coś dobrego, przyjemności

Wschód bogów

Baptized in a firefight, hot blood running cold as ice
44 minutes of target practice, all hell’s breaking loose
44 Minutes – Megadeth

Najlepszym podsumowaniem najnowszej płyty Megadeth, Endgame, która ukazała się we wrześniu zeszłego roku, jest jeden kawałek z tej płyty, a mianowicie 44 Minutes. Podsumowaniem, a może streszczeniem raczej, bo w piosence tej zawierają się i zalety i wady, i właściwie niemal dokładna charakterystyka całej produkcji. Zalety to to, że płyta jest świetna :-) – pomysłowa i błyskotliwa, człowiek nie nudzi się słuchając i nie musi zagęszczać sobie owego słuchania czytaniem czegoś na przykład. Całość ma sporo sensu, i to nie tylko w warstwie tekstowej (a teksty są całkiem niegłupie, poza obowiązkowym w Megadeth zestawem teorii spiskowych), ale w warstwie muzycznej. Słychać, że każdy kawałek jest przemyślany, każdy jest na właściwym miejscu, każdym muzycy mieli zamiar coś słuchaczowi powiedzieć. A raczej muzyk – jeden – bo wyraźnie widać, że jest to pomysł i błyskotliwość Dave’a Mustaine’a. Trudno, słuchając kolejnego dzieła zespołu, nie dojść (po raz kolejny) do oczywistego w sumie wniosku, że Megadeth to Mustaine. To jest jego wyłączna twórczość, jego poglądy na muzykę i jego sposób realizacji. Stąd także i wady tej płyty – nieduże wprawdzie, ale są.

Wadą jest to na przykład, że Chris Broderick, całkiem przyzwoity gitarzysta, jest absolutnie posłuszny wiodącej sile partii, co kończy się tym, że jego solówki są identyczne, jak solówki Mustaine’a. A ja lubię, kiedy mogę odróżnić na słuch, który gitarzysta gra w danym momencie. Albo to, że solówki obu panów są tak bardzo skomplikowane, tak znakomicie zagrane, że aż ma się wrażenie, że mają za zadanie coś udowodnić. Doceniam świetne solówki; zauważam, że trudno znaleźć coś bardziej seksownego, niż szybko, sprawnie i celowo poruszające się szczupłe męskie palce, ale czasem jest tego za dużo i bez sensu. Tak, jak pierwsze solo (w wykonaniu Brodericka) w 44 Minutes, które jest zupełnie ni przypiął ni przyłatał i nie pasuje do czegokolwiek wokół. Podejrzewam, że po wszystkich kłopotach zdrowotnych, a już zwłaszcza tych, które poważnie mogły upośledzić umiejętności grania na gitarze, Mustaine chciał pokazać, że nadal potrafi pisać sensowne gitarowe kawałki. Oraz udowodnić, świadomie bądź nie, że sam nadal umie grać. Obie te kwestie nie ulegają, rzecz jasna, wątpliwości i takie uporczywe udowadnianie było zwyczajnie niepotrzebne. Wystarczy posłuchać drugiego solo na gitarach w 44 Minutes, które brzmi tak, że aż dech zapiera z zachwytu. I świetne są też obie gitary rytmiczne – jak się tak wsłuchać w grane niby od niechcenia tło, to człowiek ma ochotę wracać do tego znowu i znowu i znowu. Niezły jest także bas (choć, jak słyszę, James Lomenzo już odchodzi z zespołu – nie nagrał się zbyt długo. Ale za to Junior wraca, czyli będzie tak jak w Megadeth być powinno), i cała sekcja rytmiczna.

Całość przypomina mocno United Abominations – sposobem kompozycji całej płyty, tematyką i brzmieniem. Złośliwe ucho wychwycić może także podobieństwa do starych kompozycji zespołu: Bite the Hand przypomina momentami Hangar 18Bodies – Symphony of Destruction, a w 1320 pobrzmiewa jedynie słuszna Metallica, czyli ta za czasów Mustaine’a :-). Wydaje mi się jednak, że takie zapożyczenia są czasem nieuniknione, zwłaszcza przy kolejnej płycie, a zespołowi chwali się to, że przynajmniej zrzyna z dobrych wzorców.

To są drobiazgi jednak – te czasem przesadzone solówki czy parę zapożyczeń. Płyta jest znakomicie zagrana i nagrana, doskonali muzycy wiedzą, co robią. Szczęśliwie Mustaine nie uraczył słuchaczy kolejną wersją A Tout le Monde, co byłoby zupełnie niestrawne, choć jedyna teoretycznie-ballada nie wyszła mu (i Boderickowi) najlepiej. Można się tym jednak nie przejmować, słuchając rewelacyjnych The Right to Go Insane, How the Story Ends, czy wspomnianego już 44 Minutes. I jeśli ktoś poszukuje genialnej,wspaniałej i niesamowitej, a przy tym inteligentnej muzyki – o co poza metalem jest, jak wiadomo, trudno (będę uprzejma i nie powiem, że niemożliwe :-P , choć tak właśnie uważam) – to Endgame Megadeth jest pozycją obowiązkową.

