Miesiąc: Maj 2011

Naukowy cyrk, cyrkowa nauka

Na początku było słowo…

A słowem tym były artykuły naukowe, takie dobre, porządne, zgromadzone w Pubmedzie. I co z tego, kiedy część z nich zamiast być mądrą, bywa zwyczajnie głupia. A to naukowcy radośnie informowali o jakichś superekstra nadzwyczajnych bakteriach znalezionych w jeziorku, i co? I nico, bo okazało się, że autorzy troszkę niefrasobliwie podeszli do robienia doświadczeń, coś tam pominęli, czegoś nie dopatrzyli, na krytykę się obrazili, i finalnie wyszło odrobinę nie teges. Ale konferencję prasową zorganizowali, bo przecież trzeba sobie przedłużyć… ego. A to inne z kolei towarzystwo radośnie mówiło czytelnikom, że mężczyźni z palcami to coś tam, a ci bez palców są niemęscy – czy odwrotnie – i też wyszło głupio, kiedy analiza tych wypocin wyraźnie pokazała, że eee tam. Była jeszcze praca o lesbijkach, że wychowują dzieci lepiej nawet niż pary hetero. Kul, tyle, że to jak zostało to badanie zrobione, dyskwalifikowało wyciągane wnioski. Był też Wakefield, co to wiadomo.

I tak dalej, i tak dalej, można przykładów przytaczać całkiem sporo. Naukowcy też ludzie i lubią się popisywać, to raz, coś tam naciągnąć dla lepszego efektu, to dwa, nawet nie naciągać, ale nacisk położyć tam, gdzie wywoła on większe wrażenie na gawiedzi, to trzy, sami mają dziwne uprzedzenia, to cztery, dziwaczeją na starość, to pięć, i w sumie im samym, na pierwszym etapie dzielenia się wiedzą, zdarza się robić cyrk z nauki.

Drugim etapem robienia cyrku zajmują się dziennikarze, często tzw. naukowi, a także inni profesjonaliści i nieprofesjonaliści publicznie propagujący (w zamyśle) naukę. Często przekazując wiedzę wyczytaną w artykułach naukowych tak, żeby przypadkiem nie padło na nich podejrzenie, że wiedzą, o czym mówią. Nie chodzi to o zwykłe błędy, takie jak mylenie części ciała, czy nazw zwierząt. Błędy najrozmaitsze zdarzają się każdemu (biję się w pierś mą wątłą), niestety. W mniejszym jednak stopniu powinny się zdarzać takie, które wskazują na to, iż profesjonalista nie ma pojęcia o czym pisze. Bo jeśli wygląda na to, że nie rozumie mechanizmów, nie kuma o co chodzi, to jak może cokolwiek profesjonalnie omówić?

Jak można zaufać zachęcającym słowom kogoś, kto niespecjalnie orientuje się w zagadnieniu dotyczącym pewnych zakażeń i szczepionek? Albo powtarza niesprawdzone informacje? Czy budzi zaufanie tekst, w którym ktoś nie umie krytycznie podejść do publikacji? Albo słowa kogoś, kto jest w stanie wywrócić publikację na nice i wmawiać, że jest w niej coś, co mu pasuje, podczas gdy napisane jest tam coś kompletnie odwrotnego? Jak mają z czegoś takiego uczyć się i dowiadywać czegokolwiek laicy? Naturalnym jest, że nie ma ludzi, którzy znają się na wszystkim. Komuś przecież ufać trzeba. A jak ufać, kiedy omówienia i tłumaczenia naukowych artykułów stają się cyrkiem?

I jeszcze raz podkreślę że, choć lubię się czepiać, akurat w tym wypadku nie czepiam się zwykłych pomyłek czy nieścisłości. Takie są normalne, każdy je popełnia. A już szczególnie pozytywnym jest, jeśli autor gotów jest je poprawić. Innymi słowy, zaufać czasem można ludziom (względnie stronom internetowym), którzy są otwarci na komentarze, którzy podchodzą krytycznie do tego, o czym informują, którzy są w stanie przyznać – tak, tu był błąd, już poprawiam. A takie poprawianie niestety nędznie wygląda w popularnych i teoretycznie profesjonalnych portalach, co przy okazji świadczy o ich średniej jakości profesjonalizmie.

Jakich pomyłek się więc czepiam? Ano jak wyżej – tych, które świadczą o głębszej niewiedzy autora, o jego niezrozumieniu tego, o czym się wypowiada, co może stanowić przesłankę do tego, żeby mu zwyczajnie nie ufać. Bo jeżeli myli się tak mocno w jednej kwestii, to co z innymi? Zna się na nich, czy także plecie, co mu ślina na język przyniesie?

