Miesiąc: Październik 2010

Gwoździem w mosznę, czyli jak wyleczyć się z łupieżu

Okazuje się, że przy pomocy klawiterapii można wyleczyć się z łupieżu. Oraz z plaki i neuropaji włókna nerwowego.  Zacznijmy jednak od początku.

Klawiterapia to:

metoda odruchowa – biocybernetyczna (nieinwazyjna), skórno – wewnętrzna w resocjalizacji i rehabilitacji psychologicznej i neurofizjologicznej. […] Reguluje prądowe potencjały własne i wzbudza utracone przewodnictwo sygnałów nerwowych, stanowiące z zaburzoną morfologicznie, hormonalnie i chemicznie krwią, przyczynę podatności a nawet zapaści enzymatyczno – metabolicznej na poziomie endogennym – subkomórkowym. Klawiterapia działa odtruwająco i oczyszczająco w organizmie człowieka. Klawiterapia reguluje w kilka dni układy: nerwowy, trawienny, wegetatywny, enzymatyczny i hormonalny dla pełnej odbudowy krwi, którą wywołuje się samozdrowienie w holistycznym usprawnianiu cierpiącego i niepełnosprawnego człowieka. Zabiegi wykonuje się klawikami (klavus – gwóźdź) lub znanymi patyczkami do szaszłyków i wykałaczkami (mają atest Zakładu Higieny).

Och, jak pięknie. I to utracone przewodnictwo, i zaburzona krew, i odtruwanie, a w dodatku szaszłyki i wykałaczki. Choć prawdą jest, że najlepiej robić to po prostu gwoździkami. Specjalnymi gwoździkami, którymi nakłuwa się człowieka tu i ówdzie (a zwłaszcza wszędzie), lecząc go z łupieżu, który jest oznaką poważnej choroby nerwowej. Nieinwazyjnie oczywiście.

Jak wiemy ludzkość na przestrzeni wielu setek tysięcy lat w procesie antropologicznego formułowania się, pod wpływem w/w doświadczeń warunkowała się psychogennie a powtarzające się owe doznania wykształciły także bardzo precyzyjne „mechanizmy” molekularne czynniki endogenne i submolekularne sterowniki biocybernetyczne w fizjologicznej odporności swoistej, immunologicznej w samo naprawie zaburzeń psychologicznych, nerwicowych psychosomatycznych, infekcyjnych, także zakaźnych.

Nie wiem o co tu biega, ale mądrze brzmi. Chyba chodzi o to, że ta ludzkość na przestrzeni lat odkryła jakieś sposoby radzenia sobie z czymś. Jednym z tych sposobów było drapanie się. Do krwi, żeby było weselej skuteczniej. A potem drapano się już nawzajem. I czochrano po śledzionach (oraz lizano, ekhm, po migdałkach), żeby zaktywować układ chłonny. Wszystko przez ciężkie warunki egzystencjonalne.

Jeśli ludzie w procesie formułowania się na przestrzeni setek tysięcy lat mieli bardzo trudne warunki egzystencjonalne i występowały np. jakieś swędzenia to odczuwali nieodpartą potrzebę drapania się a nawet czochrania, wówczas człowiek wywoływał bardzo staranne dokrwienie, aktywował wszystkie rodzaje receptorów, układ nerwowy, wiele punktów akupunkturowych biologiczne czynnych, aż po aktywację na poziomie submolekularnym. Aktywował także układ chłonny.

Co doprowadziło twórcę klawiterapii do wykombinowania, że brutalniejsze czochranie będzie skuteczniejsze (no pewnie).

W drodze dalszych dociekań, badań i eksperymentów empirycznych doszedłem do wniosku, że jeśli będę stymulował, podrażniał powierzchnię skóry cierpiącego lub niepełnosprawnego człowieka odpowiednio dostosowanymi narzędziami nad włóknami nerwowymi i na skórze głowy oraz nad narządami objętymi dysfunkcją to wywołam bardzo staranne przekrwienie nie tylko poziomu endogennego dermatomu, skóry i tkanki łącznej.

O właśnie. Stymulacja oraz drażnienie, których skutkiem jest staranne przekrwienie? Każdy byłby za.

Uzasadnienie naukowe klawiterapii jest bardzo naukowe:

Obecnie nauka przy pomocy najnowszego mikroskopu elektronowego i przystawek elektronicznych w biologii submolekularnej uzyskuje obraz w spektrum subkomórkowym powiększony do 3.000.000 razy. To pozwoliło zliczyć i ustalić, że we wszystkich poziomach endogennych poprzez sterowanie programowe DNA i RNA produkowanych jest 3.000.000 czynników endogennych, stanowiących o wysokiej holistycznej sprawności fizjologicznej organizmu, a w tym optymalnej odporności swoistej, immunologicznej człowieka (badania prowadzono na bardzo zdrowych organizmach,  sportowcach i kandydatach do lotów kosmicznych). To jest fascynujące, że w bardzo zdrowym organizmie w krwi obwodowej krąży 3.000.000 różnych czynników endogennych, a w tym niespełna 90.000 różnych rodzajów przeciwciał, którymi można szybko i skutecznie zwalczać różne infekcje, także zakaźne (wirusy, bakterie, mikroby, grzyby, markery – białka karcerowe). Ponadto ustalono z wysokim wskaźnikiem prawdopodobieństwa w analizie submolekularnej rozmazu krwi, że we wszystkich poziomach endogennych, DNA i RNA w każdej komórce steruje także programowo produkcją różnych przekaźników neurochemicznych i neurotransmiterów, a doliczono się ich około 10.000.000, przeznaczonych dla poszczególnych rodzajów czynników endogennych w biocybernetyce. Natomiast nauka medyczna w praktyce klinicznej na co dzień posługuje się wiedzą około 300 czynników endogennych takich jak: interferon, cytokiny, dopełniacze, endorfiny, itp. – Wiadomym jest, że np. mielina, mówiąc językiem potocznym izolacja włókna nerwowego i mózgu jest budowana m. in. z interferonu (mediatora) i dwoch lipidów. Jeżeli przez dłuższy czas wystepuje z jakiegoś powodu niedokrwienność w określonej strefie mózgu lub w okolicach nerwowych włókien obwodowych, to nie ma bieżącej pełnej agregacji w/w czynników endogennych regenerujących mielinę. I wówczas w miejscach ubytku mielinowego przez osłabioną izolację następuje częściowa ucieczka nerwowych sygnałów w chemie morfologiczną.

A wtedy taki klawiterapeuta chwyta gwoździkiem niegrzeczną uciekającą w chemię morfologiczną mielinę, przybija ją młoteczkiem submolekularnym do nerwów, nie powstają wówczas plaki i ten sposób leczy się pacjenta z łupieżu, który jest tylko symptomem czegoś znacznie straszniejszego.

A gdy w określonym miejscu w mózgu utrzymuje się długotrwałe niedokrwienie, to bywa całkowity ubytek mieliny z powodu braku agregacji interferonu i lipidów, a sygnały z konkretnego ośrodka w mózgu uciekają hiperintensywnie, co jest mierzalne diagnostycznie MRI w formie plak (fr. plaque). Na przykład: jeśli plaki są w paśmie motorycznym wzdłuż bruzd bocznych mózgu, nad ośrodkiem odpowiedzialnym za układ piramidowy kończyny dolnej to oczywistym jest, że latencja końcowa nerwowych potencjałów własnych będzie wyraźnie osłabiona lub nawet całkowicie wyłączona, w stanie bez możliwości wykonania ruchu. Wówczas nad miejscem plaki na skórze głowy, gdzie uciekają hiperintensywne sygnały obkurczające naczynia włośniczkowe, pojawia się zapaść enzymatyczno-metaboliczna, a z czasem powstaje martwa tkanka skórna i punktowo ujawni się intensywny łupież bez infekcji skóry. Nad plaką w dermatomie nastąpi z powodu ucieczki sygnałów z konkretnego ośrodka w mózgu całkowita zapaść enzymatyczno-metaboliczna, martwa skóra ze złuszczającym się łupieżem.

