Miesiąc: Czerwiec 2011

Efekty uboczne szczepień

ResearchBlogging.org

Właściwie nie wiem, kto twierdzi, że szczepienia nie mają efektów ubocznych. Chyba nikt. Bo tak: antyszczepionkowcy mówią, że szczepienia mają mnóstwo działań ubocznych, bardzo przed nimi straszą, a w dodatku uważają, że zua Big Pharma wmawia ludziom brak tych efektów. Co prawda z drugiej strony twierdzą, że te efekty są jak najbardziej podawane. Podawane na ulotkach. Wyłącznie w takim celu, by tego nikt nie przeczytał, oczywiście. Nie wiem, jakimi drogami chodzi rozumowanie, że informuje się o czymś celem nieinformowania, trudno się nie zgodzić jednak, że gdyby owe informacje, zamiast wypisywane na nudnych ulotkach, były tatuowane ma atrakcyjnych, gładkich i opalonych klatkach piersiowych lekarzy (doktor Chase mi się tu, zupełnie nie wiedzieć czemu, nasuwa; nie żaden paskudny House ofkors), to rzeczywiście zasięg rażenia byłby większy. I skuteczność. No ale wtedy antyszczepionkowcy znaleźliby sobie na pewno jakiś inny powód do narzekań.

Medycyna bynajmniej nie uważa, że szczepienia nie mają żadnych skutków ubocznych. Oczywiście, że mają, tak jak wszystkie inne zabiegi medyczne, i jak w ogóle wszystko w życiu. Oczywiście, należy tu od razu wspomnieć o tym, że rygorystycznie przeprowadzone badania nie pokazały związku między szczepieniami a takimi schorzeniami, jak autyzm na przykład. Szczepionki nie obciążają również układu odpornościowego, ani nie osłabiają go. Ale efekty uboczne ich stosowania istnieją.

Efektami ubocznymi działania szczepionek nazywamy wszelkie zjawiska, którymi interesuje się medycyna, a które pojawiają się po szczepieniu. Oznacza to, że efektem takim może być zarówno prawdziwa reakcja na szczepionkę, jak i coś, co wystąpiło z przypadkową zbieżnością w tym samym czasie. Dalsze badania powinny umieć rozróżnić pomiędzy tymi dwoma.

Uboczne efekty szczepień można dzielić pod względem różnych kryteriów. Jednym z takich podziałów jest podział pod kątem przyczyny ich powstawania. Dzielimy je więc na:

1. Powodowane przez samą szczepionkę. Są to reakcje, które nie wystąpiłyby bez danego szczepienia (przykładem może być poliomyelitis związane ze szczepieniem, czyli vaccine-associated paralytic poliomyelitis po zaszczepieniu szczepionką atenuowaną).

2. Do drugiej grupy zaliczamy reakcje, które wystąpiłyby i tak, ale szczepionka je wywołała (tu przykładem mogą być pierwsze drgawki gorączkowe u podatnych na nie dzieci).

3. Trzecią grupę stanowią wszelkie reakcje występujące po podaniu szczepionki niewłaściwie przygotowanej, przetrzymywanej, albo podanej.

4. A czwarta grupa to efekty przypadkowe, czyli takie, które wystąpiły po szczepieniu, ale nie zostały przez szczepienie spowodowane. Ten przypadek dobrze opisuje sytuacja, kiedy to niektórzy ludzie szczepiąc się przeciwko grypie obserwują u siebie objawy przeziębienia. Objawy te nie są powodowane przez samą szczepionkę, natomiast oczywistym jest, że jeśli liczne grupy ludzi szczepią się przeciwko grypie w chłodnym okresie jesienno-zimowym, to część z tych osób przy okazji i niezależnie złapie jakieś przeziębienie w tym samym czasie.

Jak widać z powyższego, medycyna nie tylko nie lekceważy efektów ubocznych szczepień, ale wręcz przeciwnie – informacje o nich zbiera bardzo drobiazgowo, nie pomijając nawet sytuacji, gdzie nie wykrywa się związku przyczynowo-skutkowego między szczepieniem a efektem ubocznym. To oczywiście znacznie zwiększa liczbę opisywanych efektów ubocznych.

Naturalnie, najbardziej interesujące są te rzeczywiste efekty uboczne szczepień (grupa pierwsza). Można je podzielić na te występujące stosunkowo często, i te, które występują rzadko. Do pierwszych najczęściej zalicza się reakcje miejscowe, a także uogólnione, a ich cechą wspólną jest to, że mają na ogół łagodny przebieg. Do reakcji miejscowych zaliczamy ból, opuchliznę i zaczerwienienie w miejscu wkłucia. W zależności od rodzaju szczepionki z reakcjami takimi spotykamy się nawet przy okazji 80% szczepień, szczególnie przy użyciu szczepionek inaktywowanych i zawierających adjuwanty. Reakcje te występują mniej więcej w ciągu kilku godzin po szczepieniu, jak już wspomniałam – są łagodne, i znikają same.

