There is no short cut

Trzeba ciągle kontrolować swoje ciało, pilnować treningu i tego, żeby się nie przetrenować, dbać o to, żeby samopoczucie było optymalne. Ciągle trzeba coś korygować, ulepszać. To jest niesamowity wysiłek. Nykaenen raczej wysiłku nie podejmował. On nie był Supermanem. Latał pięknie, ale nie odmawiał sobie niczego.

[…] mimo że bardziej niż skocznie przyciągały go dyskoteki, […]

Powtórzmy jeszcze raz: Nykaenen raczej wysiłku nie podejmował. Bardziej niż skocznie przyciągało go co innego.

And there is one who proves everyone wrong and – that is what is seems like – just jumps and wins. 

Ja to stara jestem, ale pamięć mam jeszcze dobrą. I takie teksty, że Matti Nykänen skakał ot tak sobie bez wysiłku, że nie trenował, że tylko balował, że bardziej niż skocznie przyciągały go dyskoteki i bójki, słyszałam ponad 30 lat temu, przy okazji Sarajewa czy Calgary, i żywo stoją mi w pamięci, gdy słyszę je i teraz. Kiedy byłam dziewczynką wpatrzoną maślanym wzrokiem w szczupłą sylwetkę ślicznego fińskiego skoczka, byłam nawet w stanie w nie uwierzyć. W końcu mówili o tym w telewizorze sami fachowcy, a i zawodnik wydawał się wtedy taki super i w ogóle. Lecz kiedy słyszę i czytam to samo i dziś, przy okazji jego śmierci, to wszystkie ręce mi opadają. Nie podejmował wysiłku? Nie kontrolował ciała? Nie korygował? Serio? Serio mowa o tym samym człowieku? Jednym z największych – i najbardziej pracowitych – sportowców wszech czasów, niezależnie od dyscypliny? Który, co zupełnie nie zaprzecza temu, iż miał przeogromny talent, okrutnie ciężką pracą doszedł do tego, do czego doszedł? Który posunął ten sport naprzód jak nikt inny? Którego talent, determinacja i mordercze treningi (tak!) zaprowadziły na sam szczyt – gdzie sprawiał wrażenie, że – cóż, wszyscy inni skoczkowie skaczą i spadają, posłuszni prawom fizyki i biologii ludzkiego organizmu – on sprawiał wrażenie, że lata, a ląduje wówczas, kiedy sam zdecyduje, że wystarczy tego dobrego.

Matti Nykänen trenował ciężej i więcej niż jakikolwiek inny skoczek (do jego czasów;  obecnie treningi zawodników są zapewnie bardziej wymagające niż kiedyś, cały zresztą sport wygląda mocno inaczej). Od momentu, kiedy po raz pierwszy założył narty i wykonał pierwszy skok, trenował całymi dniami. Skakał (poza oczywistym treningiem siłowym, bieganiem, itd.). Skakał. Wracał na skocznię i skakał. I skakał. W kółko na okrągło. Pogoda czy niepogoda. Kiedy był zdrowy i kiedy chorował. Skakał z rozwalonymi i wiecznie obolałymi kolanami (bo taką krzywdę wielka ambicja, obciążające treningi i lądowanie telemarkiem robią nogom), skakał na lekach przeciwbólowych i przeciwzapalnych, nie zawsze skutecznych. Kiedy skocznia była nieodśnieżona, sam ją odśnieżał – rzeźbiąc w śniegu trasę za pomocą własnych nart na rozbiegu. Był opętany skakaniem, a dokładniej – skakaniem jak najlepiej. Oddaniem perfekcyjnego skoku. Trenował dla skakania, nie dla zawodów jako takich. Nie trenował dlatego, że „o, zbliżają się Igrzyska, zwołajmy trenerów, ustalmy strategię treningów”. Chciał zwyciężać, ale chciał zwyciężać perfekcyjnie, jak prawdziwy mistrz. To nie „co innego” przyciągało go mocniej niż skocznie. To skocznie przyciągały go najmocniej ze wszystkiego. Matti Nykänen w swojej karierze oddał plus minus dwa razy więcej – dwa razy więcej! – skoków, niż jakikolwiek inny skoczek w tamtych czasach.

To, rozumiem, nazywa się „niepodejmowaniem wysiłku”?

Oczywiście miał przeogromny talent. Ale sam talent nie wystarcza, jeśli nie ma przy tym ciężkiej pracy. Naturalnie, że współpracował z trenerami i z naukowcami. Oni badali, analizowali, poznawali mechanizmy i fizykę skoku, a następnie musieli przetłumaczyć to z naukowego na sportowe. Ale to była współpraca. To zawodnik musiał to wszystko wypróbować. Zrobić, wdrożyć. Nauczyć swoje ciało reagować tak, jak powinno. Wyrobić odpowiednie zachowania i ruchy mięśni. Wyrobić reakcje. A takie rzeczy wyrabia się wyłącznie własnym wysiłkiem. Co z tego, że sportowiec rozumowo wie, iż w tej chwili musi ugiąć kolano, a w tamtej unieść lekko tułów? Teoria jest łatwa. Gorzej ze zmuszeniem organizmu, żeby się tego nauczył, żeby umiał to zrobić automatycznie, w odpowiednim momencie. To przychodzi wyłącznie z mozolnym treningiem. Z metodą prób i błędów. Próbowaniem, powtarzaniem, zmianami stylu, analizowaniem błędów i żmudnym ich poprawianiem. „Jeśli ten próg byłby o 20 cm dłuższy, rozbiłbym sobie twarz” mówił do trenera na treningu. Matti Pulli, trener oraz naukowiec od sportu, uśmiechał się: „To znaczy, że odległości są w sam raz”.

Mottem Nykänena było: „There is no short cut on the way to the top.” Nikt nie nauczył go tyle, co on sam siebie. Trenerzy pomagali ogromnie, tak. Sesje z psychologami, w tym trening mentalny. Wskazówki. „Nie waż się nigdy przytyć powyżej 58 kilogramów!” mówił Pulli do Nykänena (skoczek ważył 57 kg i miał 177 centymetrów wzrostu – idealne proporcje dla zawodnika tego rodzaju sportu). Lekki skoczek lata lepiej. Z drugiej strony na rozbiegu przydaje się szybkość, zatem masa ma znaczenie. I mięśnie. W czasach najlepszych występów Nykänen na treningach mógł konkurować ze skoczkami wzwyż – kicanie niczym zajączek celem pokonania jednym ciągiem kilku przeszkód o wysokości 140 cm za pomocą przeskoków obunóż nie sprawiało mu żadnego problemu.

Dla skoczka narciarskiego niezłym trickiem jest również „przekonanie” własnego ciała za pomocą obciążeń, że jest cięższe niż naprawdę; przynosi to korzyść później na skoczni, kiedy skacze się bez tychże obciążeń. Matti Nykänen przez całą swoją karierę nosił pod ubraniem specjalną kamizelkę – nosił dzień w dzień, latami, a zdejmował tylko do snu. Kamizelka zrobiona była z ołowianych pasów połączonych ze sobą, a jarzmo to sumie ważyło od 6 do 14 kilogramów. Nie żeby inni sportowcy ich nie stosowali, owszem, ale nikt nie czynił tego tak obowiązkowo jak on, a większość jego kolegów z reprezentacji zdecydowanie wolała te lżejsze modele.

Zatem: nie ulepszał? Nie korygował? Nie kontrolował ciała, nie dbał o treningi? Serio?

Czego więc nauczył się Matti Nykänen podczas swoich treningów? Co jest kluczowe w skoku narciarskim? Kombinacja następujących czynników: szybkość na zjeździe (szybszy skoczek poleci dalej) i idealne przejście w pozycję do lotu, z jak najmniejszą utratą prędkości przy zmianie. Naukowcy (początkowo rzeczywiście tylko fińscy, potem także pracujący w naukowych instytutach Japonii i Austrii) przeanalizowali parametry skoków Nykänena, a także innych skoczków, i udało im się wykazać, czym różnią się od siebie poszczególni sportowcy. Każdy skoczek ma w czasie oddawania skoku plus minus jedną trzecią sekundy na przejście z pozycji na rozbiegu do pozycji do lotu. W zależności od skoku: pokonuje w tym czasie kilka (około 6) metrów skoczni, opuszcza rozbieg, prostuje nogi, ustawia narty w odpowiedniej pozycji (obecnie V, kiedyś równolegle), a także odpowiednio sytuuje górną część ciała względem nart. Wszystko to powinno być zrobione w ten sposób, aby utracić jak najmniej prędkości (należy więc pracować tak, aby opór powietrza był jak najdłużej możliwie najmniejszy), a także przemieścić środek ciężkości tak, aby krzywa lotu była optymalna. Jedną z zauważalnych różnic między Nykänenem a innymi skoczkami był czas wyjścia z progu. Można to robić „za późno”, kiedy to ustawianie nart zachodzi wcześniej, a tułowia odrobinę później. Można to robić „za wcześnie”, co oznacza, że górna część ciała skoczka wylatuje nad progiem, a nogi z nartami „pociągane” są za nią. Matti Nykänen prawie zawsze skakał „za wcześnie” – kiedy trenował na nieodśnieżonych skoczniach i niejako odśnieżał je swoimi nartami, jak zostało wspomniane wyżej, trenerzy zauważyli po jakimś czasie, że ślad nart na rozbiegu urywa się jakieś półtora metra przed progiem: Matti był już wówczas w powietrzu. Podobnie działo się na zawodach. Ale nie w sensie, że jeden z elementów skoku opóźniony był w stosunku do drugiego, a raczej w sensie całości. Generalnie, wykonując skok Matti Nykänen leciał już, zanim skończył się próg. Co oznacza, że przyjmował pozycję do lotu wcześniej, niż inni zawodnicy.

