Promosaurus, poradnik promocji nauki

Jak widać chociażby w kolumnie po prawej stronie tej notki (jeśli czytacie to na stronie blogaska) – parę miesięcy temu miał swoją premierę Promosaurus. I ponieważ blog niniejszy jest jednym z patronów tego przedsięwzięcia, to spróbuję czytających te słowa przekonać do zajrzenia do tegoż poradnika, jeśli dotąd tego nie zrobili.

Promosaurus jest bowiem poradnikiem promocji nauki, a pewnie większość, jeśli nie wszyscy P.T. Czytelnicy mojego bloga zgodzą się, ze naukę i wiedzę promować warto i trzeba. Tylko jak to robić?

Uczciwie zauważyć należy, że redakcja Promosaurusa (w osobie Piotra Żabickiego) zastrzega na samym początku, iż określenie „poradnik” jest może lekko nietrafione, a lepszym byłoby „przewodnik”. I to jest racja, gdyż porad jako takich jak promować naukę w Polsce w Promosaurusie nie ma zbyt wielu. Użyteczne uwagi czytelnik znaleźć może w słowie wstępnym (sensowne rozróżnienie między popularyzacją wiedzy a promocją badań naukowych), a także w tekstach Krzysztofa Ciesielskiego „Garść refleksji o popularyzacji matematyki”, Ilony Iłowieckiej-Tańskiej „Strona internetowa: którędy do badań” oraz Emanuela Kulczyckiego „Blog naukowy oraz inne narzędzia promocji nauki i naukowca w sieci”. Dla kogoś, kto już prowadzi bloga bądź w jakiś inny sposób działa na popularyzatorskim polu, informacje zawarte w tych tekstach są zapewne truizmami (i to przerażającymi), ale początkującemu blogerowi mogą się przydać. Dlaczego przerażającymi? Bo, jak mawiało się u mnie na studiach: człowiek jak elektron, po osiągnięciu najkorzystniejszego stanu najchętniej by leżał i nic nie robił – tak i ja najchętniej nie wyrabiałabym sobie własnego tempa pisania oraz bez entuzjazmu myślę o pisaniu regularnym. Z przyjemnością pozostawiłabym sobie hołdowanie wewnętrznemu elektronowi, a do spijania mądrości z ust mych korali oraz do przenoszenia ich na papier zatrudniłabym sekretarkę płci męskiej, wyglądającą jak… ekhm, nieważne. Początkujących blogerów namawiam jednak do niebrania przykładu ze mnie.

Istotna kwestią poruszaną przez prawie wszyskich autorów Promosaurusa jest to, kto powinien promować te naukę. Zgodnie z założeniami, poradnik skierowany jest do naukowców i studentów, i rzeczywiście, głównie o naukowcach jest mowa. Mam wrażenie, że autorzy poradnika zgadzają się tu z myślą Lecha Mankiewicza („Dlaczego popularyzacja nauki jest dla mnie tak ważna?”), iż tylko osoba bezpośrednio zaangażowana w naukę, związana z tym zawodem emocjonalnie, może naprawdę promować i popularyzować. Ja akurat polemizowalabym tutaj z wybitnym autorem, nie tylko dlatego, że twierdzi on, iż zrozumienie czegoś ciekawego jest lepsze od seksu, ale też dlatego, że istnieją wspaniali popularyzatorzy nauki w osobach chociażby dziennikarzy naukowych czy blogerów niebędących naukowcami (oczywiste i znakomite przykłady to Bart czy Marcin Rotkiewicz).

Na przykładzie tej kwestii można zaobserwować także istotność rozróżnienia, o którym wspomniałam na początku. Naukowcy najprawdopodobniej lepiej dadzą sobie radę opisując i promując wyniki własnych badań naukowych, ale do popularyzacji wiedzy niekoniecznie trzeba siedzieć w laboratorium, wystarczy tylko zrobić porządny risercz, a potem to opisać. Jednakowoż, istotną umiejętnością będzie tutaj zastosowanie zrozumiałego dla laika języka, uproszczonego, ale bez błędów, z tym jednak musi i powinien poradzić sobie każdy popularyzator nauki, niezależnie od uprawianego zawodu. W tym miejscu zresztą żywiołowo nie zgadzam się z Agatą Jurkowską („Aktywna edukacja: trudna sztuka przyciągania?”), z tekstu której wynika, że błędy są nieuniknione, jeśli chcemy coś klarownie przekazać. Moim zdaniem: prostemu językowi – tak, błędom – zdecydowane nie.

