Piękna i dobra historia miłosna

Dzisiejsza notka miała być piękna. Ze względu na to, że różnie dzieje się w moim osobistym państwie duńskim, i w ogóle, potrzeba mi było troszkę piękna i dobra. Jak je znaleźć jednak, kiedy widzi się to, no jak? Ale nie, miałam być dzisiaj grzeczna i zen, więc nie będę się przecież czepiać, że to znowu będzie mordowanie Holmesa na moich oczach z użyciem bezmyślnej twarzy i głupkowatych oczu Downeya Jra, że jak można zrobić tak denny film z tak fajnych książek, że adaptować trzeba umieć, że zmiany trzeba umieć wprowadzać, że Jude Law jest miłym chłopcem, ale na Watsona pasuje jak kwiatek do karety, a Downey znowu … nie, nie będę tego wszystkiego pisała, bo miało być piękno, i dobro, i doskonałość (a poza tym wyszło tl;dr).

A taki ideał i doskonałość istnieją wszakże. I żeby Ritchie razem z Downeyem zjedli nawzajem własne uszy, (plus kwiatek z karetą Watsona), to i tak nie doskoczą. Tak, tak, jasne, nie powinno się porównywać, bo w jednym miejscu mowa jest o serialu, a w drugim o filmie. Ale co tam. I tak sobie porównam odrobinkę. Oraz spojlerów pewnie nie będzie (Znacie? Znamy. To posłuchajcie), bo premiera odbyła się już jakiś czas temu. Z drugiej strony, o radości, kolejne części sie zbliżają, i powinny się objawić światu przed filmem Ritchiego. Jest więc na co czekać.

Serial telewizyjny Sherlock, bo o nim mowa, jest niedościgniony w swojej rewelacyjności i genialności. I już. Bezdyskusyjnie. Wszystko jest w nim doskonałe. I piękne zdjęcia Londynu, i mnóstwo najprześliczniejszych na świecie taksówek, i interesująca muzyka, stylizowana na niezbyt nową, orientalną nieco, jakoś bliska duchowi prozy. Znakomicie, bo nie bez sensu i na hurra, udało się unowocześnić i uwspółcześnić postaci. Jest uroczo brzmiące mówienie sobie przez bohaterów po imieniu. Jest intensywne użytkowanie komórek, internetu, smsów, a John Watson jest blogerem piszącym swe blogonotki jednym paluszkiem. Słodko. Jednocześnie Sherlock Holmes pozostaje absolutnie sobą, ze swoim rozumowaniem, specyficznymi metodami stymulacji umysłu (smaczki w postaci nawiązywania do opowiadań nieustająco, mniam mniam), ze swoim znudzeniem, chęcią imponowania (bo co z bycia geniuszem, skoro tego nikt nie docenia), a także samotnością wśród ludzi znacznie mniej inteligentnych od niego. Są Watson i Lestrade demonstrujący podziw i zaufanie, plus lekką irytację, wobec głównego bohatera. Są wreszcie zajmujące zagadki, znacznie czasem lepiej pokazane, niż w książkach – to, co zostało zrobione z nudnawego w sumie Studium w szkarłacie (w postaci A Study in Pink), jest zupełnym majstersztykiem. Wystarczy posłuchać dialogów Sherlocka z taksówkarzem (ze szczególnym uwzględnieniem metody zabijania), obejrzeć scenę z uśmiechającym się Mikem Stamfordem, czy zachwycić się odpowiedzią Holmesa na temat pełnej gniewu informacji, którą na podłodze wydrapała umierająca kobieta. Znakomicie ukazane jest też – to jest to, czego brakowało mi w wielu ekranizacjach Holmesa, że nie wspomnę już o tej katastrofie Ritchiego – rozwiązywanie tychże zagadek przez Sherlocka, cała umysłowa, i nie tylko, praca w to wszystko włożona oraz niezwykle logiczne tłumaczenia. Ciekawe jest również to, że pewne kwestie, które oryginalnie padają w pierwszym opowiadaniu, w serialu występują w części późniejszej – bardzo zgrabnie i z sensem (jak kłótnia Watsona z Holmesem na temat nadzwyczajnej ignorancji tego ostatniego). Jakiż trzeba mieć talent – jestem pełna podziwu dla twórców serialu – żeby tak ładnie to wszystko pomieszać, połączyć, podzielić, pomnożyć, ułożyć, żeby oddawało ducha oryginału, a jednocześnie żeby było świeże i interesujące? I milutkie? Duży, jak widać, więc gratulacje dla panów Gatissa i Moffata.