……………………………………………………………………………………………………………………..

Action – Torture, misery – Endless suffering – Torment, agony – captured for eternity
Action – You’re main attraction

Snuff – Slayer

O drugiej płycie, której słucham na zmianę z Megadeth ostatnio, bedzie trochę krócej. Bo właściwie napisać należałoby tylko ciąg superlatyw: genialna, nadzwyczajna, bez wad, rewelacyjna, świetna, niewiarygodna, nieziemska… Taka po prostu jest World Painted Blood Slayera. Obawiałam się, po ostatnich produkcjach zespołu, że nie będzie tak dobrze. Że znowu będą podobne do siebie, nudnawe i przesterowane kawałki. Że kłopoty ze zdrowiem Toma Arayi wpłyną w końcu na to, że Slayer się rozleci, Tom skupi się na hodowaniu angusów, Kerry King – swoich ulubionych węży, a Dave Lombardo poświęci się jakimś dziwacznym projektom muzycznym. Tymczasem nic z tego, na szczęście.

Najnowszy Slayer jest niesamowicie świeży – jakby niemal nie było tych lat między końcem 2009 roku a Reign in Blood czy ewentualnie Seasons In the Abyss – ale jednocześnie zagrany bardziej swobodnie, z większą pewnością siebie, bardziej dojrzale. Czyli w sumie tak, jakby muzykom te mijające lata potrzebne były po to, aby się rozwinąć, ale i żeby móc odkrywczo wrócić do korzeni. Kompozycje są perfekcyjne, teksty – przerażające i inteligentne (brakuje mi wprawdzie czasów, kiedy teksty były niemal wyłącznie autorstwa Arayi, bo te były najlepsze, ale widać nie można mieć wszystkiego), solówki – zawsze na miejscu, pasujące do otaczających dźwięków (i umiem powiedzieć, kiedy gra Kerry, a kiedy Jeff), bas – ekstra (Tom zaskakuje i wokalnie i instrumentalnie, bardzo na plus), bębny – wiadomo: Lombardo w najlepszej formie, no ale on zawsze jest w najlepszej formie. Płyta jest świetna w całości, nie ma na niej niczego zbędnego, wszystko ze sobą gra, a jednocześnie wszystko jest cudowne, nowe, oryginalne i nieodgrzewane. Kawałki są niewiarygodnie dobre – wszystkie! – po slayerowsku niedługie, ale idealne, bez jednej niepotrzebnej nutki. Jak Mozart nie przymierzając, przy czym jest to oczywiście komplement dla Wolfganga, a nie dla Slayera.

Podsumowując,

co do Boga nie mam wątpliwości, uważam tylko, że każdy powinien :-D (Fotka z Joe. My. God, dzięki Ray :-* )

………………………………………………………………………………………………………………………

Exploding all alone like the blood upon the moss
Eternal is my pledge if eternal is thy loss…

When I was sent way they made a soldier from a boy
Victory will be achieved lethal weapons to destroy
Killing Season – Testament

A na koniec jeszcze jeden z bogów, czyli Testament i The Formation of Damnation. Płyta już co prawda nie taka najświeższa, bo z 2008 roku (a zespół podobno akurat nagrywa nową), ale to jest to, co Testament ma w tej chwili do zaoferowania. Zapewne należałoby docenić The Formation of Damnation en masse, bo nagrana została po długiej przerwie, chwała więc zepołowi za powrót, a fanom radość, ale. Mam nieco mieszane odczucia na jej temat. Z pozytywów odnotować trzeba nadzwyczajny wokal – Chuck Billy jest genialnym wokalistą, zdecydowanie najlepszym ze wymienianych dzisiaj trzech panów. Upływ czasu mu zupełnie nie szkodzi, choć śpiewa trochę inaczej, niż na przykład na początku lat dziewięćdziesiątych. Dobre są jak zwykle gitary (Alex Skolnick i Eric Peterson), niezła sekcja rytmiczna. Wspaniałe coś, co można nazwać trademarkiem Testamentu, czyli znakomity, bardzo bogaty, esencjonalny, przytłaczający, wbijający słuchacza w podłogę metal, nie pozbawiony jednakowoż melodyjności. Żałuję tylko, że na płycie brakuje jakiejś ślicznej balladki, czegoś w rodzaju Return to Serenity, ale to se zapewne ne vrati.

