Misiu, misiu, gdzie jest miś, czyli New Hampshire

No to trzeba trochę o wakacjach. Wykończeni koszmarnymi upałami… Tak, tak, wiem, że w niektórych miejscach panował lipcopad, ale zupełnie nie u nas, a szkoda, bo w tych temperaturach nawet cykady nie mają siły cykać, że nie wspomnę o wieszakach, które same łamią się znienacka, a sznurowadła rozwiązują się nawet bez żył wodnych, wszystko bez to gorąco. W każdym razie, upały trwają cały czas, nie żeby miały ochotę odpuścić. A my pojechaliśmy tam, gdzie miało być chłodniej. I było. W New Hampshire, w okolicach Gór Białych, było tak jak powinno latem: słonecznie i tak jakoś około 25 stopni. Co prawda na Mount Washington, najwyższym szczycie tychże gór oraz w ogóle najwyższym szczycie północno-wschodnich USiech, pogoda była tradycyjnie zmienna, ale przecież nikt nie siedzi na Waszyngtonie non stop. O górze zresztą będzie w kolejnym odcinku.

A zaczęliśmy od bardzo porządnego miasteczka gdzieś, gdzie diabeł mówi dobranoc w Connecticut.

Ciekawe, jak dzieci zdają tu maturę z matematyki?

Jest też morze i wszystko pachnie morzem, a rybołówstwo dalekomorskie kwitnie owocami morza.

Wioski i miasteczka wyglądają niewinnie,

ale kiedy zapada zmierzch, morze kolorem zaczyna przypominać majtki w kolorze majtkowego różu, a tajemnicze maszty zaczynają wysyłać chemtrailsy. Różowe w dodatku, sodomia i gonorea, musi to jakaś homopropaganda jest.

Uciekamy więc stamtąd i szybko przemieszczamy się do lasu. W New Hampshire.

Co do lasu, to ja mieszczuch jestem. Zdarza mi się, owszem, podziwiać przyrodę, ale zwykle pod mikroskopem jakimś czy na szalce Petriego. Ale do drzew mam stosunek zupełnie jak Ania z Zielonego Wzgórza, co to chciała każde drzewko przytulać, oraz przy okazji jak u Sapkowskiego, gdzie takich zamykano na kłódeczkę, dawano im wągielek do rączki, coby cudowności malowali, gołąbeczko. Tu jednak nie dałabym rady, ani przytulać, ani malować, bo ktoś tych drzewek nasadził od cholery. Na górach, w dolinach, na polach i lasach, wszędzie. Rąk by mi nie starczyło. A w dodatku te wakacje to odpoczynek miał być.

I nawet jak pogoda się nieco psuła (przez „psuła” rozumiem to, że słońce chowało się za chmurami, a te swoimi brzuchami szorowały po górach), było pięknie.

Żeby jednak nie tylko ta nudna przyroda li i jedynie, wodospady jakieś i strumyki czyste,

ponosiło nas troszkę po okolicznych miasteczkach, North Conway na przykład.

Choć nigdy nie wiesz, co spotka cię w takim przyzwoitym Bethlehem, gdzie kościółków dziewięć, karczmy trzy, a ludzi przerabia się na części samochodowe w warsztacie (wciągając ich tam podstępnie za pomocą wielkich maszynek do mięsa).

Doceniliśmy także urocze nazwy rzek, wzgórz oraz dolin, upamiętniające między innymi Indian tu kiedyś mieszkających. Zawsze nieźle to robi na samopoczucie, kiedy najpierw się kogoś wybije i wypędzi, a potem upamiętnia. Bardzo paterotycznie.

Ale fakt faktem, że Kancamagus byway (oraz okolicami) bardzo warto się przejechać. Zachęcam. Parafrazując klasyka – góry i chmury zaczekają.

Nie widzieliśmy za to łosia. Nikt nie pomyślał, żeby przybić go gdzieś gwoździkiem specjalnie dla turystów.

No dobra, był na wiatrowskazie. Nie tylko on zresztą, swoją drogą – co oni mają z tymi wiatrowskazami, wszystko muszą na nie wetknąć?

Co do misia natomiast, to mieliśmy szczęście (nie tylko na wiatrowskazie). W ciągu paru dni udało nam się zobaczyć dwa niedźwiedzie. Jeden, mniejszy albo może samica, grasował w pobliżu koszy na śmieci i usiłował coś tam sobie wygrzebać. Drugi natomiast, ogromny, spokojnie i flegmatycznie przełaził sobie przez autostradę. Udało mi się zrobić mu zdjęcie, choć średniej jakości jest, a i niedźwiedź chował się już w lesie. I przyznam, że dla mnie to, że zobaczyliśmy te misie, to było coś specjalnego, coś, dla czego warto tu było przyjechać. Takie bliskie spotkanie z najdzikszą przyrodą naprawdę dobrze robi na wzruszenie. I w ogóle na wszystko.

Ciąg dalszy nastąpi, bo musi być jeszcze o Górze Waszyngtona, którą zdobywaliśmy dzielnie. Wszystko w ramach wakacyjnego odpoczynku, naturalnie.

Advertisements

4 uwagi do wpisu “Misiu, misiu, gdzie jest miś, czyli New Hampshire

  1. Ja tez, ja też! Melduję, że parę lat temu wspięłam się na Górę Waszyngtona, warto było. Pozazdraszczam urlopu.

  2. Fajnie tam jest, prawda? Ale wspięłaś się na piechotę? Jeśli tak, to szczerze podziwiam. Chociaż i na samochód tam trzeba odwagi, sądząc na oko. My wspięliśmy się za pomocą ciuchci, przy rewelacyjnie okropnej pogodzie :P

  3. ale misiu był baribal, znaczy się ‚black bear’ (Ursus americanus), nie grizzly?

Możliwość komentowania jest wyłączona.