Miesiąc: Sierpień 2011

Wstrząśnięta i lekko zmieszana

No więc tak – dzisiaj będzie coś osobistego i nowego. Jednak. Czy interesującego, to już nie wiem. Ale złożyć to można na karb lekkiego wstrząśnięcia potrzęsieniowego i przemyśleń (eeee…, czego?) po nim następujących. Nie żeby były szalenie głębokie, czymkolwiek by były.

Zaczęło się od snu. Tak, wiem, wiem, że zwykle mało co da się porównać ze stopniem nudności opowiadania swoich własnych snów (chyba że komuś bliskiemu). Ale i tak opowiem. Śniły mi się wrotki. Wrotki jak takie zwierzęta wrotki, malutkie, lubiące wodę, nie wrotki do jeżdżenia. We śnie obserwowałam grupę handlarzy narkotykami, którzy hodowali te wrotki w laboratorium oraz wtykali im fluorescencyjne białko GFP, takie co to w labach biologicznych używa się do wszystkiego. Następnie oglądali świecące na zielono w ciemności wrotki i na tej podstawie wnioskowali, która partia narkotyku jest lepsza i bardziej oczyszczona. Hmmm, co mówi sennik egipski o fluorescencyjnych wrotkach i o naukowo podchodzących do problemu handlarzach? A co powiedziałby ksiądz Natanek? Pewnie coś w rodzaju – jeśli widzisz zielone wrotki, wiedz, że coś się dzieje. No więc już wiedziałam – będzie trzęsienie ziemi. Tyle że wtedy jeszcze nie wiedziałam, co wiedziałam.

Potem było mnóstwo chemtrailsów na niebie. Zawsze niby są, bo zawsze rząd amerykański truje nas aluminium i szczepionkami, ale tego dnia – tego dnia! – były szczególnie piękne. Dzisiaj nie wyglądały już aż tak ładnie, ale resztki toksycznych substancji unosiły się nadal z wdziękiem:

Potem kolega, który zawsze jest w pracy, nie przyszedł. Wiedz, że coś się dzieje. A potem, już grubo później, okazało się, że nasz powrót do domu  nie był taki najgorszy, jak się spodziewaliśmy. Korki tak, ale żeby koło Pentagonu dało się przejechać w miarę szybko w czasie ewakuacji? To na pewno dlatego, że tego dnia było z 5% pracowników. Reszta nie przylazła, na pewno Żydzi przede wszystkim, oraz geje i cykliści, masowo tam zatrudniani. Bo pewno wiedzieli, że rząd (ich rząd) planuje na naszą zgubę nie tylko chemtrailsy, ale i trzęsienia. W końcu to Pentagon przecież.

A kiedy dojechaliśmy do domu, zauważyliśmy, że ze zniszczeń to urwało głowę naszej ulubionej afrykańskiej drewnianej pani. O tej:

Czy widać, jaki ona ma biust nieprzyzwoicie nagi? I cień, jaki ten biust tworzy? Wyuzdany? Nic dziwnego, że trzęsienie na pewno było karą z nieba za takie sprośności trzymane w amerykańskich domach. Oraz za próby zniesienia don’t ask, don’t tell naturalnie. Wiedz, że coś się dzieje.

A poza tym, to się bałam. Teraz wiadomo, jaką trzęsienie miało siłę – i dziękujemy niektórym bardziej obznajomionym z trzęsieniami ziemi za ustawienie nam prawidłowych proporcji – i że nic się specjalnie nie stało złego. Ale jakoś tak nie było mi do śmiechu wtedy, kiedy wybiegaliśmy z labu, a z sufitu coś leciało, kiedy niemądrzy koledzy ociągali się z wyjściem, bo trzeba dokończyć doświadczenie, kiedy zapodziała się gdzieś, chwilowo na szczęście, kilkuletnia córeczka koleżanki, która tego dnia była z mamą w pracy, kiedy ludzie musieli wrócić do niesprawdzonego jeszcze budynku po to, żeby zaopiekować się zwierzętami, bo jak je przecież zostawić, kiedy staliśmy w upale przed budynkiem, który przed chwilą bujał się w powietrzu i czekaliśmy na wstrząsy wtórne, kiedy próbowaliśmy dzwonić do bliskich, żeby zapytać co u nich albo uspokoić, że u nas w porządku, a linie telefoniczne padały. Tak, teraz żartujemy. I dobrze. Ale wówczas się bałam. Nawet nie tego, że mogę stracić życie. Nie, bardziej mnie nie cieszyła ewentualna rozrywka w postaci bycia przysypaną jakimiś gruzami i czekania na ratowników. No i martwiłam się tym, że gdzie-do-cholery-jest-mój-mąż i żeby mu się nic nie stało. No i w ogóle bałam się, bo to jest takie idiotyczne uczucie, kiedy wszystko się trzęsie, budynek, ściany, ziemia. A poza tym był to dla mnie pierwszy raz, więc.

I bardzo, bardzo serdecznie dziękuję za wszystkie głosy wsparcia, w trakcie i po :*

Dziękuję

Brzydko się zachowałam, nie dziękując odpowiednio i właściwie od razu. Dziękuję więc i Lucyferce i Evicie za takie sympatyczne i wzruszające wyróżnienia.

Sama mogę polecić blogi z mojej blogrolki, a także wiele więcej – z blogrolek blogów, które polecam. Nie umiałabym wybrać dziesięciu czy szesnastu, wybór należy więc do szanownych Czytelników. A te siedem rzeczy o mnie? Pewnie wyjdą, tak jak zwykle przy pisaniu, przy okazji, chcący i niechcący. Choć i tak mam wrażenie, że nie będą specjalnie interesujące.