Ale to nie wszystko. Większość skoczków zaczyna prostować nogi przy wybijaniu się z progu. Nykänen nie. Jego nogi były praktycznie w tej samej pozycji przez cały najazd. Zmieniało się natomiast ustawienie tułowia – skoczek znacząco unosił wówczas swój punkt ciężkości. Jednak nie robił tego za pomocą rozprostowania nóg w kolanach. Czynił to za pomocą ruchu bioder, wypychając niejako tułów do góry nad wciąż ugiętymi nogami (starając się nadal utrzymać ciało tak, aby opór powietrza był jak najmniejszy zważywszy na okoliczności). W momencie tym był w stanie przyspieszyć swoje ciało dzięki zmianie położenia środka ciężkości. Ruch ten, bardzo dynamiczny, pozwalał Nykänenowi, mimo że jego prędkość na rozbiegu mogła być stosunkowo nieduża, uzyskać przy wybiciu się do lotu lepsze prędkości (i poziomą, i w pionie), niż wszystkim jego rywalom. Asem w rękawie fińskiego skoczka była zatem technika skoku. Nykänen „skakał biodrami, nie nogami”. Nogi nie katapultowały go, to nie one napędzały ruch. Czynił to tułów, a prostujące się nogi były przy tym „ciągnięte” w górę.

Wybitny talent Nykänena pozwolił mu opanować tę technikę podczas treningów w bardzo niedługim czasie. Być może jeszcze bardziej interesujące jest to, że jego technika nie wyróżniała się specjalnie w trakcie pierwszej fazy wyjścia z progu (czyli w ciągu pierwszych, wspomnianych wyżej, trzech metrów na skoczni). Naukowcy analizujący skoki narciarskie twierdzili, że różnice widoczne były dopiero w drugiej fazie. Co oznacza, że Nykänen miał jeszcze mniej czasu na zrobienie tych swoich sztuczek, i nadal robił je szybciej od swoich rywali. Kluczowe dla jego sukcesów były: umiejętność uzyskania optymalnego przyspieszenia na skoczni, plus idealne przyjęcie pozycji do lotu, z jak najmniejszą stratą prędkości, w jak najkrótszym czasie. Zwyczajnie mówiąc, Matti Nykänen oddawał skoki bardziej precyzyjnie, szybciej i dynamiczniej niż jakikolwiek inny skoczek za jego czasów.

Tak sobie myślę… Ja doskonale rozumiem, że można mieć innych faworytów i kochać innych sportowców. Co prawda w wypadku niektórych jednostek (przykład: Matti Nykänen) różnica klas między nimi a rywalami jest tak ogromna, charyzma tak wielka, magia tak zniewalająca (że w czasie pokazów są w stanie, poza wykonywaniem odpowiednich sportowych czynności, trzymać mocno bijące serca wszystkich widzów w dłoni i bawić się nimi, jak chcą), że wydawałoby się, że jest to widoczne i oczywiste dla wszystkich. Najwyraźniej nie jest, i to też jest zrozumiałe (nie każdy w końcu ma tak dobry wzrok i gust jak ja ;)). Rozumiem również zazdrość – tyle medali, tyle sukcesów, tyle tytułów. Rozumiem nawet ten mechanizm, ten dysonans poznawczy, który tak mocno wyłazi ze słów, że Nykänen nie podejmował wysiłku, a skoki nie były dlań ważne. Łatwiej bowiem powiedzieć, że rywal ma, owszem, wielki talent, że nikt nie doskoczy, ale to przecież niczyja wina, bo na talent nie poradzisz. Trudniej przyznać, że talent trzeba rozwijać, a w tym celu najbliższymi towarzyszami sportowca stają się praca, wysiłek, ból i trud. Rozumiem również krytykę, nawet najbardziej zauroczeni wielbiciele Nykänena przyznają, że za uszami miał bardzo dużo, i krytyka bardzo mu się należała, za różne zresztą rzeczy. Ale krytyka powinna mieć trochę sensu, mieć coś wspólnego z rzeczywistością. Teksty, że Matti Nykänen robił wszystko tak od niechcenia, między jedną dyskoteką a drugą, ot, raz przechodził z tragarzami koło jakiejś skoczni, pomyślał „a, skoczę sobie, w końcu mam talent”, a potem tylko skakał i wygrywał (just jumps and wins), doprawdy sensu nie mają. Są za to nieprofesjonalne. I niesportowe. Dobry sportowiec umie bowiem przegrywać, szanuje (nie deprecjonuje) rywala i potrafi uznać wyższość mistrza.

A już szczególnie tego najlepszego, mistrza wszech czasów, mistrza nad mistrze, czarodzieja skoczni, skoczka najwspanialszego.

Lepää rauhassa, Matti.

 

Przy pisaniu garściami czerpałam z biografii: „Matti. The biography of Matti Nykänen” autorstwa Egona Theinera (Egoth, 2006). Fotka wyżej pochodzi z tej książki.
Oraz zaglądałam do:
1. Virmavirta M et al. Take-off analysis of the Olympic ski jumping competition (HS-106m). J Biomech 2009; 42(8):1095-101
2. Virmavirta M et al. Characteristics of the early flight phase in the Olympic ski jumping competition. J Biomech 2005; 38(11):2157-63
3. Virmavirta M et al. Take-off aerodynamics in ski jumping. J Biomech 2001; 34(4):465-70
4. Schmölzer B, Müller W. Individual flight styles in ski jumping: results obtained during Olympic Games competitions. J Biomech 2005; 38(5):1055-65
5. Krzysztof Ernst. Fizyka sportu (PWN, 1992)
6. https://www.skokinarciarskie.pl/etapy-skoku-narciarskiego
I do artykułu, który mnie nieco zirytował: https://bit.ly/2RRMgqa

Reklamy

Ooops, you did it again

Tytuł odnosi się oczywiście do przepięknego i wręcz książkowego (istnieje coś takiego?) oraz przysłowiowego (są takie przysłowia?) objawu prawdopośrodkizmu. Ze strony Wyborczej oczywiście, czyli możecie się w tym miejscu spodziewać tradycyjnie osobistej, nienawistnej i z klapkami na oczach notki krytykującej GW. Prawdopośrodkizm niczym koń – jaki jest, każdy widzi, ale pozwólcie, że wytłumaczę. Pochodzi od argumentum ad temperantiam, a oznacza zwyczajnie, że prawda leży pośrodku, przeciwne opinie te mają więc tę samą wagę, czyli w dyskusji rację ma ten, kto przedstawi kompromis między nimi.

Wyborcza (a w tym wypadku mowa a dziale naukowym) po raz kolejny znęca się nad tą nieszczęsną prawdą, co to leży pośrodku. Tym razem publikując – obok, tego samego dnia – fantastyczny, wnikliwy, rzetelny i bardzo interesujący artykuł Barta oraz wykwit jakiegoś odjeżdżającego peronu pani red. Kossobudzkiej. Bart występuje jako bloger (w pierwszej wersji w dodatku „zajmujący się medycyną alternatywną”, co ma pełne prawo nasuwać skojarzenia o gościu leczącym/doradzającym leczenie za pomocą wahadełek i homełka), mając za adwersarkę nagradzaną i cenioną popularyzatorkę nauki. Której tekst wygląda wprawdzie jak napisany na kolanie, szybko, między dobranocką a kolacją, ale co z tego. To i tak lepsze niż jakiś tam bloger. Ci, którzy Barta znają i kochają, oraz przy okazji wiedzą, że nieważne, kto pisze, byle pisał z sensem, wiedzą również, że jego artykuł zawiera ogromną dawkę wiedzy. Tymczasem ktoś, kto tego nie wie, myśli sobie tak: z jednej strony jakiś facet, bloger jakich tysiące, z drugiej znana dziennikarka popularyzująca wiedzę, laureatka konkursu „Sukces roku w ochronie zdrowia 2013 – liderzy medycyny” w kategorii „Media – dziennikarstwo informacyjne i edukacyjno-społeczne”. Komu wierzyć, komu ufać? Oczywista odpowiedź jest oczywista.

Jasne, że antywacki, w komentarzach zarzucający Bartowi bycie blogerem właśnie, pomijają wygodnie to, że sami głównie uciekają się do mętnych blogaskowych wpisów na mętnych blogaskach. Cóż z tego jednak, chcesz blogera uderzyć, kij się zawsze znajdzie.

A Wyborczej w to graj. Bo w końcu ważne, żeby i prowackom lampkę, i antywackom ogarek. A że troszkę narobi się wody z mózgu tym, co to ani pro-, ani anty-? Kto by się tam tym przejmował.

Moje osobiste lekkie wzburzenie wzbudził szczególnie nie ten fragment tekstu Kossobudzkiej, w którym pisze, że jest przeciwniczką obowiązkowych szczepień. Głupie to, bo głupie, ale jakby mało oryginalne. Znacznie gorszy jest imo ten fragment: Zwolennicy, rozpaczliwie dając im odpór, twierdzą, że szczepić trzeba, bo trzeba. A ci, którzy nie szczepią, to „ciemnogród”. I koniec.