Wracając do naukowców, którzy powinni promować naukę. Mój wewnętrzny elektron, tym razem może nie ten leniwy, co raczej ten przekorny, buntuje się czytając o tym, że naukowcy są winni popularyzację społeczeństwu, że muszą się nauczyć mowić, że muszą pokazać. Nie muszą. Naukowcy powinni dobrze pracować, poszerzając granice wiedzy i owszem, dzieląc się tą wiedzą, ale w sposób jaki uznają za stosowny. Doskonale rozumiem tych, którzy nie chcą promować ani popularyzować i uważam, że nie należy im tego mieć za złe.

Jeśli chodzi bowiem o popularyzację wiedzy – zajmuje to czas, którego często naukowcom brakuje, to raz. Na przykład kiedy piszę tekst o szczepionkach, siłą rzeczy nie piszę o tym, czym konkretnie się zajmuję w pracy zawodowej, bo tekst o szczepionkach jest znacznie obszerniejszy. Czytam więc nie tę literaturę, którą powinnam. Dwa – odzew. Znam fantastycznego naukowca-blogera, który twierdził, że odechcialo mu się blogowania, kiedy wpis z jakimś zabawnym rysunkiem miał wielokrotnie większą popularność, niż wypieszczone i dopracowane notki popularnonaukowe. Nie był to być może jedyny powód, żeby przestać pisać, ale to samo obserwujemy na chociażby fejsbukowych stronach Nauka, głupcze czy Tak dla Szczepień. Ludzie owszem, sa zainteresowani nauką, Polacy kochają naukę i ciekawostki naukowe (jak pisze L. Mankiewicz), ale ich wewnętrzne elektrony też nie lubią się wysilać. Jest to całkowicie zrozumiałe, ale zrozumiała jest i w tej sytuacji niechęć naukowców do spędzania pięciu wieczorów nad jednym tekstem blogowym. A trzy – o czym również warto pamiętać, kiedy pisze się o jakichś „kontrowersyjnych” sprawach, typu szczepionki czy GMO. W komentarzach pojawiają się wówczas wypowiedzi ludzi zgoła niezrównoważonych, obraźliwe czy obliczone na trolling. Jasne, że nie jest to żadna tragedia (ale nie zachęcałabym do propagowania nauki stawiając koniecznie za przykład Archimedesa, co czyni Bożena Podgórni („Nauki (od) zawsze stosowane”) :P), niemniej nie jest przyjemne czytać o sobie tekstów z wulgarnymi epitetami tudzież insynuacji o sprzedawaniu się. I specjalnie piszę „kontrowersyjne” z cudzysłowem, bo treści te zwykle nie są wcale kontrowersyjne. One się takim stają przez między postulowany szacunek do poglądów innych (L. Mankiewicz). Gdyż albowiem szanować można ludzi, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy, poglądów jednak, jeśli błędne, albo co gorsza szkodliwe, szanować nie wolno. Prowadzi to nie do popularyzacji nauki i wiedzy, a prosto do prawdopośrodkizmu.

Popularyzacja wiedzy przez naukowców to jedno. Drugą sprawą jest pisanie przez tychże naukowców o wynikach własnych badań, czyli promocja badań. Tu mam wrażenie, że autorzy Promosaurusa nie do końca zdają sobie sprawę, jak wygląda praca naukowca w naukach, powiedzmy, medyczno-biologicznych. Raz, nie sądze, żeby większość osób interesowało, jak wygląda prowadzenie doświadczeń dzień w dzień. Dla naukowca to może być fascynujące, na ile sposobów coś może się zepsuć i iloma kwiecistymi obelgami można, wzorem Rutherforda, obrzucić model badawczy, ale powtarzanie tego samego jest zwyczajnie nudne dla osoby postronnej. A dwa, kiedy już coś wreszcie wyjdzie, chcesz to opublikować. Ale opublikować w czasopiśmie naukowym, a nie popularnonaukowym. Jeśli pracujesz w laboratorium, które ma dużą konkurencję, opisanie czegoś przed publikacją naukową byłoby strzeleniem sobie w stopę, do tego niezbyt etycznym (jeśli np. opowiesz w prasie codziennej o czymś, czego jeszcze nie ocenili recenzenci). Możliwe, że w naukach humanistycznych jest inaczej, ale w mojej działce nie odważyłabym się namawiać żadnego naukowca do blogowania o wynikach własnych badań w trakcie ich prowadzenia.