Klawiterapia nie ogranicza się oczywiście do leczenia z łupieżu:

Warto także wiedzieć, że potrafię aktywować klawiterapia korę gruczołów nadnerczy w produkcji kortyzonu oraz opanowałem umiejętność biocybernetyczną aktywacji kortyzonu znajdującego się w krwi obwodowej, który jest najdoskonalszym hormonem dla przemiany materii na poziomie subkomórkowym.

Niestety, niektórzy podli lekarze nie doceniają wkładu klawiterapii we współczesną medycynę oraz terapię. Na pewno dlatego, że mają komercyjnie uzależnione kompleksy niedowartościowania osobowości. Oraz należą do tajnej inkwizycji bez nanoradiostacji biocybernetycznej.

Natomiast prymitywne złośliwości ośmieszające klawiterapię w WYKONANIU prof. Krzysztofa Selmaja, kierownika Katedry Neurologii na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi, który raczył skompromitować się i napisał w internetowym Biuletynie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, cytuję …klawiterapia polega na tym, że kładzie się pacjenta chorego na stwardnienie rozsiane na łożu z gwoździami i uciska się. Żeby zorientować się na czym polega metoda klawiterapii wystarczy otworzyć w/w stronę internetową i tam jest wszystko opisane. – Boże chroń pacjentów i studentów przed takim nieuczciwym lekarzem, nauczycielem i wychowawca z kompleksami niedowartościowania osobowości.

Metody te są niedoceniane, często lekceważone, a nawet ośmieszane i bezwzględnie niszczone tajną inkwizycją, przez niektórych, KOMERCYJNIE UZALEŻNIONYCH, ZNANYCH I UTYTUOWANYCH AUTORYTETÓW(?), PSEUDO HUMANISTÓW MEDYCZNYCH, których generalną i intymną ideą jest drogie, mało skuteczne, często szkodliwe (skutki uboczne), ale bardzo dochodowe leczenie farmakologiczne najnowszą generacją leków, które z reguły są bardzo drogie i nie mają tropizmu molekularnego tzw. nanoradiostacji biocybernetycznej (są „ślepe”, nie są zdolne do samonaprowadzania się i agregacji w miejsca z zaburzoną funkcją w organizmie oczekujące pomocy, a ponad to pogłębiają niewydolność samoobrony immunologicznej organizmu).

I słusznie, należy piętnować takich pseudo humanistów medycznych z intymną ideą. Klawiterapia może być bardzo skuteczna, a jaka milutka w dodatku. Wiadomo – tylko mięczakom odrobina bólu jest straszna. A tak naprawdę chodzi o zdrowe SM (no przecież). Każdemu jego porno, nieprawdaż.

Wszystko to powoduje, że skuteczność klawiterapii jest nieporównanie większa od skuteczności akupunktury i pozostałych składowych refleksoterapii z osobna i razem wziętych. Istotne jest też totalne wykorzystanie w klawiterapii całej skóry – łącznie z moszną, która ma ścisły związek z korą mózgową, i prąciem mającym związek z workiem oponowym i rdzeniem (wg F. Barbasiewicza), a u kobiet z wargami sromowymi, wzgórkiem Wenery, projekcją na skórze podbrzusza nad jajnikami. W miejscach bardziej intymnych pacjenci sami wykonują zabieg.[…]Klawiterapia jest niezwykle skuteczna w chorobach układu nerwowego, np. stwardnieniu rozsianym, i niezwykle obiecująca w stwardnieniu bocznym zanikowym, niektórych chorobach nowotworowych, skoliozach, alergii, chorobach psychosomatycznych.

Ochh.

Chociaż właściwie to nic nowego, że moszna ma związek z korą mózgową. A już na pewno prącie z wargami sromowymi. Powszechnie wiadomo, że projekcja tego związku budzi silne przekrwienia, leczy zaburzenia submolekularne krwi oraz hiperintensywne sygnały zapaści metabolicznej. A i łupież znika. Nie mówiąc o skoliozie.

Śmichy-chichy jednak na bok. Jeśli ktoś jest zdrowy, może pomyśleć sobie – e tam, mnie to nie dotyczy. Jeśli chory – będzie gnał w uzbrojone w gwoździki objęcia klawiterapii celem uzyskania przekrwień w mosznie. Powiedzmy sobie jednak otwarcie – sprawa dotyczy nas wszystkich. Czy klawiterapia to tylko metoda lecznicza? Ależ skąd. To jest medycyna holistyczna, wszystko jest ze sobą powiązane. Bowiem:

Uwaga!!! W 2011 roku, przewiduje się burzę wiatru słonecznego o silniejszej skali od tej, która miała miejsce 1853 roku. […] Najnowsze badania i prognozy NASA (discawery) w tym zakresie przewidują, że wszystkie tranformatory przesyłowych lini energetycznych ulegną spaleniu a odbudowa ich zajmie czas nawet do 10 lat. […] Transformatory będą spalone potężną energią wiatru słonecznego. Zasoby energetyczne różnych agregatów pozwolą utrzymać zasilanie energetyczne na kilka dni. Dystrybutory paliw bedą nieczynne. …i co dalej jak nie będzie prądu elektycznego? Wrócimy na kilka lat do lampy nawtowej. W tym czasie nie będzie wody zdatnej do spożycia, albowiem woda w zbiornikach retencyjnh, z powodu braku dotlenienia ulegnie zainfekowaniu bakteriami. Nieczynne będą banki, poczta, chłodnie, lodówki, sklepy, kasy itp. Nie będzie gazu. Kanalizacja nie czynna. Nie bedzie wywozu śmieci. Nie będzie komunikacji drogowej, kolejowej, lotniczej i morskiej. W dzień tyko nad terytorium USA jest około 4.500 samolotów i helikopterów w jednym czasie w powietrzu. Natomiast nad Europą w o godzinie 12.00. jest około 4000. Razem na całym świecie w dzień jest w powietrzu około 17.ooo samolotów i helikopterów. Cała ta flotyla lotnicza będąca w powietrzu może mieć wyłączone silniki i może ulec awarii, spadnie. Będą unieruchomione windy. Całkowicie nieczynny bedzie internet i elektroniczne przetwarzanie danych. Zarządzanie stanem kryzysowym, kierowanie, dowodzenie będzie niemożliwe. Stanie produkcja i dystrybucja leków. Stanie wszelka produkcja w przemysle. Nie będzie operacji chirurgicznych. Nie czynne pogotowie ratunkowe. Straż, policja itp. Służby. Nie będzie prasy, radia i telewizji. Bród, smród, …sodoma i gomora. …i co wtedy biedny, kruchy i zarozumiały człowieku? …jak zadbasz o swoje zdrowie, gdy nie będzie przez kilka lat prądu elektrycznego?

No? Zarozumiały człowieku? Pseudo humanisto medyczny, tajna inkwizycjo bez nanoradiostacji? Co zrobisz, kiedy samoloty spadną ci na głowę, w zbiorniku zalęgną się bakterie, lampa nawtowa zacznie niepokojąco migotać, internet się skończy, a z brody swej skończysz zmywać brud? Trzeba wrócić, głupcze, do klawiterapii. Ona jest jedynym lekarstwem na wszystko. Bo te samoloty, lampy nawtowe, brody, brak kanalizacji oraz sodoma to jest po prostu neuropaja włókna nerwowego. A za nią idą porażające spustoszenia.

Uwaga!!! Warto wiedzieć, że w organiżmie ludzkim dzieją się równie porażające spustoszenia, gdy nastąpi neuropaja jakiegoś włókna nerwowego, zawiadującego bioprądem z mózgu jakiś narząd, funkcję lub dowolną strukturę morfologiczną w organizmie. […]

Regulację nerwowych potencjałów własnych i wzbudzenie utraconego przewodnictwa sygnałów nerwowych (bioprądów), możemy z łatwością odbudować metodą klawiterapii, a nawet wywołać regenerację, przywrócić sprawną funkcję i zlikwidować zmiany nowotworowe.