Aha. Znaczy ten cały artykuł Barta, który, przypominam, ukazał się tego samego dnia, to tylko jedno zdanie? Że trzeba, bo trzeba, a jak nie, to jesteście oszołomy, i nic ponadto? I w ogóle wszystkie te notki na blogaskach Barta czy Migg, na blogach Modne BzduryBiokompost, Globalny śmietnik, Nic prostszego czy Miskidomleka, to tylko takie jedno zdanie? Bez żadnych argumentów, bez linków do rzetelnych prac naukowych, bez godzin spędzonych na szukaniu literatury i danych, bez dni spędzanych na dyskusjach, gdzie z anielską (czasem trochę mniejszą) cierpliwością autorki i autorzy tłumaczą, że trzeba, bo to, i to, i to, i to…?

Doprawdy dawno nie widziałam tak żałośnie nachalnego prawdopośrodkowego odwracania kota ogonem. Takiego bezwstydnego i lekceważącego zrównania wiedzy i oddania jednych, a niewiedzy i oszołomstwa innych.

Lecz żeby notka nie była li i jedynie wyrazem osobistego i z klapkami na oczach czepiania się GW, dodam odrobinę wiedzy. Na Nauka, głupcze bowiem komentarze pojawiły się na ogół, przynajmniej do tej pory, dorzeczne i sensowne, ale jeden zawierał fragment, który chcę podkreślić. Komentator napisał: Ja rozumiem, że istnieje coś takiego jak odporność zbiorowa, ale pojedyncze jednostki niezaszczepione nie mają na nią wpływu.

Odporność zbiorowa jest czymś mało zrozumiałym, intuicyjnie nieco bezsensownym, nic dziwnego zatem, że ludzie, jak widać powyżej, jej nie rozumieją. Spróbujmy zatem pochylić się z troską nad tą zbiorową odpornością i napiszmy na jej temat chociaż jedno zdanie. Na przykład takie: odporność zbiorowa to odporność zbiorowa (na ch.j drążyć), a ci, którzy nie szczepią, to ciemnogród, i koniec.

Otóż nie.

ResearchBlogging.org

Termin „odporność zbiorowa” (czy też grupowa, zbiorowiskowa, odporność stada – o herd immunity różnie mawiają) powstał niemal wiek temu. Ale dopiero w latach 70. XX w., przy okazji prowadzonych na szeroką skalę badań nad uodpornieniem społeczeństw, rolą szczepień i ich opłacalnością, zaczęto go tak naprawdę używać. Punktem zwrotnym było opracowanie modelu o progach odporności zbiorowej. Model ten pokazywał, że jeśli odporność (czyli np. w tym wypadku skuteczne szczepionki; zakładana skuteczność wynosiła 100%) została przekazana danej społeczności losowo, i jeśli osoby w tej społeczności także były zróżnicowane losowo – każdy losowy obywatel miał taki kontakt z innymi obywatelami R0, że mógł ich zarazić – liczba przypadków zakażeń spadnie, jeśli proporcja osób odpornych przekroczy (R0 – 1)/R0 (inaczej:  1 – 1/R0). Twierdzenie zobrazowane jest niżej:

Clipboard-1
Rycina (pochodząca z cytowanej publikacji) pokazuje jak wygląda szerzenie się zakażenia przy R0 równym 4 (basic reproduction number R0=4)

Jak widać, w części A mamy trzy generacje wrażliwej na zakażenie populacji, gdzie jedna osoba zakaża cztery inne, wrażliwe. W części B (R0 – 1)/R0 czyli 3/4 populacji jest odporne, co oznacza, że za każdym razem mamy jeden przypadek zakażenia. Oznacza to też, że przy obserwacji tejże populacji ten poziom przekazywania zakażenia będzie się utrzymywał. Spadek nastąpi natomiast, kiedy większy odsetek obywateli będzie odporny. Dlatego też  (R0 – 1)/R0 nazywa się progiem odporności zbiorowej (herd immunity threshold).

Powyższy model został przebadany i przeanalizowany bardzo dokładnie. Zastrzeżenia budziły jego pewne założenia (jak losowe zróżnicowanie populacji), wykazano jednak, że próg odporności zbiorowej może zostać uznany za cel, kiedy epidemiolodzy będą zastanawiać się, jak duży odsetek populacji powinien być zaszczepiony. Oraz, co może ważniejsze, osiągnięcie tegoż progu doprowadzi do eliminacji chorób. Dowiedziono tego w praktyce (no bo model to model) – obserwacje epidemii takich chorób jak odra, ospa wietrzna, świnka, różyczka, polio i krztusiec pokazały, że w istocie zaszczepienie takiej liczby osób w populacji, aby była wyższa niż próg, pozwala na uniknięcie epidemii. W takich wypadkach mamy zatem do czynienia ze zjawiskiem pośredniej ochrony członków społeczności, którzy zaszczepieni być nie mogli, ale uchronili się przed chorobą.

Co ważne, wykazano także, że odporność zbiorowa działa w sposób nie tylko chroniący ludzi przed zakażeniem, ale także przed zaraźliwością danego drobnoustroju i jego zdolnością wywoływania zakażeń w populacji. Tak dzieje się w przypadku szczepień z użyciem skoniugowanych szczepionek przeciw pneumokokom i Haemophilus influenzae. Szczepienia te, nie dotyczące ludzi starszych, znacząco zredukowały liczbę przypadków zakażeń w tejże grupie osób. Nie tylko dlatego, że chroniły szczepionych przed chorobą, ale także przed nosicielstwem bakterii, a co za tym idzie – zmniejszyły szerzenie się drobnoustrojów w populacji.

Ogromnie istotne jest tutaj, aby zdać sobie sprawę z połączenia bezpośredniego działania szczepień z działaniem pośrednim. Odporność zbiorowa pokazuje, że działanie bezpośrednie (zaszczepienie obywateli) chroni nie tylko przed chorobą, ale także obniża ryzyko rozprzestrzeniania patogenów na osoby, które, z braku szczepień, pozostają wrażliwe. Podkreślmy – to właśnie wpływ szczepionek na transmisję zakażenia odpowiada za ich pośredni efekt ochronny. Gdyby szczepionki chroniły tylko bezpośrednio, przed samą chorobą, ale nie zmniejszałyby ryzyka zakażenia czy przeniesienia choroby na kogoś innego, wówczas odporność zbiorowa nie istniałaby. (Takie plotki o niektórych szczepionkach pokazywały się czasami. Mawiano np. że szczepionka inaktywowana przeciw polio działa tylko bezpośrednio, ale już nie pośrednio. Obecnie wiemy, że nie jest to prawdą, a szczepienie szczepionką IPV ma również działanie pośrednie, ergo powoduje powstawanie odporności zbiorowej.)

Wielkość pośredniego efektu działania szczepień zależy oczywiście od wielu czynników: od sposobu przenoszenia się patogenu, od rodzaju odporności wzbudzanej przez daną szczepionkę, od sposobu kontaktowania się ludzi w populacji, wreszcie od  sposobu dystrybucji szczepień – i odporności – w populacjach. Wiedza o tym pozwoliła na opracowanie bardziej skomplikowanych modeli, biorących pod uwagę czynniki, które nie występowały w modelu podstawowym, jak niestuprocentowa skuteczność szczepionek, nielosowo zróżnicowana populacja, nielosowa dystrybucja szczepień, a także istnienie osób nieszczepiących się, korzystających świadomie ze szczepień współobywateli. Istnienie takich osób jest nieuniknione, skoro stosowanie szczepionek niesie ze sobą różnorakie koszta osobiste, od potencjalnych efektów ubocznych, przez cenę, aż do czasu spędzanego na wizycie w przychodni. Ludzie więc chcą podejmować indywidualne decyzje, samodzielnie rozważając ryzyko i choroby, i szczepienia. (No i naturalnie należy tu na sprawę popatrzeć także z innej strony: w kwestię odporności zbiorowej wpisany jest problem obciążania jakimś obowiązkiem pewnej grupy ludzi na rzecz innej grupy. Ci, którzy nie mogą się zaszczepić, nie mogą więc nabyć odporności bezpośrednio, liczą na to, że inni się zaszczepią, zapewniając im ochronę pośrednią. Czy to jest etyczne? Z punktu widzenia państwa? Z punktu widzenia konkretnego obywatela?)

Kiedy poziom wyszczepienia w populacji jest wysoki, ryzyko zakażenia spada. Spada wówczas chęć zaszczepienia się. Podobnie jak wówczas, gdy dany obywatel uważa, że ryzyko związane ze szczepieniem przewyższa ryzyko związane z zachorowaniem. Stąd ogromna rola mediów (przy współpracy ze ściśle minitorującymi odporność zbiorową służbami zdrowia) w propagowaniu szczepień i rzetelnym informowaniu o ryzyku chorób zakaźnych. Z chwilą, gdy mass-media szerzą panikę („obowiązkowe szczepienia to niewola i PRL!”), niechęć do szczepień („nie wszystkie dzieci można szczepić” – na marginesie, to wyjątkowo wstrętny zarzut p. Kossobudzkiej, bo zwolennicy szczepień mówią zawsze o szczepieniach tam, gdzie nie ma przeciwwskazań) oraz bagatelizują choroby i potrzebę profilaktyki („jestem przeciwniczką obowiązkowych szczepień”), liczba nieszczepiących się będzie rosnąć, a poziom wyszczepienia populacji spadać. Aż do momentu, kiedy spadnie poniżej progu i zabawa zacznie się od nowa (zresztą tu i ówdzie już trwa w najlepsze, patrz – krztusiec czy odra w niektórych regionach świata).