Przyznać trzeba jednak, przy tym wszystkim i przy całej sympatii do zespołu, że płyta jest dość nudna. Większość kawałków jest mocno nieciekawa, monotonna i podobna do siebie nawzajem. Na szczęście wyróżniają się: Killing Season – najlepsza zdecydowanie kompozycja na płycie, wspaniała, doskonale zagrana i zaśpiewana, zachwycająca zupełnie jakby to były czasy Souls of Black; F.E.A.R – z kawałkiem refrenu bardzo zabawnie zerżniętym z fragmentu Master of Puppets, aż się łza w oku kręci ;-); oraz ewentualnie More Than Meets the Eye – z całkiem ładnym plastycznie video (choć można było sobie darować te beznadziejne komputerowe wstawki). Reszta nie nadaje się specjalnie do czegokolwiek.

…………………………………………………………………………………………………………………….

Nie trzeba jednak narzekać, za to należy czekać na nową płytę Testamentu, bo może uda się nieco lepiej. No i warto również czekać na to, żeby zobaczyć bogów na żywo. Razem w dodatku, tyle że w różnych układach. Trasy koncertowe, i amerykańskie i europejskie, są poplanowane, oby tym razem nie wyskoczyło nic, co przeszkodziłoby w ich realizacji. Bogowie dorośli trochę, odłożyli na bok dawne młodzieńcze animozje i postanowili zachwycić fanów swoją przecudowną muzyką. I całą resztą. Jak za dawnych, dobrych czasów.

coś dobrego, czytanki, moja Ameryka, okołoreligijnie

Homoseksualizm w katolicyzmie – enemy territory czy błogosławieństwo?

Z okazji wyjazdu do Austin nie mogłam niestety wysłuchać kolejnego wykładu z serii The Sacred and the Sexual, o których to wykładach wspominałam jakiś czas temu. Na stronie jednak prelegenta, Jamesa Alisona, znalazłam parę jego wypowiedzi – i myślę, że przynajmniej częściowo o tym samym właśnie mówił u nas na uniwersytecie. Wydały mi się interesujące, bo jest to  spojrzenie katolika, niewątpliwie bardzo entuzjastycznego, na kwestię homoseksualizmu. Spojrzenie spokojne i przemyślane, acz nie pozbawione wątpliwości i, nieraz, bólu.

Bycie homoseksualistą w Kościele katolickim nie jest sprawą prostą, pisze autor. Z różnych względów – homofobii przedstawicieli Kościoła, ich niezrozumienia biologii osobników homo sapiens, plus kwestii nawarstwienia się pewnych poglądów, które właściwie należałoby w trybie pilnym zweryfikować. Zweryfikować w dodatku nie w duchu podejrzanego wg Kościoła relatywizmu, ale raczej posłuszeństwa Bogu. I Kościołowi też.

Karkołomne zadanie? Nie. Nie może być karkołomne coś, co wynika z podstawowej i naczelnej zasady chrześcijaństwa, czyli miłości do ludzi i Boga.

Ale zadanie jest trudne. Trudne – na razie, trudne – w dzisiejszych czasach. Bo autor wyprzedza nieco nasze czasy i pisze sporo o przyszłości w teraźniejszości, jeśli można to tak określić. A w wielu sprawach, które porusza, nie ma niczego specjalnie odkrywczego. Teoretycznie. Bo teoretycznie to wszystko powinno być normalne i naturalne, zwłaszcza w Kościele religii miłości. Jak widać jednak gołym okiem – szczególnie w niektórych krajach – normalne nie jest; jest za to nowe i szokujące.

W tekstach Jamesa Alisona wyraźnie widać zachwyt nad miłością Boga do ludzi, miłością, która wszystko zwycięży – uprzedzenia wobec osób homoseksualnych też. Bo są oni kochani przez Boga dokładnie tak samo, jak heteroseksualiści, nie mniej. Wiadomo oczywiście, że wielu gejów i lesbijek ma w nosie to, co zwykł mówić na ich temat Kościół, szczególnie, że rzeczy te bywają zwyczajnie podłe. Ale warto zauważyć, co czasem negują niewierzący homoseksualiści – geje i lesbijki są w Kościele. Zmagają się oni często z okropnymi rzeczami. Każde z nich prowadzi ciężki bój, jeśli serio traktują swoją wiarę. I oczywistym jest, że w tym boju cały Kościół powinien ich mocno wspierać.

No, I don’t want to pretend that being an openly gay Catholic is something easy or obvious. It isn’t. For a start, merely the fact of your wanting to read a letter like this at all is a sign of how many obstacles you must have overcome already. You may have faced hatred and discrimination in your own country, from family members, at school, at the hands of legislators eager for cheap votes, through shrieking newspaper headlines that sear your soul, and in the glare of which you are speechless in your own defence. And you’ve probably noticed that at the very best, the Church which calls itself, and is, your Holy Mother has kept silent about the hatred and the fear. While all too often its spokesmen will have lowered themselves to the level of second-rate politicians, lending voice to hate while claiming that they are standing up for love. The very fact that, through and in the midst of, and despite, all these hateful voices, you should have heard the voice of the Shepherd calling you into being of his flock is already a miracle far greater than you know, preparing you for a work more subtle and delicate than those voices could conceive.