A odbudowujcie, likwidujcie i przywracajcie. Gwoździkiem w oko i gwoździk na drogę. May the neuropaja schwartz be with you.

Otóż jest i będzie książka klawiterapia i atlas klawiterapii, której wiatr słoneczny nie zniszczy, wykałaczki i patyczki do szaszłyków, którymi można będzie się ratować w profilaktyce zapobiegania chorobom i skutecznym leczeniu w zaburzeniach psychosomatycznych i infekcyjnych. W związku z powyższym pilnie proszę o pomoc w nowej edycji książek klawiterapia i atlas klawiterapii, w dystrybucji i szkoleniu ludzi na użytek własny w 1.100 jednostkach chorobowych, a także na jednostki chorobowe, na które nie ma jeszcze skutecznych leków, i to w stanach ekstremalnych, nadzwyczajnych wywołanych następstwami przewidywanej burzy wiatru słonecznego. 

O cholera…

Jakby Haitańczykom było mało, jeszcze i cholera musiała się u nich pojawić. A wydawało się, że są bezpieczni, bo – wbrew niektórym opiniom – akurat cholery nie spodziewano się na tym terenie. Nawet po styczniowym trzęsieniu ziemi. Owszem, wiadomo było, że po tej katastrofie pojawi się więcej różnych schorzeń, w tym biegunkowych, ale nie cholera. Zdaniem specjalistów bowiem, żeby doszło do wybuchu epidemii tej choroby, muszą być spełnione dwa warunki. Pierwszy – musi stać się coś, co bardzo pogorszy stan higieny w społeczności (jak trzęsienie ziemi na przykład), przez co duża grupa ludzi będzie narażona na zakażenie, ale i drugi – cholera musi być obecna w populacji. Tymczasem cholery w Haiti nie notowano od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Skąd się więc teraz tam wzięła – na razie nie wiadomo. Wiadomo za to, że w chwili obecnej warunki dla wybuchu epidemii są niestety spełnione. Dzisiejsze doniesienia mówią, że zmarło już ponad 250 osób, a zachorowało ponad trzy tysiące – choć z uwagi na prawdopodobnie liczne przypadki bezobjawowe, liczba zakażonych wynosić może nawet 12 tysięcy.

ResearchBlogging.org

Cholera jest ostrą chorobą biegunkową, wywoływaną przez przecinkowce cholery Vibrio cholerae. Vibrio cholerae jest bakterią Gram-ujemną, ruchliwą, zakrzywioną

(Vibrio cholerae, serogrupa O1, elektronowy mikroskop skaningowy, stąd)

i wytwarza enterotoksynę odpowiedzialną za objawy choroby. W uproszczeniu mechanizm wywołania objawów wygląda tak, że toksyna wiąże się  w jelicie z receptorem nabłonkowym GM1, powodując aktywację cyklazy adenylanowej, co z kolei powoduje ciągłą produkcję cyklicznego AMP. Skutkiem ciągłej produkcji cAMP jest aktywacja kanałów chlorkowych, a to wywołuje wzmożoną sekrecję chlorków oraz uwalnianie dużych ilości wody do światła jelita. Wszystko to objawia się obfitą wodnistą biegunką, czasem z wymiotami i skurczami mięśni. W przebiegu cholery charakterystyczny jest wygląd kału biegunkowego, który przypomina zmętniałą wodę („wodę po płukaniu ryżu”) oraz przejawy silnego odwodnienia w postaci pomarszczonej i zwiotczałej skóry („ręka praczki”).

(Zdjęcie stąd)

Ponieważ biegunka jest obfita, szybko dochodzi do odwodnienia, wstrząsu i zgonu (nawet w ciągu kilku godzin od wystąpienia objawów). Śmiertelność nieleczonej cholery wynosi ponad 50%. CDC szacuje, że rocznie na świecie choruje około 3 -5 milionów ludzi, a umiera  z powodu cholery grubo ponad sto tysięcy osób, przede wszystkim w Azji i Afryce.

Uważa się, że 75% zakażeń jest bezobjawowych. Zakażone osoby wydalają bakterie z kałem przez 1-2 tygodnie. Do zakażenia dochodzi na skutek spożycia zanieczyszczonej wody lub pokarmu. W czasie epidemii głównym źrodłem bakterii są odchody, stąd tak wielkie znaczenie ma prawidłowa higiena. Mało prawdopodobne jest zakażenie bezpośrednio od chorego.

Przyczyną choroby nie są wszystkie serotypy czy serogrupy Vibrio cholerae. Takich znanych serogrup (systematyka opiera się na oznaczeniu antygenu O ściany komórkowej bakterii) istnieje ponad 150. Tylko dwie z nich – O1 oraz O139 (czasem określana jako O139 Bengal) wywołują epidemie cholery. Częstszą przyczyną epidemii jest zdecydowanie serogrupa O1. W grupie tej wymienia się dwa biotypy – klasyczny i El Tor. Zakażenia biotypem El Tor charakteryzują się łagodniejszym przebiegiem, więcej także jest wśród nich infekcji bezobjawowych. Różne antygeny O obu serogrup nie wywołują odpowiedzi krzyżowej, co oznacza, że osoba zakażona grupą O1 nie będzie odporna na zakażenie grupą O139. Wiele innych serogrup V. cholerae, niezależnie od tego, czy produkują toksynę czy nie, również może być przyczyną schorzeń biegunkowych, ale nie będą to zakażenia epidemiczne.

W ciągu ostatnich 170 lat odnotowano sześć pandemii cholery, co wiązano przede wszystkim z zagęszczeniem ludności na pewnych terenach, marnym stanem higieny i brakiem dostępu do czystej wody. W chwili obecnej jesteśmy świadkami pandemii numer 7 – spowodowanej zresztą przez biotyp El Tor – która zaczęła się w 1960 roku w Indonezji, a potem rozprzestrzeniła się na inne kontynenty: w Afryce pojawiła się w 1971, a do Ameryki Południowej dotarła w 1991 roku. Natomiast serogrupa O139 nie jest aż tak rozpowszechniona, zakażenia powoduje w tej chwili głównie w niektórych rejonach Indii i Bangladeszu.

Leczenie cholery nie jest trudne. Polega na uzupełnianiu wody i elektrolitów drogą doustną, a w cięższych przypadkach dożylną. Szybkie uzupełnianie płynów jest skuteczne – po takiej terapii śmiertelność zmniejsza się do poniżej 1%. Antybiotyki (doksycyklina, ciprofloksacyna, amoksycylina) skracają czas trwania biegunki i łagodzą objawy. Szczepionki istnieją, ale zalecane są tylko w niektórych przypadkach, nie rekomenduje ich się nawet wszystkim osobom podróżującym w rejony endemiczne.

Za to zaleca się na tych terenach czynności mające na celu uniknięcie zakażenia. Są to: częste mycie rąk wodą z mydłem; picie wyłącznie gotowanej, chemicznie oczyszczonej lub butelkowanej wody (ze sprawdzeniem przed otwarciem, czy zakrętka jest nienaruszona), a rezygnowanie z wody z kranu czy kostek lodu w napojach; używanie takiej butelkowanej czy oczyszczonej wody również do przygotowywania posiłków czy mycia zębów; unikanie surowego czy niedogotowanego jedzenia (szczególnie owoców morza); jedzenie tylko takich owoców i warzyw, które samodzielnie można obrać ze skórki. Ogólna zasada: boil it, cook it, peel it or forget it obowiązuje.

Dodatkowo: tu jest wesoła animacja, pokazująca przebieg cholery.

