miast oporności – wszystko to bardzo uradowało moje serce. Wiem, czepiam się.

Faktem jest, że oporność bakterii na antybiotyki narasta. Różnych bakterii na różne antybiotyki. Różnie. Ale z grubsza można powiedzieć, że wyścig się toczy. Ludzie w fartuchach, opłacani oczywiście przez bigfarmę i kombinujący jak koń pod górkę celem osiągnięcia władzy nad światem oraz zrobienia wielkiej kasy wyłącznie, próbują ciągle wymyślać nowe związki brr-chemiczne, które mordować będą drobnoustroje. Z drugiej strony, drobnoustrojom rosną rogi, tj. wykształcają mechanizmy obronne wobec niszczącej je chemii, ponadto bardzo lubią dzielić się z braciszkami i siostrzyczkami tym, co tam im urosło. Używają przy tym czegoś, co nazywa się plazmidami – niezbyt dużymi, często kolistymi cząsteczkami DNA, niezależnymi od chromosomu bakteryjnego – które kodują na przykład geny oporności na antybiotyki (i które tak słodko bakterie przekazują sobie nawzajem w trakcie dzikiego, wyuzdanego bakteryjnego seksu).

O takich bardzo opornych bakteriach, opornych na wiele stosowanych antybiotyków, mówi się już od lat. Od lat straszy metycylinooporny gronkowiec złocisty (MRSA), jak również jego pobratymcy, czyli inne gronkowce (MRCNS – methicilin-resistant coagulase-negative staphylococi). Jeszcze gorzej, że straszy również gronkowiec oporny na wankomycynę, oraz enterokoki oporne na ten antybiotyk. A zawsze pamiętać należy, że wszystko nie jest takie proste. Że to, iż MRSA jest MR nie oznacza bynajmniej, że akurat metycylina jest wobec niego bez szans. Nie, zakłada się, że bez szans są w tym wypadku wszystkie antybiotyki β-laktamowe. Nie inaczej jest na ogół z innymi typami oporności – bardzo często jest tak, że drobnoustrój posiadający jakiś fajny mechanizm oporności na coś, jest też – szlag by go trafił – oporny na inne rzeczy. Mnóstwo zależy od mechanizmów tejże oporności, miejsca ich kodowania, a i od tego, z jaką bakterią mamy do czynienia.

Spory problem istnieje w tej chwili (choć też nie od dziś) z opornością bakterii Gram-ujemnych. Raz, że o Gram-dodatnich (wyżej wymieniane gronkowce czy enterokoki) mówi się od jakiegoś czasu i laboratoria nastawione są na poszukiwanie kolejnych związków wobec nich aktywnych. O drobnoustrojach Gram-ujemnych jakoś nieco się zapomniało (przyjęto, iż nie należy spodziewać się jakiegoś nowego rewelacyjnego leku przeciw nim w ciągu najbliższych 10 – 20 lat), choć wydaje się, że nawet oporność narasta u nich szybciej, niż u tych Gram-dodatnich.

A bakterie Gram-ujemne z antybiotykami radzą sobie świetnie. Mechanizmów oporności mają do wypęku, nie sposób skupić się na wszystkich, będzie więc tylko o niektórych. Za to tych, które właśnie pojawiły się na portalach, ku nieopisanej radości mikrobiologów.

Jednym z absolutnie najważniejszych mechanizmów oporności pałeczek Gram-ujemnych z rodziny Enterobacteriaceae (czyli tych, o których mowa w cytowanych artykułach. Wesołe towarzystwo reprezentują tu godnie Escherichia coli, Klebsiella pneumoniae, Proteus spp., Salmonella spp., Shigella spp., i inne) jest wytwarzanie enzymów inaktywujących antybiotyki β-laktamowe, czyli tzw. β-laktamaz. No bo w końcu β-laktamy to skuteczne leki (w ogóle zalicza się do nich penicyliny, cefalosporyny różnych generacji, karbapenemy i monobaktamy), nic więc dziwnego, że bakterie ich nie lubią. Enzymy te mogą być różne, znowu więc zawęzimy i skupimy się na najważniejszych.

ESBL ( tzw. β-laktamazy o rozszerzonym spektrum substratowym) to kodowane plazmidowo enzymy zdolne do hydrolizy penicylin, cefalosporyn (z wyjątkiem cefamycyn) oraz aztreonamu (czyli monobaktamu). Hamowane są natomiast przez inhibitory β-laktamaz, jak np. kwas klawulanowy. Stąd częste terapeutyczne stosowanie antybiotyków typu „dwa w jednym”: β-laktam + inhibitor (przykład – popularny Augmentin). Dawniej szczepy E. coli czy innej Klebsiella z tym typem oporności spotykano tylko w szpitalach, obecnie jednak często notuje się je i w zakażeniach pozaszpitalnych. Leczenie takich infekcji jest już mocno ograniczone, a jeszcze weselej robi się, kiedy te same bakterie posiadają inne enzymy. Ot, jak chociażby cefalosporynazy AmpC. Te enzymy dla odmiany hydrolizują penicyliny, cefalosporyny (z wyjątkiem IV generacji) i aztreonam, ponadto nie są podatne na działanie inhibitorów β-laktamaz, szczególnie kwasu klawulanowego. Bardzo więc przyjemnie jest, kiedy milutkie bakterie posiadają to wszystko do kupy.

