Miesiąc: Luty 2011

Panom też pomaga?

ResearchBlogging.org

Wygląda na to, że szczepionka przeciwko rakowi szyjki macicy jest skuteczna u mężczyzn.

Ponieważ powyższe zdanie jest głupie jak but, należałoby je poprawić. Tym bardziej, że może to zwrócić uwagę na fakt, że w kontekście szczepień przeciwko wirusom brodawczaka (human popillomavirus, HPV) typu 16, 18, 6 i 11, nie powinno się podkreślać wyłącznie jednego zagrożenia u jednej płci. Raz, że zakażenia tymi typami HPV dotyczą także mężczyzn, a dwa – że nie tylko te typy powodują raka szyjki. Choć prawdą jest, że HPV-18, a zwłaszcza HPV-16 z tym nowotworem związane są bardzo często.

Zacznijmy więc od początku. Szczepionka przeciwko czterem typom HPV: 16, 18, 6 i 11 (Gardasil czy Silgard firmy Merck) jest skuteczna u mężczyzn, co pokazuje publikacja, która ukazała się w tym miesiącu w The New England Journal of Medicine. Szczepionka zmniejsza ryzyko wystąpienia zmian chorobowych okolicy genitalnej, zmniejsza także ryzyko zakażenia przetrwałego (co, prawdopodobnie, może być związane z nowotworzeniem), jak i wykrycia DNA wirusów tych typów. Ponadto szczepionka ta jest bezpieczna, w czasie testu nie notowano poważnych efektów ubocznych, choć te lżejsze (ból w miejscu wkłucia czy podwyższenie temperatury) owszem. Efekty uboczne były zresztą zgłaszane rzadziej, niż w przypadku podobnych badań przeprowadzanych u kobiet.

Zaletami publikacji są: bardzo porządne i dokładne przeprowadzenie testów, ze wszelkimi rygorami statystycznymi, badana duża grupa mężczyzn z aż 18 krajów, ponadto w testach uczestniczyli mężczyźni uprawiający seks z kobietami, jak i tacy, którzy uprawiają seks z mężczyznami. Wady stanowią: dość wąska grupa wiekowa badanych (16-26 lat), a także krótki czas trwania testów. Mężczyźni biorący w nich udział mieli stosunkowo niewielu partnerów seksualnych, co mogło wpłynąć na wyniki.

Autorzy pracy zwracają uwagę na płynące ze szczepień korzyści – korzyści, które mogą odnieść mężczyźni. Owszem, wiadomo, że rak szyjki macicy jest ogromnym problemem żeńskiej populacji na całym świecie, że globalnie rzecz biorąc jest to drugi pod względem częstości nowotwór u kobiet, i że jest to jedno z częstszych zakażeń przenoszonych drogą płciową. Co właśnie oznacza, że mężczyźni też są zagrożeni. Zakażenie HPV może wiązać się u nich z nowotworami penisa, odbytnicy, a także części ustnej gardła. Owszem, ryzyko infekcji prowadzącej do zmian genitalnych jest u obu płci podobne, ale u mężczyzn występuje niższy poziom odpowiedzi immunologicznej po takim zakażeniu. Tym zresztą autorzy tłumaczą dużą w ogóle liczbę zakażeń papillomawirusami u panów, i to w wielu grupach wiekowych. A dwoma najczęściej spotykanymi typami wirusa brodawczaka w wyżej wymienionych rodzajach nowotworów są HPV-16 i HPV-18.

Natomiast HPV-6 i HPV-11 w rzadkich przypadkach powodują powstawanie zmian złośliwych. Te typy związane są często z tzw. kłykcinami kończystymi, zwanymi też brodawkami płciowymi (90% przypadków tego schorzenia wiąże się z HPV-6 i 11). Brodawki płciowe stanowią bardzo poważny problem zdrowotny, przypadków jest dużo, zachorowaniu towarzyszą spore problemy fizyczne i psychiczne u pacjenta, a leczenie jest często obarczone niepowodzeniem, w dodatku kosztowne. I wygląda na to, że liczba przypadków brodawek płciowych rośnie w ostatnich latach.

Autorzy omawianej pracy mocno podkreślają więc, jak duże  znaczenie mają ich wyniki, pokazujące, że czterowalentna szczepionka przeciw HPV znacząco zmniejsza ryzyko wystąpienia kłykcin kończystych u mężczyzn. Dodają też dla ścisłości, że choć prawdopodobnym jest (a nawet częściowo wykazanym), iż szczepienie będzie wiązało się również ze zmniejszeniem ryzyka w kontekście na przykład nowotworów okolicy anogenitalnej, nowotworów części ustnej gardła czy nawet transmisji wirusów, wszystkie te kwestie należy osobno udowodnić.