A i tak najwspanialszy jest sam Sherlock. To znaczy Benedict Cumberbatch. Który jest boski, cudowny, najpiękniejszy na świecie, genialny, uroczy, wyśmienity, oszałamiająco seksowny, odlotowo seksowny, nadzwyczajnie, niezwykle, niewiarygodnie seksowny, niesamowity, zdumiewający, pociągający, fantastyczny, wstrząsająco piękny, olśniewający, atrakcyjny, doskonały w całości i w szczegółach, fascynujący, czarujący, zachwycający, zniewalający, urzekający, ekscytująco seksowny, słowem: nieziemski. Kradnie każdą scenę, w której się pojawia, bo nie sposób oderwać od niego oczu i zauważyć cokolwiek innego (mam nadzieję, że autorzy serii raczą kreatywnie pomyśleć nad Psem Baskerville’ów, bo tam Sherlocka Holmesa stanowczo brakuje). Jest Holmesem idealnym, niedościgłym wzorem dla innych aktorów, ewentualnie ukoronowaniem tradycji ekranizacyjnych (ucz się, Downey, albo lepiej daruj sobie). Prezentuje też cały wachlarz przecudownych stereotypowo męskich zachowań, od których niektórym feministkom miękną kolanka: jest arogancki, bezczelny, pewny siebie, apodyktyczny, dominujący, władczy, stanowczy, podporządkowujący sobie wszystkich wokół (scena, kiedy Lestrade poznaje Watsona; scena, w której Holmes nazywa Watsona idiotą; oraz scena, kiedy to Holmes żąda od Dimmocka, żeby ten przyjmował jego słowa jak prawdy objawione – wszystkie mniam). Bywa niemiły i złośliwy, szczególnie dla nieszczęsnej wpatrzonej w niego jak w obrazek Molly. Oraz Sally, która także wpatrzona jest jak w obrazek, choć nigdy się do tego nie przyzna. Z tym obrazkiem to się paniom zupełnie nie dziwię (zresztą niektórzy panowie także wpatrują się w taki sposób; też nie dziwota), bo doprawdy to, z jakim wdziękiem ten człowiek się porusza, może doprowadzić obserwatora do zatrzymania oddychania. Z wrażenia i zachwytu (ja nastawiam sobie budzik podczas oglądania, żeby mi przypominał). No i ten cudowny płaszcz, i w ogóle cała reszta, ochhh. I głos – mawia się, że gdyby aksamit umiał mówić, mówiłby głosem Alana Rickmana. Well, Alan, możesz odejść. Ewentualnie pouczyć się od młodszego kolegi, jak to się robi.

Mogę tak dłużej, ekhm, więc. Cumberbatch jest w ogóle niezłym aktorem. Mam takie niewinne zboczenie, że lubię kiedy aktor jest inny w różnych filmach, a nie cały czas, wszędzie, gra wyłącznie jedną postać. Cumberbatch to potrafi, Holmesem jest urodzonym, owszem, ale potrafi wcielić się i w kogoś innego, i też jest wiarygodny. Swoją drogą, jeśli już porównywać podobne rzeczy, Morderstwo to nic trudnego według Agathy jest jedną z najgorszych ekranizacji czegokolwiek, jaką można sobie wyobrazić – idiotycznie obsadzoną, z wątkami bezsensownie powykręcanymi tak, że człowiek nie wie, co ogląda (nie każdy umie jak Moffat i Gatiss). No i za mało jest tam boskiego Luke’a Fitzwilliama, niestety. Niemniej Cumberbatch stara się jak może, i niewątpliwie jest jedynym jasnym punktem tego żałosnego przedsięwzięcia.

Ale, tu kopię się w kostkę, notka miała być o pięknie. Wracam więc do Sherlocka i dodaję, że poza tym wszystkim, co powyżej (wspominałam może, że jest seksowny?), ma też najpiękniejsze na świecie oczy, w których, o cudzie, dodatkowo widać inteligencję. To moje drugie niewinne zboczenie: lubię aktorów, w oczach których widać intelekt i rozum (ucz się, Downey, albo idź sobie), a nie tylko mikroskopijne dwie szare komórki na postumenciku, jak u Johnny’ego Bravo. A jeszcze lepiej, żeby oprócz intelektu było coś ponadto. Dusza może (rzadki element, którego przestałam doszukiwać się w mężczyźnie, jak pisała Chmielewska)? Czy też można o tym powiedzieć: osobowość? Tak naprawdę, to dotychczas udało mi się te pociągające elementy, w stopniu doskonałym połączone, dostrzec tylko u dwu aktorów. Benedict Cumberbatch jest trzeci.

Poza tym ręce. Mam takie niewinne zboczenie…, dobra, wystarczy już o tych zboczeniach, bo budzik mi się popsuł i nie chce przypominać o regularnym oddychaniu. Z rękoma Sherlocka jest tak, że autorzy serialu postanowili jakoś z sensem podejść do niezborności Conan Doyle’a, który jak wiadomo raz twierdził, że Holmes miewał brudne łapy, a innym razem, że szalenie dbał o czystość, co ponoć miało być jego cechą charakterystyczną. No więc w serialu Holmes ma czyściutkie przepiękne delikatne dłonie (chyba muszę naprawić ten budzik). Ponadto fizycznie odpowiada Holmesowi z oryginału, jest wysoki i bardzo szczupły, ale sprawny fizycznie; nic nie je zresztą, za to lubi dogryzać innym na temat diet i przybierania na wadze.