Ale zostały nam karbapenemy, jako te, które się ESBLom ani AmpC nie kłaniały. I cóż z tego jednak, skoro także od lat mówi się o zagrożeniu, jakie stanowić mogą oporne na te leki pałeczki Gram-ujemne. Dawniej zjawisko oporności na karbapenemy związane było z występowaniem wysokoopornych szczepów ESBL- lub AmpC-dodatnich, które dodatkowo broniły się przed antybiotykiem dzięki zmniejszonej przepuszczalności osłon komórkowych. I to im wystarczało.

Pojawiły się też szczepy bakteryjne wytwarzające karbapenemazy – znajdujące się na plazmidach β-laktamazy hydrolizujące karbapenemy właśnie. Należą do nich enzymy typu MBL (metalo-β-laktamazy klasy B) występujące przede wszystkim u pałeczek niefermentujących (Pseudomonas spp.), ale i u Enterobacteriaceae ich obecność staje się coraz bardziej powszechna i niepokojąca. Takie pałeczki oporne są na penicyliny, cefalosporyny, karbapenemy i połączenia  β-laktamów z inhibitorami i uważa się je za jedne z niebezpieczniejszych patogenów bakteryjnych w ogóle.

Na MBLach się jednak możliwości pałeczek nie kończą. Bo jeszcze większe zaniepokojenie wywołały swego czasu (po 1996 roku, kiedy to je odkryto) inne karbapenemazy, tzw. KPC (Klebsiella pneumoniae carbapenemases). Wytwarzane oczywiście przez K. pneumoniae, ale i przez inne bakterie z tej samej rodziny. Drobnoustroje produkujące KPC oporne są na wszystkie karbapenemy, czyli antybiotyki uważane do niedawna za leki „ostatniej szansy” w terapii zakażeń spowodowanych przez pałeczki Gram-ujemne. Ponadto, bakterie te oporne są na wszystkie inne β-laktamy, a ponieważ dodatkowo inhibitory β-laktamaz krzywdy specjalnej KPC nie czynią, to uważa się, że KPC stanowią jeden z najniebezpieczniejszych mechanizmów bakteryjnej oporności na leki.

Dlaczego? Bo oczywiście mało wówczas zostaje skutecznych antybiotyków (szczepy K. pneumoniae KPC+ wrażliwe są zaledwie na kolistynę, tygecyklinę i gentamycynę). Bo bakterie KPC+ są oporne mnóstwo innych leków. Bo wytwarzają także często ESBLe. Bo szerzą się łatwo (szczepy hiperepidemiczne), a zakażeniom towarzyszy wysoka śmiertelność. Bo trudno je usunąć z organizmu, są szczególnie niebezpieczne dla dzieci i osób starszych, a ich identyfikacja w laboratorium wiąże się z problemami.

Nic dziwnego, że tak to się potoczyło (a typów karbapenemaz jeszcze parę zostało). Ludzie zapewniają drobnoustrojom nacisk selekcyjny w postaci hojnego zapisywania i stosowania antybiotyków w lecznictwie oraz w rolnictwie, a bakterie wyrabiają w sobie na nie oporność. Evolution, Morpheus, evolution. Nic dziwnego, że pojawiły się karbapenemazy, skoro były ESBLe. W końcu trzeba było bakterie nimi prychające czymś uspokoić. Pod ręką były doskonałe karbapenemy, więc wuala. Tyle, że po niedługim czasie bakterie pokazały ludziom środkowy palec, mówiąc że to już na nie nie działa.

I nic dziwnego, że pojawiły się i te nowe, sensacyjne karbapenemazy NDM-1 (New Delhi metallo-β-laktamase 1) – wytwarzające je Enterobacteriaceae są wysoce oporne na niemal wszystkie stosowane wobec nich antybiotyki. Bo dlaczego nie? O tym typie oporności pisano zresztą już w zeszłym roku. Obecną reakcję prasy spowodowało zapewne to, że bakterie z tymi enzymami nie rosną tylko gdzieś na tajemniczych grządkach w dzikich krajach, ale mogą być znajdowane w Europie. Plus, kwestia sezonu ogórkowego i braku innych fajnych epidemii.

Panikowanie portali jest oczywiście idiotyzmem, zwłaszcza takie – bez sensu, bez ładu i składu, z błędami i nieścisłościami. Powoduje ono tylko następującą reakcję – a bo to znowu koncerny farmaceutyczne chcą na nas zarobić. Zamiast – a może zróbmy coś z głupim, czyli tym niepotrzebnym, stosowaniem antybiotyków, masowym i indywidualnym.