Podsumowując: widzę zalety Promosaurusa w postaci konkretnych wskazówek dotyczących prowadzenia blogów naukowych czy przygotowania stron internetowych poświęconych nauce. Widzę jednak także pewne oderwanie od rzeczywistości, jak wyżej, ale też szczególnie silne w tekstach o powiązaniu nauki z biznesem (Edyta Giżycka „Science market. Czy komercyjny marketing może inspirować promocję nauki?” i Radosław Rudź „Wyjść z szuflady… czyli rzecz o związkach komercjalizacji i promocji nauki”) – tu mam jedną dużą wspólną uwagę do autorów, ze powinni może zaznajomić się z takim terminem, jak badania podstawowe i z czym to się je. Widzę też szczerą chęć autorów przedsięwzięcia, aby namówić tych leniwych naukowców do popularyzacji, promocji i propagowania, chęć objawiająca się tu lekkim szturchnięciem, tam małym graniem na emocjach. Wszystko w zbożnym celu.

Problem w tym, że to nie zadziała. Moim zdaniem sposób na promocję nauki jest tylko jeden – chęć danego naukowca. Jeśli ma chęć, będzie to robił/a, bez względu na czas i inne sprawy. Jeśli zaś nie, to końmi się go/jej to tego nie zaciągnie. Cytując Bożenę Podgórni: „Wzbogacanie czyjejś wiedzy na temat świata powinno być przecież źródłem naszej satysfakcji.” Z naciskiem na naszej. Elektron, pamiętajmy.

Całość tutaj.

Panorama

12 uwag do wpisu “Promosaurus, poradnik promocji nauki

  1. „Drugą sprawą jest pisanie przez tychże naukowców o wynikach własnych badań, czyli promocja badań. Tu mam wrażenie, że autorzy Promosaurusa nie do końca zdają sobie sprawę, jak wygląda praca naukowca w naukach, powiedzmy, medyczno-biologicznych. Raz, nie sądze, żeby większość osób interesowało, jak wygląda prowadzenie doświadczeń dzień w dzień. Dla naukowca to może być fascynujące, na ile sposobów coś może się zepsuć i iloma kwiecistymi obelgami można, wzorem Rutherforda, obrzucić model badawczy, ale powtarzanie tego samego jest zwyczajnie nudne dla osoby postronnej”

    Akurat się nie zgodzę, bo to interesujące dla:
    a) Potencjalnych osób myślących o danej dziedzinie (ilu ludzi po maturze zna różnicę między praktyką biochem a inżynierią chemiczną). Naprawdę mało kto potrafi magistrantowi / magistrantce opisać różnice w specjalnościach – znam fizyczkę medyczną (bardzo fajne pomysły badawcze), która zaliczyła nieudane dwa lata w innej specjalności, gdzie była po prostu inna specyfika pracy.
    b) Socjologach nauki (którzy np. napisali fajne prace o różnicach w labach fizycznych i naukożyciowych)..
    c) Nauczycieli – bo łatwiej danej „młodą / zdolną” podsunąć konkretne rzeczy do poznania (np. można informatyczkę przekonać do elementów biologii, jak się jej robotę bio-info pokaże).

    Jak robiłem prelki popularnonaukowe pt. „Dzień z życia laboratorium polimerowego (czyli naukowcy od nakrętek do butelek).” na konwentach miłośników fantastyki (possible bias, bo to nerdy), to miałem pełne sale.

    Ale myślę, że da się to pogodzić bo „anegdoty z życia labu” albo „dzień z życia próbki” nie muszą bieżących danych ujawniać. Z resztą nawet w socjologii nauki nie raportuje się „na bieżąco” (i dobrym zwyczajem jest autoryzowanie raportu socjologicznego u samych badanych naukowców, żeby nie było wycieków).