Szczęśliwie za to nie wyraża się jak oryginałowy Holmes. Znacznie fajniej brzmi, bo pasuje do całości, kiedy pyta Watsona: Afghanistan or Iraq? zamiast klasycznego: You have been in Afghanistan, I perceive. The game is on sprawdza się świetnie zamiast The game is afoot. A czasem tylko rzuci znienacka jakimś meretricious, i to wystarcza. Skrzypce też oczywiście muszą się gdzieś zaplątać. Że nie wspomnę o biciu trupa w kostnicy, tyle że nie jak w oryginale kijem, tylko palcatem (à propos niewinnych zboczeń: gdzie jest mój budzik do przypominania o oddychaniu…?). Sam robi doświadczenia (lab wygląda nawet w miarę normalnie, a jak na film to w ogóle ideał; House, ucz się albo wyjdź), manipuluje ludźmi kiedy to potrzebne, miewa rozmaitych pomocników w całym Londynie, bywa cyniczny (z elementami osobowości socjopatycznej koniecznie), jest chłodny (choć nie zawsze – scena przy basenie), nieubłaganie logiczny, mówi szybko, myśli jeszcze szybciej – wszystko jak na prawidłowego Holmesa przystało.

Naturalnie, powinien być aseksualny. I jeśli potraktujemy termin ten jako obojętność na sprawy płci, to owszem, Sherlock Holmes jest aseksualny. Jak wiadomo, interesuje go wyłącznie praca (I consider myself married to my work), a jej brak robi mu źle na umysł. Jednak jeśli potraktujemy to jako coś w rodzaju niepodkreślania cech płciowych, to dzięki mu doprawdy za to, bo gdyby jeszcze podkreślał, to u niektórych widzów mogłoby to skończyć się śmiercią przez uduszenie się na widok tegoż podkreślania. To wszystko prowadzi jednak nieuchronnie do powszechnie zadawanego obecnie pytania, czy Sherlock jest gejem, i co z Watsonem w związku z tym? Należy oddać tu sprawiedliwość i filmowi Ritchiego, że kwestia ta została poruszona uprzednio. Serial jednak jeszcze mocniej zagłębia się w nią, pytanie tylko, czy daje odpowiedź. Niby sam Holmes deklaruje, że związki z kobietami nie leżą w sferze jego zainteresowań, a o ewentualnym zaangażowaniu mówi tylko w kontekście związku z mężczyzną. Podkreślając jednocześnie, że o żadnych związkach nie ma mowy w ogóle. Nie zmienia to faktu, że za geja uważają go chyba wszyscy, którzy znają go odrobinę. Aluzje rzuca i Mycroft, i pani Hudson ze dwa razy, i Angelo, właściciel knajpki, i Sally Donovan, i Watson, no i oczywiście Jim Moriarty wielokrotnie.

Najpiękniej skomentował to Martin Freeman. W jednym z wywiadów (zatytułowanym zresztą Sherlock is the ‚gayest story in the history of television’) stwierdził, że uczuciem, które łączy Sherlocka Holmesa i Johna Watsona, jest miłość. Miłość może nie zwyczajna, może trudna, ale niewątpliwa. I trudno się z nim nie zgodzić, bo faktycznie miłość tę widać wyraźnie w całym serialu. To, z jakim oddaniem i zauroczeniem patrzy Watson na Holmesa; to, kiedy ratuje mu życie; kiedy mu ufa i wierzy – jest wzruszające. To, z jaką czułością patrzy Sherlock na niego – w stosunku do nikogo innego nie zachowuje się w ten sposób – jest przeurocze i szczere. Nawet kiedy mają do siebie nawzajem pretensje, kiedy Holmes podporządkowuje sobie Watsona, a Watson złości się na niego czy zaprzyjaźnia się z Sarah, wówczas i tak obaj cały czas lgną do siebie, dążą do bliskości, biegną sobie na pomoc. A wzajemne nawrzucanie sobie od idiotów jest fajerwerkiem czułości, otwartości i sympatii. Aż miło popatrzeć.