Czy to znaczy, że skoro głupie straszenie czytelników jest głupie, to nie ma się czego obawiać? Ależ skąd. Bardzo jest się czego obawiać. Opisano nowy typ oporności, niezwykle niebezpieczny, bo łatwo się szerzy, plazmid jest podatny na zmiany, zakażenia notuje się nie tylko w szpitalach, a liczba skutecznych leków wobec pałeczek Gram-ujemnych znowu się zmniejszyła. Nie spadła na razie do zera, wbrew bowiem panikarskim doniesieniom, pałeczki te nadal wrażliwe są na kolistynę i tygecyklinę (patrz publikacja). Co nie zmienia faktu, że postępowanie terapeutyczne w konkretnych przypadkach będzie ogromnie trudne. No i należy oczekiwać, że w całkiem niedługim czasie naukowcy odkryją kolejny mechanizm oporności, i kolejny, i kolejny, i kolejny…

I finalnie wszyscy i tak skończymy w drapieżnych i nienasyconych bakteryjnych paszczękach.

Literatura:

1. Kumarasamy, K., Toleman, M., Walsh, T., Bagaria, J., Butt, F., Balakrishnan, R., Chaudhary, U., Doumith, M., Giske, C., & Irfan, S. (2010). Emergence of a new antibiotic resistance mechanism in India, Pakistan, and the UK: a molecular, biological, and epidemiological study The Lancet Infectious Diseases DOI: 10.1016/S1473-3099(10)70143-2
2. http://www.polmikro.edu.pl/polmicro/docs/paleczki_enterobacteriaceae_1.pdf
3. http://www.antybiotyki.edu.pl/pdf/KPCwytyczne20-09.pdf

Desery lodowe

ResearchBlogging.org

Nie, nie będzie o żadnych przyjemnościach podniebienia, kulinariach czy o tym, jakie lody najfajniej jeść teraz, kiedy jest tak gorąco. Tytuł wziął się stąd, że takie miłe nazwy jak frambezja, bejel i pinta nieodmiennie kojarzą mi się z latem i nazwami lodowych deserów (no owszem, pinta może jeszcze z piwem oraz Lemem). Dodać dodałabym tylko melbę i ambrozję (prawie jak frambezja, zwana zresztą także malinicą czy jagodzicą), i wszystko byłoby nie do odróżnienia, czyż nie? ;-)

Frambezja, pinta i bejel (bejel to inaczej kiła endemiczna; nazwa ta zmienia zapewne nieco ton tej notki) to nazwy chorób zakaźnych, tak zwanych krętkowic niewenerycznych, określanych także jako krętkowice endemiczne. Wywoływane są przez ten sam gatunek bakterii, który powoduje kiłę – Treponema pallidum. Tyle że za występowanie frambezji odpowiedzialny jest jeden podgatunek krętka bladego – T. pallidum subsp. pertenue, za występowanie kiły endemicznej drugi – T. pallidum subsp. endemicum, a za występowanie pinty T. carateum, w literaturze czasem także określany jako T. pallidum subsp. carateum (dla ścisłości dodać tu należy, że czynnikiem etiologicznym kiły jest T. pallidum subsp. pallidum).

Między kiłą a krętkowicami endemicznymi istnieją i podobieństwa i spore różnice. W odróżnieniu od kiły frambezja, bejel i pinta 1. występują tylko na ograniczonym obszarze i to takim, gdzie jest dużo ubogich ludzi, żyjących w złych warunkach higienicznych i bez dostępu do podstawowej opieki medycznej, a klimat jest ciepły;

2. nie przenoszą się drogą płciową, a przez bliski kontakt skóra-skóra, skóra-błony śluzowe, czy też (prawdopodobnie) zakażone przedmioty, takie jak naczynia do picia; 3. do zakażenia dochodzi dzieciństwie i wieku nastoletnim (najczęściej poniżej 15 roku życia); 4. w przebiegu choroby atakowane są tkanki skórne (pinta) albo skóra, tkanki podskórne i kości (bejel i frambezja), za to niezmiernie rzadko obserwowane są zmiany w innych narządach, np. neurologiczne czy naczyniowe – w odróżnieniu od kiły, która atakuje cały organizm; 5. nie notuje się również zakażeń wrodzonych. Podobnie jednak jak kiła, krętkowice endemiczne są chorobami występującymi w fazach: faza wczesna obejmuje zmiany pierwotne i drugorzędowe (uważane za zakaźne lub potencjalnie zakaźne), faza późna – zmiany trzeciorzędowe; pomiędzy fazami wyróżnić można okresy utajenia, a cała nieleczona choroba potrafi trwać latami.

Frambezja

Po okresie inkubacji, trwającym od kilku dni do nawet trzech miesięcy po zakażeniu, na skórze najczęściej nóg, tam gdzie przedtem było jakieś zadrapanie, pojawia się zmiana pierwotna („mother” yaw) – jest to swędząca grudka wypełniona krętkami. Z czasem grudka może przybrać postać brodawkowatą. Spontanicznie zanika po 3 – 6 miesiącach.

Zmiany drugorzędowe pojawić się mogą szybko, czasem zanim zanikną zmiany pierwotne, ale może to także nastąpić znacznie później, nawet po 1 -2 latach. Są to duże, wyniesione nad skórę brodawki,

występujące także na podeszwach stóp – stąd, ze względu na ból i trudności w chodzeniu, specyficzny kaleki chód chorych („crab like”), choć czasami zmiany drugorzędowe mogą być całkiem płaskie i przypominać grzybicę skórną.