Oczywiście – każdy przechodzi podobną drogę, nie tylko osoby homoseksualne. Trudno wypowiadać mi się, jakie dokładnie uczucia czy odczucia mają wierzący o tej orientacji. Ale dzięki byciu przedstawicielką płci uważanej w Kościele przez wieki za gorszą i dyskryminowanej, mogę to i owo jakoś sobie wyobrazić.

And yes, you will have to interpret it, you will have to decide whether I who am addressing you as “you” am able to do so only because of some slip-up, some crack in the system, or whether there is something of the Shepherd in this unauthorised voice which is speaking to you, something of the Shepherd, whose voice you know, and of which you are not afraid. I can lay no claim to being a channel of that voice myself. None of us can. We can hope to be used, or to be in preparation for being used. However only those who each of us addresses can perceive who it is, what mixture of voices it is, that comes singing through our airwaves.

But the God who is revealed to us in Jesus could not possibly treat that small portion of humanity which is gay and lesbian to a double-bind in the way the Church has come to do. Could not possibly say “I love you, but only if you become something else”; or “Love your neighbour, but in your case, not as yourself, but as if you were someone else”; or “Your love is too dangerous and destructive, find something else to do””.

Trudno się nie zgodzić.

Bo głęboko wierzę, że jeśli protestuję przeciwko homofobii w Kościele, jeśli uważam ją za grzech (a nie jestem w tym osamotniona), to wynika to z mojej wiary w miłość Boga do ludzi tudzież w sens miłości bliźniego.

Neither do I know, nor do you know, whether my refusal to believe that God could possibly treat gay and lesbian people in the way that the village elders and the local court say he does, is a refusal born of faith in a love which will turn out to be true, or is simply a sign of my delusional flight into unreality.

James Alison ma swoją teorię na temat – dlaczego homoseksualizm i homoseksualiści są tak, a nie inaczej, traktowani przez wielu przedstawicieli Kościoła.

So, to my first point. In the last fifty years or so we have undergone a genuine human discovery of the sort that we, the human race, don’t make all that often. A genuine anthropological discovery: one that is not a matter of fashion, or wishful thinking; not the result of a decline in morals or a collapse of family values. We now know something objectively true about humans that we didn’t know before: that there is a regularly occurring, non-pathological minority variant in the human condition, independent of culture, habitat, religion, education, or customs, which we currently call “being gay”. This minority variant is not, of course, lived in a way that is independent of culture, habitat, religion, education and customs. It is lived, as is every other human reality, in an entirely culture-laden way, which is one of the reasons why it has in the past been so easy to mistake it as merely a function of culture, psychology, religion or morality: something to get worked up about rather than something that is just there.

However, if we are faithful to the Church’s teaching and reject relativism, then we must interpret the definition as really depending on something being true, as evoking an underlying truth claim that is being defended here. After all, the claim that something is objectively disordered suggests that there is something objectively ordered behind it, as it were, starting from which we can detect the disorder. The truth claim behind this definition is that all humans, by the mere fact of being human, are intrinsically heterosexual and that there exists an unique proper expression of sexual love for humans, that within marriage which is open to the possibility of procreation. It is from this presupposition of the intrinsic heterosexuality of all humans and the corresponding goodness of marital sexual love that it can properly be deduced that those with a homosexual inclination are objectively disordered, that they are in fact defective heterosexuals, and that any sexual relations between such people must be judged lacking according to the degree to which they fall short of those between married heterosexuals.

Well, what has emerged with ever-greater clarity over the last twenty or so years is that the claim underlying the teaching of the Roman Congregations in this sphere is not true. It is not true that all humans are intrinsically heterosexual, and that those who appear not to be heterosexual are in fact defective heterosexuals. There is no longer any reputable scientific evidence of any sort: psychological, biological, genetic, medical, neurological – to back up the claim. The discovery that I talked about earlier, backed with abundant evidence, is that there is a small but regular proportion of human beings – somewhere between three and four percent – across all cultures who are hardwired to be principally attracted to members of their own sex. Furthermore there is no pathology of any psychological or physiological sort that is invariably associated with this sort of hardwiring. It is not a vice or a sickness. It is simply a regularly occurring minority variant in the human species.

Powinien zostać ekskomunikowany za takie teksty? A przynajmniej spalony przez powieszenie na stosie? :-P

Alison uważa, że wszystko to jest dobrą wiadomością dla osób homoseksualnych (tych oczywiście, którym na tym zależy, jak sądzę).