Publikacja niewątpliwie dorzuca kolejną porcję danych do rozważań na temat zasadności szczepień przeciwko HPV u chłopców, oraz prowokuje pytanie – czy nie warto ich jednak szczepić? A jako bonus przedstawić można parę soczystych przykładów kłykcin kończystych powodowanych przez papillomawirusy (osoby wrażliwe niech raczej odwrócą oczęta, ale jeśli ktoś lubi – zdjęcia dają się powiększyć):

(stąd)

(oba z Public Health Image Library)

I jeszcze parę dodatkowych informacji na temat HPV, zainspirowanych zresztą zwięzłym artykułem z portalu Gazeta.pl. Jak widać powyżej (nad obrazkami), badania które miały ustalić, czy szczepionka może pomagać również chłopcom, nie tylko zostały rozpoczęte, ale ich część z nich zakończono. Pozytywnie. Poza tym, zakażenie wirusami brodawczaka wiąże się z rozwojem wielu zmian nowotworowych, jest to pewne, a nie niewykluczone, choć w zależności od badania dane mogą się trochę różnić. Co do raka skóry natomiast, to na razie związek nie jest potwierdzony.

A informacja, że seks oralny może wiązać się z rozwojem nowotworu części ustnej gardła, ma już parę lat. Co nie zmienia faktu, że im więcej takich ostrzeżeń, tym lepiej.

Autorzy tych publikacji wykonali kawał dobrej roboty:

1. Giuliano AR, Palefsky JM, Goldstone S, Moreira ED Jr, Penny ME, Aranda C, Vardas E, Moi H, Jessen H, Hillman R, Chang YH, Ferris D, Rouleau D, Bryan J, Marshall JB, Vuocolo S, Barr E, Radley D, Haupt RM, & Guris D (2011). Efficacy of quadrivalent HPV vaccine against HPV Infection and disease in males. The New England journal of medicine, 364 (5), 401-11 PMID: 21288094
2. Giuliano, A., Tortolero-Luna, G., Ferrer, E., Burchell, A., de Sanjose, S., Kjaer, S., Muñoz, N., Schiffman, M., & Bosch, F. (2008). Epidemiology of Human Papillomavirus Infection in Men, Cancers other than Cervical and Benign Conditions Vaccine, 26 DOI: 10.1016/j.vaccine.2008.06.021 (z tej pracy pochodzi tabelka)
3. MUNOZ, N., CASTELLSAGUE, X., DEGONZALEZ, A., & GISSMANN, L. (2006). Chapter 1: HPV in the etiology of human cancer Vaccine, 24 DOI: 10.1016/j.vaccine.2006.05.115
4. zur Hausen, H. (2009). Papillomaviruses in the causation of human cancers — a brief historical account Virology, 384 (2), 260-265 DOI: 10.1016/j.virol.2008.11.046
5. Bodily J, & Laimins LA (2011). Persistence of human papillomavirus infection: keys to malignant progression. Trends in microbiology, 19 (1), 33-9 PMID: 21050765
6. D’Souza G, Kreimer AR, Viscidi R, Pawlita M, Fakhry C, Koch WM, Westra WH, & Gillison ML (2007). Case-control study of human papillomavirus and oropharyngeal cancer. The New England journal of medicine, 356 (19), 1944-56 PMID: 17494927

Reklamy

Stoicki spokój

Z cyklu natura obok nas – dzisiaj rano, parę kroków od drzwi do naszej pracy, dwa przedrzeźniacze usiłowały ukraść smaczną, soczystą wiewórkę myszołowowi. Albo raczej próbowały bronić gniazda, które przypadkiem znalazło się w pobliżu stołówki :). Myszołów przyjmował ich zabiegi, zabiegi w postaci kopania go z półobrotu po grzbiecie oraz dziwnego warczenia, z totalnym spokojem w zezowatym spojrzeniu. Oto zdjęcia (na których taki niezidentyfikowany obiekt latający – szary, z błyskającą tu i ówdzie bielą i czernią – to właśnie któryś z przedrzeźniaczy), a nawet filmik.

Jeśli nasze rozpoznanie ptaszysk było do kitu, uprzejmie proszę o poprawkę.