O odporności zbiorowej można jeszcze długo i namiętnie. Zachęcam do poczytania, a także do oglądania:

1. Fine, P., Eames, K., & Heymann, D. (2011). „Herd Immunity”: A Rough Guide Clinical Infectious Diseases, 52 (7), 911-916 DOI: 10.1093/cid/cir007
2. http://www.vaccines.gov/basics/protection/
3. http://www.historyofvaccines.org/content/herd-immunity-0
4. https://www.youtube.com/watch?v=f-cKzzPkz2o
5. https://www.youtube.com/watch?v=CPcC4oGB_o8

Niesprawiedliwie, personalnie i jeszcze z klapkami na oczach

Po wydrukowaniu marnego, straszącego, zawierającego błędy i przekłamania artykułu na temat boreliozy w tygodniku Tylko Zdrowie, redakcja działu naukowego GW w osobie samego szefa zwróciła się do mnie z prośbą o napisanie, co w tym tekście jest nie tak. Motywując to w ten sposób:

Clipboard-1

Kiedy napisałam, opinia była następująca:

Clipboard-2

Zastrzeżenia, bo były, wzięłam pod uwagę, poprawiłam, a list się ukazał. I wszystko było dobrze do momentu, kiedy szef szanownego działu zaczął reagować zgoła dziwacznie: https://www.facebook.com/Sporothrix/posts/699329546798592

Na początku miałam nawet wrażenie, że to dowcip jakiś i wkręcanie. No bo żeby szef działu naukowego znanej gazety argumentował przez wrzucanie jakiejś pseudodebaty na temat boreliozy, której niektórzy uczestnicy wyraźnie nie mają pojęcia o czym mówią, zamieszczał kuriozalne stwierdzenia, że w Polsce nie ma problemu z szarlatańskimi terapiami przeciw boreliozie, zarzucał, że z klapkami na oczach wieszam psy na Wyborczej, że nie wspomnę o klasycznym biciu chochoła oraz obrażaniu rozmówcy? Ale z czasem robiło się coraz zdziwniej i zdziwniej, a mnie opadało wszystko coraz niżej i niżej. Dobry tekst znienacka zmienił się w szkodliwy,

Clipboard-1

redaktor udzielił całkowitego poparcia tekstowi o boreliozie z tygodnika Tylko Zdrowie,

Clipboard-6

ponadto dowiedziałam się paru rzeczy o sobie.

Clipboard-4

Zabawne w tym wszystkim jest to, że i redaktor i autorka tekstu w Twoim Zdrowiu zarzucają mi, że dopatruję się w jej tekście tego, czego tam nie ma. Znaczy – nie czytam dokładnie tych zdań, które widnieją w artykule i dopisuję autorce rozmaite intencje (co zresztą wyrzuciłam z mojego tekstu na początku, uznając zasadność tego zarzutu). Nie przeszkadza to jednak panu redaktorowi wyczytywać w moim liście niestworzonych rzeczy. Co wolno wojewodzie… najwyraźniej.

Clipboard-5

Oczywiście wmawianie nieistniejących kwestii oraz niecnych intencji jest najmniejszym (choć dość niemiłym) problemem tutaj. Prywatne porachunki? Z kim? Z gazetą, chorymi czy z kleszczem (jak ktoś trafnie zauważył na fejsbuku)? Ktoś inny odpowiedział równie celnie a złośliwie: niechybnie Wyborcza zajmuje się pokątnie leczeniem pseudoboreliozy. Inaczej tego wyjaśnić się nie da.

Żarty jednak żartami. Problemem jest to, że dział naukowy poczytnej gazety drukuje artykuł o boreliozie, zawierający błędy (a te świadczą o tym, że autorka jak i redakcja nie mają zanadto dużego pojęcia, o czym jest mowa); zawierający podważanie kompetencji polskich specjalistów od chorób zakaźnych; reklamujący szemrane i bardzo niebezpieczne pseudoterapie (o których szef tego działu nie wie, co jest i niepokojące i żenujące); wpierający w czytelników nieistniejącą chorobę (czego tenże szef w ogóle nie zauważa (!)), a także wmawiający, że pewna choroba zakaźna jest jakąś niezwykle tajemniczą tajemnicą, na której medycyna się nie zna, a zatem wpychający ludzi w ręce szarlatanów (motyw ten znakomicie opisał Bart w naszej notce). Jasne, że tekst z Tylko Zdrowia robi to w sposób subtelny. Nie wali kawy na ławę, to fakt. Ale wypieranie się tego wygląda bardzo nieładnie względem czytelników. Dobrze skomentował to komentator/komentatorka pod tą notkąKolejna osobliwość to dziennikarka która nie potrafi dostrzec że manipuluje. Zakładam że nieświadomie, jednak nawet po dość druzgocącym wykazaniu błędów ciągle idzie w zaparte i nie uważa jakoby siała strach, przecież tytuł taki umiarkowany i tylko jedno zdanie o „kontrowersjach” wcale nie ważne że w podsumowaniu.

Oczywiście, że debaty w nauce i w medycynie są niezbędne. Oczywiście, że nie wszystko wiadomo, a więc należy cały czas szukać odpowiedzi. Nie robi się tego jednak na zasadzie grupowego nie znam się, to się wypowiem. Otwartość w nauce nie polega na tym, że przyjmujemy i pochylamy się z szacunkiem nad każdą wariacką teoryjką. Otwartość polega na tym, że kiedy pojawią się mocne dowody na to, że istniejący konsensus zawiera błędy, wtedy się ten konsensus zmienia. Robią to jednak naukowcy, specjaliści w danej dziedzinie. A nie środowiska lekarsko-pacjenckie pod hasłem ILADS. Działaniem na szkodę pacjentów jest właśnie reklamowanie tego typu środowisk. Równie dobrze można przy okazji opisywania szczepień podkreślić znaczenie środowisk pacjencko-lekarskich imienia Wakefielda-Majewskiej, a przy okazji terapii przeciwnowotworowych – ruchu pacjencko-lekarskiego imienia Burzynskiego-Gersona pod wezwaniem świętego Warzywka w Łydzi. Debata na temat boreliozy, metod diagnostycznych i terapii miała i ma miejsce w środowisku naukowym, w środowisku ludzi, którzy znają się na tym i wiedzą, co mówią. I ten właśnie stan wiedzy, aktualny – co nie znaczy, że niezmienny – przedstawiłam i w notce i w liście. Być może byłam brutalna, chyba zwykle na tym blogu przedstawiam prawdę waląc prosto z mostu. Nie ma to jednak nic wspólnego z lekceważeniem chorych i bagatelizowaniem ich problemów. Wprost przeciwnie – uważam, że lekceważeniem chorych  jest przytakiwanie im we wszystkim, wmawianie im głupot oraz żerowanie na ich cierpieniu.

Skoro jednak mój list na temat boreliozy okazał się osobistym i niesprawiedliwym atakiem na Wyborczą, nie pozostaje mi nic innego, jak atak ten kontynuować. Zresztą, ponieważ błędy wypisywane w dziale naukowym są, jak twierdzi jego szef, tak drobne, jak pomyłka w kwestii: czy mamy do czynienia z GW czy gazeta.pl, to nie będę aż taka straszna jak mnie malują, kiedy o nich napiszę, prawda?

Ostatnio bowiem liczne kwiatki rosną na żyznej grządce GW i tygodnika Tylko Zdrowie. Na przykład w tym artykule, w którym pan profesor mówi: ale jeśli chodzi o jakość i funkcje, gen pszczeli dziesięciokrotnie przewyższa gen ludzki (fajnie by było, gdyby wyjaśnił, o co mu chodzi), w dodatku podaje nieprawidłową liczbę ludzkich genów: człowiek ma około 130 tys. genów, co nie jest prawdą. Twierdzi, że w miodzie nie ma nic szkodliwego – szkoda że nie słyszał o czymś takim, jak botulizm niemowląt (ze względu na tę groźną postać botulizmu dzieciom do 1 roku życia nie wolno dawać miodu do jedzenia). Dziwaczne są także jego rozważania na temat udokumentowanej aktywności farmakologicznej kwasu abscysynowego, a jeszcze gorzej wypada to stwierdzenie: Stosunek do produktów pszczelich zmienił się w latach 70. Okazało się wtedy, że wiele leków syntetycznych ma działania uboczne i niepożądane. Nauka zaczęła ponownie szukać leków pochodzenia naturalnego.

Co prawda zdania te nie wypadają aż tak źle, jak stwierdzenie na podobny temat, w artykule opublikowanym w dziale Nauka GW: Zaawansowane nowotwory trzustki, wątroby, żołądka, niedrobno-komórkowego raka płuc lub pęcherza – tu wciąż bywamy bezradni. Sięgamy po leki sprzed pół wieku. Widać to w szpitalach. Chudzi, łysi, przygarbieni chorzy – ofiary trucizn, które prócz komórek nowotworowych zabijają ich samych. Zwłaszcza cytostatyki.

Co jest nie tak z tymi stwierdzeniami? Raz, że przeciwstawia się „chemię” „naturze”. Jak cudnie skomentowała to autorka tego tekstu, przy innej co prawda okazji: Im więcej pisze [B. Pawlikowska – dopisek mój] o zdrowiu i nauce, a raczej o szarlatanerii i o pseudonauce, tym częściej mam wrażenie, ze wdraża nowy projekt pod nazwą „POWRÓT NA PLANETĘ MAŁP”. Tam żyło nam się dostatnio, a ludzie umierali zdrowi. I mieli chwytne ogony. A potem przyszła chemia. 