Objawy frambezji bardzo uzależnione są od warunków klimatycznych. Kiedy jest mokro, zmiany skórne rozprzestrzeniają się, natomiast w porach suchych są mniej rozsiane i skupiają się wokół wilgotnych otworów ciała – ust czy odbytu. Drugorzędowym zmianom skórnym towarzyszyć mogą bolesne zapalenie kości i okostnej, bóle stawów, głowy i powiększenie węzłów chłonnych.

Po tygodniach lub miesiącach zmiany drugorzędowe zanikają i następuje okres utajenia choroby. Większość pacjentów pozostacje w takim niezakaźnym stanie do końca życia. Tylko u 10% z nich, po nawet pięciu – dziesięciu latach od zakażenia, choroba powraca w postaci okaleczających zmian trzeciorzędowych. Na skórze i w tkankach podskórnych powstają niewielkie początkowo guzki, które rozrastając i rozprzestrzeniając się doprowadzają do rozległych zniszczeń błon śluzowych, stawów czy kości. Zniszczeniu ulegać mogą chrząstka i inne tkanki nosa (rhinopharyngitis mutilans, „gangosa”), a przewlekłe zapalenie kości piszczelowej prowadzić może do powstania poważnej i nieodwracalnej deformacji („sabre tibia”).

Interesujący jest fakt, iż na terenach gdzie przenoszenie frambezji od człowieka do człowieka jest rzadsze, przebieg choroby jest łagodniejszy.

Kiła endemiczna (bejel)

W odróżnieniu od frambezji, kiła endemiczna notowana jest raczej w klimacie suchym. Kiedyś występująca w części Europy oraz Azji, w tej chwili spotykana jest na Półwyspie Arabskim i w krajach Sahelu. Zaczyna się po 2 – 4 tygodniach od zakażenia – wówczas pojawiają się, często w ogóle niezauważone, niebolesne grudki lub owrzodzenia na błonach śluzowych jamy ustnej czy nosa (występują też na brodawkach sutkowych matek karmiących dzieci). Dopiero po jakichś 3 – 6 miesiącach po infekcji opisuje się obecność różnego rodzaju nie dających się przeoczyć zmian na błonach śluzowych czy w kącikach ust, którym towarzyszyć może powiększenie węzłów chłonnych oraz zapalenie okostnej. Natomiast zmiany trzeciorzędowe (które występować mogą od 6 miesięcy do nawet lat po objawach pierwotnych) obejmują (podobnie jak w przypadku frambezji): powstawanie zmian skórnych, guzków w okolicach stawów, deformację piszczeli („sabre tibia”) oraz tworzenie się kilaków na błonach śluzowych i tkance łącznej, co prowadzić może do całkowitego zniszczenia na przykład chrząstki nosa i zaniku tego narządu („gangosa”).

Pinta

Pinta jest najłagodniejszą z endemicznych krętkowic. Jak i pozostałe, prawdopodobnie przenosi się przez kontakt skóry ze skórą lub z błonami śluzowymi. Nigdy nie atakuje tkanek wewnętrznych, jedynym zajętym narządem jest skóra. Po okresie inkubacji (1 – 8 tygodni), podobnie jak w przypadku frambezji, na skórze pojawia się jedna (bądź dwie do trzech) grudka wypełniona krętkami. W odróżnieniu jednak od przebiegu frambezji, grudka ta nie swędzi, rośnie natomiast do sporych rozmiarów, po czym zanika. Pojawieniu się jej towarzyszy powiększenie węzłów chłonnych. Po trzech – pięciu latach grudki są znowu obecne – tym razem są mniejsze, ale rozsiane po całej skórze i także pełne bakterii. Zrastając się tworzą zmiany przypominające objawy łuszczycy, ponadto często zdarza się, iż przyjmują różne kolory (brązowy, szary, niebieski),

 

a czasem mogą prowadzić do zaniku barwy naskórka. Faza ta jest niezwykle zróżnicowana u różnych pacjentów, brak pigmentacji może występować razem z różnymi stadiami i formami hiperpigmentacji. A po kilku latach (dwóch, czterech, czasem nawet dłużej) obserwuje się trzeciorzędową pintę, ogólnie charakteryzującą się zaburzeniami w pigmentacji naskórka. Wyglądem może ona przypominać na przykład bielactwo nabyte.

……………………………………………………………………………………………………………………………….