Wierzyć naukowcom na słowo, czyli mikro-mikro-grzyb

Wielka sensacja w nauce! Odkryto nowy organizm.

A team of senior plant and animal scientists have recently brought to my attention the discovery of an electron microscopic pathogen that appears to significantly impact the health of plants, animals, and probably human beings. Based on a review of the data, it is widespread, very serious, and is in much higher concentrations in Roundup Ready (RR) soybeans and corn—suggesting a link with the RR gene or more likely the presence of Roundup. This organism appears NEW to science!

Ojejjuniu. NEW to science! No to na pewno odkrywcy mają jakieś superekstra dowody. I świetne publikacje w kieszeni.

This previously unknown organism is only visible under an electron microscope (36,000X), with an approximate size range equal to a medium size virus. It is able to reproduce and appears to be a micro-fungal-like organism. If so, it would be the first such micro-fungus ever identified. There is strong evidence that this infectious agent promotes diseases of both plants and mammals, which is very rare.

Znaczy tak – jest mały jak średni wirus, ale jest mikro-grzybem? Czyli ma około ilu tam? 150 nanometrów? I jest grzybem, tak? Komórką eukariotyczną? Ze wszystkimi ustrojstwami, które w niej siedzą? Nie no, to jest więc absolutnie genialne odkrycie. Praca już powinna wywołać sensację w całym świecie naukowym. Autorzy powinni udzielać wywiadów i cieszyć się z grantów. Są jednak, nie wiedzieć czemu, strasznie skromni. Po co publikować swoje wyniki? Po co pokazywać zdjęcia (ja chcę koniecznie obejrzeć zdjęcia)? Po co opisywać cokolwiek? Eee tam. Pan profesor emeritus jest najwyraźniej zdania, że są to przedkopernikańskie przesądy, i że naukę obecnie uprawia się w taki sposób, że wysyłamy list do polityka, twierdząc, że jesteśmy w posiadaniu danych. Mocnych danych. Hmmm…

O, wiem już, dlaczego. Podobno ten mikro-mikro-grzyb zagrażać może roślinom, zwierzętom, a także ludziom. Rzeczywiście więc, z tymi wszystkimi informacjami chyba nawet Nature staje się poślednim czasopismem naukowym. Pewnie dlatego nikt nawet nie zniżył się do pomysłu napisania i wysłania gdzieś takiej pracy.

Tym bardziej, że metodyka także (jakżeż inaczej) była powalająca.

For example, 450 of 1,000 pregnant heifers fed wheatlage experienced spontaneous abortions. Over the same period, another 1,000 heifers from the same herd that were raised on hay had no abortions. High concentrations of the pathogen were confirmed on the wheatlage, which likely had been under weed management using glyphosate.

Znaczy, porównano grupę zwierząt karmionych czymś tam z grupą drugą, która karmiona była czym innym. W dodatku to pierwsze coś tam mogło mieć kontakt (ale wcale nie musiało) z herbicydem. Jasne więc, że na pewno wpływ na to miał jakiś tajemniczy wiruso-grzyb, którego nikt na oczy nie widział. Proste, logiczne i naukowe.

I smutne w sumie.

Więc bez nabijania się już dodam, że z przyjemnością przeczytałabym rzetelny artykuł o tym wszystkim. Jeśli coś w tym było, ha. Ciekawe byłoby dowiedzieć się, że człowiek, który już od pewnego czasu głosi, że stosowanie pewnych rzeczy w rolnictwie może mieć negatywne skutki dla zwierząt na przykład, odkrył coś interesującego. I dobrze, że głosi. Takich potrzeba. Ale należy to robić z głową. Z naukowymi, twardymi danymi. Ze wszystkim doskonale udokumentowanym. Gdyż prawdą jest, jak pisze autor tego, dość starego komentarza nt rozmiarów najmniejszych mikroorganizmów w ogóle, But a scientist should never say “Never.”, i że powinien być przygotowany na najróżniejsze niespodzianki (no, powiedzmy, w jakichś rozsądnych granicach).

Za to nie powinien – zamiast publikacji – wysyłać histerycznego listu, w którym mętnie swoje różne spostrzeżenia i opinie na rozmaite tematy, poparte fatalnie opisanymi testami (że tak powiem uprzejmie) oraz tym, że on już 50 lat bada choroby roślin, panie tego, więc wie lepiej. Listu w dodatku mieszającego dość skutecznie geny, herbicydy oraz stare i niby-nowe patogeny, i na podstawie tego wszystkiego domagać się uwagi. Bo w takiej sytuacji może najwyżej dostać uwagę, że oto kolejny naukowiec puszcza się poręczy.