Uogólnione efekty uboczne są zazwyczaj także stosunkowo łagodne i obejmują na przykład złe samopoczucie, gorączkę, bóle mięśni, bóle głowy, utratę apetytu. Mogą występować po szczepieniu wirusowymi szczepionkami atenuowanymi. Wynika to stąd, że wirus w szczepionce atenuowanej musi namnożyć się, żeby wywołać odpowiedź immunologiczną. W związku z tym reakcja poszczepienna, jak na przykład gorączka czy wysypka, jest po prostu reakcją na namnażanie się wirusa, i przypomina naturalne zakażenie, tyle że w niegroźnej formie. Te objawy uboczne występują zwykle po 7-21 dniach po zaszczepieniu.

Trzecim rodzajem poszczepiennych reakcji ubocznych są reakcje rzadkie. Zalicza się tu objawy występujące w układzie nerwowym oraz objawy alergiczne. Mogą mieć one bardzo ciężki przebieg i zagrażać życiu (anafilaksja jest doskonale opisanym zjawiskiem w tym przypadku). Reakcja anafilaktyczna wystąpić może w odpowiedzi na składnik immunogenny szczepionki, ale także na jej inne składniki. Na szczęście efekt ten występuje bardzo rzadko, z częstością mniejszą niż jeden przypadek na pół miliona dawek.

Podsumowując więc można powiedzieć, że owszem, stosowanie szczepień wiąże się z efektami ubocznymi. Są one jednak w większości stosunkowo łagodne. Zalety więc szczepionek, czyli skuteczne chronienie poszczególnych osób oraz całych populacji przed chorobami zakaźnymi, znacznie przekraczają ich niewielkie wady. Naturalnie, medycyna tych wad nie lekceważy, starając się „usuwać” je w miarę możliwości, na przykład poprzez zastępowanie szczepionek mniej bezpiecznych takimi, stosowanie których wiąże się z mniejszym prawdopodobieństwem wystąpienia efektów ubocznych.

Kiedy medycyna mówi o szczepieniach więc, mówi także o przeciwwskazaniach do szczepień.Przeciwwskazania te to taki stan osoby przed ewentualnym zaszczepieniem, który bardzo silnie zwiększa szanse wystąpienia poważnego efektu ubocznego.

Łagodne reakcje miejscowe i uogólnione opisane powyżej nie są przeciwwskazaniem do zastosowania tych samych szczepionek w przyszłości, albo szczepionek zawierających te same antygeny. Natomiast potwierdzona reakcja anafilaktyczna na jakikolwiek ze składników szczepionki, albo szczepionkę z tymi samymi antygenami jest już zdecydowanym przeciwwskazaniem stałym do późniejszego szczepienia. Dwoma pozostałymi stałymi przeciwwskazaniami do konkretnych szczepień są: encefalopatia o niezidentyfikowanej przyczynie występująca w ciągu 7 dni po szczepieniu przeciw krztuścowi oraz ciężkie złożone niedobory odporności (zespół SCID) – to akurat jest przeciwwskazaniem do szczepienia przeciw rotawirusom.

Większość przeciwwskazań jest jednak czasowa, a szczepionka może być podana w innym czasie. Na przykład szczepionki żywe są czasowo przeciwwskazane dla kobiet w ciąży i dla pacjentów z immunosupresją (w przypadku immunosupresji decyzja musi być podejmowana indywidualnie, ponieważ różne rodzaje immunosupresji muszą być traktowane w odmienny sposób).

Oprócz przeciwskazań istnieją także okoliczności skłaniające do ostrożności w stosowaniu szczepień. Opisuje się je jako sytuacje czy też stan pacjenta, który może zwiększyć szanse wystąpienia reakcji ubocznej oraz może osłabić zdolność szczepionki do wywołania reakcji immunologicznej. W takich przypadkach niezbędna jest konsultacja ze specjalistą.

Zdarza się, że lekarze błędnie zaliczają niektóre sytuacje do przeciwwskazań, są to tzw. fałszywe przeciwwskazania. Należą tu na przykład: łagodna choroba z gorączką, antybiotykoterapia, karmienie piersią, alergia na produkty, które nie znajdują się w szczepionce, albo alergia, która nie jest anafilaktyczna, a także rodzinna historia poszczepiennych efektów ubocznych (ale znowu – w razie wątpliwości wszystkie konkretne przypadki powinny być skonsultowane ze specjalistą).

Kluczowym w zapobieganiu wystąpieniu efektów ubocznych jest zebranie i zanalizowanie historii osoby mającej zostać zaszczepioną przez osobę podającą szczepienie. I lekarz więc, i rodzice szczepionego dziecka powinni upewnić się, że w danym przypadku nic nie stoi na przeszkodzie, żeby dziecko zostało zaszczepione.