  2. Dzięki za tego komcia. I cieszy mnie to niezmiernie, aczkolwiek nadal mam wrażenie, że zainteresowanie jest dlatego, że „dzień z życia” (no i że nerdy to też). Jakby to miał być nie dzień, a rok z życia labu i to bez anegdotek, to nie wiem, czy koniecznie ktoś by to polubił. Ale może, może…

  3. 1. Wpadł mi do głowy jeszcze jeden przykład. Są takie programy (inżynieria / socjologia – np. na Ecole Polytechnique), gdzie oprócz normalnej specjalności naukowej robisz licencjat z czegoś społecznego. Wtedy idziesz na praktyki zawodowe (np. do CERN) i mając nieco inny zakres obowiązków (np. więcej roboty zbiorowej) robisz notatki socjologiczne. Wtedy być może pół-tajny blog miałby sens (jako forma koordynacji projektu badawczego).

    Wiem, że większe badania socjo (takie, gdzie np. 10 osób wchodzi jednocześnie do kilku miejsc w CERN) czasami z takich blogów roboczych korzystają (ale to mniej popularyzacja a bardziej zwykłe narzędzie komunikacji w nauce). Ale czasami takie dzienniki z badań są potem czytane przez studentów (na zasadzie „co się robi w tym zawodzie”).

    2. Ja z kolei z Promosaurusem (i całą popularyzacją w ogóle) mam ten problem, że czasami za bardzo skupia się na wybuchach, sukcesach i anegdotach a za mało na szarych realiach.

    Ja przed popularyzacją stawiam cele szersze niż wyłącznie dzielenie się fascynacją czy przyciąganie młodych frajer… – znaczy -, pasjonatów. Mnie chyba bardziej obchodzi pokazywanie „normalności” tej pracy (na zasadzie nauka jako w miarę normalna czynność społeczna), uwarunkowań historycznych itp.

    Trochę mam nadzieję, że jak zwykli ludzie zaczną postrzegać naukowców jako swoich bliźnich (a nie demiurgów-w-kitlach-zmagających-się-z-fundamentalnymi-wyzwaniami-bytu), to będzie mniej oszołomów, antywacków, klimatologów z Uniw. Youtube itp.

    3. Z ww. powodów nie przepadam za koncepcją „marketingu nauki” i wykorzystaniem narzędzi reklamowych w popularyzacji (stokroć bardziej wolę Dni Otwarte w labach niż FameLab).
    a) Nie mamy na to środków (bo amatorskie klipy i teksty to nie to samo co PR / dziennikarstwo).
    b) Pokazuje to wyidealizowaną wizję nauki (na dodatek wyłącznie ekonomiczną, gdzie wszystko musi dawać zysk),

    4. Na pewno fandom fantastyczny jest o tyle specyficzny, że jest w nim sporo akademików (są małe badania pokazujące pozytywną korelację między literaturą SF a zainteresowaniem fizyką). Trochę kolegów plazmowców (do poziomu prof włącznie) przyszło też na zasadzie „ciekawe jak wygląda praca bliżej przemysłu”.

    Ale generalnie tradycja bloków popularnonaukowych na konach fantastycznych jest czymś, co lubię w polskim fandomie (chyba, że jakiś kretyn zaprasza do tego bloku Daenikena).

  4. Ja jako prosty prawnik potwierdzam, że chętnie poczytałabym coś w stylu „dzień z życia naukowca”. Czy trzeba przychodzić na określoną godzinę? czy pracuje się samemu czy w zespole? przy komputerze czy przy stole laboratoryjnym, jak w szkolnej pracowni chemicznej (takie mam porównania)?

  5. Upieram się, że szeroko rozumiane nauki przyrodnicze (tzn. włączając w to fizykę i chemię) i techniczne są ciekawe także od strony „kuchni” doświadczalnej (może nawet szczególnie ciekawe, bo co dla laika może być ciekawego w gołych równaniach Maxwella).

  6. Ja za to nie do końca się zgadzam z tym, że naukowiec nie powinien być przymuszany do prób wyjaśniania swoich badań szerszej rzeczy naukowo-laickich odbiorców. Bo jednak wydaje mi się, że przeciętnemu podatnikowi, z którego pieniędzy badania są fundowane (co innego, jeśli nie są), należy się jakieś minimum wyjaśnienia, na co ta mamona poszła – zwłaszcza jeśli konswekwencje badań nie są od razu jasne, a powiedzmy sobie, że poza niewielką liczbą badań wdrożeniowych – jakieś tam grafeny i inne takie – te konsekwencje jasne nie są zazwyczaj.