A to zupełnie nie tak. Chemia jest cudem. Chemia pozwoliła na oczyszczenie tych wszystkich znanych medycynom ludowym leczniczych preparatów roślinnych czy zwierzęcych tak, żeby były bezpieczne dla ludzi. Pozwoliła na wyodrębnienie konkretnych związków chemicznych, które w nich w istocie działają. Umożliwiła modyfikację tych związków, dzięki czemu stały się one bezpieczniejsze i/albo skuteczniejsze. Umożliwiła syntezę tychże związków w laboratoriach, dzięki czemu nie trzeba niszczyć całych połaci przyrody celem uzyskania mikroskopijnych ilości jakiegoś leku. Na litość, medycyna zawdzięcza mnóstwo naturze. Cała masa leków, także przeciwnowotworowych, jest pochodzenia naturalnego (warto zajrzeć chociażby tutaj, ale takich prac jest znacznie więcej). A chemia robi te leki jeszcze lepszymi, bardziej czystymi, dostępnymi, a nawet bardziej ekologicznymi.

Dwa – co gorsza, cytowane wyżej artykuły straszą ludzi stosowanymi obecnie metodami leczenia, w tym terapiami przeciwnowotworowymi w przypadku drugiego tekstu. Prawda, że leki onkologiczne są toksyczne. Prawda, że nie zawsze pomagają pacjentom. Ale skandaliczne (w dziale naukowym popularnej gazety!) jest takie zniechęcanie pacjentów do nowoczesnej medycyny. Te terapie to nie trucizny, które mają zabić chorych, na litość. Wiadomo, że przy leczeniu onkologicznym pacjenci są szczególnie wrażliwi i mogą być podatni na wszelkiego rodzaju głosy niosące im fałszywą nadzieję oraz na wpychanie w ręce szarlatanów, obiecujących terapie alternatywne. Takich terapii nie ma. Nie ma alternatywy. Nowotworów nie pokonamy miodem czy pierzgą, ani też samym nośnikiem czyli polisacharydowymi nanocząstkami.

Jak widać nie tylko boreliozą dział naukowych GW dał plamę. Zatem dodając do złowrogiej chemii inne błędy w opisywanym wyżej dość nachalnym artykule, które zauważył już autor bloga Nic prostszego, dodając też inne teksty punktujące ostatnie teksty naukowe GW (tutaj i tutaj) podsumuję całość – naturalnie osobiście i niesprawiedliwie, jako że mam klapki na oczach – uważam, że dział naukowy GW pracowicie działa w celu jak najszybszego sięgnięcia dna. Niechże przynajmniej wykorzysta to dno do odbicia się – tego mu życzę.

 Znacie historię taksolu, leku antynowotworowego? Znacie? To posłuchajcie:

Taksol (paklitaksel) odkryty został w latach sześćdziesiątych XX wieku, w ramach programu National Cancer Institute, prowadzonego w celu odkrycia nowych leków przeciwnowotworowych wśród substancji pochodzących z naturalnych źródeł. W 1967 roku otrzymano ekstrakt z kory cisa zachodniego (pacyficznego) Taxus brevifolia. Ekstrakt ten charakteryzował się właściwościami przeciwnowotworowymi in vitro. Stwierdzono, że aktywną substancją w ekstrakcie jest związek należący do grupy diterpenów – jego struktura chemiczna poznana została w 1971 roku, a nazwany został taksolem. Niedługo po rozpoczęciu badań nad aktywnością taksolu, stwierdzono, że związek ten może być obiecującym lekiem, zwłaszcza w terapii nowotworów jajnika. Okazało się jednak, że uzyskiwanie taksolu z cisa Taxus brevifolia jest bardzo skomplikowane i kosztowne. Potrzeba kory z sześciu stuletnich drzew, aby otrzymać z nich preparat do leczenia jednego pacjenta. Ponadto Taxus brevifolia jest gatunkiem chronionym, a przy uzyskiwaniu z niego kory drzewo zostaje zniszczone. W latach osiemdziesiątych XX wieku wykazano, że 10-deacetylo-baccatin III, związek zawierający pierścień węglowy, będący także fragmentem cząsteczki taksolu, może być izolowany z igieł (co dla rośliny jest mniej szkodliwe) innego gatunku cisa – cisa pospolitego Taxus baccata, spotykanego powszechnie w Europie i Azji. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku opracowano syntezę półsyntetycznego taksolu – z 10-deacetylo-baccactinu III połączonego z łańcuchem bocznym fenyloizoserynianu [Cragg i wsp., 1993; Panchagnula, 1998]. W chwili obecnej [well, pisałam to już dawno temu, więc należałoby zastosować czas przeszły] poszukiwane są alternatywne źródła taksolu i innych taksoidów, jak np. hodowle tkanek roślinnych in vitro [Furmanowa i Sykłowska-Baranek, 2000; Parc i wsp., 2002].
Taksol jest jednym z leków stosowanych w terapii u chorych z rakiem jajnika, rakiem sutka, nowotworami głowy i szyi, drobnokomórkowym rakiem płuca, rakiem okrężnicy, a także szpiczakiem mnogim, czerniakiem i mięsakiem Kaposiego [Rowinsky i Donehower, 1995; Panchagnula, 1998; Knox i wsp., 2000]. 

 

Czułe struny symbolu

Okazało się właśnie, że chrześcijanką nie jestem. Oraz że nie jestem przy zdrowych zmysłach. Hmm, co do tego drugiego, to od dawna nie mam wątpliwości, że jest to prawda. Co do pierwszego – tu akurat staram się jak mogę być raczej, niż nie być, ale zdaniem pana Terlikowskiego zdecydowanie mi nie wychodzi. Nic to, jak mawiał pan Michał, bo w momencie  kiedy miałam zacząć pisać tę notkę, szanowny małżonek mój rozbił mi cały świat dziecięcych marzeń i snów, wróżek i motylków. Twierdząc, że Steven Seagal, kiedy rozwala te drewniane deseczki jednym zręcznym ciosem karate, czy czegoś tam, to ma je podpiłowane. Podpiłowane! A całe życie myślałam, że ci karatecy to tacy wspaniali są i wysportowani, i co to dla nich taka deseczka. No i co ja mam teraz zrobić, jak żyć?

W tej sytuacji czarnej rozpaczy chyba za mało przejęłam się słowami Terlikowskiego, że nie wspomnę o artykułach znalezionych na Wyborczej.pl, a opowiadających o tym, jak to jednak Nergal nie obraził uczuć religijnych. Bardzo się oczywiście cieszę, że Nergal nie zostanie ukarany, bo to byłoby kompletnym absurdem, ale po przeczytaniu tych wszystkich artykułów doszłam raczej do wniosku, że ja zupełnie nie kumam tego wszystkiego, nie rozumiem, zgłupiałam całkowicie. Czyli wracamy do moich niezdrowych zmysłów, cbdo.

Terlikowski, jak Terlikowski, pisze to, czego można się po nim spodziewać. Różne ecie pecie, że obrona uczuć religijnych to za mało, że trzeba prawnie chronić symbole religijne, coś o cywilizacji i nihilizmie, o psich kupach – jednym słowem, dla każdego coś miłego. Na takie dictum acerbum odpowiadać w sumie można tylko „nie”, bo bo jak inaczej? Oraz dodawać „i co to ma w ogóle do rzeczy?”

czy podobnie nie powinno być, gdy ktoś świadomie i z pełną premedytacją profanuje Pismo Święte, które jest Słowem Boga (to obiektywnie) do człowieka, i świętą księgą (to czysto subiektywnie) dla dobrze ponad miliarda ludzi na ziemi?

Obiektywnie? Nie. I co to ma do rzeczy w ogóle?

Symbole wielkich religii przypominają także, że istnieje transcendentna rzeczywistość,

Nie. No i?

Bez tej świadomości, bez istnienia wartości wyższych cywilizacja nieuchronnie skazana jest na nihilizm, a państwo budowane na nicości nie może przetrwać.

Nie.

A w ogóle, to naprawdę trzeba koniecznie tych symboli, żeby przypominały? W naiwności swojej myślałam, że o Bogu, jak się w Niego wierzy, to się pamięta i tak. I ma się świadomość. Ale pewnie myślę tak, bo nie jestem chrześcijanką. Gdyż albowiem:

Dla chrześcijanina nie ma bowiem najmniejszych wątpliwości, że podarcie Pisma Świętego, i późniejsze jego palenie jest aktem profanacji. Nie ma też wątpliwości, że taka była intencja satanisty Darskiego. Jemu nie chodziło o ekspresję, ani o krytykę, ale o znieważenie symbolu ważnego dla ludzi innych religii, a także Boga. Chrześcijanin, ale także religijny Żyd nie może mieć więc wątpliwości, że za taki czyn należy się kara…

No więc ja w istocie wiem, że za taki czyn żadna kara się nie należy. I to niezależnie od tego, czy Nergal miał ochotę skrytykować, czy znieważyć. Bo uważam karę w tej sytuacji za absurdalną, a jej żądanie za kompletne niezrozumienie nie dość, że tego, co powinno panować w demokratycznym państwie w XXI wieku, ale i ekspresji artystycznej. Artysta ma bowiem prawo do wszystkiego, od tego jest artystą (poza, zastrzegę od razu, nawoływaniem do przemocy). Co nie znaczy, że i każdy zwykły człowiek nie ma prawa podrzeć sobie Biblii czy innej świętej księgi. Powinien mieć.