Czułe struny symbolu

Okazało się właśnie, że chrześcijanką nie jestem. Oraz że nie jestem przy zdrowych zmysłach. Hmm, co do tego drugiego, to od dawna nie mam wątpliwości, że jest to prawda. Co do pierwszego – tu akurat staram się jak mogę być raczej, niż nie być, ale zdaniem pana Terlikowskiego zdecydowanie mi nie wychodzi. Nic to, jak mawiał pan Michał, bo w momencie  kiedy miałam zacząć pisać tę notkę, szanowny małżonek mój rozbił mi cały świat dziecięcych marzeń i snów, wróżek i motylków. Twierdząc, że Steven Seagal, kiedy rozwala te drewniane deseczki jednym zręcznym ciosem karate, czy czegoś tam, to ma je podpiłowane. Podpiłowane! A całe życie myślałam, że ci karatecy to tacy wspaniali są i wysportowani, i co to dla nich taka deseczka. No i co ja mam teraz zrobić, jak żyć?

W tej sytuacji czarnej rozpaczy chyba za mało przejęłam się słowami Terlikowskiego, że nie wspomnę o artykułach znalezionych na Wyborczej.pl, a opowiadających o tym, jak to jednak Nergal nie obraził uczuć religijnych. Bardzo się oczywiście cieszę, że Nergal nie zostanie ukarany, bo to byłoby kompletnym absurdem, ale po przeczytaniu tych wszystkich artykułów doszłam raczej do wniosku, że ja zupełnie nie kumam tego wszystkiego, nie rozumiem, zgłupiałam całkowicie. Czyli wracamy do moich niezdrowych zmysłów, cbdo.

Terlikowski, jak Terlikowski, pisze to, czego można się po nim spodziewać. Różne ecie pecie, że obrona uczuć religijnych to za mało, że trzeba prawnie chronić symbole religijne, coś o cywilizacji i nihilizmie, o psich kupach – jednym słowem, dla każdego coś miłego. Na takie dictum acerbum odpowiadać w sumie można tylko „nie”, bo bo jak inaczej? Oraz dodawać „i co to ma w ogóle do rzeczy?”

czy podobnie nie powinno być, gdy ktoś świadomie i z pełną premedytacją profanuje Pismo Święte, które jest Słowem Boga (to obiektywnie) do człowieka, i świętą księgą (to czysto subiektywnie) dla dobrze ponad miliarda ludzi na ziemi?

Obiektywnie? Nie. I co to ma do rzeczy w ogóle?

Symbole wielkich religii przypominają także, że istnieje transcendentna rzeczywistość,

Nie. No i?

Bez tej świadomości, bez istnienia wartości wyższych cywilizacja nieuchronnie skazana jest na nihilizm, a państwo budowane na nicości nie może przetrwać.

Nie.

A w ogóle, to naprawdę trzeba koniecznie tych symboli, żeby przypominały? W naiwności swojej myślałam, że o Bogu, jak się w Niego wierzy, to się pamięta i tak. I ma się świadomość. Ale pewnie myślę tak, bo nie jestem chrześcijanką. Gdyż albowiem:

Dla chrześcijanina nie ma bowiem najmniejszych wątpliwości, że podarcie Pisma Świętego, i późniejsze jego palenie jest aktem profanacji. Nie ma też wątpliwości, że taka była intencja satanisty Darskiego. Jemu nie chodziło o ekspresję, ani o krytykę, ale o znieważenie symbolu ważnego dla ludzi innych religii, a także Boga. Chrześcijanin, ale także religijny Żyd nie może mieć więc wątpliwości, że za taki czyn należy się kara…

No więc ja w istocie wiem, że za taki czyn żadna kara się nie należy. I to niezależnie od tego, czy Nergal miał ochotę skrytykować, czy znieważyć. Bo uważam karę w tej sytuacji za absurdalną, a jej żądanie za kompletne niezrozumienie nie dość, że tego, co powinno panować w demokratycznym państwie w XXI wieku, ale i ekspresji artystycznej. Artysta ma bowiem prawo do wszystkiego, od tego jest artystą (poza, zastrzegę od razu, nawoływaniem do przemocy). Co nie znaczy, że i każdy zwykły człowiek nie ma prawa podrzeć sobie Biblii czy innej świętej księgi. Powinien mieć.

W jednym milutkim filmiku o perypetiach owdowiałego pana prezydenta amerykańskiego pada taka kwestia:

You want to claim this land as the ‚land of the free’? Then the symbol of your country cannot just be a flag. The symbol also has to be one of its citizens exercising his right to burn that flag in protest.

Chciałabym, żeby tak faktycznie było. Nie tylko w odniesieniu do Stanów i do flagi. Bo chciałabym, żeby było tak w odniesieniu do chrześcijaństwa. Nie bardzo mam ochotę pouczać mojego brata w wierze, jakim jest pan T., ale skoro on wypowiada się w moim imieniu, to powiem – co się stało z ku wolności wyswobodził nas Chrystus? Czy koniecznie musimy naszą religię chronić przepisami i karami? Chronić Boga przed ludźmi drącymi książkę? Naprawdę jest Mu taka ochrona potrzebna? I nam? A po cholerę? Tak tak, wiem, za długo żyję sobie poza granicami polskiego Kościoła. W dodatku polska język trudna język, bo nie rozumiem, czy wg powyższego cytatu Nergal miał znieważyć Boga? Czy symbol dla Boga ważny? Tak czy inaczej, zazdroszczę panu Terlikowskiemu tak osobistych kontaktów z tymże Bogiem, że wie, co On ma na myśli oraz jest w stanie mówić w Jego imieniu. Kul.

I to na tyle surowa, by rozmaitym idiotom podającym się za artystów nie zachciało się naśladować Darskiego. Chrześcijanin, który opowiada coś o tolerancji dla ludzi niszczących Słowo Boga do człowieka, w istocie pokazuje, że nie jest chrześcijaninem, bo Pismo Święte, to dla niego jedna z wielu ksiąg, taka jak „Pan Tadeusz” czy „O krasnoludkach i sierotce Marysi”.