Powtarzając się nieco – efekty uboczne szczepień, mimo że występują, są w ogromnej większości łagodne i w ogóle dość rzadkie. Ze względu na to medycyna przykłada tak dużą wagę do zgłaszania i analizowania ich już po wprowadzeniu szczepionki do użycia. Naturalnie, szczepionki badane są przed wprowadzeniem na rynek na różnych etapach produkcji, bardzo wnikliwie i dokładnie. Problem jednak w tym, że efekty uboczne sa na tyle rzadkie (szczególnie te należące do wyżej wymienianej grupy trzeciej), iż niemożliwym jest wykrycie ich nawet w najszerzej zakrojonych testach. W związku z tym tworzy się specjalne programy gromadzące dane o efektach ubocznych następujących po szczepieniach. Jednym z takich systemów jest amerykański VAERS (Vaccine Adverse Event Reporting System) zarządzany przez CDC i FDA. Od kiedy powstał, czyli od 1990 roku, VAERS rocznie zbiera około 28 000 raportów. Na pierwszy rzut oka wydaje się to dużą liczbą, jednak jest ona stosunkowo mała, kiedy porówna się ją do około 100 milionów dawek szczepionek przeciwko chorobom wieku dziecięcego rozprowadzonych w ostatniej dekadzie, oraz milionów dawek szczepionek podanych osobom dorosłym. Ponadto wiadomo, że VAERS zbiera informacje, które często bywały nieweryfikowane. Innymi słowy, można było tam zgłosić niemal wszystko, niezależnie czy miało związek ze szczepieniem, czy nie, i informacja została zapisywana. W tym miejscu na myśl przychodzi od razu prowokacja dokonana przez pewnego lekarza, który zgłosil do VAERS, że szczepionka przeciwgrypowa zamieniła go w Hulka – jego zgłoszenie znalazło się w bazie danych. Wygląda na to, że dane z tego systemu powinny być traktowane bardzo ostrożnie.

Jak widać więc, medycyna absolutnie nie lekceważy efektów ubocznych szczepień, wprost przeciwnie, do analiz i badań nad nimi przykłada bardzo wielką wagę. Nie da się też ukryć, że medycyna nie patrzy tylko na jednego pacjenta (chociaż oczywiście też!), ale także na całą populację, która ma być chroniona. Zwróćmy uwagę na odrę, która ostatnio budzi coraz większe zaniepokojenie autorytetów medycznych na całym świecie. Oblicza się, że bez szczepień rocznie na odrę umarłoby 5 milionów dzieci (zakładając śmiertelność zakażenia na 2-3%, a należy pamiętać, że w niektórych biedniejszych krajach wynosi ona nawet 10-krotnie więcej). Powikłaniem w przebiegu odry jest zapalenie mózgu, które występuje średnio u jednego na 1000 pacjentów. Natomiast szczepionka przeciw odrze (MMR) chroni przed odrą, a więc i przed jej późniejszymi skutkami, chociaż szczepienie może spowodować wysypkę. Zapalenie mózgu po szczepieniu nie występuje, a ciężka poszczepienna reakcja alergiczna (wstrząs anafilaktyczny) może mieć miejsce w kilku do kilkunastu przypadków na milion dawek. Rachunek zysków i strat jest więc prosty w tej sytuacji.

Więcej:
1. Immunisation against infectious disease – The Green Book. Department of Health. 2007–2010.
2. The Pink Book: Chapters. Epidemiology and Prevention of Vaccine Preventable Diseases. 12th Edition (April 2011). Centers for Disease Control and Prevention.
3. DeStefano, F. (2007). Vaccines and Autism: Evidence Does Not Support a Causal Association Clinical Pharmacology & Therapeutics, 82 (6), 756-759 DOI: 10.1038/sj.clpt.6100407
4. Goodman, M. (2006). Vaccine Adverse Event Reporting System Reporting Source: A Possible Source of Bias in Longitudinal Studies PEDIATRICS, 117 (2), 387-390 DOI: 10.1542/peds.2004-2687
5. Perry RT, & Halsey NA (2004). The clinical significance of measles: a review. The Journal of infectious diseases, 189 Suppl 1 PMID: 15106083

Nietoperze i wirusy

ResearchBlogging.org

Wygląda na to, że australijskim naukowcom udało się opracować skuteczną szczepionkę przeciwko wirusom Hendra.

I cóż z tego, ktoś mógłby zapytać, skoro w artykule podano, że szczepionka ma zapobiegać zakażeniom u koni. Fakt, że ludzie też chorują, a nawet umierają na skutek zakażenia, ale takich przypadków było dotychczas 7 (w tym cztery zgony). Jakby niezbyt wiele. A poza tym – e tam, kto w ogóle słyszał o wirusach Hendra?

Hendra (i Nipah, bo wirusy te zwykło omawiać się razem) należą do rodziny Paramyxoviridae. Tej samej, do której należą znane od dawna i od dawna atakujące ludzi wirusy odry, świnki czy parainfluenzy. Niestety to, że niektóre paramyksowirusy są znane, i że nawet przeciwko niektórym z nich mamy skuteczne szczepionki, nie oznacza, że nie musimy się ich obawiać. Wystarczy spojrzeć, jak milutkie ruchy antyszczepionkowe narażają całe społeczeństwa na epidemie chorób, z którymi już całkiem nieźle sobie radziliśmy.