No i na koniec powinnam wreszcie napisać też odrobinę o innych postaciach. Udało mi się bowiem, bardzo się starałam, oderwać wzrok od głównego bohatera, mimo że było to niezwykle trudne, i skupić się na czymś innym. W sumie, to cała obsada jest znakomita. Doskonały jest Martin Freeman w roli Watsona – całkowicie zwyczajny i normalny, ostoja zdrowego rozsądku, odważny, ale z elementami szaleństwa – taki jaki Watson powinien być. Lojalny, wierny, pełen podziwu, ale jednocześnie niegłupi. Zaletą serialu jest to właśnie, że Watson nie jest głupkiem, mimo że różni się od Holmesa. Co więcej, zdaje sobie z tego sprawę i ma silne poczucie własnej wartości. Niezły jest Lestrade (Rupert Graves), nie przypomina wprawdzie łasicy, ale to może i lepiej. Jego stosunek do Sherlocka jest pełen szacunku, zabarwionego oczywistą nutką irytacji, i bardzo sympatyczny (a scena z nalotem w mieszkaniu Holmesa doskonała). Fajna jest pani Hudson, policjanci nielubiący Holmesa, sympatyczna Molly ze szpitala, piękna Soo Lin Yao. Doskonały jest brat Sherlocka, Mycroft (Mark Gatiss) – kłótnie braci, a przy okazji ich wybitne podobieństwo, są pokazane bezbłędnie.

No i Moriarty. O ile wiem, nie wszystkim podobało się ujawnienie Moriarty’ego, wyciągnięcie go z cienia (jeśli to naprawdę on…). Cóż, w cieniu jednak (oraz płomieniu), to najlepiej może było Balrogowi, natomiast to, że geniusz zbrodni raczył objawić się w całej okazałości, okazało się strzałem w dziesiatkę. Andrew Scott jest genialny w tej roli, odpowiednio psychopatyczny i groźny, uwodzicielski i czarujący, potworny i fascynujący (tudzież wspaniale ubrany). Spotkanie z Holmesem, to oficjalne przy basenie, rozpoczyna klasyczną, acz zmodyfikowaną, śliczną powitalną kwestią Mae West (Is that a British Army Browning L9A1 in your pocket, or are you just pleased to see me?), a potem jest jeszcze lepiej. W tym momencie ci dwaj, którzy zwarli się ze sobą w śmiertelnej walce, podziwiali się wzajemnie, jakby każdy z nich działał po to tylko, by uzyskać poklask drugiego, jak napisałby Umberto. I tak po prostu było, i to było dobre (plus te emocje, ochhh…). A walka trwa.

Advertisements

37 uwag do wpisu “Piękna i dobra historia miłosna

  1. To mi się podoba, bo jest dobrze (wartko, z zachwytem) napisane, z lekko żabiej perspektywy (ugięte kolanka); i konstrukcja ma szkielet, i kółka-ósemki-meandry szybkie i pełne wdzięku. Z drugiej strony, czy żeby wywyższyć obiekt fascynacji, trzeba robić takie ostentacyjne #pfff na tych innych, brzydali bez uroku? A poza tym jestem zły, bo serialu nie znam i nie wiem, czy i kiedy poznam, no i skąd, do cholery, wy wszyscy macie czas, żeby śledzić, analizować, porównywać i zakochiwać się.

  2. To moje drugie niewinne zboczenie
    Hmm – z przyjemnością czyta się notki Autorki ocierające się o tematy niewinne.
    Z jednej strony tematów dotyczących seksualności niby w przestrzeni publicznej jest za dużo. Z drugiej strony O. Ksawery Knotz, duszpasterz zajmujący się problemami małżeńskimi twierdzi, że 60% małżonków nie jest zainteresowanych współżyciem: Nie jest to dla nich nic ważnego, nie myśli o tym, nie bierze spraw związanych z seksem pod uwagę w organizacji życia codziennego czy spędzania wolnego czasu. O. Knotz uważa to za wielkie zagrożenie dla współczesnego społeczeństwa.

    Poglądy O. Knotza streściłem na podstawie audycji w Radiu eM, (poprzedzała audycję o muzyce jazzowej i bluesowej red. Matysika).

  3. Przykro mi Sporo, ale nowy Holmes jest tak samo bzdurny jak poprzednie:
    – Logika oparta na chciejstwie scenarzysty i uroku bohatera. W tym punkcie jej bezsensownośc jest wierną adaptacją ACD.
    – Policja (to jest Yard a nie Metro, więc generalnie poziom wyżej) wykastrowana, bo bez tego SH wypadłby mniej zarąbiście.

    Gdyby potrafili zrobić genialnego SH na tle rozsądnej policji – to bym wszystko łyknął, bo dobry kryminał wciągnę zawsze. Tyle, że pokazali genialnego SH w głupawych sprawach na tle kretyńskiej policji. Ja tej konwencji nie łykam, tak samo jak nie łykam House’a. Po prostu wkurza mnie ten potok solowych geniuszy w branżach w których praca zespołowa jest istotna.

    Świetnie rozumiem, że ładnie filmowany ładny efeb ma swoje zalety, ale w dziedzinie brytyjskich/kryminalnych i tak króluje Life on Mars/ Ashes to Ashes.

  4. obejrzałem prawie cały sezon za jednym razem! Uważam, że nakręcone jest to nieziemsko! Obydwaj bohaterzy są super – Holmes jest mega ciachem, a Watson też jest, ale takim bardziej misiowatym, do wytarmoszenia za uszy.