Z ciekawością czekam na dalsze informacje.

(Linkę do tej wiadomości przysłał Artiil, dziękuję)

Nie samym aligatorem człowiek żyje

…kiedy przyjedzie do Miami Beach. I nam podziwianie przepięknych aligatorów nie przeszkodziło zupełnie cieszyć się prawie idealnym latem tej zimy. Czegóż chcieć więcej, kiedy ma się blisko piękny zielony ocean,

nawet jeśli w ocean ten wychodzą potwornej wielkości statki wycieczkowe (które osobom ze zboczeniem zawodowym kojarzą się głównie z norowirusami ;-)).

W dodatku są palmy,

a nawet woda, plaża i palmy w jednym. Czyli raj:

Kwestie zawodowe i biologiczne nie dają wprawdzie za wygraną i rzucają się nachalnie w oczy – a to tablica postawiona, żeby było weselej, zaraz obok galerii malarstwa,

a to taki samochód (w końcu walentynki były, nieprawdaż),

wreszcie biedne, zmaltretowane żeglarze (w ogromnych ilościach) na piasku:

Szczęśliwie na plaży nie leżały wyłącznie smętne żeglarze, można było też oglądać inne, przyjemniejsze widoki :-)

Ewentualnie wybrać się na Ocean Drive, która służy głównie do lansowania się najkrótszymi sukieneczkami świata oraz ryczącymi samochodami.

Że nie wspomnę już o wzbudzających ogólną ciekawość występach drag queens,

willi, gdzie mieszkał i przed którą został zamordowany Gianni Versace,

a także mnóstwie śliczniusich jak cukiereczki domeczków-hotelików w stylu Art Deco (nie tylko na Ocean Drive zresztą). Hałaśliwych bardzo wieczorami:

Od hałasu można jednak było odpocząć. Pod palmami oczywiście, gdzie wieczorami robiło się niemal zupełnie pusto:

Weekend w paszczy krokodyla spędzić…

późnej starości dożyjesz, jak mawia stare przysłowie. Choć może nie przysłowie, ale sennik egipski. Przynajmniej zdaniem Bąbelka i Kudłaczka.

W związku z tym wybraliśmy się na romantyczne walentynki. Chcieliśmy mianowicie pooglądać aligatory (aligator też w końcu poniekąd krokodylem jest, a o ileż ładniejszym niż cokolwiek). A Park Narodowy Everglades (a dokładniej Shark Valley) zupełnie nas nie zawiódł. Fakt, że szepczących sobie o miłości aligatorów nie widzieliśmy, ale podobno, kiedy dobierają się w pary, naprawdę zachowują się słodko – „gadają” do siebie, robią różne sztuczki, widać, iż się lubią po prostu, zupełnie nie jak przystało zimnokrwistym stworom. Jak twierdził pan przewodnik – kiedy pan Gator powie pani Gator „kocham cię”, mamy prawdziwy romans w Everglades. Czyli maleńka odrobina walentynkowego romantyzmu czaiła się gdzieś tam nieśmiało w powietrzu.

Poza tym, mimo że nie widzieliśmy samych aligatorowych zalotów (może zresztą nieco na to za wcześnie, ewentualnie właśnie się zaczyna ten sezon), mieliśmy okazję oglądać wiele innych evergladesowych cudów: ptaszyska najróżniejsze – czaple różnych gatunków, ibisy, bekaśnice, najpiękniejsze na świecie wężówki (na zdjęcia można klikać celem powiększenia):

Niektórzy wprawdzie nie byli zachwyceni widownią i patrzyli groźnym ptasim spojrzeniem,

a niektórzy się wręcz obrazili za podglądanie,

ale większość miała raczej w nosie i w ogóle się nie przejmowała widzami:

Pewnie dlatego, że mało kto jednak wpada na głupi pomysł i chce zaczepiać dużego aligatora,

więc niedenerwowane aligatory czują się błogo jak w niebie. I tak powinno być :-)

Echhh, szkoda, że ten weekend tak szybko się skończył. Zawsze jednak można wrócić, nieprawdaż. Obecność rozmaitych fajnych dzikich stworzeń, bezkres (no prawie), river of grass (turzyc tak naprawdę) – wszystko to tworzy taką atmosferę, że bardzo chce się wracać… już.

Dzwoni, ale w którym kościele?

