Muskularni długowłosi mężczyźni

Zaczęło się od ostatnich notek, na które narzekają niektórzy co wrażliwsi Czytelnicy. Właściwie, to pojęcia nie mam, dlaczego marudzą. Przecież czytają a to o robaczkach jakichś ślicznych, a to o urokliwych chorobach skórnych, a to o pełnych wdzięku zmianach patologicznych tu i ówdzie. Niech tam jednak. Dzisiaj będzie coś piękniejszego. Znacznie piękniejszego. A skoro piękniejszego, to na tym świecie może to być tylko jedno.

Muskularni długowłosi mężczyźni.

Oraz muzyka, którą tworzą.

Dawno temu, przy okazji słuchania płyt ulubionych wykonawców i oceniania tychże, wymyśliłam sobie kategorię pod tytułem: płyta idealna. Płyta idealna jest czymś, co występuje w przyrodzie niezwykle rzadko (ku memu żalowi), a charakteryzuje się tym, że nawet przy największym staraniu nie można znaleźć na niej niczego słabego. Wszystkie kawałki są znakomite, żaden nie jest gorszy, marny, niedopracowany. Ich układ jest doskonały, a więc nie sposób wybrać czegokolwiek na jakieś idiotyczne plejlisty – przeciwnie, jedyna możliwa „playlista” to ta, którą stworzył sam artysta. A w dodatku płyta musi mieć w sobie jeszcze coś. Coś trudnego do określenia, powiew czy tchnienie geniuszu, coś, co łączy w sobie wszystko, co artysta zaplanował i chciał przekazać, a co sprawia, że płyty słucha się na kolanach. A jednocześnie, ale zupełnie not least, słychać w tym wszystkim pewną lekkość, ironię, kpinę, dystans, poczucie humoru. A gdzież szukać tego wszystkiego w muzyce, jak nie w metalu, zwłaszcza u tych wykonawców, których dzieła pełne są fascynacji satanizmem, okultyzmem, przemocą i śmiercią.

Mam parę takich płyt idealnych, dałoby się je policzyć na palcach obu rąk. Ale z wiekiem (zapewne na zasadzie: paaanie, kiedyś to były czasy, nie to co teraz ta dzisiejsza młodzież...) tracę nadzieję, że zdarzy mi się usłyszeć coś takiego. Myślę sobie, że muzycy, których uwielbiam, starzeją się i zmieniają. Łagodnieją i tępi im się pazur. I nawet jeśli nagrają coś nowego, i nawet jeśli nie jest to złe, to nie jest również idealne, perfekcyjne i doskonałe.

A jednak czasem się zdarza.

Można tę płytę opisać informacyjnie i zwięźle. Ostatni krążek zespołu Danzig. Deth Red Sabaoth. Dziewiąty w ogóle. Pierwszy od sześciu lat, a więc potwornie długo wyczekiwany. Na świecie pojawił się w drugiej połowie czerwca. I tak dokumentnie zaczarował i oczarował piszącą te słowa, że od tego czasu nie słucha niczego innego. Nigdy nie była tak długo muzycznie wierna jak teraz, w stosunku do tej płyty. I końca na razie nie widać.

Można tę płytę opisać tak, jak to zrobił serwis Blabbermouth: The 11-track collection, penned by Danzig, is laced with Glenn’s lycanthropic growls and blues-infected wailing. Co oznacza, że Glenn Danzig – mózg, dusza, serce, spiritus movens i twarda ręka zespołu – jest w fenomenalnej formie wokalnej. Jakby czas go nie dotknął, jakby nie było tych lat, które upłynęły od Danzig II: Lucifuge.

Można ją opisać w ten sposób: dark, haunting and seductive themes, memorable hooks and a solid, warm sound that balances violent musical aggression with a doom-heavy melancholy feeling and still holds the power to seduce listeners to the dark side. Czyli to, w czym Danzig jest najlepszy. A rewelacyjna forma Glenna Danziga nie skończyła się bynajmniej na wokalu, lecz obejmuje także kwestie kompozycji, instrumentacji, interpretacji, aranżacji (czy czegoś tam), a także autorstwa tekstów.