Wolałabym jednak, żeby nie mówił na innego faceta per idiota (no chyba, że czule, ale sądzę że wątpię w tym wypadku), a w tym samym akapicie wmawiał mi, że uważam, iż Pan Tadeusz to to samo co Biblia (no na litość, przecież tam są znacznie lepsze rymy) i w związku z tym nie jestem chrześcijanką. Gdyż faktycznie w ten sposób może mu się udać odepchnąć parę osób od chrześcijaństwa. A tego zdecydowanie nie lubię u moich kochanych współwyznawców.

Ale to pan Terlikowski – jak pisałam, trudno spodziewać się po nim czegoś innego. Za to całkiem ładne są te fragmenty:

Sędzia Krzysztof Więckowski zarzekł się, że nie zamierza tym wyrokiem ustalać standardów wolności słowa, ale jednak ustanowił. I to całkiem przyzwoity, w  dodatku nawiązujący do klasycznego już wyroku Trybunału w Strasburgu z ’94 roku  w sprawie Otto Preminger Institute przeciwko Austrii. Oba sądy: w Strasburgu i  Gdyni uznały, że taki sam czyn w różnych okolicznościach musi być różnie  oceniony. […]

Uzasadnił, że film miał być pokazywany w Tyrolu, którego mieszkańcy są bardzo religijni, a więc ich uczucia religijne zasługują na szczególna ochronę. Gdyby  film pokazywano np. w zlaicyzowanym Wiedniu – pierwszeństwo należałoby się wolności słowa.

I w tym duchu orzekł właśnie sędzia Więckowski. Koncert Behemotha, na którym Nergal podarł Biblie był zamkniętą, klubową imprezą. Ci, którzy przyszli na  koncert wiedzieli, czego mogą się spodziewać, bo Behemoth to zespół znany z  nawiązywania do satanizmu. W dodatku ogłoszono zakaz nagrywania koncertu.

Matko jedyna. Czyli nie to jest ważne, że człowiek ma prawo do ekspresji swoich poglądów (a nie robi nikomu krzywdy) tak normalnie, swobodnie, tylko musi brać pod uwagę, że nie wolno było filmować na koncercie? Że bo ludzie wiedzieli, czego się spodziewać? I to ma być przyzwoity standard? To ja chyba podziękuję.

Już abstrahując od tych nieszczęsnych uczuć religijnych… Których, na marginesie, osobiście nie posiadam, taka jestem upośledzona. I do których mam dokładnie taki stosunek, jak wyraził H. L. Mencken (cytuję za Bogiem urojonym Dawkinsa): Powinniśmy szanować poglądy religijne naszych bliźnich, ale tylko w takim sensie i do takiego stopnia, do jakiego szanujemy czyjeś przekonanie, że jego żona jest piękną kobietą, a dzieci są bardzo mądre. Jedna więc rzecz, że kwestia ochrony tzw. uczuć religijnych jest kompletnym dziwolągiem, ale druga to to, że w czasie procesu wychodzą takie nonsensy. Że możesz sobie podrzeć pod warunkiem, że nikt ci nie zagląda przez dziurkę od klucza, że i tak wszyscy wiedzą, że jesteś satanistą, a w dodatku jesteś w Wiedniu, a nie w Tyrolu? Naprawdę? To jest cywilizowane? Chyba samą siebie przebijam dzisiaj w naiwności, bo myślałam, że sąd zdecydował, że po prostu można.

A na dodatek spłakałam się z radości nad tym:

Najważniejszymi świadkami obrony Nergala byli głęboko wierzący katolicy z metalowego zespołu Pneuma. Nagłaśniali koncert w gdyńskim klubie Ucho, byli na  nim i oświadczyli przed sądem, że nie czują się urażeni. Ich utwory są przepojone wiarą, ale potrafią przyjaźnić się z członkami zespołu Behemoth.

Och. Ale czy to aby nie znaczy, że gdyby się tam nie znaleźli głęboko wierzący katolicy z metalowego (ojej) zespołu i nie zeznali, że wszystko jest spoko, to można by tego Nergala zglanować? Rozumiem, że było to ważne dla sędziego, skoro:

Jak słusznie zauważył sędzia to jedyna rzecz w tym procesie, która budzi nadzieję.

No to ekstra to prawo funkcjonuje, doprawdy. I cudownie, że coś budzi jednak nadzieję. Że skoro jedni przepojeni potrafią się przyjaźnić z innymi nieprzepojonymi, to może wszyscy razem nie pozabijamy się z powodu różnych poglądów. Prawo faktycznie cuś niecuś szwankuje w tej kwestii, dobrze więc, że chociaż muzycy metalowi zachowują przyzwoitość. Wzruszona tą nadzieją, na to konto sama nie wykopię dziś z łóżka pewnego ateisty obdarzonego bardzo marnym gustem muzycznym. A co.

I jeszcze jeden śliczny głos:

Nikt chyba o zdrowych zmysłach nie kwestionuje iż istnieją pewne symbole, których szargać nie wolno.

Skoro ustaliłam już na początku, że ja i zdrowe zmysły jakoś się mijamy, to nieskrępowanie dodam – osobiście uważam, że symbole są właśnie do tego, żeby je szargać. Szargać trzeba, żeby coś wyrazić, zmusić do reakcji, coś zasugerować. Szarganie jest potrzebne, rozwijające i stymulujące. Właśnie dlatego, że – jak pisze autor tego listu – symbol zmusza do myślenia (choć nie wiem, dlaczego miałby nie budzić emocji, skoro przecież budzi, i dlaczego to jest przeciwstawiane myśleniu, i co to w ogóle ma do rzeczy, ale niech tam), jest inspiracją i wartością. Wtedy jego szarganie tym bardziej ma sens.