W jednym milutkim filmiku o perypetiach owdowiałego pana prezydenta amerykańskiego pada taka kwestia:

You want to claim this land as the ‚land of the free’? Then the symbol of your country cannot just be a flag. The symbol also has to be one of its citizens exercising his right to burn that flag in protest.

Chciałabym, żeby tak faktycznie było. Nie tylko w odniesieniu do Stanów i do flagi. Bo chciałabym, żeby było tak w odniesieniu do chrześcijaństwa. Nie bardzo mam ochotę pouczać mojego brata w wierze, jakim jest pan T., ale skoro on wypowiada się w moim imieniu, to powiem – co się stało z ku wolności wyswobodził nas Chrystus? Czy koniecznie musimy naszą religię chronić przepisami i karami? Chronić Boga przed ludźmi drącymi książkę? Naprawdę jest Mu taka ochrona potrzebna? I nam? A po cholerę? Tak tak, wiem, za długo żyję sobie poza granicami polskiego Kościoła. W dodatku polska język trudna język, bo nie rozumiem, czy wg powyższego cytatu Nergal miał znieważyć Boga? Czy symbol dla Boga ważny? Tak czy inaczej, zazdroszczę panu Terlikowskiemu tak osobistych kontaktów z tymże Bogiem, że wie, co On ma na myśli oraz jest w stanie mówić w Jego imieniu. Kul.

I to na tyle surowa, by rozmaitym idiotom podającym się za artystów nie zachciało się naśladować Darskiego. Chrześcijanin, który opowiada coś o tolerancji dla ludzi niszczących Słowo Boga do człowieka, w istocie pokazuje, że nie jest chrześcijaninem, bo Pismo Święte, to dla niego jedna z wielu ksiąg, taka jak „Pan Tadeusz” czy „O krasnoludkach i sierotce Marysi”.

Wolałabym jednak, żeby nie mówił na innego faceta per idiota (no chyba, że czule, ale sądzę że wątpię w tym wypadku), a w tym samym akapicie wmawiał mi, że uważam, iż Pan Tadeusz to to samo co Biblia (no na litość, przecież tam są znacznie lepsze rymy) i w związku z tym nie jestem chrześcijanką. Gdyż faktycznie w ten sposób może mu się udać odepchnąć parę osób od chrześcijaństwa. A tego zdecydowanie nie lubię u moich kochanych współwyznawców.

Ale to pan Terlikowski – jak pisałam, trudno spodziewać się po nim czegoś innego. Za to całkiem ładne są te fragmenty:

Sędzia Krzysztof Więckowski zarzekł się, że nie zamierza tym wyrokiem ustalać standardów wolności słowa, ale jednak ustanowił. I to całkiem przyzwoity, w  dodatku nawiązujący do klasycznego już wyroku Trybunału w Strasburgu z ’94 roku  w sprawie Otto Preminger Institute przeciwko Austrii. Oba sądy: w Strasburgu i  Gdyni uznały, że taki sam czyn w różnych okolicznościach musi być różnie  oceniony. […]

Uzasadnił, że film miał być pokazywany w Tyrolu, którego mieszkańcy są bardzo religijni, a więc ich uczucia religijne zasługują na szczególna ochronę. Gdyby  film pokazywano np. w zlaicyzowanym Wiedniu – pierwszeństwo należałoby się wolności słowa.

I w tym duchu orzekł właśnie sędzia Więckowski. Koncert Behemotha, na którym Nergal podarł Biblie był zamkniętą, klubową imprezą. Ci, którzy przyszli na  koncert wiedzieli, czego mogą się spodziewać, bo Behemoth to zespół znany z  nawiązywania do satanizmu. W dodatku ogłoszono zakaz nagrywania koncertu.

Matko jedyna. Czyli nie to jest ważne, że człowiek ma prawo do ekspresji swoich poglądów (a nie robi nikomu krzywdy) tak normalnie, swobodnie, tylko musi brać pod uwagę, że nie wolno było filmować na koncercie? Że bo ludzie wiedzieli, czego się spodziewać? I to ma być przyzwoity standard? To ja chyba podziękuję.

Już abstrahując od tych nieszczęsnych uczuć religijnych… Których, na marginesie, osobiście nie posiadam, taka jestem upośledzona. I do których mam dokładnie taki stosunek, jak wyraził H. L. Mencken (cytuję za Bogiem urojonym Dawkinsa): Powinniśmy szanować poglądy religijne naszych bliźnich, ale tylko w takim sensie i do takiego stopnia, do jakiego szanujemy czyjeś przekonanie, że jego żona jest piękną kobietą, a dzieci są bardzo mądre. Jedna więc rzecz, że kwestia ochrony tzw. uczuć religijnych jest kompletnym dziwolągiem, ale druga to to, że w czasie procesu wychodzą takie nonsensy. Że możesz sobie podrzeć pod warunkiem, że nikt ci nie zagląda przez dziurkę od klucza, że i tak wszyscy wiedzą, że jesteś satanistą, a w dodatku jesteś w Wiedniu, a nie w Tyrolu? Naprawdę? To jest cywilizowane? Chyba samą siebie przebijam dzisiaj w naiwności, bo myślałam, że sąd zdecydował, że po prostu można.

A na dodatek spłakałam się z radości nad tym:

Najważniejszymi świadkami obrony Nergala byli głęboko wierzący katolicy z metalowego zespołu Pneuma. Nagłaśniali koncert w gdyńskim klubie Ucho, byli na  nim i oświadczyli przed sądem, że nie czują się urażeni. Ich utwory są przepojone wiarą, ale potrafią przyjaźnić się z członkami zespołu Behemoth.

Och. Ale czy to aby nie znaczy, że gdyby się tam nie znaleźli głęboko wierzący katolicy z metalowego (ojej) zespołu i nie zeznali, że wszystko jest spoko, to można by tego Nergala zglanować? Rozumiem, że było to ważne dla sędziego, skoro:

Jak słusznie zauważył sędzia to jedyna rzecz w tym procesie, która budzi nadzieję.

No to ekstra to prawo funkcjonuje, doprawdy. I cudownie, że coś budzi jednak nadzieję. Że skoro jedni przepojeni potrafią się przyjaźnić z innymi nieprzepojonymi, to może wszyscy razem nie pozabijamy się z powodu różnych poglądów. Prawo faktycznie cuś niecuś szwankuje w tej kwestii, dobrze więc, że chociaż muzycy metalowi zachowują przyzwoitość. Wzruszona tą nadzieją, na to konto sama nie wykopię dziś z łóżka pewnego ateisty obdarzonego bardzo marnym gustem muzycznym. A co.

I jeszcze jeden śliczny głos:

Nikt chyba o zdrowych zmysłach nie kwestionuje iż istnieją pewne symbole, których szargać nie wolno.

Skoro ustaliłam już na początku, że ja i zdrowe zmysły jakoś się mijamy, to nieskrępowanie dodam – osobiście uważam, że symbole są właśnie do tego, żeby je szargać. Szargać trzeba, żeby coś wyrazić, zmusić do reakcji, coś zasugerować. Szarganie jest potrzebne, rozwijające i stymulujące. Właśnie dlatego, że – jak pisze autor tego listu – symbol zmusza do myślenia (choć nie wiem, dlaczego miałby nie budzić emocji, skoro przecież budzi, i dlaczego to jest przeciwstawiane myśleniu, i co to w ogóle ma do rzeczy, ale niech tam), jest inspiracją i wartością. Wtedy jego szarganie tym bardziej ma sens.

Chrześcijaństwo mówi, że Bóg jest Osobą. Znaczy to, że nasz stosunek do Boga  winien mieć charakter osobowy; winien znaczyć personalną z Nim więź. Na ile jednak ta więź jest silna, to kwestia indywidualna. Ze względu jednak na to, że chodzi tu o Boga – a zatem Kogoś, kto w życiu człowieka religijnego winien  odgrywać rolę kluczową – także i symbole mają inną wartość. Odsyłają bowiem nie  tylko do pewnych wydarzeń historycznych, ale uświadamiają wiernym, iż poprzez wiarę, mają w tych wydarzeniach pośredni udział. 

Że ke? Ja to prosta baba jestem i nie umiem tak okrągłymi zdaniami mówić, jak pan absolwent i były (?) fan metalu. Powiem więc prosto. Nie kumam specjalnie tych ostrożnych słów, że Nergal nie chciał obrazić (to znaczy, owszem, rozumiem, że nie chciał zostać skazany, więc jeśli się tak bronił, to spoko). Bo przecież artysta od tego jest. Od obrażania, niepokojenia, sprawiania przykrości widzom, poruszania ich i grania na nerwach. Taka jego rola, szczególnie jak jest muzykiem metalowym. No bo co w końcu? Ma być milusi i ciepły? Ten akurat artysta mógł być sympatyczniejszy dla Dody tak w ogóle (na ile się orientuję z rozmaitych pudelków czy plotków), ale na scenie?

Tak więc, odpowiadam negatywnie na poniższe pytania. Nie, naprawdę nie w przypadku każdego katolika to, że ktoś mu powyrywa kartki, sprawi, że zbawienie przestanie mieć znaczenie. Ha, tak łatwo to nie ma.