Rację będzie także miał ktoś, kto powie, że od pierwszej usłyszanej nuty (aż do najostatniejszej) płyta budzi jego podziw i zachwyt. Od rozpoczynającego krążek Hammer of the Gods – brutalnie i metalowo walącego między oczy, ale i punkowo zadziornego kawałka, w którym jednakowoż nie brakuje rycerzy, błyskawic i szczerzącej się w uśmiechu śmierci. Przez The Revengeful, z nawiedzoną gitarą i genialnie zaśpiewanym refrenem. Przez przepiękne i uduchowione inaczej (czytaj: szatańskie) Rebel Spirits, gdzie gitara zachowuje się tak, jakby do reszty opętały ją tajne bractwa i latanie na nietoperzowych skrzydłach. Przez nieprzyzwoicie erotyczne, gorące, powolne, oparte niemal wyłącznie na hipnotyzującej sekcji rytmicznej Black Candy. Przez autoironiczne, pełne wdzięku i smętne On a Wicked Night. Przez doskonale proste i eleganckie Deth Red Moon, z wokalem à la właśnie budzący się w kolejnym wcieleniu demoniczny Presley. Przez cudownie sarkastyczne Ju Ju Bone, tym razem już z pełną wyrazu mroczną reinkarnacją Presleya w postaci kogoś, kogo krytycy muzyczni nazywają czasem evil-Elvis. Przez melancholijne i oszałamiające Night Star Hel, podobne do tych długich, granych jak w narkotycznych odlotach utworach z lat siedemdziesiątych, gdzie instrumenty niemalże dominują nad stłumionym, choć aż wibrującym z emocji wokalem. Wreszcie przez dwuczęściowe Pyre of Souls, gdzie część pierwszą stanowi delikatna i subtelna wokaliza, w której czai się i narasta szaleństwo, a po niej następuje kawałek właściwy (Pyre of Souls: Seasons of Pain) – już nawet nie erotyczny jak Black Candy, ale emanujący bezwstydnym seksualnym napięciem, demonicznym w dodatku, niepokojącym i drażniącym. Aż do zamykającego płytę szatańsko wyzywającego słodkiego, uwodzicielskiego, czarującego Left Hand Rise Above.

I można o tej płycie powiedzieć, że jest przedziwnie zrealizowana (co zresztą fanom rzuciło się w uszy od razu). Raz, że Glenn Danzig podkreślał w wywiadach, iż koniecznie chciał uzyskać owo specyficzne brzmienie z lat siedemdziesiątych. W tym celu używał do nagrań oryginalnego sprzętu z tamtych lat. Nie znam się, więc trudno mi powiedzieć, czy akurat to ma znaczenie, czy raczej nie jest tak, że ten sam efekt można osiągnąć na dzisiejszych komputerach. A dwa – znaczenie natomiast na pewno ma niewyrównywanie głośności dźwięków na płycie metodą walca drogowego (taka z umiarem stosowana kompresja dynamiki nie cieszy się obecnie popularnością w studiach nagraniowych). Dzięki temu na Deth Red Sabaoth posłuchać można rzeczywiście żywego wokalu – zawsze pięknego i ciepłego (to zasługa Glenna w ogóle), ale tak rozmaitego, jak rozmaicie mówi człowiek: cichego tam, gdzie potrzeba subtelności; gwałtownego, kiedy to jest niezbędne.

I jeszcze jedno można powiedzieć, może już nie o samej płycie, a raczej o głównym jej bohaterze (skoro miało być o muskularnych długowłosych mężczyznach). Ale ponieważ jestem kobietą – a te, jak wiadomo, nie są wzrokowcami, zupełnie nie zwracają więc uwagi na fizyczność mężczyzn, nie przyglądają się im, nie oceniają, nie zachwycają się… w ogóle nie patrzą w ten sposób – to nie powiem może, że czas jednak leci. I że Glenn Danzig przestał wyglądać jak młody bóg. Zawsze można napisać przecież, że muzyka wynagradza wszystko (a ta ostatnia płyta robi to w dwójnasób co najmniej). Oraz można przecież pooglądać sobie starsze (albo młodsze?) zdjęcia – o, jak to na przykład. Nie zamieszczę go tutaj, bo nie chcę wylizać na wylot monitora mojego komputera. Zwłaszcza że to pracowy.

Polecam gorąco. Wylizywanie niekoniecznie, ale płytę na pewno.

Advertisements

8 uwag do wpisu “Muskularni długowłosi mężczyźni

  1. „Zaczęło się od ostatnich notek, na które narzekają niektórzy co wrażliwsi Czytelnicy. Właściwie, to pojęcia nie mam, dlaczego marudzą. Przecież czytają a to o robaczkach jakichś ślicznych, a to o urokliwych chorobach skórnych, a to o pełnych wdzięku zmianach patologicznych tu i ówdzie. ” A czy mogłabyś napisać o candidzie ? oczywiście o prawdziwym zakażeniu grzybem, które występuje czasami u ludzi i które się leczy. Bo brakuje mi argumentów i wiarygodnych źródeł w sporach ze zwolennikami altmedu. Czytałam oczywiście wpis barta na ten temat, ale on się skupiał jednak na idiotyzmach typu rozszczelnione jelito. Pozdrawia wierna czytelniczka.