    Byłbym tutaj natomiast skłonny do pewnego kompromisu. Rzadko bowiem jest tak, że nad jednym problemem pracuje jedna osoba. Jakiś tam zakres tematyczny z reguły funkcjonuje dla całych grup badawczych (stąd też przecież badacze takie grupy tworzą!). Więc mogę sobie wyobrazić, że jeśli w grupie, w której pracuje 15 osób, dwie potrafią o badaniach przystępnie powiedzieć, to już wystarczy. Natomiast dobrze by było, jakby wszyscy badacze jednak jakiś tak stopień szkolenia w pop-tłumaczeniu przeszli, żeby blade pojęcie o tym mieć, jak się ta biedna dwójka na przykład rozchoruje.

    Nie nalegałbym też, żeby ta popularyzacja od razu odbywała się przez blogi czy inne takie. Form popularyzacji jest na pęczki tak, że niemal każdy może sobie znaleźć taką, w której się najlepiej odnajduje.

    (Caveat dość oczywisty jest taki, że ja już nie jestem aktywnym badaczem, więc takie opinie łatwo jest mi wyrażać.)

  7. @ Marcin

    Ja z kolei z Promosaurusem (i całą popularyzacją w ogóle) mam ten problem, że czasami za bardzo skupia się na wybuchach, sukcesach i anegdotach a za mało na szarych realiach.

    Ja przed popularyzacją stawiam cele szersze niż wyłącznie dzielenie się fascynacją czy przyciąganie młodych frajer… – znaczy -, pasjonatów. Mnie chyba bardziej obchodzi pokazywanie “normalności” tej pracy (na zasadzie nauka jako w miarę normalna czynność społeczna), uwarunkowań historycznych itp.

    Może masz rację. Mnie się zdaje, że gdyby było więcej tej normalności, to jednak mało kto by się zainteresował (mało kto, a nie nikt, podkreślę, bo na pewno znajdą się i ciekawi). Bardzo chciałabym się mylić jednak.

    Ale generalnie tradycja bloków popularnonaukowych na konach fantastycznych jest czymś, co lubię w polskim fandomie (chyba, że jakiś kretyn zaprasza do tego bloku Daenikena).

    Zgadzam się, to jest rewelacja (poza Daenikenem ofkors).

  8. @ Magdalena i Gammon

    Mówicie? To może powinnam kiedyś machnąć notkę o dniu z życia naukowca. Zobaczymy, czy się spodoba. I czy sposdobałaby się, gdyby pisać coś takiego co np. tydzień przez okrągły rok :P
    Ale serio, to bardzo się cieszę i dzięki za te słowa.

  9. @ Rafał

    Nie nalegałbym też, żeby ta popularyzacja od razu odbywała się przez blogi czy inne takie. Form popularyzacji jest na pęczki tak, że niemal każdy może sobie znaleźć taką, w której się najlepiej odnajduje.

    No i tu ja jestem skłonna pójść na kompromis. Czasem wybraną formą może być tylko sama publikacja, ewentualnie potem wywiad/wypowiedź w prasie, jeśli jakiś dziennikarz zapyta.

  10. @Rutheford
    Chciałbym bronić sensu popularyzacji nawet starych rzeczy. Pamiętam jak na „wstępie do chemii” prof. Łomozik, strzelał z pistoletu pneumatycznego na piłki do ping-ponga do modelu jądra zrobionego z kartonowych kółek i sprężynek. Mimo, iż byłem po technikum chemicznym i przedmiot był dla mnie zbyt prosty, bawiłem się świetnie i pamiętam te wykłady po kilkunastu latach.

  11. Przede wszystkim dziękuję za obszerną i konkretną recenzję. Jednym z celów „Promosaurusa” było także wzbudzenie fermentu wokół tematu promocji nauki. Już choćby patrząc na komentarze widać, że to (też za sprawą Sporothrixa) się udaje.

    Jako jeden z redaktorów (i autorów) tego wydawnictwa pozwolę sobie na kilka słów komentarza do opinii.
    Ad rem…

    1. „Mam wrażenie, że autorzy poradnika zgadzają się tu z myślą Lecha Mankiewicza (“Dlaczego popularyzacja nauki jest dla mnie tak ważna?”), iż tylko osoba bezpośrednio zaangażowana w naukę, związana z tym zawodem emocjonalnie, może naprawdę promować i popularyzować”.