Chyba, że tu zupełnie nie chodzi o niesienie kaganka oświaty, o pokazanie ludziom, że głupio postępują stosując homeopatię, czy wierząc znachorom. Może chodzi wyłącznie o lans, dość popularny ostatnio. Robimy tak – uuu, huzia na józia i tępimy buca, bo jest głupim bucem. Czy jednak jesteśmy mu w stanie wytłumaczyć, dlaczego jego podejście jest błędne? Dlaczego to, o czym mówi, może w pewnych warunkach być zasadne, tyle że zawiera błąd w rozumowaniu? Czy tylko chcemy mu zamknąć twarz, pokazując jacyż, ach jacyż to my jesteśmy oświeceni i mądrzy? (Tu znowu biję się refleksyjnie w pierś mą osobistą…)

Jasne, że czasem się nie da. Czasem najlepszą metodą jest obśmianie pewnych poglądów, bo dyskusja z nimi jest tylko niepotrzebnym ich nobilitowaniem. Oraz reklamą, też niepotrzebną. Ale od obśmiewającego powinno wymagać się nieskazitelnej wiedzy. Gdyż obśmiewanie nie opiera się na dyskusji, w której można się mylić, spierać, prezentować różne poglądy i stopniowo dowodzić słuszności swoich. W biciu buca takie zjawisko nie występuje. W biciu buca nie zniżamy się do poglądów adwersarza, bo są one tak idiotyczne, że aż strach, a tylko prezentujemy swoje, w założeniu słuszne.

Powinny więc być one stuprocentowo słuszne (jeśli czasem o to trudno, to trudno, ale trzeba się starać, oraz niech przynajmniej będą podatne na poprawki, jeśli trzeba). Żeby był jakiś efekt, nawet jeśli nie u adwersarza, bo jego często trudno przekonać, to może przynajmniej u tych przysłuchujących się, a często nie wiedzących, w którą stronę się zwrócić. Natomiast cyrkiem, kolejnym etapem cyrku, jest to, kiedy ktoś wyśmiewa, a sam nie ma do końca racji. Bo jakie to robi wrażenie na osobach postronnych? Że i jedna i druga strona gada zwyczajne głupoty. I z tego wynika, że prawda spokojnie może leżeć pośrodku. Innymi słowy – wyśmiewajmy, obnażajmy niewiedzę, nieśmy kaganek, informujmy, ale starajmy się przy tym nie robić błędów, nie dezinformujmy.

Miło by było, gdyby na przykład wziął to sobie do serca pan Minchin, w swoim milusio zrealizowanym, choć zawierającym nieprzyjemnie seksistowski wydźwięk filmiku Storm. Seksistowskie elementy nie zrobiły na mnie najlepszego wrażenia, ale najbardziej zaskoczyło mnie to, że ktoś, kto w założeniu ma ochotę popropagować racjonalizm i naukę w społeczeństwie, robi spore błędy (chodziło mi o fragment o aspirynie). Jeden mniej poważny, pal go licho, ale i te dwa poważniejsze, te które sugerują, że autor filmiku tak naprawdę nie ma bladego pojęcia o czym mówi (ten o efektach ubocznych i ten o podziale terapii na linii: pochodzenie leków). Ot, wygląda na to, że poczytał coś o altmedzie, ktoś mu powiedział o tym, jakież to bucowate są te ludzie, które stosują homełko, a więc zróbmy filmik, będzie trędi sklecić takie antybucowe dziełko. I wyszedł cyrk.

Bo czy kogoś taki filmik mógł przekonać? Eeee, no niby pewnie mógł, choć sądzę, że wątpię. A mógł i odepchnąć takich jak ja czepialskich, wyczulonych na chwyty poniżej pasa oraz czającą się podskórnie niewiedzę. Ponadto, moim zdaniem, mógł działać także na niekorzyść „racjonalizmu”, chyba teoretycznie popieranego przez Minchina. Bo jeśli ktoś zauważył błędy, to co sobie pomyślał – że skoro facet bredzi o aspirynie, to może bredzi o wszystkim innym? Czy można mu więc uwierzyć? A w dodatku była to tego rodzaju wypowiedź, której nie można poprawić. Która poszła w świat, i tyle. Mleko się rozlało. Ciekawa jestem, czy autor ma świadomość, że mógł narobić więcej szkód, niż pożytku? Zwłaszcza jeśli chodzi o kwestie praktyczne (czyli efekty uboczne leku), a nie tylko o, jak ktoś mógłby powiedzieć, akademickie rozważania na temat: naturalne vs. sztuczne. (Na marginesie, najeżdżanie na „naturalne” w jednych kręgach wyraźnie wygląda mi na odbicie najeżdżania na „złowrogą chemię wszędzie” w innych kręgach. Bez sensu.)