Neilson AA, & Mayer CA (2010). Cholera – recommendations for prevention in travellers. Australian family physician, 39 (4), 220-6 PMID: 20372681

Pawlowski, S., Warren, C., & Guerrant, R. (2009). Diagnosis and Treatment of Acute or Persistent Diarrhea Gastroenterology, 136 (6), 1874-1886 DOI: 10.1053/j.gastro.2009.02.072

http://www.cdc.gov/cholera/

Kalifornijczycy, róbcie tak dalej

W nawiązaniu do jednej z poprzednich notek jest kolejna ofiara krztuśca w Kalifornii. Malutki dzieciak, który w swoim życiu miał prawdopodobnie po prostu pecha, że trafił na tak wspaniałych rodziców. Prawdopodobnie, gdyż w kontekście epidemii krztuśca w Kalifornii (i nie tylko) wspomina się, że brak szczepień u dzieci to nie kwestia niewiedzy rodziców czy ich ubóstwa. A przynajmniej nie tylko. Coraz częściej bowiem nie szczepią w Stanach rodzice zamożni, biali, dobrze wykształceni. Jak widać, znakomicie wykształceni na tyle, żeby powiedzieć – a po co szczepienia? Przecież niemożliwe, żeby choroby wieku dziecięcego były aż tak groźne. To tylko zua bigpharma chce nam wmówić niebezpieczeństwo, narazić nas na koszta przyjmowania tej niesłychanie ogromnej liczby szczepień, otruć tiomersalem, zarazić autyzmem, a w dodatku, zapewne w porozumieniu z rządem, powszczepiać nam jakieś czipy, kontrolujące nasze zachowanie. Nie damy się. Niech lepiej umrą nasze dzieci. Co tam, dziecko rzecz nabyta, zrobimy sobie kolejne. Ale nie odpuścimy. W końcu wiemy lepiej.

Na szczęście czasem idą po rozum do głowy. Straszne tylko, że zanim to nastąpi, za ich szaleństwa płacą dzieci.

Update z 17.01.2011 – neverending krztusiec story

Eradykacja księgosuszu

Epizootia (czyli epidemia u zwierząt) księgosuszu w Holandii (XVIII w.)  (stąd)

ResearchBlogging.org
Warto wspomnieć o kolejnym ogromnym sukcesie – nie medycyny tym razem, a weterynarii. Oraz szczepień na masową skalę, dzięki, tradycyjnie, międzynarodowej współpracy. Otóż z najwyższym prawdopodobieństwem udała się właśnie eradykacja księgosuszu. Informacja ta wprawdzie nie jest jeszcze ostatecznie potwierdzona, oficjalne oświadczenie wydane zostanie w przyszłym roku. Wygląda jednak na to, że udało się z księgosuszem zrobić to, co z ospą prawdziwą.

Księgosusz jest jedną z groźniejszych (jeśli nie najgroźniejszą) chorobą zakaźną (wirusową) bydła. Chorować mogą także inne zwierzęta (świnie, owce, kozy), także dzikie parzystokopytne, ale masowe zakażenia dotyczą przede wszystkim bydła domowego. Okazuje się, że wirus księgosuszu nie atakuje wszystkich wrażliwych gatunków z taką samą częstością. Dziko żyjące parzystokopytne (antylopy, guźce) nie stanowią rezerwuaru choroby, zakażenia u nich są zazwyczaj sporadyczne, i to najczęściej na skutek transmisji od domowego bydła.

Księgosusz znany jest lub był niemal na całym świecie. Niemal, gdyż wirusów nie notowano w Ameryce Północnej czy Nowej Zelandii. Za to przez wieki szalał w Azji, Afryce oraz Europie, wybijając całe stada (i prowadząc do klęsk głodu w ludzkiej populacji), bo śmiertelność wynosić może aż 90% (choć to zależy od konkretnego szczepu wirusa).

Wirus księgosuszu należy do rodziny Paramyxoviridae, rodzaju Morbillivirus (czyli tego samego, co wirus odry). Między zwierzętami przenosi się szybko, przez kontakt bezpośredni i bliski pośredni (przez zakażoną paszę czy wodę). Częsta jest droga kropelkowa, bo wirusy obecne są w dużych ilościach w wydzielinach z oczu, nosa i w ślinie (a także w moczu oraz kale) jeszcze przed wystąpieniem objawów klinicznych. Postać klasyczna księgosuszu ma cztery fazy. Pierwsza faza – to okres inkubacji (3-15 dni). Druga – to faza gorączkowa, z gorączką, przyspieszeniem akcji serca i brakiem apetytu. Trzecia – przebiega z martwicą błon śluzowych układu pokarmowego oraz z intensywną produkcją wydzielin (łez, śliny). Trwa 2-3 dni. Wreszcie czwarta – to faza jelitowa, objawiająca się bólami w jamie brzusznej oraz silną krwawą biegunką, co prowadzi do odwodnienia, a w konsekwencji do śmierci zwierzęcia w ciągu 8-12 dni. Czasem, dla łatwiejszego zapamiętania, księgosusz opisuje się jako chorobę czterech „D” – discharge, diarrhoea and dehydration, leading to death. Opisywano również łagodniejsze postaci choroby, a u innych zwierząt (np. świń) przebiegać może ona nieco inaczej.

W 1994 roku roku połączone siły FAO (Food and Agriculture Organization) i OIE (World Organization for Animal Health) ogłosiły program eradykacji księgosuszu (Global Rinderpest Eradication Programme). Wdrażano masowe szczepienia w wielu krajach, monitorowano ich skuteczność, sprawdzano, czy pojawiają się nowe zakażenia, oficjalnie wydawano kolejnym krajom zaświadczenia, że są infection-free. W tej chwili wiadomo, że ostatni naturalny przypadek choroby miał miejsce w 2001 roku. A w połowie 2010 roku FAO ogłosiła, że wirus księgosuszu wyeliminowany został w Europie, Azji, na Bliskim Wschodzie, na Półwyspie Arabskim oraz w Afryce. Jeśli to wszystko się ostatecznie i oficjalnie potwierdzi, będzie to pierwszy w historii przypadek eradykacji choroby zwierzęcej.

Update z czerwca 2011 – 25. maja OIE potwierdziła oficjalnie, że księgosusz uległ eradykacji: Paris, 25 May 2011 – The national Delegates of the World Organisation for Animal Health (OIE) Members declared today that rinderpest, one of the deadliest diseases of cattle and of several other animal species, is now eradicated from the surface of the earth.

Domenech, J., Lubroth, J., & Sumption, K. (2010). Immune Protection in Animals: The Examples of Rinderpest and Foot-and-Mouth Disease Journal of Comparative Pathology, 142 DOI: 10.1016/j.jcpa.2009.11.003

Matin, M., & Rafi, M. (2006). Present Status of Rinderpest Diseases in Pakistan Journal of Veterinary Medicine Series B, 53 (s1), 26-28 DOI: 10.1111/j.1439-0450.2006.01017.x

Materia składa się z niematerii, czyli wibrujące wibracje śmiercionośnych kolczyków

Czekało, czekało, aż się doczekało. Dzisiaj (dzięki miłej Czytelniczce) wszystkim zdrożonym, zacukanym i zafrasowanym przedstawiamy znakomite rozwiązanie wszelkich problemów (no nudne się to już robi, ale  dlaczego nie, skoro wszystkie te rozwiązania są coraz znakomitsze?). Nie tylko zresztą znakomite, a nawet zdumiewające – Energyzator Fioletową Energią (w skrócie VLE). Lecimy z tym koksem.

Rozwiązanie problemów wygląda zgoła niewinnie (jak wypisz wymaluj zwykła płytka z granitu czy innego kamienia, idealna do rytmicznego walenia się w główkę), ale wcale nie jest takie niewinne. Płytkę naładowano bowiem energią. Fioletową.

W wysokiej jakości granitowe płyty została wprowadzona specjalna Energia, która na fotografiach Kirilianowskich ma barwę fioletową.Energia ta jest Universalną Energią znajdującą się w całym Wszechświecie.