I won’t go on too long here about the rather obvious reasons why it is good news for gay and lesbian people. Suffice it to say, that it makes an enormous difference to someone’s personal sanity and all round healthiness if you discover that you aren’t a mistake, a cruel joke. If you are used to being told that your feelings are all wrong, sick, distorted, and your attempts to tell the truth about your life are so many delusions and lies, then the relief that is felt when you find the truth is very well brought out in the famous Hans Christian Andsersen story The Ugly Duckling. Anyone who has undergone this relief will resonate with these words of Pope Benedict from his most recent Encyclical Caritas in Veritate: „Each person finds their good by adherence to God’s plan for them, in order to realise it fully: in this plan, each one finds their truth, and through adherence to this truth, becomes free (cf John 8,22). To defend the truth, to articulate it with humility and conviction, and to bear witness to it in life are therefore exacting and indispensable forms of charity.”

Ale twierdzi także, że cała kwestia homoseksualizmu, dyskusje nad nią w łonie Kościoła są prawdziwym błogosławieństwem dla wszystkich. Ogrom nowej (raczej nowo akceptowanej) wiedzy o człowieku, jego życiu, kondycji, zmaganiach, dojrzewaniu, różnych aspektach człowieczeństwa – to nie jest coś, obok czego można przejść obojętnie. I może to również heteroseksualistom pomóc stać się pełniejszymi, bogatszymi duchowo i mądrzejszymi ludźmi.

However, what I would like to do here is stand back a little from our tendency to opportunism, and try to sketch out part of the shape of this discovery about the human condition in such a way that we can see that, like all such discoveries of things that are true about being human, this is good news for all of us as humans. Later on I’d also like to show why it is a piece of good news for us as humans that is going to be particularly good news for us as Catholics.

Just so, we are only now beginning to be able to tell what are some of the knock-on effects of having discovered that what we call being “straight” or “heterosexual” is not the normative human condition, but a majority human condition. This means that while it is true that human reproduction is intrinsically a two-sex matter, and that the vast majority of humans are heterosexual in orientation, it is not true that humans are intrinsically heterosexual. If there are some humans in whom, as a normal and non-pathological minority variant, the emotional and the sexual elements of their lives are not linked to any possible reproductive element, then the link between the possible reproductive element and the emotional and sexual element in those in whom these elements are linked is of a somewhat different sort than was previously imagined.

Dlaczego więc jest tak źle, skoro jest tak dobrze ? Alison twierdzi, że to dlatego, że Kościół, chrześcijaństwo w ogóle, jest tak naprawdę w powijakach. I dużo się jeszcze musi nauczyć.

[…] we may well still be in the early stages of the Church’s history, and Christianity still a young religion. And we have discovered an area of genuine human anthropology about which Church teaching is a complete vacuum.

No, instead we find ourselves facing up to the fact that we have discovered something objectively true about being human which is going to re-write our maps.

Given that all Church teaching in this sphere has depended on, been a deduction from, the Church’s teaching about marriage, and has depended on the presupposition of the intrinsic heterosexuality of all humans, it is fair to say that the Church has nothing at all to say about a reality of which its teachers were entirely ignorant. It is properly speaking true to say that, appearances aside, the Catholic Church has no teaching at all about homosexuality.

Co mają więc robić zainteresowani wierzący homoseksualiści?

This seems to me to be the challenge for us now, and as I say continually, it seems to me to be a fun challenge: are we going to dare to be Catholics, not in rivalry with our office holders, grateful that they’re there, aware that they’re pretty stuck, but delighted to be beginning to take on board the contours of the new discovery about being human that goes with the term “gay”? Are we going to allow ourselves to be empowered to discover ways in which God is much more for us than we had imagined, that God really does want us to be free and to be happy, and to rejoice in what is true as we are stretched toward and stand alongside the weakest and most vulnerable of our sisters and brothers wherever we may find them? Are we going to allow ourselves to discover the potential for Catholicity that is opening up alongside the discovery of the new richness in Creation that shimmers within the little word “gay”?

Pięknie. Tylko skoro Kościół tak naprawdę nie dysponuje  w  t e j  c h w i l i  żadnym nauczaniem na temat homoseksualizmu, sporo musi sie nauczyć, a jego liderzy są nieco konserwatywni, to co ma zrobić wierzący/wierząca gej/lesbijka  w  t e j  c h w i l i? Młyny Boże mielą powoli podobno. A życie człowiek ma jedno. James Alison odpowiada:

One way or another, let me tell you what I have discovered in my years underground in enemy territory: you are not alone, and His promises are true.

Hmmm…

No, ale skoro jest i księdzem katolickim i gejem, to chyba wie, co mówi.

(Cytowane fragmenty pochodzą z artykułów Jamesa Alisona: The Fulcrum of Discovery or: how the “gay thing” is good news for the Catholic Church oraz Letter to a young gay Catholic)

coś dobrego, moja Ameryka

Still alive?