No chyba, że ja się od początku myliłam w odbiorze filmiku Storm. Że nie chodziło tam o żadne propagowanie nauki i walkę z zabobonem. A tylko o przedłużenie sobie tego i owego, ustalenie hierarchii w stadzie oraz bycie trędi. Czyli po prostu po raz kolejny o zrobienie cyrku z nauki.

A może być jeszcze gorzej. Bo cyrkowe podejście do nauki skutkuje nie tylko mnóstwem nieścisłych informacji w necie, czasem mniej, czasem bardziej szkodliwych. Skutkiem jego może być także podejście – skoro jest to taki miły cyrk, to może pobawmy się sami. Na przykład „testując” jak wcinanie lucerny przez zakażonych HIV w Afryce będzie wpływało na ich samopoczucie. Bierze się maleńkie grupy pacjentów, którzy z jakichś powodów nie biorą leków antyretrowirusowych, trzy razy w tygodniu daje im się lucernę do wszamania oraz sprawdza parametry takie jak waga oraz apetyt (no dobra, CD4 także) – numbers! must be science, then. A pacjenci oceniają, czy są bardziej, czy mniej żywi. Najs. Czy autorom przemknęły przez głowy takie sprawy, jak komisje etyczne, próby kliniczne, statystyka, zasady testowania potencjalnych nowych preparatów na chorych na choroby zakaźne, i tym podobne drobiazgi? Czy może stwierdzili jedynie, że skoro to wszystko jest takim fajnym cyrkiem, to i oni się w to włączą? I owszem, widzę, że ostrożnie nie piszą oni o leczeniu jako takim. Tyle, że czytający spokojnie tak to mogą odbierać. I odczytywać ten „artykuł” jako jedną z prób racjonalnego badania nowych leków na jedną ze straszniejszych chorób zakaźnych ludzkości. A dodatkowo wyobrazić sobie łatwo można scenariusz następujący – jakiś przywódca afrykański dowiaduje się, że lucerna sprawia, że ludzie chorzy na AIDS czują się „bardziej żywi” na lucernowej diecie, i wuala – dlaczego nie wprowadzić tego jako oficjalnej terapii przeciw HIV w danym kraju? Zamiast uzależniać się od zachodniej bigfarmy i zachodnich lekarzy?

Podsumowując to przydługie marudzenie (i podkreślając, że uwagi zawarte w całej notce biorę najpierw do siebie, a potem ewentualnie kieruję do innych) – błyszczmy wiedzą i popularyzujmy naukę oraz piętnujmy i wyśmiewajmy pseudonaukę. Ale róbmy to jak najlepiej, możliwie bez błędów, nie szerzmy dezinformacji. Starajmy się po prostu nie robić cyrku z nauki.

Reklamy

Płynie odra, płynie…

ResearchBlogging.org

Panamerykańska Organizacja Zdrowia (PAHO) zachęca wszystkie osoby, które chcą wybrać się w wizytą gdzieś do Ameryk, aby zaszczepiły się najpierw przeciwko odrze i różyczce. Celem jest oczywiście ochrona ludzi tu mieszkających przed chorobami, które zostały swego czasu całkiem nieźle opanowane, a teraz wracają. O powrocie odry pisało się już w Wielkiej Brytanii, teraz wspomina się o Francji (ale też w ogóle o całej Europie) – niestety, brednie opowiadane przez Wakefielda oraz antyszczepionkowców zbierają żniwo. WHO już ostrzegała Amerykanów przed niebezpiecznymi rejonami starego, dzikiego kontynentu, no a teraz włączyła się i PAHO, publikując swoje rekomendacje dla podróżujących w przeciwną stronę.

Wszyscy zapewne z grubsza wiedzą, jak wyglądają odra i różyczka, teoretycznie stosunkowo niegroźne choroby wieku dziecięcego, ale tak gwoli przypomnienia, że to nie takie byle co jest. (No pewnie, jedno jest rzeką, a drugie ładnym kwiatuszkiem).

…………………………………………………………..

Różyczkę wywołuje wirus należący do rodziny Togaviridae. Objawy obejmują niezbyt charakterystyczną wysypkę plamkowo-grudkową, katar, złe samopoczucie, niewysoką gorączkę, łagodne zapalenie spojówek, a także powiększenie węzłów chłonnych, szczególnie tych za uszami, co zwykle poprzedza wystąpienie wysypki. U dorosłych pacjentów, częściej kobiet, pojawić się może zapalenie stawów. Komplikacje różyczki są niezwykle rzadkie, a obejmują encefalopatie, zapalenie jąder i trombocytopenię.