    Niemniej charakter Holmesa mnie nieco zmęczył. Tak się chłopak jara swoim geniuszem, że zaczyna trochę się jak głupek zachowywać. Tak jest zapatrzony w siebie, że nie słucha nikogo, a w wielu momentach wyszłoby mu to na dobre. Ja wiem, narzekam na charakter postaci fikcyjnej, która taka ma być i tak została stworzona. To tylko dowodzi, jak dobrze jest odegrana w serialu, bo w niektórych momentach byłem naprawdę wściekły na Holmesa za jego tępotę (bo zdecydowanie brak mu empatii).

    Co do filmów na podstawie Agathy, to w ogóle te, w których grała Julia McKenzie są zdecydowanie słabe. Rozumiem, że w Morderstwo to nic trudnego grał Cumberbatch i stąd porównanie, ale polecam jednak Hotel Bertram w wersji z Geraldine McEwan – fantastycznie nakręcony, dynamiczny i ze świetną muzyką, która cały czas stanowi tło dla wydarzeń.

  5. Pod laurką podpisuję się wszystkimi czterema kończynami, nie mogę się doczekać kolejnej serii, natomiast jeśli chodzi o aseksualność Sherlocka, to sporo wyjaśnia pełna scena rozmowy w kawiarni:

    Holmes Cumberbatcha jest aseksualny. W znaczeniu ‚nie odczuwa pociągu seksualnego do żadnej z płci’ ( http://findarticles.com/p/articles/mi_m2372/is_3_41/ai_n6274004/ , http://cat.inist.fr/?aModele=afficheN&cpsidt=18172400 ). Chce się też uważać za aromantycznego, ale pod koniec trzeciego epizodu wyraźnie widać, że nie jest tak wyprany z emocji, jak stara się wszystkim wmówić: wyraźnie czuje coś do Watsona, czy jest to uczucie romantyczne, czy przyjacielskie – trudno powiedzieć. Ja się zgadzam z Freemanem: to wygląda na miłość, co klasyfikowałoby Sherlocka jako aseksualnego homoromantyka.

    Sam Cumberbatch wypowiedział się na ten temat jednoznacznie:
    http://www.femalefirst.co.uk/tv/Sherlock+Holmes-59153.html

    …no i teraz mam ochotę obejrzeć całość trzeci raz.

  6. Takiego mi narobiłeś smaku, że muszę to sobie gdzieś znaleźć.

    A co do filmów na podstawie Agathy – porównując z książką sądzę, że „Zbrodnia na Nilu” jest lepsza od literackiego oryginału. Kwestia alkoholizmu jednej z postaci w książce została przedstawiona tak okropnie delikatnie i w takich półsłówkach, że trudno znieść.

  7. @ Irian

    Właśnie obejrzałem filmik z pierwszego linka i muszę przyznać, że w oficjalnej, wyemitowanej wersji i muszę przyznać, że bardzo to ugłaskali w stosunku do niewyemitowanej wersji – tam ta dyskusja miała dużo więcej podtekstów, całe „nieporozumienie” było dużo głębsze. W oficjalnej wersji Watson jest bardzo przekonujący, że faktycznie źle został zrozumiany. W niewyemitowanej trochę gorzej mu idzie tłumaczenie pomyłki. No i nastrój restauracji – kolacja przy świecach, muzyczka, włoskie jedzenie…

  8. @ Nameste
    Nawet nie z lekko ugiętymi, co – mam wrażenie – z kolan zupełnie. Ale nie mogłam się powstrzymać :)

    Z drugiej strony, czy żeby wywyższyć obiekt fascynacji, trzeba robić takie ostentacyjne #pfff na tych innych, brzydali bez uroku?

    No przecież, że koniecznie. To są bardzo źli uzurpatorzy. Więc na plasterki! (jak powiedzieliby Hegemon z Kapralem).

    A poza tym jestem zły, bo serialu nie znam i nie wiem, czy i kiedy poznam, no i skąd, do cholery, wy wszyscy macie czas, żeby śledzić, analizować, porównywać i zakochiwać się.

    Wszystko przed Tobą więc, mogę tylko zazdrościć :). Czas na zakochiwanie się warto znaleźć.

  9. @ Globalnysmietnik
    Cieszę się :)
    Z drugiej strony to wiesz, jeśli weźmie się pod uwagę, że o. Knotz wypowiada się głównie o małżonkach katolickich, to trzeba pamiętać, jak religia potrafi ludziom namieszać w głowach w kwestiach seksualnych. Niestety.