ResearchBlogging.org

Tinnitus (inaczej szumy uszne) jest bardzo częstym zaburzeniem funkcjonowania słuchu, polegającym na odbieraniu „dźwięków fantomowych” w postaci dzwonienia czy szumu w uszach, bez obecności realnego źródła dźwięku. Chociaż bardzo dużej liczbie osób zdarza się odczuwać niby-tinnitusowe wrażenia niemal na co dzień (np. po koncercie rockowym), całkiem sporo ludzi doświadcza tego schorzenia w sposób chroniczny. Z badań wynika, że na przewlekły tinnitus cierpi około 40 milionów Amerykanów, jest on także najczęstszym ze schorzeń zgłaszanych przez weteranów wojennych (częściej nawet niż post-traumatic stress disorder). W dodatku pacjentów takich będzie prawdopodobnie coraz więcej, biorąc pod uwagę starzenie się społeczeństwa przy intensywnej ekspozycji na hałas.

Słowo „cierpi”, używane w stosunku do pacjentów z tinnitusem, jest jak najbardziej na miejscu, gdyż zaburzenie to wiąże się bardzo silnie z obniżeniem nastroju. Liczba przypadków stwierdzanej klinicznie depresji jest u tych ludzi ponad dwukrotnie wyższa, niż średnia dla Amerykanów. I nic dziwnego, bo wystarczy wyobrazić sobie (jeśli ktoś tego zaburzenia nie  doświadcza), jak strasznie irytujące i przeszkadzające w normalnym funkcjonowaniu, w pracy czy we śnie, mogą być takie świszczące, gwiżdżące czy wyjące dźwięki, rozlegające się bez przyczyny w uszach czy w głowie.

Lekarstwa na tinnitus nie ma, dostępne terapie mają za zadanie tylko zmniejszyć dolegliwości pacjenta. Od ponad pięćdziesięciu lat także trwają badania nad tym, co tak naprawdę powoduje szumy uszne.

Odrobinę światła na tę zagadkę mają zamiar rzucić członkowie zespołu Josefa Rauscheckera, neurobiologa pracującego na Georgetown University w Waszyngtonie. Jakkolwiek bowiem większość naukowców zajmujących się tinnitusem zgadza się, że u podstaw tego schorzenia leżą zaburzenia funcjonowania części układu słuchowego, to nie ma zgody co do tego, czy zmiany tylko w układzie słuchowym są niezbędne i wystarczające (istnieją bowiem pacjenci z tinnitusem, ale bez wykrytych uszkodzeń słuchu; nie każde uszkodzenie słuchu prowadzi do tinnitusa).

Najnowsze odkrycia zespołu Rauscheckera pokazują, że rolę w rozwoju tinnitusa odgrywają powiązania między układem słuchowym i układem limbicznym mózgu. Już dawno temu zauważono powiązanie między stanem emocjonalnym pacjenta (czyli tym, za co odpowiada układ limbiczny) a nasileniem objawów szumów usznych. Rauschecker twierdzi jednak, że nie jest tak, jak można by się spodziewać – pacjent słyszy szumy w uszach, to go irytuje, zaburza sen i prowadzi do stresu. Wygląda raczej na to, że jest odwrotnie: coś jest popsute w układzie limbicznym – być może na skutek stresu – i to „popsucie” właśnie prowadzi do powstania przewlekłej postaci choroby.

Postulowana teoria wygląda w dużym uproszczeniu następująco. Osoba z nieuszkodzonym ślimakiem odbiera wszystkie częstotliwości dźwięków prawidłowo (te, które człowiek może odbierać, oczywiście). W ciągu jej życia jednak następuje niszczenie pewnych fragmentów ślimaka, odpowiedzialnych za detekcję konkretnych częstotliwości. Do odpowiednich obszarów układu słuchowego mózgu (tych, które odbierały bodźce ze zniszczonych fragmentów) sygnały te przestają wtedy dochodzić. Wówczas rejony te – zgodnie z teorią plastyczności mózgu – zaczynają odbierać „nie swoje” dźwięki, czyli odbierają sygnały z sąsiadujących ze zniszczonymi fragmentów ślimaka. W tym momencie mamy do czynienia z fantomem, podobnie jak w przypadku odbierania przez mózg bodźców z nieistniejącej kończyny. Te fantomowe dźwięki to właśnie tinnitus.