    To tylko wrażenie. Rzeczywiście prof. Mankiewicz dość jednoznacznie widzi wyłącznie w naukowcach dobrych popularyzatorów. Ja z tym poglądem się nie zgadzam i nie znajduję takiej akceptacji także w tekstach innych autorów (może gdzieś między wierszami co nieco obecna jest ona w tekście o popularyzacji matematyki). Ale, że „Promosaurus” jest zbiorem różnych poglądów i taki – jak ten prof. Mankiewicza – się w nim znalazł, i warto o nim dyskutować.

    I od razu kolejne zastrzeżenie. Promocja nauki działa na różnych frontach i przy użyciu różnych narzędzi. Jedni stawiają na blogi, inni na spotkania z uczniami, jeszcze inni na FameLaby. Jeden chce promować badania do biznesu, inny do uczniów, kolejny do osób już wciągniętych w temat. Próbowaliśmy te różne wizje zaprezentować, zdając sobie sprawę, że ktoś przekonany do jednej formuły będzie uznawał inne za mniej ważne (lub nawet nieważne albo wręcz niekorzystne)

    Wracając do kwestii: czy tylko naukowiec może być popularyzatorem? Mógłbym tak jak Pani podać przykłady dobrych popularyzatorów, którzy nie są czynnymi naukowcami (np. Natalie Angier). Uważam wręcz, że często spojrzenie kogoś spoza dziedziny jest konieczne choćby po to aby fachowe słownictwo (które dla naukowca istnieje na poziomie oczywistej oczywistości) zamienić na bardziej zrozumiały przekaz. Przykład: redaguję obecnie kolejną publikację, która w zamierzeniu ma być zbiorem not informacyjnych (adresowanych do NIEspecjalistów) o kilkudziesięciu projektach badawczych z UJ. Koresponduje z wcale pokaźnym gronem naukowców, którzy upierają przy stosowaniu wyszukanego słownictwa branżowego. A główny argument jaki wysuwają to, że przecież już w szkole średniej była o tym mowa i dane pojęcie się pojawiło. Wtedy pytam np. chemika czy zna datę śmierci Krzywoustego, i np. wie co to jest prometeizm w literaturze – przecież to także było!

    2. Tu od razu odniosę się do innej z uwag: „Jednakowoż, istotną umiejętnością będzie tutaj zastosowanie zrozumiałego dla laika języka, uproszczonego, ale bez błędów, z tym jednak musi i powinien poradzić sobie każdy popularyzator nauki, niezależnie od uprawianego zawodu. W tym miejscu zresztą żywiołowo nie zgadzam się z Agatą Jurkowską (“Aktywna edukacja: trudna sztuka przyciągania?”), z tekstu której wynika, że błędy są nieuniknione, jeśli chcemy coś klarownie przekazać.”

    To zarzut niesprawiedliwy. Po pierwsze autorka nie pisze o celowym podawaniu błędnych informacji, a uogólnianiu (upraszczaniu) treści, które w samym naukowcu może wywołać OBAWY o niepoprawność merytoryczną. Przytoczę cytat: „Przygotowując np. warsztaty skierowane do dzieci w wieku 8-10 lat, dotyczące powstania Wszechświata, musimy przyjąć pewien stopień uogólnienia poruszanych treści naukowych. To jest oczywiste, a jednak często może być powodem zniechęcenia, ponieważ od razu pojawiają się obawy o niepoprawność merytoryczną przekazywanej wiedzy. Niestety, tego typu sytuacji ciężko jest uniknąć, ponieważ jeśli nie zastosujemy uogólnień nasze warsztaty będą przeciążone treścią, co sprawi, że uczestnicy wyjdą z nich przekonani, że wiedzą jeszcze mniej niż przed zajęciami, a temat jest tak skomplikowany, że nie warto go zgłębiać. Jedyne co nam pozostaje w takiej sytuacji to zrobić rachunek naszego naukowego sumienia i, w imię rozgrzeszenia, zasygnalizować konieczność uogólnienia pewnych teorii na poczet jasności i klarowności przekazywanych treści. – http://www.cittru.uj.edu.pl/promosaurus/aktywna-edukacja-trudna-sztuka-przyciagania).