Czy ta fioletowa energia jest tak samo fioletowa jak fioletowy płomień? Dzięki któremu mistycy transformują się osobiście w złoto i jest z nimi spokój? (Dla mistyków Fioletowy Płomień jest marzeniem aby stransmutować ciało – magiczną alchemią – przemiany metalu w złoto w drodze osobistej transformacji).
A płomień ten jest również świetnym płynem do kąpieli oraz pod prysznic? (Fioletowy Płomień, który działa niczym mydło w czasie kąpieli usuwa substancje blokujące nasze cztery niższe ciała).
A także pali negatywną karmę oraz jest zasilaczem naszego układu immunologicznego?
No musi to być ten sam płomień, skoro: Fioletowy Płomień jest tym czynnikiem, który podnosi wibrację, wprowadza w komórki więcej światła. Płomień penetruje w strukturę atomową i ustawia bieguny między białym ogniem tego atomu, które jest negatywnym biegunem materii i białym ogniem Fioletowego Ognia – Duchem, który przyjmuje pozytywne pole. Polaryzacja atomu ognistego rdzenia Płomienia Fioletu stabilizuje i usuwa gęstą substancję pomiędzy elektronami atomu.

Wracając więc do fioletowych, tfu – granitowych płytek: są one naładowane tą niezwykłą fioletową energią.

Energia ta ma niebywale wysokie wibracje w skali Bovisa. Są one rzędu 530 000 jednostek w Płytce VLE oraz 850 000 jednostek w Krysztale Górskim VLE.

Co to jest skala Bovisa?

Francuski fizyk Antoine Bovis opracował swą skalę w latach 1930-tych podczas pracy nad Energiami w Piramidach Egipskich. Skala ta służy do pomiaru vibracji energii i ma zakres od zero do nieskończoności.Wibracje 6 500 uważane są za neutralne dla człowieka. Śmierć następuje około 4 000.

Fizyk? Hmmm… Ale co tam – nie bądźmy drobiazgowi. W końcu samo mierzenie skali Bovisa musi być ciekawe, a ile śmiechu przy tym (The unit of the Bovis scale has no known definition and isn’t in any way based on physics. The „measurement” consists of the dowser walking around the place with an object (like a pendulum, dubbed „biometer„) and declaring the Bovis number). Szczególnie chyba, kiedy coś wibruje z niskimi numerkami. No i pomiary na pewno pozytywnie wpływają na jelenia, który nabył kamienną płytkę (jedyne ponad dwieście coś złotych polskich, tanio jak barszcz).

Każda substancja wibruje w sposób dla siebie specyficzny. Np. czyste srebro ma wibracje 2 200, czyste złoto 8 800, czysty pallad 9 800.

W tych cyrkumstancjach padłam nagle martwym trupem. To moje śliczne (srebrne) kolczyki… I dalszej części notki nie będzie.

 
 
 
 
 
 

A może jednak będzie (porzućcie swe nadzieje), bo w końcu tu umarły tylko moje cztery niższe ciała (te, co to fiolotowy płomień je odblokowuje). Reszta ma się świetnie, a nawet – drogą osobistej transformacji – zaczynam wibrować i świecić. Jak złoto, eee, przykładem. Dobrym rzecz jasna.

Wszystko co istnieje we wszechświecie wibruje a to w jaki sposób wibruje powoduje w jaki sposób postrzegamy to naszymi zmysłami.

Najlepiej zmysłami postrzega się wibrowanie wibratora.

Zdrowy człowiek wibruje w zakresie 7 500 do 10 000. Ludzie uduchowieni od 40 000 do 250 000. Niektórzy nawet ponad 1 000 000.

Najlepszy dowód, że im wibratory niepotrzebne.

Już 100 lat temu fizyk kwantowy Max Plankt powiedział, iż materia składa się z niematerii. Jest to temat do głębszych przemyśleń.

A 200 lat temu znany ichtiolog Max Plankton powiedział, że wszystkie rybki śpią w jeziorze, tylko plankton spać nie może. Jest to temat do głębszych przemyśleń.

Nasza Dusza oraz wszystkie nasze inne ciała także wibrują. Im ktoś jest bardziej uduchowiony tym szybciej (wyżej) wibrują wszystkie jego ciała oraz Dusza. Wibracje te przenoszone są także na ciało fizyczne i mogą być zmierzone. Odzwierciedlają to zdjęcia Kirilianowskie Aury ludzkiej lub aury innych żyjących organizmów lub materii.

Ach, aura na zdjęciach kirlianowskich. Wreszcie jakiś dowód. 

Jak używamy Kamiennych Płytek VLE ?

Stawiamy mały kryształ górski , który znajduje się w komplecie w opakowaniu z Płytką , czubkiem do góry w dowolnym miejscu na Płytce VLE. Służy on do wzmocnienia wibracji Płytki VLE do ok. 850 000 gdyż on sam takie wibracje posiada. Możemy go także zabrać w podróż i wkładać pod talerz lub na talerz z jedzeniem w restauracji , itd. Możemy takze używać samej Płytki VLE ponieważ posiada ona identyczną Energię co kryształ i efekt jest ten sam.

Kładziemy surowy lub ugotowany pokarm na talerzu i talerz stawiamy na Płytce VLE na 1 lub 2 minuty przed jedzeniem. Pokarm taki możemy wstawić do lodówki a wibracje będą dalej podwyższone i nie znikną.

Używki takie jak papierosy , cygara , alkohol także kładziemy na parę minut na Płytce VLE i zaczną one inaczej wpływać na Nasz organizm. Prosze zobaczyć obok zdjęcie energii zwykłego papierosa i papierosa , który leżał na Płytce VLE przez 1 minutę.Widać wyraźnie ogromną różnicę. Papieros do tej pory bardzo dla nas negatywny (-10 w skali do + 10) zmienia się wręcz w pozytywny (nawet do +2)!

Głównym celem tej Energii jest zmiana wibracji substancji szkodliwych dla człowieka w taki sposób , że substancja szkodliwa dla człowieka staję się nieszkodliwą. Substancje takie jak papierosy , cygara , sól kamienna , żywność przetworzona , żywność stara i przeterminowana , alkohol mają mierzalną szkodliwość -10 w skali od -10 do + 10.

Np.Papieros z -10 przechodzi w +2 lub +3 ,sól z -10 przechodzi w +5 , podobnie cukier. Powyższe wyniki można potwierdzić w wieloraki sposób;badania radiestezyjne , biorezonans , osobiste doznania ludzi spożywających żywność z Płytek VLe przez 2 lub 3 tygodnie , zachowanie roślin podlewanych wodą , która stała na płytce VLE oraz fakt iż żywność zachowuje bardzo długo świeżość.

Brawo. Efekty są naprawdę rewelacyjne. Wrogie substancje przestają być wrogie i stają się przyjaznymi wibratorami (wszelkie bardzo nam wrogie substancje jak sól kuchenna , biały cukier , tytoń stają się przyjazne naszemu ciału wibrując inaczej), ludzie spożywający przeterminowaną żywność są zachwyceni (żywność przeterminowana nadal nadaje się do spożycia), rośliny – ach, tu efekt jest doprawdy zdumiewający (rośliny podlewane wodą z płytki VLE rosną gwałtownie), człowiek czuje się znakomicie (ciało potrzebuje mniej snu a sen jest bardziej treściwy; podczas ćwiczeń fizycznych nasze mięśnie pracują inaczej, lepiej, szybciej się regenerują), alergie mają się za to gorzej (alergie ulegają znacznemu zmniejszeniu lub likwidacji), a zwierzęta jedząc pokarm z płytki VLE stają się bardziej energiczne. Na końcu zaś, po trudach stukania się w głowę wibrującą płytką, można wreszcie wziąść kąpiel (wkładając mały kryształ górski do wanny na 20 minut przed kapielą energetyzujesz wodę w wannie aż do ok 500 000 bovis i mozesz wziąść niezwykle odświeżającą kąpiel). Należy tylko pamiętać o certyfikacie.