W normalnej sytuacji bodziec taki dociera, w ośrodkowym układzie nerwowym, do części słuchowej i limbicznej jednocześnie, przez pobudzenie ciała kolankowatego przyśrodkowego (medial geniculate nucleus, MGN, na rysunku poniżej) we wzgórzu. Układ limbiczny interpretuje taki sygnał jako nieważny i wycisza go (dlatego ludziom po koncertach rockowych dzwoni w uszach tylko przez jakiś czas).

Wyciszenie to następuje dzięki aktywności brzuszno-przyśrodkowej kory przedczołowej (ventromedial prefrontal cortex, vmPFC), która pobudza jądro siatkowate wzgórza (thalamic reticular nucleus, TRN), które z kolei blokuje niechciany sygnał w MGN (aktywność ta oznaczona jest na schemacie czerwonymi liniami). W tej sytuacji sygnał ulega wygaszeniu i w układzie słuchowym i w układzie limbicznym, i wszystko jest w porządku.

Natomiast u pacjentów z chronicznym tinnitusem, na skutek niewystarczającej aktywności brzuszno-przyśrodkowej kory przedczołowej, sygnał nie zostaje wygaszony. Skutkuje to stałym pobudzeniem wzgórzowo-korowym i odczuwaniem ciągłej obecności sygnału tinnitusowego (czyli ciągłym słyszeniem szumów usznych).

Rauschecker z zespołem opublikowali dane, z których wynika, że zaburzenia w dwu rejonach układu limbicznego: strukturalne w brzuszno-przyśrodkowej korze przedczołowej oraz funkcjonalne w jądrze półleżącym (nucleus accumbens, NAc, aktywnie powiązanym z vmPFC) rzeczywiście mogą być źródłem tinnitusa. Polegałoby to na niemożności wyciszania przez te struktury (obie albo jedną z nich) sygnału fantomowego, już po jego powstaniu w układzie słuchowym.

Nie wszyscy specjaliści od tinnitusa zgadzają się z wnioskami na temat powstawania szumów usznych, wyciąganymi przez naukowców z Georgetown University. Wyniki uzyskane przez zespół Rauscheckera są jednak na tyle interesujące, że w tej chwili właśnie zespół ten występuje o finansowanie dalszych badań. Wierząc, że ich doświadczenia nie tylko wyjaśnią, co dokładnie powoduje szumy uszne, ale pomogą w przyszłości w opracowaniu terapii i rehabilitacji dla pacjentów z tinnitusem, a także w zrozumieniu innych zaburzeń funkcjonowania mózgu, jak przewlekłe bóle fantomowe chociażby.

(Miskomdomleka dziękuję za konsultacje neurobiologiczne, wyrażając przy okazji nadzieję, że dostaniecie ten cholerny grant :-), bo wszystko to brzmi naprawdę ciekawie)

Leaver, A., Renier, L., Chevillet, M., Morgan, S., Kim, H., & Rauschecker, J. (2011). Dysregulation of Limbic and Auditory Networks in Tinnitus Neuron, 69 (1), 33-43 DOI: 10.1016/j.neuron.2010.12.002 (schemat pochodzi z tej publikacji)

Promieniować akceptacją

Dominikanin Richard Woods mówi (wywiad opublikowany w 2005 roku) o homoseksualistach w Kościele katolickim i nie tylko.

Troszkę o przyczynach:

Ciągle nie jest w pełni wyjaśnione, jak to się dzieje, że u niektórych ludzi rozwijają się preferencje w stosunku do osób ich własnej płci, a nie płci przeciwnej. Myślę tu o wyłącznych preferencjach. W psychologii i psychiatrii od dawna wiadomo, że ludzie nie są od urodzenia wyłącznie homo– lub heteroseksualni. Jest gama zachowań seksualnych, przejawiających się w różnym wieku, mieszczących się w granicach normy. Tajemnica homoseksualizmu nie ogranicza się do ludzi. Wiemy już, że również u zwierząt pojawiają się homoseksualne zachowania i preferencje. Niektóre łączą się w pary, mimo że należą do tej samej płci. Na przykład łabędzie mogą na całe lata łączyć się w parę z osobnikiem tej samej płci.

Czy jest możliwa modyfikacja ich zachowania? Nie wydaje mi się. Jest kilka powodów, aby tak sądzić. Prawie wszystkie programy terapeutyczne, które zmierzały do zmiany orientacji seksualnej uczestników, się nie powiodły. Zmiana orientacji seksualnej osób homoseksualnych wydaje się tak samo niemożliwa, jak osób heteroseksualnych.