(Wszystkie obrazki pochodzą z Public Health Image Library)

Różyczka przenosi się drogą kropelkową, tylko między ludźmi, a występuje na całym świecie. Pacjenci są zakaźni tydzień przed i tydzień po pojawieniu się wysypki.

Najbardziej niebezpieczne jest zakażenie wirusem różyczki dla kobiet w ciąży, a dokładniej dla zarodków i płodów. Zakażenie takie skutkuje często poronieniem albo wrodzonym zespołem różyczkowym u dziecka. Objawy różyczki wrodzonej są bardzo różnorodne, wymienia się wśród nich: zaćmę i inne nieprawidłowości w obrębie narządu wzroku (jaskra, retinopatie, małoocze), prowadzące do ślepoty,

głuchotę, wady serca, problemy neurologiczne (mikrocefalia, opóźnienie w rozwoju motorycznym i psychicznym), nieprawidłowy wzrost w okresie płodowym, a także objawy zapalne w mózgu, wątrobie, śledzionie, płucach i szpiku kostnym. Część z tych wad ujawnia się dopiero jakiś czas po urodzeniu dziecka, np. nieprawidłowości w funkcjonowaniu narządu słuchu, cukrzyca czy wady tarczycy.

Postać różyczki wrodzonej zależy od momentu zakażenia w ciąży. Jeśli dojdzie do niego w pierwszych 8 – 10 tygodniach, wad jest bardzo wiele, a występują one u 90% dzieci, które przeżyją. Ryzyko wad spada do 10 – 20%, jeśli do zakażenia dochodzi w 11 – 16 tygodniu, a jest w ogóle rzadkie po 16 tygodniu (z wyjątkiem głuchoty, do której może dojść nawet wówczas, kiedy infekcja miała miejsce w 20 tygodniu ciąży).

…………………………………………………

Wirus odry (rodzina Paramyxoviridae, ta sama, co wirusy parainfluenzy czy wirus RS) także powoduje wystąpienie plamkowo-grudkowej wysypki, która pojawia się najpierw na głowie, a potem na tułowiu i kończynach. Obecny jest również katar, kaszel, złe samopoczucie, dość wysoka gorączka i zapalenie spojówek.

A przed wystąpieniem wysypki lubią pojawiać się charakterystyczne dla odry zmiany, tzw. plamki Koplika – są to czerwone kropki z białym środkiem, widoczne na powierzchni błon śluzowych jamy ustnej.

Odra jest chorobą bardzo zakaźną, szerzy się drogą kropelkową i występuje na całym świecie. W niektórych rejonach, tam, gdzie dzieci są niedożywione, przebiega znacznie ciężej, z poważnymi powikłaniami i jest częstą przyczyną zgonów. U dzieci takich odra może też sprzyjać wystąpieniu innych malowniczych schorzeń.

W odróżnieniu od różyczki, powikłania po przebyciu odry bywają i stosunkowo częste (nie wszystkie), i niebezpieczne. Obejmują one: zapalenie ucha środkowego (do 9% przypadków), zapalenie płuc (do 6%) – tu warto też wspomnieć o szczególnym rodzaju zapalenia płuc, tzw. wielkokomórkowym, które wystąpić może po przechorowaniu odry u osób z zaburzeniami odporności; jest to powikłanie rzadkie, ale na ogół śmiertelne. Oprócz tego powikłaniami odry mogą być biegunki, drgawki, nadkażenia bakteryjne, a także różnego rodzaju postaci zapalenia mózgu. Pierwszym z nich jest poekspozycyjne zapalenie mózgu i rdzenia kręgowego (encephalomyelitis), które występuje kilka dni po zachorowaniu. Drugim – pojawiające się z opóźnieniem ostre zapalenie mózgu, przebiegające z zaburzeniami świadomości i objawami neurologicznymi. A trzecim – bardzo rzadkie na szczęście, bo kończące się śmiercią, podostre stwardniające zapalenie mózgu (SSPE, subacute sclerosing panencephalitis). To ostatnie pojawia się średnio po 7 latach od zachorowania (choć zdarzają się przypadki wystąpienia po 30 latach), w dodatku czasem u osób, u których w przeszłości nie rozpoznano odry. W przypadku SSPE można jednak wykryć wirusy w mózgu pacjenta.

……………………………………………………

Wydawałoby się więc, kiedy spojrzy się na te powikłania poodrowe z jednej strony, a różyczkę wrodzoną z drugiej, że nic, tylko zapobiegać nam trzeba. I kompletnym brakiem zrozumienia traktować próby podważania wartości takiego zapobiegania. Bo dobra metoda zapobiegania istnieje. Jest to szczepionka przeciwko tym chorobom, w chwili obecnej stosowana powszechnie jako jeden preparat, MMR, czyli szczepionka przeciwko odrze, śwince i różyczce.