Ale paramyksowirusy nie dają za wygraną nie tylko dzięki odrze. W rodzinie tej odkrywa się nowe, niebezpieczne czynniki zakaźne, które ni z tego, ni z owego stają się groźne dla ludzi w różnych ładnych rejonach świata. Takimi stosunkowo nowymi paramyksowirusami są właśnie Nipah i Hendra. Hendra opisany został po raz pierwszy w Australii w 1994 roku, a Nipah w Malezji i Singapurze cztery lata później. Ponieważ oba mają dość specyficzne właściwości, odróżniające je od innych wirusów z rodziny Paramyxoviridae (inna budowa genomu, bardzo duża zjadliwość), utworzono dla nich nowy rodzaj w obrębie tej rodziny – Henipavirus. Obecnie oba henipawirusy zaliczane są patogenów stopnia numer 4 (Biosafety Level 4), czyli do patogenów najgroźniejszych dla człowieka, zakażenie którymi obarczone jest dużym ryzykiem zgonu i dla których nie ma ani skutecznego leku ani szczepionki. (Innymi wirusami zaliczanymi do tej samej grupy są Ebola i Marburg.) Ponadto wirus Nipah uznawany jest za patogen, który teoretycznie może znależć zastosowanie jako broń biologiczna (kategorii C).

Henipawirusy w mikroskopie elektronowym. A – Hendra, B – Nipah

Obie pierwsze epidemie, i ta w Australii, i ta w Azji, wzbudziły spore zaniepokojenie specjalistów. Zwłaszcza dlatego, że po nich zdarzyły się kolejne (Hendra szalał wyłącznie w Australii, natomiast Nipah rozbiegł się na tereny Bangladeszu i Indii). Oraz dlatego, że paramyksowirusy zwykły na ogół zakażać w dość wąskim spektum ofiar, a transmisja międzygatunkowa nie zdarza się często. Nipah i Hendra natomiast powodowały i powodują choroby u zwierząt i u ludzi, a dodatku są to choroby obarczone sporą śmiertelnością.

Rezerwuarem obu wirusów są owocożerne nietoperze z rodzaju Pteropus (lisy latające), a ludzie zakażają się najczęściej od innych zwierząt – nosicieli pośrednich. W przypadku wirusa Hendra są to konie (stąd szczepionka dla koni w Australii), a w przypadku wirusa Nipah – świnie. Wirusami Nipah ludzie mogą także zakażać się bezpośrednio od nietoperzy, albo też – jak pokazano przy okazji analizy epidemii w Bangladeszu – możliwe jest przenoszenie od człowieka do człowieka.

Australijski Pteropus poliocephalus

Droga zakażenia nie zawsze jest jasna. Wirusy Hendra wykrywano w wydzielinie nosa oraz moczu zakażonych koni, wygląda więc na to, że ludzie zakażają się przez bliski kontakt z końmi. Natomiast jak konie zarażają się od nietoprerzy nie wiadomo, prawdopodobnie rolę odgrywa tu zjadanie paszy skażonej moczem lub tkankami nietoperzy. Bliski kontakt ze świniami jest niewątpliwie odpowiedzialny za infekcje Nipah u ludzi w Malezji i Singapurze, a świnie najprawdopodobnie łapią wirusy od nietoperzy przez zjadanie napoczętych przez nietoperze owoców. Z kolei w Bangladeszu udowodniono przenoszenie się Nipah od jednej osoby do drugiej, a także infekcje na skutek spożywania lokalnego specjału, soku palmy daktylowej. Jeśli sok taki zbierany jest nocami, do otwarych zbiorniczków, zdarza się, że korzystają z nich i nietoperze. A pijąc zostawiają tam wirusy.

Niewiele przypadków zakażeń henipawirusami (szczególnie wirusem Hendra) opisano u ludzi. Ale pokusić się można o podsumowanie ich pod kątem objawów klinicznych. Ciężkie zakażenia charakteryzują się na ogół ostrym zapaleniem mózgu (encephalitis). Wirusy atakują naczynia mózgowe, powodując w nich zmiany zapalne, zatory oraz lokalne krwotoki. Niszczą także neurony i komórki gleju. U pacjentów opisywano zaburzenia świadomości, zaburzenia ruchowe, drgawki, nieprawidłowe odruchy, wymioty, gorączkę i bóle głowy. U niektórych chorych obserwowano również objawy ze strony układu oddechowego. Interesującym zjawiskiem jest to, że u osób, które wyzdrowiały, objawy encephalitis mogą powracać kilka miesięcy do nawet paru lat po pierwszym zakażeniu. Szczęśliwie jednak nawroty te nie występują zbyt często i nie zawsze kończą się zgonem. Ogólnie, śmiertelność w przypadku infekcji spowodowanych przez wirus Hendra u ludzi ocenia się na około 50%, a infekcji powodowanych przez wirus Nipah – na około 70% (w przebiegu niektórych epidemii wyglądało to nawet groźniej). Jeśli więc weźmie się pod uwagę – pamiętając, że liczby są małe – iż zakażenia henipawirusami mają ciężki przebieg, mogą nawracać, a nie mamy przeciw nim żadnej skutecznej broni, to sytuacja nie wygląda wesoło.