Chrześcijaństwo mówi, że Bóg jest Osobą. Znaczy to, że nasz stosunek do Boga  winien mieć charakter osobowy; winien znaczyć personalną z Nim więź. Na ile jednak ta więź jest silna, to kwestia indywidualna. Ze względu jednak na to, że chodzi tu o Boga – a zatem Kogoś, kto w życiu człowieka religijnego winien  odgrywać rolę kluczową – także i symbole mają inną wartość. Odsyłają bowiem nie  tylko do pewnych wydarzeń historycznych, ale uświadamiają wiernym, iż poprzez wiarę, mają w tych wydarzeniach pośredni udział. 

Że ke? Ja to prosta baba jestem i nie umiem tak okrągłymi zdaniami mówić, jak pan absolwent i były (?) fan metalu. Powiem więc prosto. Nie kumam specjalnie tych ostrożnych słów, że Nergal nie chciał obrazić (to znaczy, owszem, rozumiem, że nie chciał zostać skazany, więc jeśli się tak bronił, to spoko). Bo przecież artysta od tego jest. Od obrażania, niepokojenia, sprawiania przykrości widzom, poruszania ich i grania na nerwach. Taka jego rola, szczególnie jak jest muzykiem metalowym. No bo co w końcu? Ma być milusi i ciepły? Ten akurat artysta mógł być sympatyczniejszy dla Dody tak w ogóle (na ile się orientuję z rozmaitych pudelków czy plotków), ale na scenie?

Tak więc, odpowiadam negatywnie na poniższe pytania. Nie, naprawdę nie w przypadku każdego katolika to, że ktoś mu powyrywa kartki, sprawi, że zbawienie przestanie mieć znaczenie. Ha, tak łatwo to nie ma.

Czy jednakże mój udział w tych wydarzeniach poprzez wiarę legnie w gruzach, kiedy ktoś owe symbole zniszczy? Czy jeśli ktoś wyrywa kartki z Biblii, mówiące  o tym, że Chrystus mnie zbawił, oznacza to, że samo zbawienie przestało mieć dla  mnie znaczenie? Lub – co więcej – że zbawienie się nie dokonało?

Natomiast nie jestem do końca przekonana, że Nergal akurat to miał na myśli. No ale ja nie należę do ludzi religijnych z czułymi strunami, więc co ja tam wiem.

Pan Darski czyniąc ten gest – świadomie, bądź nie – uderzył w bardzo czułe struny ludzi religijnych. I to nawet nie dlatego, że obraził ich uczucia, ale dlatego, że – przynajmniej ja to tak rozumiem – kazał się zastanowić nad siłą wiary.

Hmmm, może więc warto potrenować w sobie tę czułość? Zawsze mogę to zrobić z ukochanymi kawałkami ukochanego zespołu, które szczególnie lubię sobie łagodnie nucić pod nosem, kiedy jadę do kościoła w niedzielę. Na przykład takie teksty, subtelne i delikatne całkiem przecież, zwłaszcza jak je porównać z twórczością innych miłych kapel:

Satan watches all of us
Smiles as some do his bidding

Cast
Under his spell
Blinding my eyes
Twisting my mind
Fight to resist the evil inside
Captive of a force of Satan’s might
A force of Satan’s might

Oraz najulubieńszy, który zdarza mi się mamrotać głośniej, choć nie mam tak słodkiego głosu jak Tom, niestety:

I am the Antichrist
All love is lost
Insanity is what I am
Eternally my soul will rot

A kiedy uśmiecham się ma koniec do Learn the sacred words of praise, hail Satan, dochodzę do słusznego oczywiście i najmojszego wniosku finalnego tej notki, że jak ktoś się nie zgadza ze mną pod względem upodobań muzycznych, to obraża moje uczucia relig… metalowe. No. I bardzo brzydko to jest, proszę się wstydzić.

Serce narkomanki

Infekcyjne zapalenie wsierdzia z pewnością nie jest największym problemem osób, które wstrzykują sobie dożylnie narkotyki. Ale problemem w ogóle jest. Do tego stopnia, że już od paru lat, wśród różnych postaci zapalenia wsierdzia, wyróżnia się jako osobny rodzaj to, które występuje u narkomanów. Ma ono swoją specyfikę, charakteryzuje się innymi cechami niż pozostałe endocarditis, inne też są rokowania. A mój własny osobisty wewnętrzny mikrobiolog nie może nie pamiętać o tej chorobie, kiedy słyszy o kolejnym zgonie kogoś sławnego, kto zmarł z powodu przedawkowania.

Zapalenie wsierdzia definiuje się jako zakażenie warstwy (błony) wyściełającej wewnętrzne powierzchnie serca, a występujące najczęściej na skutek zakażenia krwi. Nieleczone doprowadza do zniszczenia zastawek, powodując zagrażające życiu powikłania, a w konsekwencji zgon pacjenta. Mimo, że opis ten wydaje się dotyczyć choroby przebiegającej miejscowo, zapalenie wsierdzia jest tak naprawdę schorzeniem ogólnoustrojowym. Dzieje się tak dlatego, że mikroorganizmy kolonizujące zastawki serca potrafią uwalniać się do krwiobiegu, powodować groźne zatory oraz zakażać inne narządy organizmu. Diagnostyka jest więc trudna, obraz kliniczny może być różnorodny, a leczenie powinno być agresywne i obejmować antybiotykoterapię – samą lub w połączeniu z zabiegami operacyjnymi.

Ogólnie rzecz biorąc, w całej populacji infekcyjne zapalenie wsierdzia dotyczy głównie lewej części serca, a z drobnoustroje zakażają zastawkę mitralną i zastawkę aorty. Czynnikami sprzyjającymi takiej właśnie sytuacji są: stosunkowo wysokie ciśnienia panujące z lewej strony serca, dzięki czemu przepływ krwi jest gwałtowniejszy, co może uszkadzać tkanki; stosunkowo wysokie stężenia tlenu we krwi, z którego chętnie korzystają mikroorganizmy; oraz epidemiologicznie częstsze wady (wrodzone i nie tylko) zastawek lewej części serca, co predysponuje do zakażeń. Jeszcze do niedawna zapalenie wsierdzia było opisywane jako choroba ludzi młodych z wadami zastawek. W ogólnej populacji występowało z częstością 2-6 przypadków na 100 tysięcy osób na rok, a śmiertelność wynosiła od 10 do 30%, w zależności od patogenu. I te liczby nie zmieniły się w zasadzie przez ostatnie 30 lat, co, mimo postępów w medycynie, związane jest z powstaniem – czy może raczej zwiększeniem się – nowych grup ludzi narażonych na zakażenie, między innymi osób przyjmujacych dożylnie narkotyki, ale i pacjentów poddawanych szczególnym zabiegom medycznym, jak wszczepianie sztucznych zastawek na przykład.