A jeśli, a jeśli komuś to za mało (chociaż oczywiście nie powinno być, bo nie ma jak granitowa płytka zastosowana jako wibrator, co każdemu powinno w zupełności wystarczyć) polecamy coś jeszcze innego. Dodatkowo. Niezawodny w użyciu masażer, który powoduje eksplozję endorfiny i poprawę zdolności myślenia, kiedy założy się go na przykład na kolano. W dodatku można nim masować inne części ciała, co wiąże się z przyjemnym mrowieniem na plecach. Same zalety. I jaki tani.

Ospa wieczna

ResearchBlogging.org

Ospa prawdziwa była wyniszczającą i okaleczającą chorobą wirusową, która nawiedzała i zagrażała ludzkości od tysięcy lat. Chorował na nią prawdopodobnie faraon Ramzes V, w Europie pojawiła się z powracającymi z krucjat, szalała w Europie w XVIII wieku oraz zalicza się ją do kategorii A czynników bioterrorystycznych (duża zakaźność, podatność ludzkiej populacji, trudnościw diagnostyce i leczeniu oraz duża śmiertelność – dotyczy to poważniejszej postaci ospy prawdziwej, tzw. ospy wielkiej – Variola major, przebiegającej z śmiertelnością około 30%).

Szczęśliwie (i teoretycznie, choć szanse na użycie wirusów ospy w wojnie biologicznej uznaje się za małe) można mówić o ospie prawdziwej w czasie przeszłym. Dzięki bowiem jednemu ze wspanialszych osiągnięć współczesnej medycyny (oraz międzynarodowej współpracy), czyli dzięki akcji masowych szczepień udało się ospę zupełnie wyeliminować (eradykacja) z ludzkiej populacji. Ostatni naturalny przypadek ospy prawdziwej miał miejsce w 1977 roku w Somalii. I po niedługim czasie uznano, że nie ma potrzeby szczepić wszystkich ludzi, tym bardziej, że szczepienie przeciw ospie jest niezbyt przyjemne i wiązać się może z poważnymi efektami ubocznymi. Akcję masowych szczepień zakończono ostatecznie na świecie w 1986 roku. W chwili obecnej wirusy przetrzymywane są, zgodnie z zaleceniem WHO, tylko w specjalnych laboratoriach na terenie USA i Rosji, a celem tego przetrzymywania są jedynie cele naukowe (choć podejrzenia, że ktoś jeszcze mógł na tych wirusach położyć łapę, istnieją). W związku z zagrożeniem bioterroryzmem cały czas prowadzone są badania nad opracowywaniem nowych, skuteczniejszych szczepionek oraz leków. Przygotowane są też plany postępowania w razie ewentualnego zagrożenia.

Po eradykacji ospy prawdziwej potencjalnie najgroźniejszym wirusem z rodzaju Orthopoxvirus (rodziny Poxviridae) jest wirus ospy małpiej (monkeypox). Wirus wygląda tak (zdjęcie stąd)

i u ludzi powoduje chorobę podobną do ospy prawdziwej, tyle że zwykle objawy są łagodniejsze. Ospa małpia przebiega z gorączką, bólami głowy i mięśni, a także pojawieniem się charakterystycznej wysypki, początkowo plamkowej, potem grudkowej, wreszcie w postaci krost. W odróżnieniu od ospy prawdziwej, w przebiegu ospy małpiej występuje także powiększenie węzłów chłonnych. Śmiertelność wynosi od 1 do 10% w krajach rozwijających się (a mniej w krajach bogatszych).

Wirus ospy małpiej znany jest od 1958 roku, kiedy to odkryto go u zwierząt laboratoryjnych (małp, jak nazwa wskazuje). W 1970 roku okazało się, że wirus ten może zakażać również ludzi, a większość takich przypadków miała miejsce w Demokratycznej Republice Konga. Uznano jednak, że wirus ospy małpiej nie stanowi znaczącego niebezpieczeństwa dla ludzi. I, mimo że szczepienie przeciw ospie prawdziwej chroni także przed ospą małpią, w 1980 roku zakończono akcje szczepień w tym kraju. WHO zaleciła jedynie monitorowanie sytuacji. Pierwszy monitoring miał miejsce niedługo po zakończeniu szczepień (1981-1986). Stwierdzono wówczas – chociaż opisano kilkuset chorych – że wirus ospy małpiej nie jest zdolny utrzymać się w ludzkiej populacji, nie zagraża jej więc w sposób szczególny, a więc szczepienia rzeczywiście nie są potrzebne. Obecnie uważa się, że jakkolwiek badania te przeprowadzono zapewne sumiennie, nie wzięto jednak pod uwagę możliwości wystąpienia pewnych zmian ekologicznych oraz związanych z nimi zmian epidemiologicznych, które miały potem miejsce (co mogło prowadzić nawet do wybuchu kolejnej niewielkiej epidemii, w latach 1996-1997).

Kolejne badania sprawdzające, jak wygląda sytuacja z ospą małpią w DR Konga miały miejsce w latach 2005-2007, a publikacja omawiająca ich wyniki (oraz porównująca je z wynikami dla badań 1981-1986) pojawiła się miesiąc temu. Wyniki te są niepokojące. Liczba zachorowań na ospę małpią wzrosła dwudziestokrotnie. Prawie wszyscy chorujący urodzili się już po zakończeniu akcji szczepień przeciwko ospie prawdziwej. Średnia wieku wynosiła 12 lat. Wśród zakażonych więcej było mężczyzn, niż kobiet. I byli to głównie ludzie zamieszkujący tereny leśne.

Z badań wynika, że dla osób zaszczepionych przeciw ospie prawdziwej – mimo, że było to tyle lat temu – ryzyko zakażenia się wirusem ospy małpiej jest znacznie mniejsze, niż dla osób nieszczepionych. Wygląda na to, że szczepionka jest znacznie lepsza, niż poprzednio przypuszczano. Duże znaczenie ma także kontakt ze zwierzęcym rezerwuarem zakażenia. Od lat osiemdziesiątych XX w. w DR Konga zachodzą spore zmiany antropogeniczne (związane z uprawami) i demograficzne, które powodują, że ludzie częściej stykają się z gryzoniami przenoszącymi wirusy. Ponadto mieszkańcy DR Konga polują na te gryzonie w celach konsumpcyjnych, co także wpływa na zwiększenie liczby zakażeń odwierzęcych. No i polującymi są głównie chłopcy, co może tłumaczyć różnice międzypłciowe w zachorowaniach.

Oprócz tego podkreślono znaczenie drugorzędowej transmisji zakażenia. Pierwszorzędową jest ta od zwierząt do człowieka. Drugorzędową – od człowieka do człowieka. Ta druga zaczyna być coraz bardziej istotna, gdyż (w odróżnieniu od lat osiemdziesiątych, kiedy to tylko małe dzieci były wrażliwe, a cała reszta populacji odporna, bo zaszczepiona), obecnie wrażliwe są całe rodziny. I wirusy mogą sobie hulać do woli. Na koniec autorzy raportu zwracają również uwagę na fakt, że opisywane dane na temat przypadków ospy małpiej (2005-2007) mogą być zaniżone, gdyż nakłady na to badanie były mniejsze, niż na monitoring w latach 1981-1986.

Czy szczepienia przeciw ospie prawdziwej powrócą? Nie wiadomo. Wiadomo, że ospy małpiej nie da się poddać eradykacji, a więc będzie ona stanowiła ciągłe zagrożenie. Autorzy pracy nawołują do bliższego i uważniejszego przyjrzenia się sytuacji mieszkańców Afryki – narażonych na choroby, z którymi Europejczycy czy Amerykanie mają małe szanse się spotkać i mogą w związku z tym uważać, że sytuacja ich nie dotyczy i nie jest ważna.