  10. @ Ezechiel
    Jasne, rozumiem Twój punkt widzenia. No ale to wszystko jest zgodne z konwencją. Przy czym Lestrade akurat na takiego głupka zupełnie nie wychodzi (podobnie jak Japp u Poirota; swoją drogą Jappa o niebo wolę filmowego – z serii z Davidem Suchetem – niż książkowego). I ten tutejszy filmowy Lestrade też mi się podoba. Idea jednak tych rozmaitych kryminałów Agathy, Conan Doyle’a, nawet Joe Alexa polega na tym, że jest geniusz, który wypada zarąbiście, szczególnie na tle przedstawicieli prawa. Takie alter ego autora :)

    A z Housem się zgodzę, szczególnie że mnie bawi w nim głównie wyłapywanie głupot. House imho nie jest żadnym geniuszem. Jest chodzącym atlasem medycznym. Wyłącznie. On nie główkuje, on sobie tylko musi przypomnieć. Tam nie ma geniuszu, jest tylko dobra pamięć i minimalna umiejętność kojarzenia. Owszem, autorzy House’a wyraźnie zżynali z takiego Conan Doyle’a, ale moim zdaniem kompletnie nie trafili. Tak jakby nie zrozumieli zupełnie, na czym to ma polegać.

    No i dziekuję za polecenie tych innych brytyjskich. Czasem trudno mi znaleźć czas na poszukiwania, a z Sherlockiem o tyle było łatwiej, że jeden z kanałów tv postanowił puścić cudowną (też mi wcześniej nie znaną) serię Masterpiece. I tam obejrzałam A Study in Pink, a także parę Poirotów, których wcześniej nie znałam, oraz parę panien Marple.

  11. @ Sykofanta
    Ze słowami na temat Holmesa się oczywiście zgadzam, też uważam, że brakuje mu empatii, no ale taki on powinien być. I jaranie się jego osobiste własnym geniuszem też rozumiem :)

    Co do filmów na podstawie Agathy, to w ogóle te, w których grała Julia McKenzie są zdecydowanie słabe.

    O matko, jeszcze jak. Ja w ogóle nie rozumiem – to ma być panna Marple? Ta miła skądinąd staruszka, przysadzista nieco i z okrągłymi oczkami? Ja w ogóle nie wierzę w taką pannę Marple. Panna Marple powinna być szczupła i wysoka, i mieć przenikliwe spojrzenie. Tak jak – masz rację – Geraldine Mc Ewan. Hotelu Bertram nie widziałam, ale mam w domu Noc w bibliotece. Muszę sobie odświeżyć. I Hotel także powinnam zdobyć, jak widać.

    Rozumiem, że w Morderstwo to nic trudnego grał Cumberbatch i stąd porównanie

    Tak, tylko dlatego. Poza tym jest to imo jedna z lepszych książek Agathy, w której w dodatku nie ma panny Marple. Po cholerę ją tam wetknięto, nie rozumiem zupełnie, oraz nie rozumiem natłoku bzdur, kóre poganiają jedna drugą. Całe śledztwo powinien prowadzić Luke Fitzwilliam (Cumberbatch), z ewentualną pomocą (czy też przeszkadzaniem) innych osób.

  12. @ Irian i Sykofanta
    Ta niewyemitowana scena jest zdecydowanie inna, niż oficjalna, rzeczywiście. W niewyemitowanej Watson się sam najpierw przejęzycza, a potem w ogóle wkopuje, co nadaje wszystkiemu bardzo milutki wydźwięk :)

    @ Irian

    Holmes Cumberbatcha jest aseksualny. W znaczeniu ‘nie odczuwa pociągu seksualnego do żadnej z płci’ ( http://findarticles.com/p/articles/mi_m2372/is_3_41/ai_n6274004/ , http://cat.inist.fr/?aModele=afficheN&cpsidt=18172400 ).

    Też mi się tak wydaje. On po prostu czuje coś do Watsona. Tyle.

    Chce się też uważać za aromantycznego, ale pod koniec trzeciego epizodu wyraźnie widać, że nie jest tak wyprany z emocji, jak stara się wszystkim wmówić:

    Prawda? I, moim zdaniem, nie tylko tam, bo spojrzenia, które rzuca Watsonowi już od pierwszego odcinka, są czym innym, niż spojrzenia na kogokolwiek innego. Choćby moja ukochana przedostatnia scena, z rozmową o zabiciu taksówkarza.
    A i Watson jest niezły – kiedy po dramatycznym spotkaniu z Moriartym na końcu trzeciego odcinka komentuje zachowanie rozbierającego go Holmesa i „co ludzie powiedzieliby?” :)
    Ta miłość jest wzajemna, choć Watson stara się bardzo bronić (tak mi wynikało z filmu, bo kiedy obejrzałam tę niewyemitowaną scenę w restauracji, to wydaje mi się, że on od początku miał co innego na myśli, niż mówił głośno).

    wyraźnie czuje coś do Watsona, czy jest to uczucie romantyczne, czy przyjacielskie – trudno powiedzieć. Ja się zgadzam z Freemanem: to wygląda na miłość, co klasyfikowałoby Sherlocka jako aseksualnego homoromantyka.