Drobnoustrojami powodującymi zapalenie wsierdzia są bakterie i grzyby, ze szczególnym uwzględnieniem gronkowca złocistego (Staphylococcus aureus), paciorkowców jamy ustnej (grupa viridans), enterokoków oraz bakterii Gram-ujemnych z tzw. grupy HACEK (Hemophilus parainfluenzae, H. aphrophilus, H. paraphrophilus, H. influenzae, Actinobacillus actinomyctemcomitans, Cardiobacterium hominis, Eikenella corrodens, Kingella kingae i K. denitrificans). Warto jednak pamiętać również  o bakteriach, które nie rosną na standardowych podłożach i w związku z tym często – częściej, niż się przypuszcza – powodują infekcje, które diagnostycznie określa się jako „ujemne” (np. Bartonella spp.).

Z drugiej strony, zapalenie wsierdzia po prawej stronie serca zdarza się także, choć stosunkowo rzadko – dotyczy do 10% przypadków w ogóle. Za to bardzo lubi występować u narkomanów przyjmujących narkotyki dożylnie (76% przypadków, w porównaniu z 9% przypadków u nie-narkomanów), choć bywa opisywane i u osób z rozrusznikami czy wrodzonymi wadami serca. W przypadkach infekcji po prawej stronie serca zakażona bywa najczęściej zastawka trójdzielna. Zakażenie u narkomanów występuje z częstością 1,5-20 na 1000 osób przyjmujących narkotyki na rok. Śmiertelność związana z zakażeniem w obrębie prawej strony serca jest zwykle mniejsza niż u pacjentów z zakażeniem po lewej stronie, ale ciężkie powikłania mogą występować i tę śmiertelność zwiększać. A jeśli jeszcze dołączy się HIV, to może ona wynosić i 50%.

Drobnoustrojami odpowiedzialnymi za zapalenie wsierdzia u narkomanów są, czego można się było spodziewać, te patogeny, które siedzą na skórze (i zostają wprowadzone się do krwiobiegu przez nakłucie igłą). Najczęstszym jest zdecydowanie gronkowiec złocisty, ale rolę odgrywają także gronkowce koagulazo-ujemne, jak również paciorkowce, grzyby (powodujące rzadkie, ale bardzo ciężkie zakażenia) i enterokoki. Rzadziej notuje się bakterie Gram-ujemne.

Czynnikiem sprzyjającym zapaleniu wsierdzia u narkomanów wstrzykujących sobie narkotyki jest prawdopodobnie wstępne mechaniczne zniszczenie zastawek, z którego korzystają potem osiedlające się bakterie, a do którego przyczynia się sam zażywany narkotyk. Ważny jest rodzaj narkotyku, np. kokaina działa bardziej niszcząco niż heroina, być może dlatego, że przy stosowaniu jej dochodzi do silnego skurczu mięśni naczyń, a w konsekwencji do niedotlenienia i dalszej destrukcji tkanek. Niektórzy specjaliści uważają jednak, że mechaniczne działanie na zastawki nie jest najważniejsze (wszak niektóre bakterie chętnie osiedlają się na zdrowych zastawkach). Podkreślają, że znaczenie ma także gatunek zakażającego drobnoustroju (a nawet jego kształt), czynniki zjadliwości wydzielane przez patogeny (detalicznie opisywane np. u S. aureus) oraz obniżona wrażliwość tych patogenów na różnorodne działanie układu odpornościowego. Rolę gra również liczba bakterii – uważa się na przykład, że stosowanie kokainy związane jest częściej z endocarditis, niż heroiny, dlatego że kokaina ma krótszy okres półtrwania niż heroina, a więc jest wstrzykiwana częściej, a co za tym idzie – wstrzykiwane częściej są i patogeny. Dlaczego jednak duża liczba bakterii miałaby lubić bardziej prawe zastawki – nie do końca wiadomo. Podobnie sytuacja wygląda ze stanem organizmu narkomana pod względem immunologicznym. Wydaje się, że w ogóle osoby takie charakteryzują się zaburzonym funkcjonowaniem układu odpornościowego, nawet jeśli nie są zakażone HIV, i że prawdopodobnie wpływa to na rozwój endocarditis. Nie jest zupełnie jasne jednak, jak wiąże się z konkretnymi zastawkami.

………………………………………………………………………………….

A notka nie miała być oczywiście o Amy Winehouse, która zmarła od czegoś innego raczej. Kiedy myślę o gwiazdach i narkotykach, a potem naturalną drogą skojarzeń o bakteryjnym endocarditis, na myśl przychodzi mi Demri Parrott. Demri była dziewczyną Layne’a Staleya, jednego z najcudowniejszych wokalistów wszech czasów, która faktycznie umarła na skutek zapalenia wsierdzia po zażywaniu narkotyków – pewnie takiego zakażenia wsierdzia, jakie z grubsza opisałam powyżej. Po jej śmierci Layne Staley pogrążył się w jeszcze większej depresji, ćpał pewnie też coraz więcej i więcej (Wikipedia podaje: „Drugs worked for me for years,” Staley told Rolling Stone in 1996, „and now they’re turning against me, now I’m walking through hell.”), a wstrzyknięty pewnego razu speedball okazał się śmiertelny. A potem przypominam sobie jeszcze jednego muzyka Alice in Chains, Mike’a Starra, który to prawdopodobnie był ostatnią osobą mającą kontakt z Staleyem przed śmiercią tego ostatniego. Chciał nawet wezwać pogotowie, przerażony stanem byłego kolegi z zespołu, ale ten zagroził mu odrzuceniem przyjaźni, więc z wzywania karetki nic nie wyszło. I Starrowi pewnie do końca życia trudno było poradzić sobie z wyrzutami sumienia oraz z innymi gnębiącymi go demonami, włączając w to narkotyki w obfitości. Sam zmarł w tym roku.