Czy zresztą na pewno nie dotyczy? W czasach, kiedy ludzie latają samolotami z jednego konca świata na drugi, kiedy błyskawicznie przenoszą się z jednego miejsca do drugiego? Akurat Amerykanie powinni pamiętać, że siedem lat temu i ich dotknęła epidemia ospy małpiej. Choroba pojawiła się w Stanach za sprawą paru uroczych gryzoni z Ghany, które  zaraziły pieski preriowe w Teksasie, które to pieski – kupowane jako zwierzątka domowe – sprzedały ospę swoim nowym właścicielom w stanach Illinois, Kansas, Indiana i paru innych. Zachorowało wówczas kilkadziesiąt osób, szczęśliwie nikt nie zmarł. Po tych wydarzeniach wydano zakaz (dla osób prywatnych) sprowadzania i handlu afrykańskimi gryzoniami w USA.

Literatura:

Rimoin, A., Mulembakani, P., Johnston, S., Lloyd Smith, J., Kisalu, N., Kinkela, T., Blumberg, S., Thomassen, H., Pike, B., Fair, J., Wolfe, N., Shongo, R., Graham, B., Formenty, P., Okitolonda, E., Hensley, L., Meyer, H., Wright, L., & Muyembe, J. (2010). Major increase in human monkeypox incidence 30 years after smallpox vaccination campaigns cease in the Democratic Republic of Congo Proceedings of the National Academy of Sciences, 107 (37), 16262-16267 DOI: 10.1073/pnas.1005769107 (zdjęcie dziewczynki pochodzi z tej pracy)

Hutin YJ, Williams RJ, Malfait P, Pebody R, Loparev VN, Ropp SL, Rodriguez M, Knight JC, Tshioko FK, Khan AS, Szczeniowski MV, & Esposito JJ (2001). Outbreak of human monkeypox, Democratic Republic of Congo, 1996 to 1997. Emerging infectious diseases, 7 (3), 434-8 PMID: 11384521

http://www.cdc.gov/ncidod/monkeypox/

Temple Grandin – tym razem na żywo

No to dzisiaj tylko doniesienie z wykładu, który odbył się wczoraj na GU. Świetna organizacja, tak na marginesie, znowu dowiedziałam się o wszystkim zupełnym przypadkiem, i to godzinę przed rozpoczęciem. Ale pokusa posłuchania Temple Grandin była zbyt silna, żeby nie pójść.

Ta kobieta jest niewiarygodna. Jeśli ktoś widział film, o którym pisałam i który polecałam jakiś czas temu, to może mieć pewność – ona (i wszystko) tak właśnie wygląda. Tylko dziesięć razy szybciej :-). Grandin jest szalenie ekspresyjna ruchowo, a także słownie (za to twarz ma niemal zupełnie nieruchomą). Słuchając jej miałam wrażenie, że jestem na jakimś rollercoasterze. Nie dało się zupełnie złapać oddechu, trzeba było mocno skupiać się, żeby nadążyć za wątkiem wykładu. Szczególnie, że tego wątku tak naprawdę nie było. Były tylko obrazy (widać to na sfotografowanych slajdach z jej prezentacji). Ona rzeczywiście myśli obrazami, wykład był więc zupełnie unikalnym wniknięciem w jej umysł.

Faktycznie też, co zresztą pokazał film (który zresztą bardzo chwaliła), jej autyzm miał ogromny wpływ na jej decyzje życiowe, na karierę, na to, czym się zajmowała. Mówiła, sporo żartując i rozśmieszając słuchaczy, o wszystkich ważnych kwestiach jednocześnie – o różnych sposobach postrzegania świata, o widzeniu obrazami, o dbałości o szczegóły, o rozumieniu zwierząt, o pracy na rzecz tego, żeby zwierzętom hodowlanym było lepiej – bo wszystko to było i jest w jej życiu nierozerwalnie powiązane.

Ludziom, którzy pracują z autystycznymi dziećmi, dała dużo praktycznych rad (i szczegółowych – bardzo, bardzo widać było to jej szczegółowe spojrzenie na wszystko), dotyczących postępowania z nimi, nauki czy nawet leczenia. Martwiącym się o dobrostan zwierząt hodowlanych zapewniła, że w chwili obecnej naprawdę bardzo dużo się zmienia w tym zakresie – przede wszystkim mówi się o tym, a nie traktuje się przyzwoite podejście do krów, świn czy kur jak jakąś fanaberię nadwrażliwej panienki. Ale i robi się sporo. Potwierdziła, że filmy (na jutubie chociażby), pokazujące okrutne traktowanie zwierząt nie to, że nie są prawdziwe (bo są), tylko że są to wybrane nagrania, najgorsze z możliwych, i że hodowla zwierząt naprawdę nie wszędzie tak wygląda. I nie musi tak wyglądać. Co nie znaczy, naturalnie, że nie należy się tymi filmami przejmować. Należy, ale trzeba mieć też świadomość wyboru. Przestrzegła także, na podstawie wieloletnich współprac i pouczania rozmaitych firm, przed schematycznym myśleniem, że to wielkie koncerny są złe, a drobni hodowcy dobrzy. Jak powiedziała, i duży i mały może być zły, tak jak i duży i mały może być dobry; a wszystko zależy od zarządu. Oczywiście, dodała także, że w tym zakresie jest jeszcze mnóstwo do zrobienia.

Pożartowała również trochę na temat polityki, pokomentowała obecną sytuację Stanów Zjednoczonych (w kontekście edukacji dzieci i młodzieży), ponawoływała, dla wspólnego dobra, do zgodnej współpracy ludzi o różnych sposobach myślenia, a na koniec popodpisywała chętnym swoje książki (które, rzecz jasna, można było nabyć zaraz po wykładzie).

Fascynująca osoba. I przerażająca nieco, zwłaszcza szybkością reakcji oraz tym swoim umysłem jak brzytwa.

Boga nie ma, a Dawkins jest Jego prorokiem

Jakie Richard Dawkins ma poglądy, szczególnie na naukę i ewolucjonizm, a także na religię – wiadomo. Przyznawałam się już w tym miejscu, że nie dość, że cenię faceta, to jeszcze budzi on moją ogromną sympatię; i ponieważ akurat nadarzyła się okazja, żeby posłuchać go na żywo – nie zastanawiając się długo pobiegłam na wykład. Który to wykład (a raczej dyskusja, bo z udziałem innych osób) miał miejsce kilka dni temu w DC. Tematem rozmów było piękno nauki, a także to, jak mają się do siebie kwestie nauki i religii wśród czarnych członków społeczeństwa amerykańskiego (spotkanie odbyło się na Howard University, bardzo „czarnej” uczelni na terenie Waszyngtonu).

I trochę mnie parę rzeczy w tym wszystkim zaskoczyło, dlatego notka ta nie będzie zanadto obiektywna. Przeciwnie – zawierać będzie mocno subiektywne wrażenia z kawałka wizyty Dawkinsa na wschodnim wybrzeżu USA.

Pierwsza rozmowa (Poetry and Science) była nieco rozczarowującym zbiorem anegdotek na temat nauki, przedstawianych przez panów Dawkinsa i Tysona (na zdjęciu). Rozczarowująca dla biologa, bo Neil deGrasse Tyson, słynny astrofizyk i bardzo medialna postać, ukradł Dawkinsowi szoł. Jedno, że w odróżnieniu od (przynajmniej publicznie) bardzo kulturalnego i cichego Brytyjczyka, Tyson był bardzo amerykański, bardzo szołmeński, gadał głośno i wielce ekspresyjnie, i od jakiejś połowy dyskusji nie dał Dawkinsowi dokończyć ani jednego zdania (co temu chyba nie przeszkadzało, biorąc pod uwagę, jak miłośnie spoglądał w kierunku Amerykanina ;-)).