    Po drugie – nauka ma to do siebie, że aby być „naukową” musi być w swym przekazie jak najbardziej kompletna. To znaczy wygłaszając jakiś pogląd należy podać wszelkie założenie, możliwe odstępstwa itd. A na to zwyczajnie nie ma miejsca na podstawowym poziomie popularyzacji.

    I po trzecie – obawy te są spowodowane najczęściej przez fakt, że tekst przeczytają inni naukowcy z danej dziedziny, którzy podejdą do niego jak do tekstu naukowego (a nie popularnego). Dla tej przytłaczającej większości naukowców-popularyzatorów, dla których kariera badacza jest nadrzędna nad karierą promotora będzie to powód do unikania wszelkich opisów kontrowersyjnych (z naukowego punktu widzenia) i zamiast tekstu popularnonaukowego mamy minimalnie (niewystarczająco) wygładzony wykład akademicki.

    3. Dobrze by było, aby naukowcy (jako zbiorowość) mieli z tyłu głowy, że ważna dla ich pracy i dla ludzi jest kwestia popularyzacji badań. Nie oznacza to, że każdy naukowiec ma osobiście pisać bloga czy prowadzić warsztaty – nie każdy ma czas (kto z nas go ma:), nie każde to lubi i do tego się nadaje (choć można by powiedzieć, że naukowiec z racji „bycia” na uniwersytecie – w miejscu którego podstawą jest tworzenie wiedzy dla ludzi – powinien umieć pisać przystępnie i prowadzić ciekawe zajęcia – ale to już sprawa na inny temat). Czasem wystarczy mały wysiłek by zaprezentować swe osiągnięcia – można wykorzystać do tego rzecznika uczelni, umówić się z sensownym dziennikarzem, wspólnie zrobić stronę – wizytówkę projektu). Na tym etapie liczą się przede wszystkim chęci.

    4. Nie obrażałbym się też na ludzi, którzy wolą zabawny „naukowaty” rysunek od wymuskanego tekstu. Z tych rysunkofilów pewnie kilku w swych poszukiwaniach trafi dalej na informacje obszerniejsze, analizy bardziej dogłębne. Nie łudźmy się całe społeczeństwo nie będzie nagle rzucać sensownych argumentów za czy przeciw danej teorii i praktyce naukowej. Celnie podsumowuje to zagadnienie na swym blogu prof. Czachorowski: „Czy popularnonaukowe tabloidy przyrodnicze są powodem do zmartwienia? Nie, jeśli pozostaną książki i czasopisma z obfitszą treścią. Tak, jeśli zastąpią rzetelną i pełniejszą wiedzę. Na razie jest jedno i drugie. I w jakimś sensie cieszy, że pojawia się rynek na tabloidy z treścią nie o VIP-ach i gwiazdeczka serialowych, ale o wiedzy i odkryciach naukowych. Być może to znak, że rodzi się społeczeństwie wiedzy”. – http://czachorowski.blox.pl/2013/12/Noc-biologow-tabloidy-uniwersytet-i-utrata.html

    5. Kwestię pisania o prowadzeniu badań komentowali już celnie przedmówcy. W pełni się z nimi zgadzam. Nawet jeszcze się autorce Sporothrixa podłożę :) – mi się marzy fajny serial dokumentalny o pracy w labie – ciekawe badania, wyraziste postacie, niepowodzenia (ileż ich jest w pracy naukowej) i (oby jak najwięcej ich było) sukcesy.

    6. Opisanie swoich badań w czasopiśmie naukowym (kiedy już mamy wyniki), a równocześnie ich promowanie (raczej w sensie mówienia o nich niż ich reklamowania) da się pogodzić. Możemy o tym podyskutować jak będzie potrzeba.

    7. Nie bardzo rozumiem zastrzeżenia dotyczącego tekstów o powiązaniu nauki z biznesem i uwagi, w której rekomenduje Pani konieczność zaznajomienia się z terminem „badania podstawowe”.

    Niektórzy z naukowców z tych tekstów skorzystają, niektórzy z racji tego czym się zajmują i na jakim etapie są ich badania – nie będą mieli takiej możliwości. Super by było, aby każdy tekst i każda uwaga była adresowana dla każdego – niestety rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana :)

    Przepraszam, że takie długie to pisanie, trzymam kciuki za blogową (i naukową) wytrwałość i życzę wielu inspiracji w 2014!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s