Bardzo przygnębiającym jest fakt, że takie choroby jak frambezja, bejel czy pinta nadal występują współcześnie. Po pierwsze dlatego, że wyraźnie związane są z ubóstwem, złym stanem odżywienia i higieny. Wydaje się, co opisywano w przypadku frambezji i kiły endemicznej, że wystarczy dostarczyć  ludziom żyjacym na terenach endemicznych trochę lepszego pożywienia, a wzrasta ich odporność na zakażenia, co prowadzi do zmniejszenia transmisji oraz prawdopodobnie do znacznego złagodzenia objawów tych chorób. Nawet taki drobiazg, jak porządniejsze ubranie ma znaczenie – to, że dzieciaki biegają w tamtych rejonach nago czy półnago, z wyeksponowaną skórą, powoduje, że endemiczne krętkowice przenoszą się swobodnie. A po trzecie – leczenie. Leczenie jest w tych wypadkach wręcz nieprzyzwoicie proste. Wystarczy jedna dawka penicyliny G (dokładniej – długo działającej benzylopenicyliny benzatynowej), i połowa tej dawki dla dzieci poniżej 10. roku życia, a zmiany zanikają, owrzodzenia skórno-śluzówkowe ulegają cofnięciu i ból ustępuje (prawdą jest jednak, że pewne zmiany późne, trzeciorzędowe, są nieodwracalne – tym bardziej znaczenie ma wczesny dostęp do leków). Skuteczność leczenia wynosi 95 – 97%, ewentualnie można stosować inne antybiotyki.

Endemiczne krętkowice już raz przyciągnęły uwagę świata. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX w. WHO wprowadziła program wykrywania i leczenia tych chorób (TCP – treponematoses control programme). Przebadano wówczas ponad 52 miliony ludzi, a 46 milionów leczono. Występowanie treponematoz zmniejszono w ten sposób o 95%. Był to wielki sukces, ale warto by było nadal o nich pamiętać. Podobno od lat osiemdziesiątych kraje rozwijające się nie chcą informować WHO o przypadkach tych chorób, żeby nie wyjść na zacofane. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych WHO oceniała, że na świecie wciąż żyje 2,5 miliona ludzi zakażonych endemicznymi krętkami, a jakaś jedna piąta z nich jest bardzo zakaźna dla innych. Faktem jest, że istnieją pewne przeszkody w całkowitej eliminacji krętkowic (chociażby występowanie w ich przebiegu faz utajonych czy postaci lżejszych, asymptomatycznych), ale mają one i wiele cech, które wręcz aż proszą o eradykację (brak rezerwuarów zwierzęcych, długi czas trwania faz zakaźnych, dostępne leki). A niektórzy specjaliści zauważają, iż krętkowice te stanowić mogą coś w rodzaju wskaźnika czy testu dla systemów opieki medycznej funkcjonujących w krajach endemicznych. Jeśli bowiem tamtejsza służba zdrowia nie daje sobie rady z monitorowaniem tak prostych w leczeniu schorzeń, co będzie z malarią, gruźlicą czy HIV?

Literatura:

FARNSWORTH, N., & ROSEN, T. (2006). Endemic treponematosis: review and update Clinics in Dermatology, 24 (3), 181-190 DOI: 10.1016/j.clindermatol.2005.11.004

Antal GM, Lukehart SA, & Meheus AZ (2002). The endemic treponematoses. Microbes and infection / Institut Pasteur, 4 (1), 83-94 PMID: 11825779 (Wszystkie ilustracje pochodzą z cytowanych publikacji).

oraz Medscape, eMedicine Specialties, Infectious Diseases: Fine S, Fine LS Treponematosis (endemic syphilis), Klein NC Pinta, Klein NC Yaws (updated 2009).

Smutny jet lag

ResearchBlogging.org

Jet lag to zespół różnych objawów i dolegliwości fizycznych oraz psychicznych, związanych z szybkim przekraczaniem wielu stref czasowych, na przykład w czasie długiego lotu samolotem. Spowodowany jest czasowym brakiem synchronizacji między wewnętrznym zegarem okołodobowym (szczególnie częścią jądra nadskrzyżowaniowego (SCN) w podwzgórzu, które kontroluje rytm okołodobowy u ssaków), regulującym rytm snu-czuwania, a czasem panującym w miejscu przeznaczenia podróży.

Rytmom okołodobowym podlega wiele fizjologicznych zjawisk w ludzkim organizmie, między innymi regulacja temperatury ciała, ciśnienie krwi czy wydzielanie hormonów. Szczególną uwagę przyciąga tu melatonina, wytwarzana w szyszynce na skutek sygnału z SCN, odgrywająca ważną rolę w utrzymywaniu rytmu okołodobowego. U każdej osoby zegar okołodobowy ustawiany jest indywidualnie, każdego dnia, dzięki czynnikom zewnętrznym, tak zwanym synchronizatorom (Zeitgeber, „dawca czasu”). Najważniejszym synchronizatorem jest światło, ale na przykład czynniki socjalne mogą również grać rolę.

W związku z tym objawy jet lagu będą stopniowo zanikać, kiedy wewnętrzny zegar organizmu zacznie także stopniowo dostosowywać się do synchronizatorów z miejsca przeznaczenia, a głównie do cyklu światła i ciemności (LD). Latanie na wschód wymaga skrócenia okresu zegara, a latanie na zachód – wydłużenia (jet lag nie występuje, kiedy latamy nawet daleko samolotem na północ bądź południe, ale nie zmieniamy przy tym stref czasowych). I zwykle więcej czasu zajmuje zegarowi dostosowanie się do synchronizatorów po locie na wschód niż na zachód, co oznacza, że większość ludzi ma poważniejsze objawy jet lagu i gorzej znosi podróż z USA do Europy na przykład, niż w odwrotną stronę. Częściowo wytłumaczone może to być faktem, iż okres rytmu ludzkiego zegara okołodobowego wynosi zwykle więcej, niż 24 godziny (dlatego mówi się o zegarze okołodobowym, a nie dobowym). Łatwiejsze jest więc wydłużanie go (tak jak po podróży ze wschodu na zachód), niż skracanie (tak jak po podróży z zachodu na wschód).