Powszechne szczepienia z użyciem MMR są bardzo skuteczne. Dzięki nim w wielu krajach znacząco spadła liczba zachorowań, liczba zgonów z powodu odry, zniknęły niemal ciężkie powikłania (jak SSPE), a także bardzo zmalała liczba zespołu różyczki wrodzonej. Szczepionka zawiera jednak „żywe”, atenuowane wirusy, co oznacza, że może być niebezpieczna dla osób z obniżoną odpornością (i u takich osób jest to przeciwskazanie do szczepienia). Przeciwskazaniem do szczepienia jest także ciąża (choć nie stwierdzono, żeby szczepionkowy wirus różyczki był teratogenem), czy reakcja anafilaktyczna po podaniu poprzedniej dawki szczepionki, bądź reakcja anafilaktyczna na neomycynę czy żelatynę (składniki szczepionki). MMR nie zawiera tiomersalu ani innych konserwantów. Ogólnie rzecz biorąc jest skuteczna, przebadana i bezpieczna, i odstąpić od jej stosowania należy tylko u niewielkiej liczby osób.

Naturalnie, efekty uboczne są obecne. Zwykle dość łagodne, jak stosunkowo często występujące: gorączka, złe samopoczucie, wysypka. Nie udowodniono związku między szczepieniem MMR a zapaleniem mózgu, opon mózgowo-rdzeniowych, zapaleniem stawów czy jelit. Co ważniejsze, stwierdzono również, że nie ma związku między MMR a autyzmem. Badań takich było bardzo wiele i ponad wszelką wątpliwość wykazały one, że rodzice nie mają się czego bać (z grubsza: nie pokazano zwiększonego ryzyka autyzmu u dzieci szczepionych w porównaniu do dzieci nieszczepionych; nie widać związku w czasie między szczepieniem a wystąpieniem objawów autyzmu; wykazano, że w Wielkiej Brytanii opisywany wzrost liczby przypadków autyzmu nastąpił w okresie przed szczepieniami; po wycofaniu szczepionki MMR w Japonii liczba przypadków autyzmu nadal rosła; brak jest korelacji między częstością autyzmu a liczbą szczepień w Wielkiej Brytanii i USA; nawet najbardziej wymyślnymi metodami nie udało się wykryć wirusów szczepionkowych u dzieci autystycznych; wyników badań Wakefielda także nie udało się powtórzyć, nie wspominając już o rozmaitych problemach etycznych z nimi związanych).

No i jest jeszcze jedna kwestia, czyli nieszczęsne szczepionki z nieszczęsnych abortowanych płodów. Modna dość chyba ostatnio w Polsce, choć nie taka znowu świeża. Czytam na moich ulubionych mamusiowych forach, jak to kobieta nie chce szczepić bo autyzm, bo rtęć, bo coś tam, bo efekty uboczne, a wreszcie zadaje dramatyczne pytanie – dlaczego Watykan nie reaguje na to, że naszym dzieciom wszczepia się preparaty robione na zabitych dzieciach? Cóż, czego by nie mówić o Watykanie, w takich sytuacjach reaguje on jednak, w tym wypadku także to zrobił. Informując martwiących się rodziców, że skoro nie ma alternatywy, a szczepionki działają celem chronienia ludzkiego zdrowia (nie bez znaczenia była tu kwestia zagrożenia, jakie stanowi wirus różyczki dla ciężarnych), to trzeba je stosować. Podobnie na takie moralne wątpliwości rodziców zareagowali biskupi amerykańscy. Naturalnie, stanowisko to zgodne jest z tezą, iż pozyskanie tkanek do hodowli wirusów szczepionkowych było nieetyczne (bo aborcja na życzenie). Oraz że należy o tej nieetyczności pamiętać i w miarę możności się jej sprzeciwiać – jej, nie samym szczepionkom – próbując na przykład wywierać presję na firmy farmaceutyczne, żeby produkowały inne preparaty. I słusznie – tu można taką petycję podpisać. Z tego także powodu, że kwestie etyczne używane są niejednokrotnie jako dodatkowa niezła wymówka, mam wrażenie. Wyraźnie widać, że kiedy już takiego antyszczepionkowego rodzica zarzuci się dowodami, że szczepionki są jednak bezpieczne, zawsze może on wyciągnąć z rękawa kwestie ich grzeszności, i co mu pan zrobisz?