Czytałam sobie różne teksty, które ukazały się po śmierci Winehouse, teksty pokazujące z jednej strony jak straszną chorobą jest uzależnienie, a z drugiej, że przyjaciele mogą sobie walczyć do woli, ale jeśli ktoś nie chce albo nie umie sam sobie pomóc, to nic z tego nie wychodzi. Dorzucę do tego tylko jeden kawałek Alice in Chains, z tekstem, w którym jest to wszystko i jeszcze więcej, tekstem gorzkim i potwornym, i tekstem, przy którym zawsze płaczę. No bo nie da się nie.

A good night, the best in a long time
A new friend turned me on to an old favorite
Nothing better than a dealer who’s high
Be high, convince them to buy

What’s my drug of choice?
Well, what have you got?
I don’t go broke
And I do it alot

Seems so sick to the hypocrite norm
Running their boring drills
But we are an elite race of our own
The stoners, junkies, and freaks

Are you happy? I am, man.
Content and fully aware
Money, status, nothing to me.
‚Cause your life is empty and bare

You can’t understand a user’s mind
But try, with your books and degrees
If you let yourself go and opened your mind
I’ll bet you’ll be doing like me
And it ain’t so bad

A życie raczyło dopisać jeszcze epilog do tej notki. Parę dni temu umarł Jani Lane. Czy ktoś go kojarzy, ktoś jeszcze pamięta Warrant? Taki dość marny i niezbyt ciekawy zespół hair/glam metalowy, czy jak tam jeszcze nazwać ten nurt. Sam nurt uwielbiać będę dozgonnie, nurt przesiąknięty aż do przegięcia kiczem, zabawnym homoerotyzmem, nagminnym śpiewaniem o dupie Maryni (ze szczególnym uwzględnieniem cycków tej ostatniej) oraz niezaprzeczalnym apetytem na życie, kończącym się czasem zgoła niefajnie – a wszystko to okraszone nader często całkiem niezłym graniem. Warrant jednak to nie było to, co tygrysy lubią najbardziej, ale gdzieś tam plątał się po obrzeżach i jakoś zawsze był. A i Jani należał do tych blondwłosych szczupłych chłopców w obcisłych skórzanych spodniach, z krzyżami na gładziutkich nagich piersiach, wydzierających się do wtóru szarpanych mocno strun gitar – którzy to chłopcy jak nikt i nic innego najperfekcyjniej upiększają świat i sprawiają, że chce się żyć. A potem miał kłopoty z twórczością, potem z alkoholem i narkotykami (oczywiście) oraz nadwagą. A potem zmarł. I tak strasznie mi go szkoda…

Żeby więc poupiększać ten świat odrobinę i zapamiętać – jedyny strawny i dający się słuchać kawałek Warrant: Uncle Tom’s Cabin.

……………………………………………………………………………………..

Oraz troszkę literatury, bo przecież notka jest o zapaleniu wsierdzia u narkomanów:

ResearchBlogging.org

Frontera JA, & Gradon JD (2000). Right-side endocarditis in injection drug users: review of proposed mechanisms of pathogenesis. Clinical infectious diseases : an official publication of the Infectious Diseases Society of America, 30 (2), 374-9 PMID: 10671344

Que, Y., & Moreillon, P. (2011). Infective endocarditis Nature Reviews Cardiology, 8 (6), 322-336 DOI: 10.1038/nrcardio.2011.43

Czysta pochwa dobrem narodu

Więc tak – jest gorąco. Jest wprost potwornie gorąco ostatnio i człowiek dowolnej płci chodzi wiecznie mokry. Oraz czasem, uczciwszy uszy, spocony. W różnych miejscach, co gorsza. Szczęśliwie jest Summer’s Eve, która to firma dba o kobiety, a szczególnie o to, żeby czuły się świeżo w pewnych intymnych miejscach swojego ciała. Naturalnie, robi to po swojemu, tak, żeby kobietom w głowach się nie poprzewracało. Bo wiadomo, że kobiety to brudasy. I najlepszym sposobem na sprzedanie produktu do higieny intymnej jest właśnie subtelne zwrócenie paniom uwagi na ten fakt. Oczywiście, Summer’s Eve nie bywa niemiłe i brutalne, skąd. Summer’s Eve chce tylko zwrócić ci uwagę, głupia babo, że jak idziesz na rozmowę do szefa celem prośby o podwyżkę, to się umyj, bo ci jedzie. A jak jedzie, to podwyżka i awans przepada.

Nie wiedzieć czemu reklama ta spotkała się ze sporą dezaprobatą. Jakby, ojejku, zachęcanie do umycia się tam miało coś wspólnego z poradą, żeby nie get zbytnio personal w całej tej sytuacji. No przecież, że skądże. W każdym razie, firma doszła do wniosku, że trochę im głupio wyszło i wypuściła nowe reklamy. Prześliczne, skierowane osobno do kobiet białych, czarnych i latynoskich. Na wszystkich jest gadająca ręka, która tak naprawdę jest gadającymi genitaliami (o matko), wita w vagina land, mowa jest też gdzieś tam o pionowym uśmiechu oraz o tym, że jak sobie nie umyjesz, to kaktus ci tam wyrośnie (u czarnych kobiet zwłaszcza). I znowu, zupełnie nie wiedzieć czemu, reklamy zostały uznane za rasistowskie i chamskie, i w ogóle zmieszane z błotem.