Objawy jet lagu, nasilające się zresztą z wiekiem, obejmują: zmęczenie, bezsenność w nocy (oraz senność w ciągu dnia) i trudności z koncentracją. Częste są także zmiany nastroju, nadmierna drażliwość, brak apetytu czy zaburzenia trawienia. Jet lag obniżyć może sprawność w wykonywaniu różnych czynności fizycznych (obserwowane między innymi u sportowców), a także sprawność umysłową (obserwowane u polityków czy biznesmenów). Uważa się także, że częste podróże między różnymi strefami czasowymi mogą mieć niekorzystne długofalowe skutki zdrowotne. Pewne badania, przeprowadzane na ludziach i na zwierzętach, sugerują, że zmiany w mózgu (atrofia płatów skroniowych), zmiejszenie zdolności poznawczych, zaburzenia cyklu menstruacyjnego, zwiększenie ryzyka wystąpienia chorób układu krwionośnego oraz cukrzycy typu II (na skutek częstego jedzenia posiłków w porach niezgodnych z zegarem okołodobowym), a nawet niektórych nowotworów mogą być związane z częstymi zmianami stref czasowych.

Jak można sobie pomóc? Należy w czasie lotu pić dużo napojów, szczególnie wody, unikać za to napojów alkoholowych i z kofeiną. Posiłki jeść lekkie; sugerowano (ale badania tego do końca nie potwierdziły), że większa zawartość cukrów w jedzeniu, a mniejsza białek, może sprzyjać lepszemu samopoczuciu. Przed długim lotem warto być wypoczętym i wyspanym. Jeśli podróż jest krótsza niż 4 dni, zaleca się, jeśli to tylko możliwe, nie dostosowywać się do czasu nowego miejsca. Za to, jeśli jest dłuższa, dostosowywanie cyklu snu-czuwania, jedzenia i rozmaitych aktywności trzeba zacząć natychmiast. Odradza się podejmowanie jakichkolwiek ważnych zadań (spotkań biznesowych, zawodów sportowych) przed upływem 48 godzin od pojawienia się w miejscu przeznaczenia podróży. Tabletki nasenne czy leki stymulujące mogą pomagać, pamiętać należy jednak, że leczą one wyłącznie objawy, a nie przyczyny i powinny być stosowane wyłącznie w porozumieniu z lekarzem. Na przyczynę mogłaby teoretycznie pomóc melatonina, jako hormon fizjologicznie regulujący rytm okołodobowy, jednakże wyniki badań są sprzeczne i nie pokazują jednoznacznie, iż stosowanie jej ma istotnie dobroczynne działanie.

Doczytać można tutaj:

Eastman, C., & Burgess, H. (2009). How to Travel the World Without Jet Lag Sleep Medicine Clinics, 4 (2), 241-255 DOI: 10.1016/j.jsmc.2009.02.006

Committee to Advise on Tropical Medicine and Travel (2003). Travel statement on jet lag. Canada communicable disease report = Releve des maladies transmissibles au Canada, 29, 4-8 PMID: 12693274

DuPont HL (2008). President’s address: travel medicine and principles of safe travel. Transactions of the American Clinical and Climatological Association, 119, 1-27 PMID: 18596858

• • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • •

Mam jet lag. Po raz pierwszy właściwie tak dotkliwy. Pewnie się starzeję, skoro objawy mają nasilać się z wiekiem. Za to nieklasycznie, bo w tamtą stronę, kiedy lecieliśmy do Polski, było znacznie lepiej. Lot był nawet może mniej przyjemny i bardziej się dłużył, ale po przylocie byłam tylko zmęczona. Natomiast po powrocie do Stanów jest raczej tak sobie, delikatnie mówiąc.

I polazłam wczoraj z tym jet lagiem do pracy, myśląc sobie, że poobijam się trochę, zanim dojdę do normy. Nawet nie użalałam się nad sobą specjalnie, tyle tylko, żeby bez wyrzutów sumienia spędzić w fabryce dzień na ganianiu po internecie i gadaniu z ludźmi.

Po czym dowiedziałam się, że mąż koleżanki zginął w wypadku samochodowym. Znałam go. Byli całą rodziną na wakacjach nad morzem i chcieli zostać dzień dłużej, niż przewidywały plany. Zabrakło im jedzenia w wynajmowanym domku, więc on pojechał po zakupy. I uderzył w niego pijany kierowca. Dragan zmarł w szpitalu od odniesionych obrażeń. Zostawił trzydziestoparoletnią żonę – świetną dziewczynę, z którą pracuję już pięć lat – i czterech synów: chłopca w wieku szkolnym, przedszkolnym i trzyletnie bliźniaki.

Jet lag…? Jaki jet lag…?