Takie pytanie rzucamy sobie z dziewczynami z pracy, ilekroć się widzimy. Wszystko zaczęło się dwa dni temu, kiedy nasz łaskawy pracodawca zdecydował się zafundować szczepienie na grypę H1N1 wszystkim pracownikom. Już nie tylko ludziom z grup ryzyka – ci zaszczepili się jakiś czas temu. Wówczas szczepionki dostawali studenci, młodszy wiekiem personel, pobiegły tam także moje ciężarne koleżanki. Tym razem natomiast szczepiono wszystkich, kto tylko miał ochotę. Kolejki były długie, czekało się prawie godzinę, ale chyba każdy został obsłużony. To tak à propos pogłosek, że lekarze się nie szczepią, że nie szczepią swoich dzieci, że w ogóle ludzie w jakiś sposób związani z medycyną podchodzą do szczepionek przeciw grypie zupełnie jak do jeża.

Kiedy czekałyśmy w kolejce, podszedł do nas pan doktor, który „kierował ruchem” – udzielał rozmaitych informacji o szczepionce, zadawał pytania o uczulenia, i tak dalej. I powiedział, że ponieważ jesteśmy całkiem jeszcze niestare, to nie należy nam się zastrzyk, tylko spray donosowy. Wtedy, naturalnie, zaczęłyśmy zastanawiać się, jak bardzo zaszkodzi nam to szczepienie (W końcu to żywy wirus, o matko! Ale za to bez tiomersalu); kiedy umrzemy i czy zaraz; czy nie warto naszych ciał zapisać wówczas nauce (Kto by tam chciał ciało zmarłe na grypę? Spalą nas w plastikowych workach, jak nasze zakaźne odpady z labu); co będzie z doświadczeniami (Tu zaskoczyła nas S., która chciała koniecznie, żeby ktoś dokończył jej pracę. Skomentowałam, że ja mam dokładnie gdzieś, co się stanie z moim doświadczeniami kiedy umrę), i tak dalej, i tak dalej.

Po czym, kiedy tylko widziałyśmy się jeszcze tego samego dnia, oraz następnego i następnego, pytałyśmy i pytamy się nawzajem grzecznie – „To jeszcze żyjesz po tym szczepieniu?”. Ano żyję. I żyjemy wszystkie (jak na razie oczywiście…) :-P

coś dobrego, moja Ameryka, okołoreligijnie

„Happy Whatever-you-wannukah”

Taka choineczka stoi sobie na uniwersytecie, niedaleko mojego labu. 

Proste. W okolicznościach przyrody zdominowanych przez jedną religię (uniwersytet jest katolicki) pojawia się odrobinę inne drzewko. Uświadamiające, że właśnie dlatego, że jedni dominują, niezwykle ważne jest, żeby nie tłamsić tych innych. Nie pokazywać, że nas jest więcej i my tu rządzimy. Nie udowadniać, że „tylko pod tym znakiem…”. Jakoś tak ciepło zrobiło się mnie, chrześcijance, na sercu, kiedy popatrzyłam na tę chanukiję, na gwiazdy Dawida i drejdle wiszące na choince.

I tak mi się to skojarzyło z awanturami o krzyże w Polsce…

A, nieważne.

Szczęśliwej Chanuki wszystkim! A najcieplejsze życzenia dla Kakofonii :-)

Ale nie tylko z krzyżami miałam skojarzenie – na co wskazuje tytuł notki. Otóż parę tygodni temu tu i ówdzie w Stanach ogłoszono ponownie”wojnę o Boże Narodzenie”. Zaczęło się od wesołej i kolorowej reklamy firmy Gap (http://www.youtube.com/watch?v=1JhyjQQ9Pcw), w której młodzież skanduje: „Go Christmas! Go Hannukah! Go Kwanzaa! Go Solstice!”, czyli, o zgrozo, stawia w jednym szeregu ważności te cztery święta. Co gorsza, młodzi ludzie wykrzykują także: „You 86 the rules, you do what just feels right,” po czym zachęcają nas do świętowania takiego, jakie tylko się nam zamarzy: „Happy Whatever-you-wannukah!”. Co w sumie oznacza, że propagują szatański relatywizm moralny spod znaku wypisz-wymaluj św. Augustyna i Jurka Owsiaka.  A to nie może podobać się w land of the free, rzecz jasna. Szczególnie, że za sianie fermentu odpowiedzialni są naczelni wrogowie narodu, czyli świeccy i humanistyczni potentaci z Hollywood, feministki i wegetarianie.
Niektórzy to naprawdę muszą się bardzo nudzić. I z nudów wymyślają takie fajne głupoty :-)

Muszę także podkreślić, że wbrew przekonaniom niektórych, w USA naprawdę nikt nas, katolików, nie bije za chęć obchodzenia Świąt Bożego Narodzenia. Nie ruguje się Bożego Narodzenia i symboli z nim związanych z przestrzeni publicznej. Szopki są, kolędy słychać. Choinki z aniołkami i gwiazdami betlejemskimi są. Napisy Merry Christmas w wielu miejscach. Christmas sales i Christmas delivery guaranteed. Ludzie również (ci którzy chcą) nie boją się życzyć sobie nawzajem Merry Christmas. I iść do kościoła. 

