moja Ameryka, okołonaukowo, okołoreligijnie, osobiste

Boga nie ma, a Dawkins jest Jego prorokiem

Jakie Richard Dawkins ma poglądy, szczególnie na naukę i ewolucjonizm, a także na religię – wiadomo. Przyznawałam się już w tym miejscu, że nie dość, że cenię faceta, to jeszcze budzi on moją ogromną sympatię; i ponieważ akurat nadarzyła się okazja, żeby posłuchać go na żywo – nie zastanawiając się długo pobiegłam na wykład. Który to wykład (a raczej dyskusja, bo z udziałem innych osób) miał miejsce kilka dni temu w DC. Tematem rozmów było piękno nauki, a także to, jak mają się do siebie kwestie nauki i religii wśród czarnych członków społeczeństwa amerykańskiego (spotkanie odbyło się na Howard University, bardzo „czarnej” uczelni na terenie Waszyngtonu).

I trochę mnie parę rzeczy w tym wszystkim zaskoczyło, dlatego notka ta nie będzie zanadto obiektywna. Przeciwnie – zawierać będzie mocno subiektywne wrażenia z kawałka wizyty Dawkinsa na wschodnim wybrzeżu USA.

Pierwsza rozmowa (Poetry and Science) była nieco rozczarowującym zbiorem anegdotek na temat nauki, przedstawianych przez panów Dawkinsa i Tysona (na zdjęciu). Rozczarowująca dla biologa, bo Neil deGrasse Tyson, słynny astrofizyk i bardzo medialna postać, ukradł Dawkinsowi szoł. Jedno, że w odróżnieniu od (przynajmniej publicznie) bardzo kulturalnego i cichego Brytyjczyka, Tyson był bardzo amerykański, bardzo szołmeński, gadał głośno i wielce ekspresyjnie, i od jakiejś połowy dyskusji nie dał Dawkinsowi dokończyć ani jednego zdania (co temu chyba nie przeszkadzało, biorąc pod uwagę, jak miłośnie spoglądał w kierunku Amerykanina ;-)).

Ale po drugie – dyskusja przekształciła się w pewnym momencie w wiec ateistycznej sekty. Plus zbiorową (auto)terapię. Wiem, że to idiotycznie brzmi. Z dyskusji ze znajomymi ateistami od lat wynoszę wrażenie, że są to ludzie jak najdalej odlegli od mentalności sekciarskiej. Że są wolnomyślicielami, że nie idą za żadnym stadem, że nie słuchają nijakich pasterzy – odrzucają to wszystko, co prawdopodobnie (także) odrzucało ich od zinstytucjonalizowanej religii (podobnie pisze zresztą Dawkins w Bogu urojonym). A w dodatku coś im to daje, nadaje sens ich życiu, nie są w tym wszystkim zagubieni i nieszczęśliwi. Natomiast to, co widziałam na spotkaniu, dość dokładnie przeczyło temu przekonaniu. Zbiorowe wiwaty i gwizdy aprobaty, kiedy ktoś przyznał się, że porzucił religię w wieku lat sześciu (Heloł, jestem Ania i jestem ateistką. Heloł Ania! – odpowiada tłumek na spotkaniu AA). Radość i aplauz, kiedy to ktoś opisywał swoich bliskich wierzących pogardliwymi słowami (Nasi górą!). Oberwanie dachu auli od wybuchu entuzjazmu, kiedy to ktoś zaczepiał (dla kawału oczywiście, ha ha) Dawkinsa słowami, czy jest gotów na przyjęcie Jezusa Chrystusa do swojego życia. Przedszkole normalnie. Oraz rozpaczliwa jakaś chęć udowodnienia wszystkim wokół, że ma się takie, a nie inne poglądy. Brakowało tylko tego, żeby któryś z szanownych prelegentów rozejrzał się po audytorium, zawołał: heal, heal, touch the screen! oraz ogłosił, że otrzymał właśnie nakaz od nieistniejącej siły wyższej (z rogami na przykład), żeby zebrać milion dolarów na nowego maybacha, a ludzie zaczęliby wrzucać mu drobniaki na tacę (wszystko na zdjęciu poniżej ;-)).

Jasne, to jest jak najbardziej psychologicznie uzasadnione, ten opór przeciw instytucjom religijnym, ta wola zademonstrowania siebie, odreagowania, gwałtownego wywrócenia dotychczasowego myślenia – można by to wziąć za wybuch młodzieńczego entuzjazmu, gdyby nie fakt, że wyrażali go ludzie mocno starsi nieraz. I gdyby nie to, że dawali temu wszystkiemu wyraz w takim „bezpiecznym” miejscu, biorąc pod uwagę, kto dawał wykład. Nawet Dawkins, któremu chyba początkowo się to podobało, pod koniec stracił jakby entuzjazm.