A przecież Summer’s Eve tak się stara. Zauważmy, że nie tylko stwiedza, że pochwa ma coś do powiedzenia (już nie wnikajmy w kwestie, co tam naprawdę człowiek sobie myje i czy na pewno jest to pochwa, bo łotewer), ale i w ogóle używa słowa pochwa. Gdyż, jak wiadomo z reklam podpasek, tamponów i tym podobnych, kobiety mają tam to na dole, te rejony, pupę z przodu… i inne fajne określenia. To są te same kobiety, które w reklamach krwawią na niebiesko. 

Żeby rozreklamować niewymawialne słowa można na przykład wziąć przykład z Pana Kota Carltona (dlaczego pana, kota, i co robi ta myszka w pobliżu jego drinka, to ja nie wiem i chyba wolę się nie zastanawiać) i zachęcić do ich używania. Pan Kot ma absolutną rację – wszystko na świecie jest vaginal. Niech będzie, że pochwiste. Ładne słowo. A przesłanie filmu wzruszyło mnie na tyle, żeby zacząć uzywać słowa pochwa i pochwiste wszędzie i zawsze, szczególnie na widok lwa lecącego na grzbiecie płaszczki. O tak.

Ale co dalej z Summer’s Eve? Chwała pochwie, wypuścili kolejną reklamę. Jest pochwista. Już nie zachęca beznadziejnie kobiet do mycia, bo kaktusy im tam rosną, albo bo bywają postrzegane jako obiekty seksualne wyłącznie, albo bo nie chcą posłuchać Arnolda usilnie namawiającego Talk to the hand! Nie, okazuje się, że myć się trzeba, bo mężczyźni walczyli o pochwy od wieków, zabijali i ginęli. O tym, że pochwa ma siłę (nasuwa się tylko – oraz nieleczoną… anginę) oraz jest podstawą cywilizacji przekonują: scena z Króla Lwa, Kleopatra rozkładająca ramiona (chwała pochwie, że nie nogi, doprawdy) oraz rozmaici starożytnochińscy i młodośredniowieczni wojownicy naparzający się symbolami fallicznymi. A na końcu zwycięski rycerz patrzy w oczy królewny, a widzi – najwyraźniej – jej pochwę jeno. Nie mam słów zachwytu… Poza tym, że pochwista jest ta reklama.

Komu jednak przeszkadzały poprzednie hasła Summer’s Eve? Ja w tych nowych nadal jakoś mam niedosyt tego wzmacniania władzy i pozycji kobiet, nawet mimo subtelniejszego zachęcania do intensywnego mycia ich części intymnych. Znacznie bardziej podobał mi się sloganik z poprzedniej serii produktów:

O, no właśnie. Moja wewnętrzna kobiecość zwykła czuć się ubogacona i wzmocniona faktem, że raduję się byciem kobietą poprzez delikatne smyranie i zdrapywanie pachnących bakterii, znajdujących się w okolicy genitalnej.  Oprócz wewnętrznej kobiecości obudźmy w sobie przy okazji wewnętrznego mikrobiologa. Pochwiście. 

I żeby nie było, że mężczyźni są dyskryminowani przez Summer’s Eve, firma przygotowała i dla nich ofertę. Chwała pochwie, też z symbolami fallicznymi.

Jak dzieci we mgle

Na Górę Waszyngtona można wdrapać się na różne sposoby. Można wejść piechotą, i normalni turyści tak robią, choć bywa to niebezpieczne. Zginęło na niej sporo ludzi, a to ze względu na bardzo zmienny i ciężki klimat, z silnymi wiatrami, oraz ze względu na niedostateczne wyekwipowanie turystów i ich niezdolność do właściwej oceny pogody.

Można więc też leniwie wjechać samochodem, ale można też – i to chyba jest najzabawniejsze – wjechać pociągiem. A dokładnie specjalną koleją zębatą, pozwalającą dostać się na sam szczyt góry. Najstarszą tego typu na świecie, zbudowaną w XIX wieku i funkcjonujacą do dziś, choć oczywiście modernizowaną. O, na przykład stara ciuchcia parowa jeszcze jeździ, mozolnie wpychając wagony pod górkę,

ale taka parowa lokomotywa jest już tylko jedna (wbrew temu, co podaje wiki), działa natomiast kilka lokomotyw zasilanych biopaliwem.

Droga jest bardzo stroma, a cała podróż w tę i z powrotem, wraz ze zwiedzaniem nudnego muzeum na szczycie, trwa mniej więcej trzy godziny.

Ponieważ pogoda jest zmienna, nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. Na dole może być całkiem ładne lato, a na górze późna zimna jesień. Zdarza się, naturalnie, że ma się szczęście: wieje tylko lekki wietrzyk, chmur brak, a widoczność jest taka, że z tarasu obserwacyjnego na szczycie można oglądać Atlantyk. My oczywiście takiego szczęścia nie mieliśmy, ale i tak było nieźle (a może właśnie dlatego). Jedziemy więc.

Po drodze mijamy wielki zbiornik z wodą dla lokomotywy parowej.

W dole widać jeszcze miejsce, z którego ruszaliśmy,

ale powoli wjeżdżamy w chmury. I zastanawiamy się nad różnicą między chmurą a mgłą.

Nachylenie jest rzeczywiście spore, aż trudno stać w wagoniku. No i zmysł wzroku głupieje, bo nie wie, co tak naprawdę jest poziomo, a co pod kątem. Na zdjęciu poniżej – mgła była, więc wszystko jest mokre – widać kawałek ściany budyneczku, w oknie którego odbija się nasz żółty wagonik. I wyraźnie wydaje się, że odbicie, a więc i wagonik, są idealnie poziome. Tymczasem prawdziwy poziom wskazuje napis przybity na ścianie budynku. Nachylenie torów w niektórych miejscach trasy wynosi nawet ponad 37% (średnio 25%).