Z powrotem, czyli wspomnienia. Oraz Ars Homo Erotica

Najpierw osobiście: w Warszawie było ekstra, czego nie mogły zmienić drobne niedogodności, jak gorące lato, komary czy dentyści. Mama – dzięki za wszystko, bo i wszystko wspominamy z przyjemnością, ja szczególnie żółty serek i nasze kibicowanie :-). Dzięki wszystkim, z kim mieliśmy/miałam możliwość się zobaczyć – wspaniale było Was poznać; cudownie było z Wami pogadać na żywo po latach. Ogólnie, miło nam z powrotem w domu, choć temperatura tutejsza zdecydowała się nas dobić, ale pamiętamy, wspominamy oraz wzruszając się oglądamy zdjęcia.

Żeby jednak nie było tak strasznie słodziusio i budyniowo, oto właśnie parę zdjęć z pewnej oglądanej w Wawie wystawy. Oglądanej również w znakomitym towarzystwie :-). Na początek taka uwaga:

A potem nie było nawet źle. Tylko tak jakby nie zawsze ciekawie. Widać było wyraźnie, że to pierwszy raz, że nie na wszystko organizatorów było stać, że czasem zabrakło większej wnikliwości w potraktowaniu tematów. Ale było sporo ładnych chłopców, na których warto zawiesić oko, że nie wspomnę o pełnych wdzięku pepeszach:

Dziewczynek było jakby mniej, co nie dziwi, skoro stereotypowo lesbijki nie istnieją. Zabawne wydało mi się natomiast, że tak jak w innych salach oglądaczami byli ludzie obu płci i w różnym wieku (a także, jak podpowiadał mi mój kompletnie nieprecyzyjny gaydar – różnych orientacji), tak w sali lesbijskiej obecne były niemal same panie. Czyżby panów wystraszyły te ogromne wilgotne kobiece łona ;-)?

Poza tym moje mikrobiologiczne zboczenie zaspokojone zostało obrazkiem mięczaka zakaźnego – jak mniemam, absolutnie wbrew intencjom twórcy :-P :

A na koniec wstrząsnał nami film wyświetlany w sali św. Sebastiana:

Swoją drogą, wizerunków świętego – i to ładniejszych – można było zgromadzić więcej. Co nie zmienia mojej opinii (tak jak nie zmieniają jej inne zastrzeżenia), że wystawę warto było zobaczyć.

Afirmacja, Magnetoplag i auraskopia, czyli tajemnicze medyczne tajemnice

Ponieważ stęskniłam się za kolejnymi, skutecznymi oczywiście, metodami terapeutycznymi, leczącymi pacjentów ze wszystkich dolegliwości, a znudziło mi się już stosowanie detox-spa i wrzącego moczu, oto kolejna porcja mądrości medycyny niekonfesjonalnej, tfu – niekonwencjonalnej.

Za panią Elżbietą Cybulską i jej „Tajemnicami niekonwencjonalnej medycyny„:

Wszystko, cokolwiek dzieje się w naszym życiu, jest rezultatem mentalnych schematów myślowych, które kreują naszą rzeczywistość i są przyczyną naszych chorób. Oto co na ten temat pisze Luiza L. Hay w broszurze „Ulecz swoje ciało”; ” Jestem przekonana, że każda choroba może ulec cofnięciu się poprzez zmianę sposobu myślenia. Stwierdzono u mnie kiedyś raka pochwy. Kiedy miałam pięć lat, zgwałcono mnie, byłam dzieckiem często bitym, nie było więc nic dziwnego w tym, że rak pojawił się w pochwie. […] Każdy rak czy jakakolwiek inna choroba powraca, dzieje się to, bo chory nie poczynił żadnych zmian w sposobie myślenia. ” […]

Luiza L. Hay w swojej broszurze podaje mentalne przyczyny powstawania różnych chorób i propozycje nowych schematów myślowych. Oto kilka przykładów:

reumatyzm – prawdopodobna przyczyna: brak miłości, głęboka uraza, chroniczna zgorzkniałość i mściwość – nowy schemat myślowy: współczuję innym i sobie, akceptuję radosne uczucia.

rwa kulszowa: lęk przed przyszłością, lęk przed brakiem pieniędzy: wszystko idzie mi lepiej, wszędzie jest dobrze i bezpiecznie.

choroby weneryczne: poczucie winy z powodu seksu, przekonanie, że genitalia są brudne, nieczyste, grzeszne: z radością i miłością akceptuję moje życie płciowe i jego przejawy, nie ma w tym nic karalnego i nie ma żadnej winy.

Dobra więc, zmieniam mój schemat myślowy, z miłością śpiewam sobie: o mój reumatyzmie, rozwijaj zwijaj się, i przechodzę do kolejnej rewelacji, czyli czegoś, co nazywa się Magnetoplag. Nie jest to coś szczególnie nowego – jak i afirmacja zresztą – ale ponieważ reklamy tej znakomitej metody terapeutycznej widzę ostatnio w kochanej telewizji polskiej, z przyjemnością o niej wspomnę.

MAGNETOPLAG® Polfa-Łódź reguluje krążenie krwi w naczyniach w układzie żylnym dolnego odcinka jelita, zmniejsza dolegliwości bólowe oraz świąt w obrębie odbytu.