Z epidemiologicznego punktu widzenia coraz silniej podkreśla się rolę nietoperzy w przypadkach chorób zakaźnych nękających ludzi. W rejonie od Madagaskaru przez Indie, południowo-wschodnią Azję, do Australii i dalej do Wysp Cooka, mieszka 65 różnych gatunków nietoperzy z rodzaju Pteropus. Specjaliści podkreślają, że zmiany środowiskowe wprowadzane przez ostatnie lata przez człowieka (duże nagromadzenie zwierząt hodowlanych i ludzi na tym samym terenie, wycinka lasów) powodują, że ludzie narażeni są na nieznane dotąd choroby. Niszczenie lasów wiązane jest ze zmianami występowania nietoperzy, a co za tym idzie – nietoperze coraz bardziej zbliżają się do ludzkich osiedli. To stwarza doskonałe pole do popisu patogenom odpowiedzialnym za choroby odzwierzęce, których źródłem mogą być latające ssaki. Ostatnio coraz chętniej mówi się o rosnącej liczbie nowych wirusów izolowanych od nietoperzy, wirusów niebezpiecznych lub potencjalnie niebezpiecznych dla ludzi; nie wspominając już o tych wirusach, z którymi ludzkość sobie nie poradziła, a które opisano dawniej. W ocenie specjalistów patogeny przenoszone przez nietoperze mogą szykować nam jeszcze niejedną niemiłą niespodziankę.

Dodatkowe informacje:
1. Aguilar, H., & Lee, B. (2011). Emerging paramyxoviruses: molecular mechanisms and antiviral strategies Expert Reviews in Molecular Medicine, 13 DOI: 10.1017/S1462399410001754
2. Wong, K. (2010). Emerging epidemic viral encephalitides with a special focus on henipaviruses Acta Neuropathologica, 120 (3), 317-325 DOI: 10.1007/s00401-010-0720-z
3. Wild, T. (2009). Henipaviruses: A new family of emerging Paramyxoviruses Pathologie Biologie, 57 (2), 188-196 DOI: 10.1016/j.patbio.2008.04.006
4. Eaton BT, Broder CC, Middleton D, & Wang LF (2006). Hendra and Nipah viruses: different and dangerous. Nature reviews. Microbiology, 4 (1), 23-35 PMID: 16357858
5. Halpin K, Hyatt AD, Plowright RK, Epstein JH, Daszak P, Field HE, Wang L, Daniels PW, & Henipavirus Ecology Research Group (2007). Emerging viruses: coming in on a wrinkled wing and a prayer. Clinical infectious diseases : an official publication of the Infectious Diseases Society of America, 44 (5), 711-7 PMID: 17278066
6. Obrazki pochodzą z wyżej wymienionych publikacji.

Kto ma rację?

ResearchBlogging.org
Dzisiaj będzie zagadka. Tak sobie wprawdzie fascynująca, ale zawsze. Zainspirowana zresztą paroma starszymi notkami, a i pytaniami czytelników. Bo otóż wiadomo nie od dziś, że ludzie poszukują różnych informacji na tematy naukowe. Poszukują porządnie, wcale niekonieczne sugerując się jakimiś niesprawdzonymi wiadomościami, wyciągniętymi nie wiadomo skąd. Nie, ludzie czytają Pubmedy (skupmy się na nauce przyrodniczo-medycznej), zaglądają do publikacji, wczytują się wnikliwie w wyniki najnowszych badań, analizują. Ale mają wątpliwości, bo przecież wiadomo, że a to naukowiec nawet szanowany jakiś puści się poręczy, a to czasopismo wielce uznane opublikuje coś, co nie bardzo spełnia standardy, wreszcie – prace naukowe czasem sobie przeczą. Kogo wtedy słuchać, komu wierzyć? W dodatku czytelnik taki narzeka, że brakuje mu słownictwa, więc naprawdę trudno mu stwierdzić, czy to, co czyta, ma w istocie sens, czy wprost przeciwnie. Z trzeciej strony, doniesienia prasowe, które w teorii mają za zadanie przetłumaczyć wszystko z polskiego na nasze, też czasem szwankują (a bywa, że słowo szwankują jest nadmiernie uprzejmym określeniem).

Częściowo kryteria oceny publikacji naukowych, ich rzetelności i wiarygodności, można ustalić. Wiadomo, że wyniki, nad którymi się zastanawiamy, powinny być opublikowane jako recenzowana publikacja naukowa, a nie jakieś swobodne opowieści z mchu i paproci. Opublikowane w dobrym czasopiśmie (więc na przykład impact factor, IF, się kłania). To jest ten pierwszy próg.