Wszystkie dane naukowe pokazują, że istnieje nieredukowalne minimum młodych ludzi, którzy są odmienni pod względem płciowości. Nie chodzi tylko o homoseksualizm, ale biseksualizm, aseksualizm czy jakkolwiek by to nazwać. Jest wiele odcieni seksualności, które same w sobie nie są patologiczne.

O postrzeganiu:

Homoseksualizm zaczęto piętnować w dwunastym i trzynastym wieku. Przedtem nie przykładano do niego większej wagi i potępiano tylko pewne zachowanie seksualne. Na Zachodzie wraz z rozwojem teorii prawa naturalnego opartej na kategoriach arystotelesowskich, opisanej przez św. Alberta Wielkiego i św. Tomasza z Akwinu, homoseksualizm zaczęto uważać za grzech przeciw naturze, podobnie jak lichwę. Przedtem nie postrzegano go w taki sposób. Jak wiadomo, w długiej historii teologii moralności pewne kwestie były traktowane na różne sposoby. Musimy więc być bardzo ostrożni, chcąc przenosić idee historycznie i kulturalnie zakorzenione w średniowieczu do naszych czasów, podobnie jak nie stosujemy już obecnie ani medycyny, ani psychologii wieków średnich.

W Kościele różnie się dzieje:

Myślą, na przykład, że pójdą do piekła z powodu swojej homoseksualnej orientacji. Jest to sprzeczne z doktryną chrześcijańską, ponieważ nie wierzymy w predestynację czy determinizm biologiczny. Tendencja do zrównywania biologii z przeznaczeniem, co jest zupełnie błędne, ogromnie utrudnia zrozumienie tego zjawiska.

Nie ma powodu, aby ktokolwiek czuł się mniej kochany przez Boga. Jezus stawia tę sprawę bardzo jasno. Bóg kocha wszystkich, Bóg chce zbawić cały świat i nikt nie jest z tego planu wykluczony z powodu tego, kim jest.

Bóg kocha różnorodność i myślę, że kocha też homoseksualistów. Ktoś powiedział, że w przeciwnym razie nie stworzyłby ich tylu. Jeśli tak jest naprawdę, to nie ma powodu, aby ktokolwiek nie czuł się w pełni kochany przez Boga i nie był pełnoprawnym członkiem wspólnoty chrześcijańskiej. Jedyną rzeczą, która może mu w tym przeszkodzić, jest jego własna decyzja o odejściu.

Niektórzy uważają, że powszechna nauka Kościoła, szczególnie w ciągu ostatnich 25 lat, ma tendencje do demonizowania problemu homoseksualizmu. […] Kościół, mówiąc o homoseksualizmie, stara się unikać języka medycznego, ponieważ w wyniku badań psychiatrów i psychologów stwierdzono, że homoseksualizm nie może być postrzegany jako patologia; homoseksualiści są pod każdym względem zdrowi. To, że ktoś ma taką czy inną orientację seksualną, nie oznacza, że jest dotknięty psychiczną lub fizyczną chorobą. Dlatego w nauczaniu Kościoła delikatnie przesunięto wagę tego problemu z obszaru medycznego w metafizyczny, w którym to zaburzenie ontologiczne wyrażało się poprzez inklinację homoseksualną.

Zaburzenie ontologiczne, chociaż jest uważane za złe, nie jest grzeszne. Trudno jest zrozumieć, że może być złe, choć nie grzeszne. Oznacza to, że każde działanie polegające na uleganiu takiemu zaburzeniu ontologicznemu byłoby ipso facto grzeszne. 

Wydaje mi się, że oskarżenia wobec ludzi o orientacji homoseksualnej nie były sprawiedliwe, lecz krzywdzące. Poczuli oni, że ich postępowanie jest bardziej naganne i obarczone winą niż jakiekolwiek inne. Najdziwniejsze jest to, że nie stawiamy takich samych barier ludziom o orientacji heteroseksualnej. O dziwo, Kościół jest bardziej tolerancyjny, jeśli chodzi o nierząd, cudzołóstwo i różne inne zjawiska.

Zmiany?

Problem nie leży w prawie kanonicznym czy w dokumentach, które zostały stworzone przez Kongregację Nauki Wiary. Wydaje mi się — i jest to moja prywatna opinia, a nie stanowisko teologiczne — że powinniśmy mieć moratorium na każde oświadczenie w każdej sprawie takiej natury przez przynajmniej dziesięć lat. Po prostu dlatego, że w ciągu ostatnich 25 lat prawie każde oświadczenie w tej sprawie było błędne. Magisterium Kościoła można poprawiać, gdy popełnia błędy.