A jak to pozyskiwanie płodów w celu produkcji szczepionek wygląda naprawdę? Obecnie do namnażania wirusów wykorzystuje się dwie linie komórkowe, WI-38 i MRC-5, obie normalne, pochodzące z dwu ludzkich płodów, odpowiednio żeńskiego i męskiego, abortowanych na życzenie, w Szwecji (prace prowadzili naukowcy ze Stanów, ale aborcja była wówczas nielegalna w USA) oraz w Wielkiej Brytanii, w latach sześćdziesiątych XX w. Obie linie to fibroblasty płucne. Wirus różyczki w szczepionce MMR firmy Merck namnażany jest na linii WI-38, na linii MRC-5 przygotowuje się np. szczepionkę przeciw zapaleniu wątroby typu A (Merck). Płodów abortowanych przy okazji prac nad tymi liniami (i nie tylko) było najprawdopodobniej więcej, niż te dwa. Notabene, szczepionkowy wirus różyczki (RA 27/3) również pochodzi z abortowanego płodu. A linie WI-38 i MRC-5, których obecnie się używa, zostały bardzo dobrze zbadane, porównano je z liniami zwierzęcymi, i wyszło po prostu, że są lepsze pod wieloma względami (np. obecność czynników zakaźnych oraz zdolność do indukowania zmian nowotworowych).

To ostatnie warto zresztą podkreślić, w kontekście domniemanej „wieczności” tychże linii komórkowych. Linie te nie są wieczne, ich komórki starzeją się i obumierają, jak na normalne linie przystało, po określonej liczbie pasaży. Właśnie dlatego, że są normalne, a nie immortalizowane czy wręcz nowotworowe. Zresztą to spowodowało, że pobierano je od abortowanych na życzenie płodów. Raz, że płody te musiały być zdrowe (czyli nie mogły pochodzić z naturalnych poronień), a dwa – komórki z nich pobrane nie powinny mieć żadnych właściwości wskazujących na ewentualny nowotworowy potencjał. Lepiej podchodzić ostrożnie do pomysłów przygotowywania szczepionek na wiecznie rosnących liniach.

Do doczytania:
1. http://www.dh.gov.uk/en/Publicationsandstatistics/Publications/PublicationsPolicyAndGuidance/DH_079917
2. http://pathmicro.med.sc.edu/book/virol-sta.htm
3. Chatterjee, A., & O’Keefe, C. (2010). Current controversies in the USA regarding vaccine safety Expert Review of Vaccines, 9 (5), 497-502 DOI: 10.1586/erv.10.36
4. Hensley E, & Briars L (2010). Closer look at autism and the measles-mumps-rubella vaccine. Journal of the American Pharmacists Association : JAPhA, 50 (6), 736-41 PMID: 21071320
5. http://www.immunize.org/concerns/vaticandocument.htm
6. Leiva R (2006). A brief history of human diploid cell strains. The national Catholic bioethics quarterly, 6 (3), 443-51 PMID: 17091551
7. JACOBS, J., JONES, C., & BAILLE, J. (1970). Characteristics of a Human Diploid Cell Designated MRC-5 Nature, 227 (5254), 168-170 DOI: 10.1038/227168a0
8. HAYFLICK L, PLOTKIN SA, NORTON TW, & KOPROWSKI H (1962). Preparation of poliovirus vaccines in a human fetal diploid cell strain. American journal of hygiene, 75, 240-58 PMID: 13905660

C jak – czyż musisz miętosić tego gołębia?

Smutno robi mi się, kiedy czytam częste opinie o gołębiach – że to latające szczury, że brudne, że gruchają brzydko, że coś tam, coś tam. Kocham albowiem gołębie, uważam, że są bardzo uroczo grubiutkie, czasem godnie napuszone i tak fajnie drepczą na swoich małych nóżkach. A i gruchanie brzmi miło dla ucha.

Co nie zmienia faktu, że kontakt z gołębiami, ze względu na chorobotwórcze drobnoustroje przenoszone przez te ptaki, może być szkodliwy dla ludzi. O tym mówi ten artykuł, dość tajemniczo określając zakażenie, które przydarzyło się pewnej Kanadyjce.

Rzeczywiście, gołębie mogą być źródłem mnóstwa różnych patogenów (izolowanych przede wszystkim z gołębich odchodów). Dane wskazują, że hoduje się od nich aż 110 gatunków drobnoustrojów, wśród nich oczywiście bakterie (41), grzyby (55), a także pierwotniaki (6) i wirusy. Ta sama publikacja podkreśla jednak, że tylko siedem z nich wiązane było ze stosunkowo nielicznymi przypadkami zakażeń u ludzi. Ale skoro zakażenia się jednak zdarzyły, to sytuacji tej nie można lekceważyć.

Wśród tych siedmiu krasnoludków (Salmonella enterica serovar Kiambu, Chlamydophila psittaci, Aspergillus spp., Candida parapsilosis, Cryptococcus neoformans, Histoplasma capsulatum, Toxoplasma gondii) wymieniony został, jak widać, także gatunek grzyba, o którym wspominał linkowany wyżej artykuł.