Następnie – jeśli już zagląda się do oryginału, a nie do opisu w gazecie codziennej, który może spokojnie przeinaczyć dane tak, że ich sam autor nie pozna – warto zwrócić uwagę, jak dane badania zostały zrobione. Ten drugi próg wymaga nieco więcej, niż znajomości słownictwa czy odczytania IF. Bo owszem, uwagę można zwrócić na takie terminy jak statystyka, próby kontrolne, ślepe próby, placebo, i tym podobne. I bardzo słusznie. Ale powinno się także sprawdzić, w jaki sposób badacze dobrali grupy do doświadczeń; jakie dokładnie testy statystyczne zastosowali; czy te testy tak naprawdę miały sens w kontekście dobrania do hipotezy oraz do próby badanej; czego użyli, czyli jakie dokładnie metody zastosowali technicznie; czy metody te uznane są przez inne zespoły pracujące w tej samej dziedzinie; czy kontrole faktycznie kontrolowały doświadczenia/testy; co tak naprawdę porównali ze sobą; jak ich wyniki mają się do poprzednich badań w dziedzinie, i tak dalej, i tak dalej.

Bo na przykład czasem naukowcom potrafi wyjść coś tak pięknego, jak słynne fMRI w mózgu martwego łososia, i wszyscy mają bardzo fajny geekowo-naukowy ubaw (a przede wszystkim autorzy, których to było celem). Tak w zasadzie, to na każdym małym pólku, uprawianym przez konkretne laboratoria, kryteriów takich można znaleźć sporo, i to różnych, choć wiele z nich jest podobnych i/lub wspólnych. W teorii takie pytania jak wyżej, w razie wątpliwości, powinni zadać recenzenci pracy, oraz zażądać wyjaśnień i ewentualnych poprawek. Ale ludzie są ludźmi, a rzeczywistość czasem skrzeczy.

I tu zagadka. Otóż pojawiły się dwie publikacje, nie bardzo dawno temu, prawie równocześnie (jedna w 2009, druga w 2010 roku). Nie dotyczą one jakichś ekscytujacych zagadnień, typu: czy kobiety sa głupsze od mężczyzn, albo czy bufor kakodylowy pity na czczo usuwa z organizmu AIDS oraz schizofrenię, albo czy homeopatia jest taka głupia, na jaką wygląda, czy może jednak głupsza. Nie, żeby nie budzić nadmiernego podniecenia, skupmy się na dwu cichych i nikomu niewadzących artykułach na temat jednego niezbyt ważnego na pierwszy rzut oka białka wirusowego. Białko to lubi siedzieć sobie w strukturach błonowych komórki, a naukowcy postawili sobie za cel sprawdzić, w jaki sposób białko to jest zlokalizowane w błonie i po której stronie błony znajdują się jego końce. Fascynujące, nieprawdaż.

Obie prace opublikowano w czasopismach cenionych w dziedzinie (jedno ma, owszem, wyższy IF i jest uważane za lepsze, ale i to drugie nie jest złe). Badaniami zajmowały się niezłe zespoły, jeden od dawna uznany w środowisku, drugi raczej nowy, ale za to nie była to jego pierwsza publikacja na ten temat. I obie te publikacje pokazują coś przeciwnego. Jedna, że badane białko siedzi sobie w błonie retikulum endoplazmatycznego, w błonie komórkowej go nie wykrywano, a jego C-koniec wyłazi do cytoplazmy, co zresztą warunkuje pewne biologiczne właściwości tegoż białka. Drugi natomiast zespół twierdzi, że to samo białko znajduje się w błonie komórkowej komórki, jego C-koniec wystaje na zewnątrz, i to wszystko również wpływa na jego biologiczne cechy/aktywność.

Kto ma rację? Jeśli kogoś to przypadkiem interesuje, to analizując ten przypadek powinno się zwrócić uwagę między innymi na: rodzaj komórek używanych w doświadczeniach i co te komórki sobą reprezentują; rodzaj i ograniczenia związane z zastosowanymi przeciwciałami; metody, jakich jeden zespół użył do przetestowania hipotez stawianych przez zespół drugi (bo artykuł z 2010 roku ukazał się na tyle później, że badacze byli w stanie zweryfikować, przynajmniej częściowo, wyniki drugiego zespołu); co oznacza zastosowanie adenowirusów, i jak to się może mieć do zastosowania bakulowirusów, których akurat żadna z opisywanych grup badaczy nie używała w omawianych badaniach (w tym celu można na przykład zajrzeć do pewnej pracy z 1989 roku, znajdującej się w spisie literatury); a także jak wyglądają wyniki innych poprzednio opublikowanych doświadczeń, które przynajmniej zahaczały (jeśli nie mówiły wprost) o tych samych zagadnieniach.