Świąt?

Magnesy wchodzące w skład kompletu MAGNETOPLAG® Polfa-Łódź są namagnesowane wielobiegunowo, ze zdefiniowanym rozmieszczeniem biegunów magnetycznych. Jeden magnes jest namagnesowany biegunami w kształcie pierścieni, drugi biegunami w kształcie linii podłużnych, dzięki czemu podczas terapii linie pola magnetycznego zamykają się, zapewniając równomierne oddziaływanie pola magnetycznego na okolicę odbytu.
Natężenie pola magnetycznego na powierzchni MAGNETOPLAG® Polfa-Łódź wynosi 30-40 mT (300 – 400 Gausów), co całkowicie mieści się w granicach zalecanych wartości natężenia stałego pola magnetycznego, zalecanych do stymulacji organizmu ludzkiego.

Pole magnetyczne, w zakresach terapeutycznych, wywiera wielokierunkowy, korzystny wpływ na tkanki organizmu ludzkiego:
– Poprawia oddychanie tkankowe
– Pobudza syntezę kolagenu (białka niezbędnego do regeneracji tkanek)
– Przyspiesza procesy regeneracyjne i naprawcze (synteza DNA)
– Zmniejsza odczuwanie bólu
– Pobudza rozwój naczyń krwionośnych (lepsze ukrwienie tkanek)
– Działa przeciwobrzękowo i przeciwzapalnie
– Stabilizuje błony komórkowe

– A tu piszą nawet, że chroni przed zakażeniami i bakteriami w okolicy odbytu, ha! Czyli wszystko fachowo i profesjonalnie niezwykle.

Magnetoplag jest oczywiście wnikliwie przebadany klinicznie; liczba i jakość publikacji na jego temat zapiera wprost dech w piersiach. Żal tylko, że

Wkładek nie wolno aplikować do pochwy.

skoro działania niepożądane obejmują:

Magnetoterapia może prowadzić do wzmożenia popędu płciowego, okresowego obniżenia ciśnienia tętniczego, a także przemijającej biegunki.

No, ale jeśli biegunka, to może warto się zastanowić.

Przy okazji, żeby zdiagnozować hemoroidy czy ewentualnie każdą istniejącą chorobę, możemy uciec się do auraskopii. Jest to (znowu według  „Tajemnic niekonwencjonalnej medycyny„) bardzo niekonwencjonalna metoda diagnostyczna, związana z analizowaniem rozmazów krwi.

Doktor H. Auras-Blank, prowadząc prywatny gabinet i wykonując jednocześnie badania krwi zauważyła, że we wszystkich rozmazach krwi chorego człowieka widziane są pewne kontury, które giną, gdy choroba zostanie wyleczona. Lekarkę zastanowił ten fakt i tak długo eksperymentowała, aż osiągnęła to, że początkowo widziane  tylko w zarysie, dziwne struktury dały się sfotografować i zidentifikować w wyschniętej warstewce krwi.

To, co pani doktor zobaczyła w 1250-krotnym powiększeniu przeszło wszelkie jej oczekiwania, bowiem nie mieściło się w żadnych pojęciach naukowych. Powiększona, cieniutka warstewka krwi przedstawiała odbicie wszystkich organów i narządów ludzkiego organizmu i to na dodatek we właściwej kolejności!

Alfabetycznej?

Inaczej mówiąc – była to dokładna mapa ciała ludzkiego z wszelkimi jego schorzeniami, gdyż pod mikroskopem niektóre z organów miały ślady uszkodzenia, co odpowiadało faktycznemu stanowi.

Co więcej, okazało się, że na podstawie samej analizy krwi można było dużo dokładniej określić stan zdrowia  chorego niż przy pomocy innych badań.

Szczególnie przydatna jest do wykrywania wczesnego stadium raka oraz skłonności do tej choroby. Polega to na obserwowaniu, czy w nałożonym pod mikroskopem rozmazie krwi występuje rozwarstwienie, czy też stanowi on zwartą masę. Krew nie mająca skłonności rakowych jest masą homogenną, a gdy występują te predyspozycje, to następuje lekki rozkład surowicy.

Odpowiednio powiększony obraz krwi wykazuje także stan naszej równowagi duchowej, nerwowe napięcia, stresy. Auraskopia jest w stanie również wykazać ciała obce w organiźmie.

Na przykład Magnetoplag?

Cóż, czas pokaże, czy auraskopia znajdzie swoje miejsce w świecie medycyny konwencjonalnej. Dla dobra nas wszystkich wskazane jest, aby stało się to jak najszybciej. A na zakończenie tego rozdziału chcę powiedzieć, że w jednej z polskich klinik młody lekarz, ponad dwadzieścia lat badając rozmazy krwi, doszedł do podobnych wniosków, co doktor Blank. Gdy podzielił się swoimi refleksjami z przełożonymi, został nie tylko wyśmiany, ale i „w nagrodę” przeniesiony na prowincję. No i słuch po nim zaginął…

I tym przykładem podłości konwencjonalnej medycyny ja z kolei zakończę tę notkę…