Cryptococcus neoformans jest drożdżakiem, po Candida spp. najważniejszym z drożdżaków atakujących człowieka. Ma parę cech charakterystycznych, wciąż odkrywane są nowe, a jedną z tych znanych jest zdolność wytwarzania przepięknej wielocukrowej otoczki. Będącej notabene czynnikiem zmieniającym odpowiedź immunologiczną zaatakowanego organizmu – szczepy bezotoczkowe nie są zjadliwe. (Na zdjęciu niżej widoczne jest barwienie tuszem, typowo stosowane w mikrobiologii celem zabarwienia tła, dzięki czemu wyraźnie widoczne są niezabarwione otoczki. Zdjęcie pochodzi z Public Image Health Library, domena publiczna).

Cryptococcus neoformans powoduje przede wszystkim bardzo ciężkie i obarczone dużą śmiertelnością zapalenie mózgu z zapaleniem opon mózgowo-rdzeniowych (meningoencephalitis). Anglojęzyczne piśmiennictwo ma taką sprytną mnemotechnikę, coby zapamiętać, z czym się tego kryptokoka je. Są to trzy C – C jak CryptococcusC jak CNS (central nervous system) i C jak capsule (otoczka). C jak cacuś, ale niech im tam będzie. Do zakażenia dochodzi przez wdychanie komórek grzybów, które w fazie początkowej powodują zapalenie płuc. Następnie, przy niedostatecznej odpowiedzi immunologicznej, grzyb rozprzestrzenia się po organizmie, dostaje się do ośrodkowego układu nerwowego, co skutkuje mieszanką objawów – gorączką, bólami głowy, zaburzeniami widzenia oraz zaburzeniami psychicznymi.

Kryptokokowe zapalenie mózgu z zapaleniem opon mózgowo-rdzeniowych występuje głównie u osób z nieprawidłowo funkcjonującym układem odpornościowym, przede wszystkim u chorych z AIDS. W ogóle, w związku z epidemią HIV/AIDS, bardzo wzrosło znaczenie C. neoformans jako czynnika powodującego potencjalnie śmiertelną chorobę u ludzi. Obecnie na świecie notuje się rocznie około miliona tych zakażeń u chorych na AIDS, po których umiera ponad 620 tysięcy osób. A na niektórych obszarach subsaharyjskiej Afryki liczba zgonów przekraczać może nawet liczbę zgonów z powodu gruźlicy.

Oprócz meningoencephalitis, C. neoformans może powodować także rozmaite inne zakażenia u osób z niedoborami odporności, wynikające z rozsiewu grzyba po organizmie. Opisywano infekcje otrzewnej, skóry, płuc, prostaty, kości, stawów, układu moczowego, mięśnia sercowego oraz oczu. Co gorsza, coraz częściej wspomina się o kryptokokowych zakażeniach u ludzi ze sprawnym układem immunologicznym. Na przykład to, co kiedyś określano jako odmianę C. neoformans, teraz uważa się za osobny gatunek grzyba –  o nazwie Cryptococcus gattii – i ten właśnie gatunek odpowiedzialny jest za epidemie zakażeń u (poza tym) zdrowych ludzi, a także zwierząt. Epidemiami takimi straszono w ostatnich latach w Kanadzie oraz Stanach Zjednoczonych. Po 1999 roku nastąpił gwałtowny wzrost zakażeń C. gattii w Kolumbii Brytyjskiej, czego skutkiem w ciągu kolejnych dziesięciu lat było kilkaset zachorowań u ludzi, z kilkunastoma zgonami. Kilkadziesiąt infekcji zanotowano także w amerykańskich stanach Waszyngton i Oregon. Interesujące i niebezpieczne w tych przypadkach było to, iż po pierwsze grzyb ten dotąd wiązany był z zakażeniami głównie w tropikach i subtropikach, a tu wyskoczył nagle zgoła gdzie indziej, po drugie zaś – że atakował zdrowych ludzi właśnie.

Ponadto tak naprawdę, to wiedza na temat grzybów z rodzaju Cryptococcus dopiero teraz się rozwija. Naukowcy z oczami jak talerzyki wykrywają, że drożdżaki te mają całe mnóstwo fascynujących czynników zjadliwości. Że produkują zarodniki, którymi prawdopodobnie mogą zakażać. Że potrafią unikać odpowiedzi immunologicznej, że radzą sobie z fagocytami, że mogą przeżywać i namnażać się w makrofagach. Że mają sprytne metody (w tym produkcję enzymów) na przekraczanie bariery krew-mózg (choć kompletny mechanizm nie jest poznany) i w ogóle na przemieszczanie się po zaatakowanym organizmie. Że mogą przechodzić intensywne zmiany morfologiczne (np. powiększanie nie tylko otoczki, ale i samych komórek grzyba, czyli powstawanie tzw. komórek olbrzymich, co może mieć znaczenie obronne), a także zmiany genomowe, co z kolei może wpływać na zwiększoną oporność Cryptococcus na leki przeciwgrzybicze. Ogólnie rzecz biorąc, nadzwyczaj podstępnie i złowieszczo są znakomicie przystosowane do ssaczego środowiska bytowania. Niektórzy specjaliści są nawet zdania, że w związku z tymi wszystkimi wyspecjalizowanymi mechanizmami przystosowawczymi, czas przestać określać kryptokoki mianem drobnoustrojów oportunistycznych.