Jest coś w filozofii Ratzingera na temat osoby ludzkiej, co nie pasuje do katolickiej tradycji. To może wydawać się dziwne, ale im dłużej czytam takie dokumenty, tym bardziej odnajduję w nich echo kalwinizmu i filozofii predestynacji. Odnajduję tam dziwne skłonności do determinizmu biologicznego, w tym znaczeniu, że biologia wyznacza nasze przeznaczenie, co nie jest prawdą. Istoty ludzkie są podatne na ukształtowanie i są także z natury dobre, ponieważ zostały stworzone na obraz i podobieństwo Boże. Żadna część istoty ludzkiej nie może być obiektywnie zła.

Miłość bliźniego:

Jeden z moich przyjaciół napisał kilka lat temu książkę Loving Someone Gay (Kochać geja). To była wspaniała pozycja poruszająca ważną kwestię teologiczną: jak kochać kogoś, kto jest odmienny od nas. Przede wszystkim trzeba mu dobrze życzyć, czynić dla niego dobro, nie ranić, nie czynić zła.

„Czy kochałbyś mnie nadal, gdybyś wiedział, kim naprawdę jestem?”. Uważam, że powinniśmy promieniować odpowiedzią na to pytanie, zanim jeszcze je usłyszymy, i powinna to być odpowiedź: „Tak, akceptuję cię, kimkolwiek jesteś”.

Jest jeszcze o związkach osób homoseksualnych, życiu w czystości i życiu w celibacie, problemach przy spowiedzi, oraz o tym, co Kościół, a co państwo na kwestie małżeństwa na przykład. Wszystkie te rozważania przypominają mi nieco myśli innego księdza. Lubiłabym, gdyby takich rzeczy można było posłuchać na kazaniach w polskich kościołach.

Wiem, na przykład, że wiele par homoseksualnych żyje w wierności wobec siebie. Obojętnie, jak Kościół postrzega ich pożycie seksualne, są sobie wierni tak samo, a nawet bardziej aniżeli wiele par heteroseksualnych. Na tym właśnie polega życie w czystości, jeśli ujmiemy rzecz w kategoriach arystotelesowskich. Zachowują oni swoje dary płciowości dla siebie nawzajem, umacniają swoją wzajemną miłość, nie szukają innych partnerów. Oczywiście, nie wszyscy tak postępują, jest z nimi tak samo jak z wszystkimi innymi parami. Ideałem czystości w nauczaniu Kościoła wobec homoseksualistów jest życie w całkowitej cnocie. Jest to bardzo trudne.

Uważam, że osoby homoseksualne potrzebują ochrony prawnej. Z wielu powodów. Jednym z nich jest prawo własności. Jest wiele niuansów prawnych dotyczących wspólnej własności. Czasami osoby homoseksualne mają dzieci ze związków małżeńskich. Je także trzeba chronić. Myślę, że państwo ma prawo uznać legalny związek, który istnieje między dwojgiem ludzi. Problem pojawia się, kiedy nazwiemy go małżeństwem.

Sprzeciw Kościoła opiera się na gruncie teologicznym i sakramentalnym. Powody te są dość skomplikowane i do tej pory nie zostały gruntownie przemyślane. Z mojego punktu widzenia nie rozmawiamy tu o tych samych związkach.

Nasuwa mi się natomiast pytanie, czy jest możliwe, aby dwie osoby tej samej płci łączyła więź, która jest święta. Są dane historyczne, które sugerują, że w niektórych częściach Kościoła w przeszłości takie związki były błogosławione. Uważano je za święte. Jest to bardzo kontrowersyjne, ale wydaje się, że są na to dowody. Uważam, że w takich sytuacjach, wyłączając przypadki, kiedy chodzi o grzeszne prowadzenie się, czego Kościół nie może aprobować, dostrzeganie istniejącej więzi między ludźmi, którzy pragną obecności łaski i Boga w ich związku, jest podobne do postrzegania ludzi, którzy pragną zachować całkowity celibat w małżeństwie. Zgadzają się na małżeństwo, ale nie współżyją ze sobą. Pojawia się zatem pytanie, czy to jest prawdziwe małżeństwo?

Kościół może tolerować regulacje prawne, które popierają dobro społeczne, mimo że nie są całkowicie zgodne z tym, co Kościół rozumie poprzez idealny związek dwojga ludzi.

Warto przeczytać całość, a i może zajrzeć do wspomianej w wywiadzie książki autorstwa Richarda Woodsa – Another Kind of Love.