Kto ma rację więc? Nie żeby to było kwestią o zasadniczym znaczeniu dla czegokolwiek i kogokolwiek. Ale warto uzmysłowić sobie, że takich sprzecznych artykułów naukowych może być i jest bardzo bardzo wiele. W każdej, jak sądzę, dziedzinie nauki. Life is brutal, nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.

Jakby ktoś sobie jednak przypadkiem życzył, omawianymi artykułami dysponuję:
1. Hu, L., & Ceresa, B. (2009). Characterization of the plasma membrane localization and orientation of HPV16 E5 for cell–cell fusion Virology, 393 (1), 135-143 DOI: 10.1016/j.virol.2009.07.034
2. Krawczyk, E., Suprynowicz, F., Sudarshan, S., & Schlegel, R. (2010). Membrane Orientation of the Human Papillomavirus Type 16 E5 Oncoprotein Journal of Virology, 84 (4), 1696-1703 DOI: 10.1128/JVI.01968-09

Planety szaleją

Przychodzi facet do lekarza. Znaczy do dentystki. Od progu, jak to cierpiący mężczyzna, ogłasza:

– Boli mnie ząb, pani doktor. To chyba jakieś zakażenie. Proszę coś z tym zrobić.

– Proszę pana. Ząb ma prawo boleć. Rodzi się w nim nowe życie, bakterie się mnożą, dzielą, w kafejce Kieszonka dziąsłowa umawiają na filiżankę śliny, flirtują, rozmnażają, uprawiają seks, mają orgazmy, potem dzieci, potem dzieci się rozmnażają, potem cała planeta się rozmnaża, wszystko wiruje, faluje, nadchodzi era wodnika, przemoc w postaci wiertła i cęgów jest źle widziana, ekologia, stawiamy na ekologię, wielorazowe opatrunki, bandaże prane w kubeczkach menstruacyjnych, wpływy Księżyca oraz planet, planety szaleją, szaleją i śmieją się, śmieją, a słońce wysoko, wysoko, świeci pilotom w oko… Nie przekonuje to pana?

– Eeeee, do czego? Pani doktor, mnie boli ząb!

– No jak to – do czego? Że ból jest naturalny w tej sytuacji. Wszystko rodzące się na tym świecie wymaga bólu. Ból jest zdrowy, fizjologiczny. Owszem, czasem należy uwzględniać znieczulenie, w niektórych sytuacjach medycznych. Ale ból zęba u mężczyzny do nich nie należy. W dodatku nie zdaje sobie pan sprawy, ileż bólu wymagać będzie zastrzyk znieczulający…

– No ileż?

– Dużoż, proszę pana. Jakby tak ułożyć te strzykawki jedna na drugiej, to stosik byłby niemałyż. Niechże pan się powierzy w mój silny umysł. I uwierzy, że w pana zębie tysiąc jeży zęby szczerzy, metaforycznie rzecz ujmując. To jest fizjologia i tak ma być. Nie czuje pan tych hormonów, co się w pana organizmie wydzielają?

– Adrenalinę może..

– No widzi pan! O to nam chodziło. Skończmy z medykalizacją postępowania z męskim zębem, zdajmy się na naturę, obudźmy w sobie naszego bogina wewnętrznego, Ojca Zębuszka-Bakteriona! On obdarza nas życiem! I hormonem, eee, harmonią tego, no, wszystkiego.

– Ale, pani doktor, ja się boję bólu i boję tego zakażenia. Nie wpłynie to niekorzystnie na stan mojej żuchwy i w ogóle mego zdrowia?

– Wprost przeciwnie, drogi panie. Kiedy wsłuchasz się pan w tęskną pieśń swojego opanowanego przez bakterie zęba, opowiadającą o prastarych prokariotycznych źródłach życia, o radości (iskro bogów), o (sępie) miłości, o wewnętrznej męskiej bogini, o jin i jang, o Aldebaranie-gwiazda-beta-odpadła-ci, dojdziesz pan do wniosku, że ból zęba jest zjawiskiem seksualnym. Wszystkie te skurcze bólowe, drgawki pojawiające się na pańskiej miłej twarzy, szczękościsk i uśmiech sardoniczny oraz skurcz toniczny mięśni, to nic innego jak zew natury. Zew, który zwie, znaczy wzywa: wstań, unieś głowę (i główkę), wsłuchaj się w słowa pieśni o małym (eee, rycerzu), pręż się, obejmij, zatoń w tym, szczytuj, dotrzyj do źródła starożytnej wiedzy i mądrości, poznaj planetę Ząb (zupa zębowa… i bakteryjna)… Coś widzę, że pan mnie nie słucha.

– Jakoś nie mogę. Może to z tego koszmarnego bólu…

– No dobra, jaka ta młodzież dzisiejsza niewytrzymała jest. Spróbujemy najnowszej metody uśmierzania bólu zęba, polecanej przez światowe autorytety Szkoły Bolenia. Reflektuje pan?

– No jasne!