  2. Płyta rzeczywiście jest przednia, porównywalna moim zdaniem do pierwszych czterech, choć mi osobiście brakuje jednak Johna Christa na gitarynce, wtedy było jednak bardziej bluesrockowo, chyba bardziej posępnie. No i brak mi kawałków typu Bodies. Ale i tak jest fajnie.
    A co do płyt idealnych – z okazji rocznicy wydania zagościło u mnie w uszach ponownie Rust in peace znanego i lubianego zespołu Megadeth. No i czym dłużej słucham, tym bardziej chcę więcej. Płyta jest idealna. Od mocnego początku Holy Wars i Hangar 18, dalej kolejny kop w postaci Take no prisoners, potem minimalne złagodzenie i lżejszy temat w Five Magics, Poison was the cure i Lucretii. No i dochodzimy do jednej z najlepszych (jeśli nie najlepszej) piosenek Megadeth – Tornado of Souls. Istny popis wirtuozerii gitarowej, genialna solówka, to trzeba usłyszeć. I gdy tak czlowiek leży kompletnie rozwalony tym kawałkiem i słucha kojącego, spokojnego Dawn patrol, to spodziewa się, że to już koniec. Ale nie! Następuje kolejny kop w zad pod postacią Rust in peace … Polaris. Pełen energii, dobijający całkiem słuchacza utwór. Ostatnio wyszło dvd/blurej z zapisem koncertu rocznicowego, polecam.

  3. Ja chyba muszę tę płytę obczaić :)

    Ale nie obejdzie się bez narzekania — jak piszesz o chorobach skóry i robakach, to w notkach są zdjęcia :P

  4. No i jeszcze mała rzecz – zawsze staram się oddzielić muzykę Danziga od jego wypowiedzi. Tu jest link do dosc oryginalnych poglądów tego pana na temat leczenia raka – http://www.viceland.com/int/v17n5/htdocs/glenn-danzig-422.php?page=3
    „Chemo radiation will kill you, and it’s not the way to heal your body from cancer. You need to make your body stronger. Your body has natural things that fight off diseases. Cancer is just cells deteriorating more rapidly than your body can heal and fight it. So you have to find out what that imbalance is. Doctors are too busy writing scrips that they get kickbacks on and charging you hundreds of thousands of dollars for chemo.” – to tak odnośnie medycznych tematów na blogu.

  5. „blues-infected”

    Jestem Danzig-infected. Grrrrrrr mmmrrrrrrr i wwwwrrrrrrrrr. Na ta porę roku jest świetny i robi mi lepiej niż grypa :)

  6. @ Magdalaena
    Candida mówisz? Spróbuję. Wrzucam to na listę, która rośnie i rośnie, i nie chce się zmniejszać :-)

  7. @ Okrazek

    Płyta rzeczywiście jest przednia, porównywalna moim zdaniem do pierwszych czterech

    Ja nawet uważam, że lepsza. Zawsze porównuję z Lucifuge, bo dla mnie to był zawsze absolutnie numer 1.

    mi osobiście brakuje jednak Johna Christa na gitarynce, wtedy było jednak bardziej bluesrockowo, chyba bardziej posępnie

    O, tu się zgadzam. Christ, i w ogóle cały tamten skład to było coś niepowtarzalnego. Choć przyznam, że wg mnie tym bardziej Danzig zrobił dobrą robotę na tym krążku. Bez tamtych ludzi, a jednak jest super.

    Rust in peace

    Megadeth bardzo cenię (i za polecany koncert dziękuję), nie mam jednakowoż wśród moich płyt idealnych żadnej tej kapeli. Chociaż pewnie Rust in Peace, albo Countdown to Extinction, albo nawet United Abomination byłyby dość blisko. Ale one nie są równe, to jest mój problem z Megadeth, także z ostatnim krążkiem. I zostaje mi tylko słuchanie składanek :-).

    A do do Danziga wygadującego głupoty. Jasne, że pojechał po bandzie, choć wyraźnie widać, że wynika to z jakichś osobistych doświadczeń z lekarzami. Oraz że w całym tym zalewie altmedowych bzdur zdarzyło mu się powiedzieć coś istotnego. No i ważne jest to, że on nie wypowiada się jako ekspert – ot, przekazuje tylko swoją opinię. Nie żebym go specjalnie usprawiedliwiała, ale już przyzwyczaiłam się do tego, że nawet moi ulubieni artyści czasem tak bredzą, że aż przykro słuchać. Jak widać, nawet jeśli ktoś ma talent i urodę, niekoniecznie musi zaraz grzeszyć inteligencją :-P. A jeszcze poważniej mówiąc, w tym stosunku niektórych (albo wielu) Amerykanów do nauki widzę pewien konkretny problem, którym mam zamiar (nieudolnie zapewne) zająć się w kolejnej notce.

  8. @ Ray
    Ciebie to naprawdę trudno zadowolić :-P
    Zdjęcia, zdjęcia – wstydź się, nie pomyślałeś nawet o tych moich biednych, zmaltretowanych i zmolestowanych monitorach :-). A na linkę też można kliknąć, nespa?

    @ Riffe
    Danzig jest świetny na wszystkie pory roku, i w ogóle na wszystko ;-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s