Siedział potem i podpisywał książki z smętną miną. Fakt, mógł być zmęczony czy zły o to, że nie był główną gwiazdą dnia. Przynajmniej jednak udało mi się go rozbawić, podsuwając do podpisu Najwspanialsze widowisko świata w obcym (dla niego) języku. Nawet, z niewielką pomocą, rozpoznał polski :-)

Żarty na bok jednak – dlaczego dyskusja nie była satysfakcjonująca dla biologa? Bo właściwie niemal nie było pytań na tematy biologiczne, na temat ewolucji, darwinizmu czy doboru. (Tak na marginesie, to w ogóle pytania z sali były na beznadziejnym poziomie. Natychmiast przypominał się Lederman, który żartował, jak to fizyków-noblistów indaguje się na temat minispódniczek, zakładając naturalnie, że znają się oni na wszystkim. No i w ogóle dało się zauważyć, że studenci amerykańscy, przynajmniej niektórzy, nie umieją wcale formułować pytań. Gubią się w dygresjach, międlą coś pod nosem – taktem ponownie zachwycił tu Dawkins, który udawał po prostu, że nie dosłyszał, kiedy należałoby zwrócić uwagę, że pytanie się zwyczajnie nie trzyma kupy).

Tak więc – prawie nie było pytań na tematy biologiczne. Sporo było pytań do Tysona – o fizykę i astronomię. Nawet w drugiej części spotkania, zatytułowanej Science, Faith and Critical Thinking in the Black Community, Dawkins został poproszony o dłuższą wypowiedź raz, a mianowicie o wytłumaczenie się z założonej (a sprzedawanej na spotkaniu) koszulki, lapidarnie dającej do zrozumienia, że Homo sapiens pochodzi z Afryki. Potem całą dyskusję, z udziałem innych prelegentów – humanistów od teologii, feminizmu i problemów czarnej społeczności w Ameryce, zdominowała religia i jej rola w tejże społeczności, rola kościołów oraz tradycyjne najeżdżanie na chrześcijaństwo (Dawkins w jednym momencie upomniał się, ze islam też jest fuj).

I to właśnie uświadomiło mi rzecz smutną. Daleko poważniejszą, niż jakieś tam wzajemne podgryzanie się wierzących i niewierzących. Otóż w Ameryce, a przynajmniej w tym kawałku, który tutaj sobie subiektywnie oceniam, nie zadaje się pytań o ewolucję. Ewolucjonizm jest tematem tabu. Ewolucja jest tematem śliskim, którego się w kulturalnym towarzystwie nie porusza. Niby wszystko pięknie, niby nauka, niby wszyscy tak swobodnie myślimy, ale jak przychodzi co do czego, to mówimy: eeee, lepiej o to nie pytać. Słuchałam dyskusji dwóch studentów siedzących za mną. Wiesz, stary, ten Dawkins to takie fajne rzeczy mówi, tak ciekawie o tej religii. Ale ta ewolucja…, nie bardzo kumam, o co chodzi z tą ewolucją. Niezła anegdota na ten temat przytoczona jest także w Najwspanialszym widowisku świata. Innymi słowy, znacznie łatwiej jest przyznać się do swojego ateizmu, nawet w tak teoretycznie religijnym kraju jak USA, i mimo że w niektórych społecznościach można z tym mieć pewne problemy. Trudniej natomiast powiedzieć, że poszukuje się wiedzy na temat ewolucjonizmu, pochodzenia człowieka czy rozwoju życia na Ziemi. Szczególnie poruszyło mnie uświadomienie sobie tego faktu, kiedy obserwowałam publiczność deklarującą się w większości jako ateistyczna. Od biedy zrozumieć można, że ludzie religijni, na skutek prania mózgów przez kaznodziejów czy dosłownego odczytywania świętych pism, mają kłopoty ze zdobyciem wiedzy na temat oraz zrozumieniem teorii ewolucji. Ale ateiści?

Zauważyłam podczas tych paru godzin, że jeżeli pada jakakolwiek kwestia związana z ewolucjonizmem, to natychmiast rozmowa zostaje zwekslowana na tory religijne. Jakby ludziom brakowało argumentów, chęci do rozmowy czy w ogóle wiedzy w tym zakresie. Nawet koszulka Dawkinsa, w założeniu propagująca naukę o ewolucji, zawierała aluzję – w dodatku bezsensowną – do religii. Jak gdyby jednego bez drugiego nie dało się ogarnąć. I tym bardziej zaskakuje to, że gościem Howard University był właśnie Dawkins, czyli osoba która byłaby w stanie wszystko przystępnie wyjaśnić. Wystarczyło tylko skorzystać z okazji.

Mamrocząc pod nosem I am not Howard anymore (za kaczorem Howardem) wróciłam zamyślona do pracy. I kując żelazo póki gorące, przeprowadziłam niewielką sondę wśród znajomych na temat: kiedy poznali teorię ewolucji, kiedy uczono ich o tym w szkole, kiedy po raz pierwszy o tym usłyszeli. Próba oczywiście była malutka i niereprezentatywna dla czegokolwiek, ale wyszło mi, że Amerykanie średnio później poznają teorię ewolucji. Oczywiście zależy to od rejonu i miasta, ale później niż mieszkańcy innych krajów, europejskich i azjatyckich. Może więc w tym jest problem? A może to jest i przyczyna, i skutek? Ewolucja jest kontrowersyjna, bo późno (lub wcale) się o niej dowiadują, a nie uczy się o niej wcześnie, bo jest kontrowersyjna?

Ponuro i nieciekawie to wygląda. Optymizmem może napawać jedynie fakt, że podobno obecnie – co wiem z jednego źródła – w niektórych szkołach amerykańskich zaczyna się o teorii ewolucji uczyć dzieci bardzo wcześnie.