Po drodze mijamy pociąg jadący w drugą stronę. Mgła skrapla się na oknach.

A potem pociąg wjeżdża na szczyt, dramatycznie wyłaniając się z nicości i pustki.

Na górze panuje prawdziwie letnia aura (dzięki Amerykanom za to, że oprócz muzeum znajduje się tam także miejsce, gdzie można napić się i zjeść coś gorącego). Dobrze pamiętać o odpowiednim ubraniu przed przejażdżką.

A oto taras widokowy, nawet z lornetką. Oraz z widokiem na Atlantyk i pięć różnych stanów. Podobno.

Zachwyceni widokami prawie nie pamiętamy, że czas się zbierać i że to już koniec wycieczki. Jakoś udaje się nam znaleźć ciuchcię powrotną – oraz siebie nawzajem – choć błądzimy jak dzieci we mgle.

Misiu, misiu, gdzie jest miś, czyli New Hampshire

No to trzeba trochę o wakacjach. Wykończeni koszmarnymi upałami… Tak, tak, wiem, że w niektórych miejscach panował lipcopad, ale zupełnie nie u nas, a szkoda, bo w tych temperaturach nawet cykady nie mają siły cykać, że nie wspomnę o wieszakach, które same łamią się znienacka, a sznurowadła rozwiązują się nawet bez żył wodnych, wszystko bez to gorąco. W każdym razie, upały trwają cały czas, nie żeby miały ochotę odpuścić. A my pojechaliśmy tam, gdzie miało być chłodniej. I było. W New Hampshire, w okolicach Gór Białych, było tak jak powinno latem: słonecznie i tak jakoś około 25 stopni. Co prawda na Mount Washington, najwyższym szczycie tychże gór oraz w ogóle najwyższym szczycie północno-wschodnich USiech, pogoda była tradycyjnie zmienna, ale przecież nikt nie siedzi na Waszyngtonie non stop. O górze zresztą będzie w kolejnym odcinku.

A zaczęliśmy od bardzo porządnego miasteczka gdzieś, gdzie diabeł mówi dobranoc w Connecticut.

Ciekawe, jak dzieci zdają tu maturę z matematyki?

Jest też morze i wszystko pachnie morzem, a rybołówstwo dalekomorskie kwitnie owocami morza.

Wioski i miasteczka wyglądają niewinnie,

ale kiedy zapada zmierzch, morze kolorem zaczyna przypominać majtki w kolorze majtkowego różu, a tajemnicze maszty zaczynają wysyłać chemtrailsy. Różowe w dodatku, sodomia i gonorea, musi to jakaś homopropaganda jest.

Uciekamy więc stamtąd i szybko przemieszczamy się do lasu. W New Hampshire.

Co do lasu, to ja mieszczuch jestem. Zdarza mi się, owszem, podziwiać przyrodę, ale zwykle pod mikroskopem jakimś czy na szalce Petriego. Ale do drzew mam stosunek zupełnie jak Ania z Zielonego Wzgórza, co to chciała każde drzewko przytulać, oraz przy okazji jak u Sapkowskiego, gdzie takich zamykano na kłódeczkę, dawano im wągielek do rączki, coby cudowności malowali, gołąbeczko. Tu jednak nie dałabym rady, ani przytulać, ani malować, bo ktoś tych drzewek nasadził od cholery. Na górach, w dolinach, na polach i lasach, wszędzie. Rąk by mi nie starczyło. A w dodatku te wakacje to odpoczynek miał być.

I nawet jak pogoda się nieco psuła (przez „psuła” rozumiem to, że słońce chowało się za chmurami, a te swoimi brzuchami szorowały po górach), było pięknie.

Żeby jednak nie tylko ta nudna przyroda li i jedynie, wodospady jakieś i strumyki czyste,

ponosiło nas troszkę po okolicznych miasteczkach, North Conway na przykład.

Choć nigdy nie wiesz, co spotka cię w takim przyzwoitym Bethlehem, gdzie kościółków dziewięć, karczmy trzy, a ludzi przerabia się na części samochodowe w warsztacie (wciągając ich tam podstępnie za pomocą wielkich maszynek do mięsa).

Doceniliśmy także urocze nazwy rzek, wzgórz oraz dolin, upamiętniające między innymi Indian tu kiedyś mieszkających. Zawsze nieźle to robi na samopoczucie, kiedy najpierw się kogoś wybije i wypędzi, a potem upamiętnia. Bardzo paterotycznie.

Ale fakt faktem, że Kancamagus byway (oraz okolicami) bardzo warto się przejechać. Zachęcam. Parafrazując klasyka – góry i chmury zaczekają.

Nie widzieliśmy za to łosia. Nikt nie pomyślał, żeby przybić go gdzieś gwoździkiem specjalnie dla turystów.

No dobra, był na wiatrowskazie. Nie tylko on zresztą, swoją drogą – co oni mają z tymi wiatrowskazami, wszystko muszą na nie wetknąć?

Co do misia natomiast, to mieliśmy szczęście (nie tylko na wiatrowskazie). W ciągu paru dni udało nam się zobaczyć dwa niedźwiedzie. Jeden, mniejszy albo może samica, grasował w pobliżu koszy na śmieci i usiłował coś tam sobie wygrzebać. Drugi natomiast, ogromny, spokojnie i flegmatycznie przełaził sobie przez autostradę. Udało mi się zrobić mu zdjęcie, choć średniej jakości jest, a i niedźwiedź chował się już w lesie. I przyznam, że dla mnie to, że zobaczyliśmy te misie, to było coś specjalnego, coś, dla czego warto tu było przyjechać. Takie bliskie spotkanie z najdzikszą przyrodą naprawdę dobrze robi na wzruszenie. I w ogóle na wszystko.

Ciąg dalszy nastąpi, bo musi być jeszcze o Górze Waszyngtona, którą zdobywaliśmy dzielnie. Wszystko w ramach wakacyjnego odpoczynku, naturalnie.