    Jak pisałam, też się zgadzam.

    …no i teraz mam ochotę obejrzeć całość trzeci raz.

    Koniecznie :). Miłego oglądania

  13. @ Zaciekawiony
    Narobiłam smaku, mówisz? No to polecam, polecam.

    A co do filmów na podstawie Agathy – porównując z książką sądzę, że “Zbrodnia na Nilu” jest lepsza od literackiego oryginału. Kwestia alkoholizmu jednej z postaci w książce została przedstawiona tak okropnie delikatnie i w takich półsłówkach, że trudno znieść.

    A ja akurat wolę książkę. Właśnie przez te subtelności chyba. Co nie zmienia faktu, że film był doskonały, z bardzo dobrą obsadą (pominąwszy Petera Ustinova, bo ja nie akceptuję innego Poirota poza Davidem Suchetem :)). No, Linnet powinna być blondynką, ale to można darować :)

  14. @ Sporothrix

    Co nie zmienia faktu, że film był doskonały, z bardzo dobrą obsadą (pominąwszy Petera Ustinova, bo ja nie akceptuję innego Poirota poza Davidem Suchetem :)).

    Mam dokładnie to samo. Niestety Peter Ustinov wygląda jak utyta, galaretowata, trzęsąca się żaba. Strasznie się ekscytuje i policzki mu aż przy tym latają na boki. Niestety to nie jest Poirot, jakiego sobie wyobrażam. David Suchet jest najlepszy!!

  15. @ Sykofanta
    Och, porównanie do trzęsącej się żaby z latającymi policzkami genialne :). Mam identyczne wrażenie. A Suchet jest najlepszy, nie ma wątpliwości – właśnie oglądam Śmierć w chmurach, mniam mniam :)

  16. Trzeci imho trochę za chaotyczny, ale nadal mam straszną ochotę na ciąg dalszy. Pozostaje czekać do jesieni.
    Btw, czy ktoś z Was orientuje się, co to za dziwo „episode 0”? Inny niż te trzy czy nowa/niewyemitowana wersja któregoś?

  17. Mnie się strasznie trójka podobała. Ale moja opinia jest jakby dość oczywista, prawda? :)

    Episode 0 jest niewyemitowanym pilotem, inną wersją części pierwszej, który został odrzucony, a całość nakręcona od nowa. Moim zdaniem warto to obejrzeć, żeby wyłapać smaczki, różnice w podejściu reżyserów, i tym podobne. Teoretycznie zagadka jest ta sama (podobna może raczej), i niby rozwiązanie to samo, ale zupełnie inne, innymi drogami. Inaczej przedstawione są wątki, pewnych rzeczy zupełnie nie ma (w stosunku do wersji wyemitowanej), co ważniejsze – dwaj główni bohaterowie (ci sami aktorzy) są inni charakterologicznie. Nie chcę zdradzać szczegółów, jeśli nie widziałaś, bo możesz nie lubić spojlerów, ale imho, wersja która poszła w świat jest lepsza, pod wieloma względami. Ale jeśli się lubi, trzeba zobaczyć i tę drugą.

  18. Pozwoliłem sobie napomknąć o tym wpisie na swoim blogu. Mam nadzieję, że kolega nie ma nic przeciwko temu.

  19. Jak się wam tak podobał ten serial, to się pewnie ucieszycie na wieść, że BBC wyemituje na jesieni tego roku drugą serię. Trochę im to jednak zajęło: po oryginalnej emisji czytałem gdzieś obietnice, że ciąg dalszy będzie „już wkrótce”. A przecież pierwotnie serial był wyemitowany w sierpniu zeszłego roku… Ale rozumiem oczywiście, że to może wynikać z tego, że Moffat zajęty był Doctorem Who, jak również nową serią Torchwood.

  20. @Ajar: Dopiero teraz wyciągnęłam Twojego komcia ze spamu, bo tam mi wpadł.
    Nie mam nic przeciwko oczywiście. Także przeciwko byciu „kolegą”, choć płci jestem nieco innej :)

  21. Moim skromnym zdaniem Sherlock BBC jest osobą homoseksualną i właściwie sam to przyznaje. W pierwszym odcinku nie tym pilotażowym, tylko „Study in Pink” gdy Sherlock mówi że „poślubił” swoją pracę a Watson mówi że o nic nie pyta i że wszystko jest w porządku, Sherlock odpowiada „To dobrze. Dziękuję” ( http://www.youtube.com/watch?v=-mYpOEqGBCo&feature=related ) więc jakby sam to potwierdza.
    A tak odbiegając od tematu bardzo podoba mi sie blog :) Podziwiam ;)