– Oto przygarść kulek żelaznych ujmij w dłoń swą mocarną, cny pacjencie, a zali wżdy pamiętaj, iżby aczkolwiek celować celnie. Zamachowując się bynajmniej nie politycznie, acan celujesz w swe chmurne czoło, i jedną kuleczką, jako tym diamentowym piorunem, uderzasz swe jestestwo między oczy.

– …

– No waćpan, strzelaj mocniej nieco.

– … …

– Ale ile tych kuleczek sobie narychtował?! Ile?! Zali mówiłam, że jedną celować, a on tu sobie amunicji na trzy roki widomie przysposobił, durny on!

– Uważaj, wpadasz w żargon.

– Przepraszam (ależ wodzu, co wódz). Troszku mnie poniosło. Spróbujemy innych metod. Celem uśmierzenia bólu możesz pan: chodzić, klęczeć, kucać, obciągać (znaczy dla przyzwoitości obciągnąć na sobie koszulkę, żeby nie odsłaniała zbyt dużo), a także tańczyć na rurze. Można też tańczyć na piłce (do metalu), względnie próbować lap-dancingu, ale rura jest rurą jest rurą jest rurą, i po latach doświadczeń mogę panu rzec: ta rura ma dwa końce! (Tylko trzeba się najpierw rozebrać, proszę poczekać z tymi majtkami w groszki, zaproszę studentki i studentów, niech się uczą.) Może pan także przynieść sobie do gabinetu wrzątek herbaciany i robić z niego okłady na krocze.

– Na krocze???

– Ależ naturalnie. Okład taki znakomicie rozluźnia mięśnie krocza, co niweluje ból. Podobnie działa okład z brudnych skarpetek przesiąkniętych zapachem domu. A także śpiew. Zapach domu i śpiew, to jest podstawa. Proszę coś zaśpiewać.

– Nie umiem… pani doktor, ja tu mam bolący ZĄB!

– Od razu zauważyłam. Nie chce pan rozluźnić krocza i zawzięcie walczy pan z naturą. Nie lekceważę tego, proszę mi wierzyć. Wiem, że pana boli i jest pan bardzo dzielny. Proszę wytrzymać, zaraz będzie bolało bardziej. Ciu, ciu, cacy, cacy, masz po glacy. Rzetelna informacja i pozytywne emocje pomagają przetrwać najtrudniejszy moment. Pomaga?

– Noż…

– Ból pana paraliżuje. Przyczyn jest wiele. Złe przygotowanie do zabiegu dentystycznego, różny próg tolerancji na ból, doświadczenia życiowe. Lęk, bo koledzy nastraszyli. Ważna jest psychika, proszę pana – problemy emocjonalne odbijają się w zębach jak w lustrze. Mężczyzna, który czuje się nieakceptowany przez partnerkę, która nie planowała czy nie chciała zakładać hodowli zębów w paszczy, zwykle gorzej znosi zęby (szczególnie po schodach), bo nie dostrzega celu, jakim jest to małe, ruchliwe, bakteryjne, radośnie rozwijające się społeczeństwo. Jakby dostrzegł, to z radością by zaakceptował ten ból, z uśmiechem na ustach, śpiewająco. Żona nie przyprawia panu rogów?

– Gówno to panią obchodzi! BOLI MNIE ZĄB!!! Mam zakażenie. Trzeba je usunąć. A pani mi tu pieprzy o Aldebaranie, rurach i żonie?! Co to ma być, do cholery? Kto jest pani przełożonym?

– Ojejku. Ojejku, no. Taki pan agresywny, no, no. Dobrze, proszę założyć majteczki i wspiąć się na fotel, zrobimy znieczulenie. Tylko moja uczciwość zawodowa nakazuje mi ostrzec pana, że znieczulenie wiąże się z bardzo niekorzystnymi efektami zdrowotnymi. Dziury w dziąsłach, porażenia nerwów, zrosty bliznowcowe, uszkodzenia korzeni, zbrązowienie liści, o łodydze to już nawet nie ma co mówić. Reflektuje pan?

– TAK!!!

– …

– …

– …

– …

– A nie mówiłam? Pani Zosiu, proszę posprzątać pacjenta. Usunąć strzykawkę z oka… Wychodzi wraz z gałką? I jakie te lody? Malinowe? To zjemy. Reszta zewłoka takoż proszę won, znaczy na chirurgię podrzucić, oni tam będą wiedzieli, co z pacjentem zrobić. Zgodnie z hasłem: trafiła pani (no, pan w tym wypadku) wprost do kliniki, zastosujemy z trocin zastrzyki, nową perukę damy na głowę, oczy wkleimy, i zęby zdrowe!

Disklajmer: niniejszym zawiadamia się, że powyższe nie ma nic wspólnego z poniższym, a przypadkowe podobieństwo do czegokolwiek jest całkowicie przypadkowe.

http://wyborcza.pl/rodzicpoludzku/1,114118,9678006,Podroz_na_planete_Porod.html?as=1&startsz=x6,podroz_na_planete_porod.html?as