Wszystko to razem  — obecność przede wszystkim Bożego Narodzenia, ale i innych uroczystości – sprawia, że okropnie mnie cieszy ta zimna grudniowa przedświąteczno-świąteczna atmosfera.

Wszystkim życzę Wesołych Świąt rozmaitych!

coś dobrego

Publish nie perish

Po żmudnych walkach z oporną materią i nie mniej opornymi recenzentami, po ślepnięciu nad mikroskopem, marudzeniu nad żelem, zasypianiu nad komputerem oraz obrzucaniu doświadczeń kwiecistymi wiązankami najwymyślniejszych przekleństw (zgodnie z teorią Ernesta Rutherforda, że eksperyment działa tym lepiej, im więcej wyzwisk i słów powszechnie uważanych za wulgarne usłyszy pod swoim adresem) nareszcie mogę ogłosić, że kolejne dziecko wkrótce pojawi się na świecie. Będzie miało parę stron, kilka kolorowych i czarno-białych obrazków oraz trochę słów. A ja do końca roku mam zamiar czas w pracy spędzać głównie tak:

coś dobrego, moja Ameryka, okołoreligijnie

Straszny katolik zadba czasem o geja

Ostatnio w okolicach mojego uniwerku wydarzyło się parę nieprzyjemnych incydentów. W ostatnią środę, w biały dzień, ktoś zaatakował studentkę, najpierw wulgarnie sugerując, że jest lesbijką, po czym pobił ją. Dziewczyna miała na sobie koszulkę symbolizującą poparcie dla organizacji walczących o gay rights. Pierwszego listopada napadnięto innego studenta, również potraktowano go homofobicznymi tekstami oraz pobito. Oto jak zareagowały władze uniwersytetu:

Dear Students, Faculty, and Staff, 

As a Catholic and Jesuit university, we are committed to fostering a  
community that is welcoming to all and values understanding,  
tolerance, inclusion and respect.
Over the past week, we have seen  
several incidents take place on or near campus that are especially  
troubling because they have targeted members of our community with  
homophobic language and disrespect. Two incidents were off campus  
assaults and today a written slur was posted on the door of the LGBTQ  
Resource Center. These acts are unacceptable. We take these incidents  
and the safety of our campus community very seriously and are taking  
steps to address the needs of our students at this time.

The Department of Public Safety (DPS) has reported these recent  
incidents to the Metropolitan Police Department (MPD), and is working  
cooperatively in the ongoing investigations. We expect to meet in the  
coming days with representatives from MPD’s Lesbian, Gay Liaison Unit  
to determine if any additional steps may be warranted. DPS has  
notified members of the campus community of these incidents and  
increased patrols of campus and nearby neighborhoods. We are also  
providing support and resources to members of our community.

We do not know whether the person or persons responsible for these  
incidents are members of the campus community. If a member of the  
campus community is found to be responsible for these acts, the matter  
will be treated very seriously, including as a violation of the  
student code of conduct. […]

Representatives from Student Affairs, the Office of Institutional  
Diversity, Equity & Affirmative Action, Campus Ministry and others are  
meeting with students to understand their concerns and provide support  
to individuals in need. Through our care for one another we can become  
a stronger community in which discourse and reconciliation displace  
violence and anger. We appreciate your cooperation in our ongoing  
efforts to work together to build a campus community of trust and  
respect.

Sincerely,
Vice President for Student Affairs
Vice President for Institutional Diversity and Equity
Vice President for Mission and Ministry

Niby normalne, nie? Że władze uniwersytetu (w tym zakonnicy) mocno podkreślają, że tu nie ma zgody na brak tolerancji i uprzedzenia. Że na katolickim uniwersytecie nie ma miejsca na homofobię i przemoc, której homofobia jest źródłem. Zastanawiam się tylko, jak w analogicznej sytuacji zareagowałby na przykład KUL albo Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego…

coś dobrego, czytanki, okołofeminizmowo, okołoreligijnie

„Wiara nie pozwala człowiekowi traktować siebie w taki sposób…”

Zakonnik, jezuita. I mówi z sensem :-) . Z paroma rzeczami nie zgodziłabym się, parę rzeczy sformułowałabym inaczej – na przykład to, że niekoniecznie pragnieniem każdej kobiety jest macierzyństwo – ale generalnie nie jest źle.

[…] Bywa że kobieta wchodząc w relację z mężczyzną zatraca się, przestaje już być sobą, a staje się wyłącznie żoną lub wyłącznie matką. Gdy taka kobieta zostanie kiedyś sama, wpadnie w rozpacz. […] Doradzam im wtedy: zadbaj o siebie, zatroszcz się o swoje życie duchowe, wypoczynek, dokształcenie intelektualne. Dla wielu jest to trudne. Całe ich dotychczasowe życie było nastawione na jedno: na zaspokojenie potrzeb męża i dzieci. Tylko kobieta, która czuje się wolna i samodzielna, może być dobrą żoną i dobrą matką. […]

[…] Dlatego też studia, zainteresowania intelektualne, zaangażowanie społeczne, a nade wszystko głębokie życie duchowe i moralne są tak istotne dla tożsamości kobiety. Wiele kobiet poświęca się w życiu małżeńskim i rodzinnym, są bardzo ofiarne, oddane mężowi i dzieciom i nie czują się  sfrustrowane, ale dlatego, że rodzina nie jest ich jedynym i ostatecznym sensem życia. Człowiek nie może tak oddać się drugiemu, choćby mężowi i dzieciom, jak oddaje się Bogu.