  22. @ Judith: Tak to wygląda. Mam tylko wątpliwości co do tego fragmentu akurat. Bo tak, owszem, zauważyłam, że o zainteresowaniu pracą Holmes mówi po pytaniu o związek z mężczyzną, a nie kobietą. I to dla mnie jest silna poszlaka (plus stosunek innych osób). Ale podziękowanie to chyba jest za to, że Watson nie będzie w ogóle czynił jakichkolwiek zabiegów ani czegokolwiek. I po prostu da mu spokój w tej kwestii. Ha, problem w tym, że jeśli widziało się obie wersje, to wyraźnie widać, że ta pierwsza była nieco jaśniejsza, druga natomiast jest celowo mniej wyraźna – żeby jeszcze bardziej skonfundować widza (oraz lepiej oddać kanon, jak sądzę).
    I dziękuję :*

  23. @sporothrix: ja mam tylko jedną uwagę (podzielam zachwyt serialem, ale…) w drugim odcinku Holmes jest odpowiedzialny za śmierć starszej pani. Nic z tego jednak nie wynika, żadnej w sumie refleksji. Ot, starsza pani w bloku zginęła, kto by się przejmował… Holmes jest genialny i uwodzi nas swą inteligencją. A że ego mu puchnie czasem ponad miarę? Ludzie umierają? Ja mam z tym problem.
    Ale może jestem przewrażliwiony…

  24. @ Krzysztof Nawratek: Ja bym tu trochę popolemizowała. Wydaje mi się, że refleksja jednak jest. Holmes faktycznie, w czasie kłótni z Watsonem, pokazuje, że stara się nie troszczyć o konkretnych ludzi, bo i tak im to nie pomoże, a i jemu samemu nie pozwoli się to skupić na rozwiązaniu zagadki. Jakkolwiek zgadzam się i z Tobą, i z Watsonem, że taka postawa bije po oczach niewrażliwością, to jednak rozumiem Holmesa, przynajmniej częściowo. Wydaje mi się, że czasem trzeba trochę „zamknąć się” na „kwestie rozpraszające”, podobnie jak lekarz nie powinien operować kogoś kochanego. Nie wiem, może tak czasem można, ale i postawa Holmesowa wydaje mi się dość zrozumiała. Ogólnie.
    Zresztą, potem w rozmowie z Moriartym Holmes wyraźnie daje do zrozumienia, że ludzie go jednak obchodzili i obchodzą. Wskazują na to jego słowa o umierających podczas tej całej gry. Oraz słowa Moriarty’ego o sercu (choć te można interpretować i węziej, jako tyczące się Watsona tylko).

    No i jest jeszcze kwestia najważniejsza. Moim zdaniem starsza pani i tak miała umrzeć. Moriarty tak to zaplanował, wybierając osobę niewidomą, a więc taką, która nie będzie czytała jego słów, ale słyszała głos. Za dużo po prostu odsłonił siebie w tym momencie, ale znając Moriarty’ego, taki miał właśnie plan. I niezależnie od postępowania Holmesa, ta akurat sytuacja skończyłaby się w ten sposób i tak.

  25. @sporothrix: w zasadzie zgoda. ja wiem, że się czepiam, pewnie trochę tak, jakbym narzekał, że w westernie za dużo facetów nosi kapelusze… mi nawet nie chodzi o samego Holmsa, to nawet fajnie, że ma skazę(y), chyba z jednej strony zareagowałem na tytuł Twojej notki („piękna i dobra”) z drugiem mam generalnie problem z brytyjską kulturą, w której – moim zdaniem – znacznie lżej niż np w Skandynawii (Mankel, klimat The Killing) traktuje się śmierć (szczególnie) drugoplanowych bohaterów.
    więc zgoda z tym co napisałaś, problem jest we mnie, nie w filmie. sorry. już milknę.

  26. @ Krzysztof: Bardzo fajnie, że to zauważyłeś.
    Ja tylko dodam, bo ja z kolei zauważyłam teraz dopiero, że w moim poprzednim komciu powinno być, że martwienie się (jako takie) ludziom nie pomoże, w odróżnieniu od Holmesowego rozwiązywania zagadek. Takie jest chyba zdanie Holmesa cały czas (i to jest to, co ja rozumiem w sumie). Ale rację masz, że często ci drugoplanowi bohaterowie są naprawdę lekceważeni.

    Co do natomiast „pięknej i dobrej”, to w całej notce lekka kpinka miała być. No bo nie jest tak, że ja wad serialu nie widzę. Chciałam jednak przedstawić głównie mój cielęcy i nieodmienny zachwyt nad wiadomo kim :). Możliwe zresztą, że dlatego kpinka mi słabo wyszła.

  27. Bardzo dziękuję za notkę – w uniesieniu sherlockowym idealnie wpasowała się w mój taki sam cielęcy zachwyt i przejęcie Cumberbatchem.
    A jakich to dwóch innych aktorów cenisz sobie za inteligencję, duszę i osobowość? :)
    Pozdrowienia, S. ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s