Czy jednakże mój udział w tych wydarzeniach poprzez wiarę legnie w gruzach, kiedy ktoś owe symbole zniszczy? Czy jeśli ktoś wyrywa kartki z Biblii, mówiące  o tym, że Chrystus mnie zbawił, oznacza to, że samo zbawienie przestało mieć dla  mnie znaczenie? Lub – co więcej – że zbawienie się nie dokonało?

Natomiast nie jestem do końca przekonana, że Nergal akurat to miał na myśli. No ale ja nie należę do ludzi religijnych z czułymi strunami, więc co ja tam wiem.

Pan Darski czyniąc ten gest – świadomie, bądź nie – uderzył w bardzo czułe struny ludzi religijnych. I to nawet nie dlatego, że obraził ich uczucia, ale dlatego, że – przynajmniej ja to tak rozumiem – kazał się zastanowić nad siłą wiary.

Hmmm, może więc warto potrenować w sobie tę czułość? Zawsze mogę to zrobić z ukochanymi kawałkami ukochanego zespołu, które szczególnie lubię sobie łagodnie nucić pod nosem, kiedy jadę do kościoła w niedzielę. Na przykład takie teksty, subtelne i delikatne całkiem przecież, zwłaszcza jak je porównać z twórczością innych miłych kapel:

Satan watches all of us
Smiles as some do his bidding

Cast
Under his spell
Blinding my eyes
Twisting my mind
Fight to resist the evil inside
Captive of a force of Satan’s might
A force of Satan’s might

Oraz najulubieńszy, który zdarza mi się mamrotać głośniej, choć nie mam tak słodkiego głosu jak Tom, niestety:

I am the Antichrist
All love is lost
Insanity is what I am
Eternally my soul will rot

A kiedy uśmiecham się ma koniec do Learn the sacred words of praise, hail Satan, dochodzę do słusznego oczywiście i najmojszego wniosku finalnego tej notki, że jak ktoś się nie zgadza ze mną pod względem upodobań muzycznych, to obraża moje uczucia relig… metalowe. No. I bardzo brzydko to jest, proszę się wstydzić.

Czysta pochwa dobrem narodu

Więc tak – jest gorąco. Jest wprost potwornie gorąco ostatnio i człowiek dowolnej płci chodzi wiecznie mokry. Oraz czasem, uczciwszy uszy, spocony. W różnych miejscach, co gorsza. Szczęśliwie jest Summer’s Eve, która to firma dba o kobiety, a szczególnie o to, żeby czuły się świeżo w pewnych intymnych miejscach swojego ciała. Naturalnie, robi to po swojemu, tak, żeby kobietom w głowach się nie poprzewracało. Bo wiadomo, że kobiety to brudasy. I najlepszym sposobem na sprzedanie produktu do higieny intymnej jest właśnie subtelne zwrócenie paniom uwagi na ten fakt. Oczywiście, Summer’s Eve nie bywa niemiłe i brutalne, skąd. Summer’s Eve chce tylko zwrócić ci uwagę, głupia babo, że jak idziesz na rozmowę do szefa celem prośby o podwyżkę, to się umyj, bo ci jedzie. A jak jedzie, to podwyżka i awans przepada.

Nie wiedzieć czemu reklama ta spotkała się ze sporą dezaprobatą. Jakby, ojejku, zachęcanie do umycia się tam miało coś wspólnego z poradą, żeby nie get zbytnio personal w całej tej sytuacji. No przecież, że skądże. W każdym razie, firma doszła do wniosku, że trochę im głupio wyszło i wypuściła nowe reklamy. Prześliczne, skierowane osobno do kobiet białych, czarnych i latynoskich. Na wszystkich jest gadająca ręka, która tak naprawdę jest gadającymi genitaliami (o matko), wita w vagina land, mowa jest też gdzieś tam o pionowym uśmiechu oraz o tym, że jak sobie nie umyjesz, to kaktus ci tam wyrośnie (u czarnych kobiet zwłaszcza). I znowu, zupełnie nie wiedzieć czemu, reklamy zostały uznane za rasistowskie i chamskie, i w ogóle zmieszane z błotem.

A przecież Summer’s Eve tak się stara. Zauważmy, że nie tylko stwiedza, że pochwa ma coś do powiedzenia (już nie wnikajmy w kwestie, co tam naprawdę człowiek sobie myje i czy na pewno jest to pochwa, bo łotewer), ale i w ogóle używa słowa pochwa. Gdyż, jak wiadomo z reklam podpasek, tamponów i tym podobnych, kobiety mają tam to na dole, te rejony, pupę z przodu… i inne fajne określenia. To są te same kobiety, które w reklamach krwawią na niebiesko. 

Żeby rozreklamować niewymawialne słowa można na przykład wziąć przykład z Pana Kota Carltona (dlaczego pana, kota, i co robi ta myszka w pobliżu jego drinka, to ja nie wiem i chyba wolę się nie zastanawiać) i zachęcić do ich używania. Pan Kot ma absolutną rację – wszystko na świecie jest vaginal. Niech będzie, że pochwiste. Ładne słowo. A przesłanie filmu wzruszyło mnie na tyle, żeby zacząć uzywać słowa pochwa i pochwiste wszędzie i zawsze, szczególnie na widok lwa lecącego na grzbiecie płaszczki. O tak.

Ale co dalej z Summer’s Eve? Chwała pochwie, wypuścili kolejną reklamę. Jest pochwista. Już nie zachęca beznadziejnie kobiet do mycia, bo kaktusy im tam rosną, albo bo bywają postrzegane jako obiekty seksualne wyłącznie, albo bo nie chcą posłuchać Arnolda usilnie namawiającego Talk to the hand! Nie, okazuje się, że myć się trzeba, bo mężczyźni walczyli o pochwy od wieków, zabijali i ginęli. O tym, że pochwa ma siłę (nasuwa się tylko – oraz nieleczoną… anginę) oraz jest podstawą cywilizacji przekonują: scena z Króla Lwa, Kleopatra rozkładająca ramiona (chwała pochwie, że nie nogi, doprawdy) oraz rozmaici starożytnochińscy i młodośredniowieczni wojownicy naparzający się symbolami fallicznymi. A na końcu zwycięski rycerz patrzy w oczy królewny, a widzi – najwyraźniej – jej pochwę jeno. Nie mam słów zachwytu… Poza tym, że pochwista jest ta reklama.

Komu jednak przeszkadzały poprzednie hasła Summer’s Eve? Ja w tych nowych nadal jakoś mam niedosyt tego wzmacniania władzy i pozycji kobiet, nawet mimo subtelniejszego zachęcania do intensywnego mycia ich części intymnych. Znacznie bardziej podobał mi się sloganik z poprzedniej serii produktów:

O, no właśnie. Moja wewnętrzna kobiecość zwykła czuć się ubogacona i wzmocniona faktem, że raduję się byciem kobietą poprzez delikatne smyranie i zdrapywanie pachnących bakterii, znajdujących się w okolicy genitalnej.  Oprócz wewnętrznej kobiecości obudźmy w sobie przy okazji wewnętrznego mikrobiologa. Pochwiście. 

I żeby nie było, że mężczyźni są dyskryminowani przez Summer’s Eve, firma przygotowała i dla nich ofertę. Chwała pochwie, też z symbolami fallicznymi.

Nasi wygrywają

Oczywiście, że stare i było. Ale ponieważ Miski napisał swoją notkę, co mi szkodzi napisać moją. Pierwsza część jest więc tutaj, a to jest część druga.

Wypracowanie

Temat: Czy film promujący polską prezydencję podoba ci się i dlaczego Lenin?

Wstęp: Film Tomasza Bagińskiego promujący polską prezydencję podoba mi się bardzo i uważam, że jest bardzo wartościowy. Prezentuje prawdziwe polskie, prorodzinne wartości i przeciwstawia je zepsuciu i degrengoladzie Europy.

Rozwinięcie: Film rozpoczyna się sceną, kiedy to smutna Europa siedzi w gorącym cieniu na miękkim kamieniu. Emanuje smutkiem, bo jest stara i nie ma dzieci, mimo że potencjalnych ojców przywabić chce swoim odważnym makijażem i nie mniej odważnie odkrytym udem. Nikt jej jednak nie chce. Jest zdesperowana, o czym świadczy jej wychudzona nadmiernie sylwetka oraz żal w załzawionym oku. Europa boleje nad swoją starością i nad tym, że nie rodzą się w niej dzieci.