W duszpasterstwie rodzin brakuje nam biblijnej antropologii. Jezus nie daje własnej koncepcji relacji kobiety i mężczyzny, ale każe wrócić „do początku”. A tam jest napisane, że Adam i Ewa są sobie równi i są wobec siebie wolni. Ewa nie jest niewolnicą Adama. Gdyby była, jak mogłaby realizować przykazanie: Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił (Pwt 6, 5). Ono i do niej się odnosi.[…]

[…] Kobieta winna sobie powiedzieć: „On odejdzie, ono odejdzie, ja będę żyła”. Taka postawa daje jej wewnętrzną moc. Gdy mąż usiłuje stosować wobec niej przemoc, powie mu wprost: „Nie jesteś moim bogiem. Nie pozwolę krzywdzić siebie, dzieci”. Jeżeli ksiądz ma niedojrzały stosunek do kobiet, to wmawia im, że powinny ulegać, „przebaczyć”, poddać się itp., podczas gdy powinien je zachęcić, by domagały się szacunku dla siebie i dzieci, zatroszczyły się o swoją kobiecość, zbudowały głębokie życie duchowe. To winno być jasno powiedziane.

Skrajne feministki mówią, że celem życia kobiety nie mogą być „gary”. I mają rację. Popełniają jednak błąd, bo w miejsce „garów kuchennych” proponują inne „gary” – robienie kariery zawodowej. I to jest nieludzkie. Kobieta pragnie mieć dom, być żoną i matką. Jest to jej głębokie pragnienie. Widzę nieraz, jak cierpią kobiety po trzydziestce, które nie wierzą już w możliwość zawarcia małżeństwa. Lansowanie jednak tezy, że kobieta bez mężczyzny w życiu sobie nie poradzi, jest przejawem męskiego szowinizmu, któremu ulegają niekiedy i księża.[…]

Kobiety […] Za odrobinę uczucia, „przygarnięcia” emocjonalnego, gotowe są sprzedać swoją duszę, wyrzec się swojej godności, szacunku do siebie, przyjąć postawę niewolnicy. Grzech przeciwko prawdziwej miłości siebie jest równie ciężki jak grzech przeciwko miłości bliźniego. Pewne kobiety pozwalają się poniżać ojcom, mężom, synom, kochankom, łudząc się, że w ten sposób zyskają ich uczucie. To błąd. Wiara nie pozwala człowiekowi traktować siebie w taki sposób.[…]

Całość tutaj.

coś dobrego

Może i za późno, ale lepiej późno niż wcale

[…] Turing was a quite brilliant mathematician, most famous for his work on breaking the German Enigma codes. It is no exaggeration to say that, without his outstanding contribution, the history of World War Two could well have been very different. He truly was one of those individuals we can point to whose unique contribution helped to turn the tide of war. The debt of gratitude he is owed makes it all the more horrifying, therefore, that he was treated so inhumanely. In 1952, he was convicted of ‘gross indecency’ – in effect, tried for being gay. His sentence – and he was faced with the miserable choice of this or prison – was chemical castration by a series of injections of female hormones. He took his own life just two years later.

Thousands of people have come together to demand justice for Alan Turing and recognition of the appalling way he was treated. While Turing was dealt with under the law of the time and we can’t put the clock back, his treatment was of course utterly unfair and I am pleased to have the chance to say how deeply sorry I and we all are for what happened to him. Alan and the many thousands of other gay men who were convicted as he was convicted under homophobic laws were treated terribly. Over the years millions more lived in fear of conviction.[…]

[…] But even more than that, Alan deserves recognition for his contribution to humankind. For those of us born after 1945, into a Europe which is united, democratic and at peace, it is hard to imagine that our continent was once the theatre of mankind’s darkest hour. It is difficult to believe that in living memory, people could become so consumed by hate – by anti-Semitism, by homophobia, by xenophobia and other murderous prejudices – that the gas chambers and crematoria became a piece of the European landscape as surely as the galleries and universities and concert halls which had marked out the European civilisation for hundreds of years. It is thanks to men and women who were totally committed to fighting fascism, people like Alan Turing, that the horrors of the Holocaust and of total war are part of Europe’s history and not Europe’s present.

So on behalf of the British government, and all those who live freely thanks to Alan’s work I am very proud to say: we’re sorry, you deserved so much better.

Gordon Brown […]