(Obrazek powyższy jest prezentem od Gammona No.82. Dzięki :*)

A wracając do gołębi. Gołębie są fajne. Swoją obecnością cieszą w hałaśliwych miastach, stanowią atrakcję turystyczną, spełniają poniekąd funkcje oczyszczające przez zjadanie wyrzucanego przez ludzi jedzenia, są też pociechą dla osób samotnych, które lubią obserwować zwierzęta. Oczywiście przeszkadzają również, zanieczyszczając i niszcząc w ten sposób budynki i ulice, ich odchody są źródłem patogenów, a i bliski kontakt może grozić zachorowaniem. Coś trzeba więc z nimi zrobić, przynajmniej częściowo. I humanitarnie. Ograniczanie liczby gołębi w miastach podejmuje się od lat, z różnym skutkiem. Nieskuteczne są barbarzyńskie metody odstrzeliwania czy trucia – po czymś takim populacja ptaków szybko się odbudowuje. Ochranianie budynków w postaci siatek działa, choć nie wpływa na liczebność populacji. Stosowano także metody niszczenia lub zabierania jaj, a także różnoraką farmakologię. Metody farmakologiczne pozostają kontrowersyjnymi, i tak naprawdę mogą mieć sens tylko w połączeniu z czymś naprawdę skutecznym – niedokarmianiem. Bo jedyną skuteczną metodą zmniejszenia uciążliwej populacji gołębi w mieście jest zmniejszenie ilości dostarczanego im pokarmu. Władze miast mogą dokonać tego przez edukowanie społeczeństwa oraz przez zakazy swobodnego i „prywatnego” dokarmiania ptaków (o czym zresztą mówi linkowany na początku artykuł z Wyborczej).

A w ramach dbania o własne zdrowie warto również pamiętać o tych rozmaitych drobnoustrojach przenoszonych przez gołębie. I w związku z tym zachowywać jakieś zdroworozsądkowe zasady higieny w postępowaniu z ptaszyskami, jak na przykład nierzucanie się gołębiom na szyję, zwłaszcza kiedy wyglądają na chore czy martwe, czy też niepodchodzenie tak blisko, żeby aż delektować się kurzem wzbijanym przez trzepoczące skrzydła.

ResearchBlogging.org
Literatura niezwykle ciekawa:
1. Kronstad, J., Attarian, R., Cadieux, B., Choi, J., D’Souza, C., Griffiths, E., Geddes, J., Hu, G., Jung, W., Kretschmer, M., Saikia, S., & Wang, J. (2011). Expanding fungal pathogenesis: Cryptococcus breaks out of the opportunistic box Nature Reviews Microbiology, 9 (3), 193-203 DOI: 10.1038/nrmicro2522
2. Singh, P., Joshi, D., & Gangane, N. (2011). Cryptococcus peritonitis a rare manifestation in HIV positive host: A case report Diagnostic Cytopathology, 39 (5), 365-367 DOI: 10.1002/dc.21445
3. Costa, A., Sidrim, J., Cordeiro, R., Brilhante, R., Monteiro, A., & Rocha, M. (2009). Urban Pigeons (Columba livia) as a Potential Source of Pathogenic Yeasts: A Focus on Antifungal Susceptibility of Cryptococcus Strains in Northeast Brazil Mycopathologia, 169 (3), 207-213 DOI: 10.1007/s11046-009-9245-1
4. Chee HY, & Lee KB (2005). Isolation of Cryptococcus neoformans var. grubii (serotype A) from pigeon droppings in Seoul, Korea. Journal of microbiology (Seoul, Korea), 43 (5), 469-72 PMID: 16273041
5. Magnino, S., Haag-Wackernagel, D., Geigenfeind, I., Helmecke, S., Dovč, A., Prukner-Radovčić, E., Residbegović, E., Ilieski, V., Laroucau, K., & Donati, M. (2009). Chlamydial infections in feral pigeons in Europe: Review of data and focus on public health implications Veterinary Microbiology, 135 (1-2), 54-67 DOI: 10.1016/j.vetmic.2008.09.045