Ale po drugie – dyskusja przekształciła się w pewnym momencie w wiec ateistycznej sekty. Plus zbiorową (auto)terapię. Wiem, że to idiotycznie brzmi. Z dyskusji ze znajomymi ateistami od lat wynoszę wrażenie, że są to ludzie jak najdalej odlegli od mentalności sekciarskiej. Że są wolnomyślicielami, że nie idą za żadnym stadem, że nie słuchają nijakich pasterzy – odrzucają to wszystko, co prawdopodobnie (także) odrzucało ich od zinstytucjonalizowanej religii (podobnie pisze zresztą Dawkins w Bogu urojonym). A w dodatku coś im to daje, nadaje sens ich życiu, nie są w tym wszystkim zagubieni i nieszczęśliwi. Natomiast to, co widziałam na spotkaniu, dość dokładnie przeczyło temu przekonaniu. Zbiorowe wiwaty i gwizdy aprobaty, kiedy ktoś przyznał się, że porzucił religię w wieku lat sześciu (Heloł, jestem Ania i jestem ateistką. Heloł Ania! – odpowiada tłumek na spotkaniu AA). Radość i aplauz, kiedy to ktoś opisywał swoich bliskich wierzących pogardliwymi słowami (Nasi górą!). Oberwanie dachu auli od wybuchu entuzjazmu, kiedy to ktoś zaczepiał (dla kawału oczywiście, ha ha) Dawkinsa słowami, czy jest gotów na przyjęcie Jezusa Chrystusa do swojego życia. Przedszkole normalnie. Oraz rozpaczliwa jakaś chęć udowodnienia wszystkim wokół, że ma się takie, a nie inne poglądy. Brakowało tylko tego, żeby któryś z szanownych prelegentów rozejrzał się po audytorium, zawołał: heal, heal, touch the screen! oraz ogłosił, że otrzymał właśnie nakaz od nieistniejącej siły wyższej (z rogami na przykład), żeby zebrać milion dolarów na nowego maybacha, a ludzie zaczęliby wrzucać mu drobniaki na tacę (wszystko na zdjęciu poniżej ;-)).

Jasne, to jest jak najbardziej psychologicznie uzasadnione, ten opór przeciw instytucjom religijnym, ta wola zademonstrowania siebie, odreagowania, gwałtownego wywrócenia dotychczasowego myślenia – można by to wziąć za wybuch młodzieńczego entuzjazmu, gdyby nie fakt, że wyrażali go ludzie mocno starsi nieraz. I gdyby nie to, że dawali temu wszystkiemu wyraz w takim „bezpiecznym” miejscu, biorąc pod uwagę, kto dawał wykład. Nawet Dawkins, któremu chyba początkowo się to podobało, pod koniec stracił jakby entuzjazm.

Siedział potem i podpisywał książki z smętną miną. Fakt, mógł być zmęczony czy zły o to, że nie był główną gwiazdą dnia. Przynajmniej jednak udało mi się go rozbawić, podsuwając do podpisu Najwspanialsze widowisko świata w obcym (dla niego) języku. Nawet, z niewielką pomocą, rozpoznał polski :-)

Żarty na bok jednak – dlaczego dyskusja nie była satysfakcjonująca dla biologa? Bo właściwie niemal nie było pytań na tematy biologiczne, na temat ewolucji, darwinizmu czy doboru. (Tak na marginesie, to w ogóle pytania z sali były na beznadziejnym poziomie. Natychmiast przypominał się Lederman, który żartował, jak to fizyków-noblistów indaguje się na temat minispódniczek, zakładając naturalnie, że znają się oni na wszystkim. No i w ogóle dało się zauważyć, że studenci amerykańscy, przynajmniej niektórzy, nie umieją wcale formułować pytań. Gubią się w dygresjach, międlą coś pod nosem – taktem ponownie zachwycił tu Dawkins, który udawał po prostu, że nie dosłyszał, kiedy należałoby zwrócić uwagę, że pytanie się zwyczajnie nie trzyma kupy).

Tak więc – prawie nie było pytań na tematy biologiczne. Sporo było pytań do Tysona – o fizykę i astronomię. Nawet w drugiej części spotkania, zatytułowanej Science, Faith and Critical Thinking in the Black Community, Dawkins został poproszony o dłuższą wypowiedź raz, a mianowicie o wytłumaczenie się z założonej (a sprzedawanej na spotkaniu) koszulki, lapidarnie dającej do zrozumienia, że Homo sapiens pochodzi z Afryki. Potem całą dyskusję, z udziałem innych prelegentów – humanistów od teologii, feminizmu i problemów czarnej społeczności w Ameryce, zdominowała religia i jej rola w tejże społeczności, rola kościołów oraz tradycyjne najeżdżanie na chrześcijaństwo (Dawkins w jednym momencie upomniał się, ze islam też jest fuj).

I to właśnie uświadomiło mi rzecz smutną. Daleko poważniejszą, niż jakieś tam wzajemne podgryzanie się wierzących i niewierzących. Otóż w Ameryce, a przynajmniej w tym kawałku, który tutaj sobie subiektywnie oceniam, nie zadaje się pytań o ewolucję. Ewolucjonizm jest tematem tabu. Ewolucja jest tematem śliskim, którego się w kulturalnym towarzystwie nie porusza. Niby wszystko pięknie, niby nauka, niby wszyscy tak swobodnie myślimy, ale jak przychodzi co do czego, to mówimy: eeee, lepiej o to nie pytać. Słuchałam dyskusji dwóch studentów siedzących za mną. Wiesz, stary, ten Dawkins to takie fajne rzeczy mówi, tak ciekawie o tej religii. Ale ta ewolucja…, nie bardzo kumam, o co chodzi z tą ewolucją. Niezła anegdota na ten temat przytoczona jest także w Najwspanialszym widowisku świata. Innymi słowy, znacznie łatwiej jest przyznać się do swojego ateizmu, nawet w tak teoretycznie religijnym kraju jak USA, i mimo że w niektórych społecznościach można z tym mieć pewne problemy. Trudniej natomiast powiedzieć, że poszukuje się wiedzy na temat ewolucjonizmu, pochodzenia człowieka czy rozwoju życia na Ziemi. Szczególnie poruszyło mnie uświadomienie sobie tego faktu, kiedy obserwowałam publiczność deklarującą się w większości jako ateistyczna. Od biedy zrozumieć można, że ludzie religijni, na skutek prania mózgów przez kaznodziejów czy dosłownego odczytywania świętych pism, mają kłopoty ze zdobyciem wiedzy na temat oraz zrozumieniem teorii ewolucji. Ale ateiści?

Zauważyłam podczas tych paru godzin, że jeżeli pada jakakolwiek kwestia związana z ewolucjonizmem, to natychmiast rozmowa zostaje zwekslowana na tory religijne. Jakby ludziom brakowało argumentów, chęci do rozmowy czy w ogóle wiedzy w tym zakresie. Nawet koszulka Dawkinsa, w założeniu propagująca naukę o ewolucji, zawierała aluzję – w dodatku bezsensowną – do religii. Jak gdyby jednego bez drugiego nie dało się ogarnąć. I tym bardziej zaskakuje to, że gościem Howard University był właśnie Dawkins, czyli osoba która byłaby w stanie wszystko przystępnie wyjaśnić. Wystarczyło tylko skorzystać z okazji.

Mamrocząc pod nosem I am not Howard anymore (za kaczorem Howardem) wróciłam zamyślona do pracy. I kując żelazo póki gorące, przeprowadziłam niewielką sondę wśród znajomych na temat: kiedy poznali teorię ewolucji, kiedy uczono ich o tym w szkole, kiedy po raz pierwszy o tym usłyszeli. Próba oczywiście była malutka i niereprezentatywna dla czegokolwiek, ale wyszło mi, że Amerykanie średnio później poznają teorię ewolucji. Oczywiście zależy to od rejonu i miasta, ale później niż mieszkańcy innych krajów, europejskich i azjatyckich. Może więc w tym jest problem? A może to jest i przyczyna, i skutek? Ewolucja jest kontrowersyjna, bo późno (lub wcale) się o niej dowiadują, a nie uczy się o niej wcześnie, bo jest kontrowersyjna?

Ponuro i nieciekawie to wygląda. Optymizmem może napawać jedynie fakt, że podobno obecnie – co wiem z jednego źródła – w niektórych szkołach amerykańskich zaczyna się o teorii ewolucji uczyć dzieci bardzo wcześnie.