W tym momencie, kiedy smutek przepełniający Europę barwi jej otoczenie na smętnoniebiesko, pojawia się mężczyzna, Polak. Zgodnie z europejską tradycją winien pojawić się byk, ale europejska tradycja umiera, więc Europa nawet nie odsłania biustu, gdyż i tak wiadomo, że nic z tego nie będzie. Polak nie chce nastraszyć Europy, skrada się więc w jej kierunku cicho i podstępnie, co widać na tle jej przerażonego oka. Jest niestety szczupły i nieumięśniony, jego męskie atrybuty są niemal niezauważalne. To zgubny wpływ emancypacji polskich kobiet, które wzorem europejskich (widać niecny wpływ tradycji europejskiej) dążą wyłącznie do kariery i samorealizacji. Mężczyźni przy takich kobietach niewieścieją: tracą mięśnie, zamiatają nogą, sama goli im się klata, a penisy ulegają uwstecznieniu, co wyraźnie widać u bohatera filmu. Bohater jednak, zgodnie z sarmackim duchem, nie przejmuje się takim drobiazgiem. Uznając naturalnie, że wszystkie niewiasty to lubią, figlarnie rzuca się Europie na szyję w celu obmacania. Ma rację najwidoczniej, bo Europa nie protestuje, pewnikiem dlatego, że nie jest logiczna i spójna wewnętrznie. Dodatkowo Polak krzewi tu polską, pełną mocy i jurną kulturę, reprezentowaną przez Jana z Czarnolasu, mając zamiar udowodnić, że nie tylko kariera się liczy, ale, haha, hoho, także inne sprawy
(Nie uciekaj, ma rada; wszak wiesz: im kot starszy,
Tym, pospolicie mówią, ogon jego twarszy;
I dąb, choć mieścy przeschnie, choć list na nim płowy
Przedsię stoi potężnie, bo ma korzeń zdrowy
.)
Postępuje również zgodnie ze starą polską tradycją, której wyrazem jest przysłowie: wszystkiej wódki nie wypijesz, wszystkich kobiet nie wyruchasz – sit venia verbo – ale próbować trzeba. A przysłowia są mądrością narodów, także polskiego.

W celach prokreacyjnych Polak porywa więc Europę do tańca. Pojawiają się inni tancerze, także smukli i podobni do siebie, co sugeruje, że są metaforą plemników. Zdrowe, jędrne, żywotne plemniki mają zapłodnić Europę. Budzi to w niej taki zachwyt, że aż pokazuje majtki, nie bacząc na fakt, że mężczyzna parę razy próbuje ją zepchnąć w otchłań, rozpościerającą się pomiędzy dziwnie zachowującymi się budynkami, pewnikiem dlatego, że jest logiczny i spójny wewnętrznie. W prokreacyjnym szale para nuci sobie pod nosem, że mury runą, runą, runą i zaleją cały świat, czego wyrazem są w istocie walące się mury, a całość jest metaforą powszechnego zapłodnienia zrobaczywiałej kultury europejskiej przez żywotną kulturę polską. Kiedy taniec się kończy, otoczenie Europy wygląda radośniej, a ona sama podbiega do ściany pokazującej jej pierwszy test ciążowy. Wykwitają na nim wzory, które mężczyzna miał na koszuli, co jest metaforą dodatniego testu – Polak będzie ojcem jej dzieci. Świat pięknieje, kolory ożywają, wszystko jest na miejscu.

Zauważyć należy także kwestię wisiorka. Polak zabiera Europie wisiorek, ale czyni to dla jej dobra. Raz, że jest to symbol wirusowy (astrowirusy, Astroviridae, czynnik zakaźny szerzący się łatwo także wśród dzieci), a jego zabranie jest metaforą zwalczania słabości europejskich przez zdrowe polskie zasady i wartości. Po drugie, wartości te mają być błyskawicznie rozprzestrzenione po całym kontynencie (viral marketing). A po trzecie gwiazdka jest pentagramem, a Polak nie chce, ażeby jego dzieci urodziły się z oczami o żółtych tęczówkach i pionowych wąskich źrenicach. Oczywiście więc w tej sytuacji mężczyzna nie zatrzymuje sobie wisiorka (jest to potwarz), ma natomiast zamiar go zniszczyć przy pierwszej napotkanej Górze Przeznaczenia.

Zakończenie: Uważam więc, że promujący polską prezydencję film Tomasza Bagińskiego jest bardzo wartościowy. Prezentowane w nim polskie, prorodzinne wartości przeciwstawione zostają smutkowi i marności Europy, i naturalnie nasi wygrywają.

Planety szaleją

Przychodzi facet do lekarza. Znaczy do dentystki. Od progu, jak to cierpiący mężczyzna, ogłasza:

– Boli mnie ząb, pani doktor. To chyba jakieś zakażenie. Proszę coś z tym zrobić.

– Proszę pana. Ząb ma prawo boleć. Rodzi się w nim nowe życie, bakterie się mnożą, dzielą, w kafejce Kieszonka dziąsłowa umawiają na filiżankę śliny, flirtują, rozmnażają, uprawiają seks, mają orgazmy, potem dzieci, potem dzieci się rozmnażają, potem cała planeta się rozmnaża, wszystko wiruje, faluje, nadchodzi era wodnika, przemoc w postaci wiertła i cęgów jest źle widziana, ekologia, stawiamy na ekologię, wielorazowe opatrunki, bandaże prane w kubeczkach menstruacyjnych, wpływy Księżyca oraz planet, planety szaleją, szaleją i śmieją się, śmieją, a słońce wysoko, wysoko, świeci pilotom w oko… Nie przekonuje to pana?

– Eeeee, do czego? Pani doktor, mnie boli ząb!

– No jak to – do czego? Że ból jest naturalny w tej sytuacji. Wszystko rodzące się na tym świecie wymaga bólu. Ból jest zdrowy, fizjologiczny. Owszem, czasem należy uwzględniać znieczulenie, w niektórych sytuacjach medycznych. Ale ból zęba u mężczyzny do nich nie należy. W dodatku nie zdaje sobie pan sprawy, ileż bólu wymagać będzie zastrzyk znieczulający…

– No ileż?

– Dużoż, proszę pana. Jakby tak ułożyć te strzykawki jedna na drugiej, to stosik byłby niemałyż. Niechże pan się powierzy w mój silny umysł. I uwierzy, że w pana zębie tysiąc jeży zęby szczerzy, metaforycznie rzecz ujmując. To jest fizjologia i tak ma być. Nie czuje pan tych hormonów, co się w pana organizmie wydzielają?

– Adrenalinę może..

– No widzi pan! O to nam chodziło. Skończmy z medykalizacją postępowania z męskim zębem, zdajmy się na naturę, obudźmy w sobie naszego bogina wewnętrznego, Ojca Zębuszka-Bakteriona! On obdarza nas życiem! I hormonem, eee, harmonią tego, no, wszystkiego.

– Ale, pani doktor, ja się boję bólu i boję tego zakażenia. Nie wpłynie to niekorzystnie na stan mojej żuchwy i w ogóle mego zdrowia?

– Wprost przeciwnie, drogi panie. Kiedy wsłuchasz się pan w tęskną pieśń swojego opanowanego przez bakterie zęba, opowiadającą o prastarych prokariotycznych źródłach życia, o radości (iskro bogów), o (sępie) miłości, o wewnętrznej męskiej bogini, o jin i jang, o Aldebaranie-gwiazda-beta-odpadła-ci, dojdziesz pan do wniosku, że ból zęba jest zjawiskiem seksualnym. Wszystkie te skurcze bólowe, drgawki pojawiające się na pańskiej miłej twarzy, szczękościsk i uśmiech sardoniczny oraz skurcz toniczny mięśni, to nic innego jak zew natury. Zew, który zwie, znaczy wzywa: wstań, unieś głowę (i główkę), wsłuchaj się w słowa pieśni o małym (eee, rycerzu), pręż się, obejmij, zatoń w tym, szczytuj, dotrzyj do źródła starożytnej wiedzy i mądrości, poznaj planetę Ząb (zupa zębowa… i bakteryjna)… Coś widzę, że pan mnie nie słucha.

– Jakoś nie mogę. Może to z tego koszmarnego bólu…

– No dobra, jaka ta młodzież dzisiejsza niewytrzymała jest. Spróbujemy najnowszej metody uśmierzania bólu zęba, polecanej przez światowe autorytety Szkoły Bolenia. Reflektuje pan?

– No jasne!

– Oto przygarść kulek żelaznych ujmij w dłoń swą mocarną, cny pacjencie, a zali wżdy pamiętaj, iżby aczkolwiek celować celnie. Zamachowując się bynajmniej nie politycznie, acan celujesz w swe chmurne czoło, i jedną kuleczką, jako tym diamentowym piorunem, uderzasz swe jestestwo między oczy.

– …

– No waćpan, strzelaj mocniej nieco.

– … …

– Ale ile tych kuleczek sobie narychtował?! Ile?! Zali mówiłam, że jedną celować, a on tu sobie amunicji na trzy roki widomie przysposobił, durny on!

– Uważaj, wpadasz w żargon.

– Przepraszam (ależ wodzu, co wódz). Troszku mnie poniosło. Spróbujemy innych metod. Celem uśmierzenia bólu możesz pan: chodzić, klęczeć, kucać, obciągać (znaczy dla przyzwoitości obciągnąć na sobie koszulkę, żeby nie odsłaniała zbyt dużo), a także tańczyć na rurze. Można też tańczyć na piłce (do metalu), względnie próbować lap-dancingu, ale rura jest rurą jest rurą jest rurą, i po latach doświadczeń mogę panu rzec: ta rura ma dwa końce! (Tylko trzeba się najpierw rozebrać, proszę poczekać z tymi majtkami w groszki, zaproszę studentki i studentów, niech się uczą.) Może pan także przynieść sobie do gabinetu wrzątek herbaciany i robić z niego okłady na krocze.

– Na krocze???

– Ależ naturalnie. Okład taki znakomicie rozluźnia mięśnie krocza, co niweluje ból. Podobnie działa okład z brudnych skarpetek przesiąkniętych zapachem domu. A także śpiew. Zapach domu i śpiew, to jest podstawa. Proszę coś zaśpiewać.

– Nie umiem… pani doktor, ja tu mam bolący ZĄB!

– Od razu zauważyłam. Nie chce pan rozluźnić krocza i zawzięcie walczy pan z naturą. Nie lekceważę tego, proszę mi wierzyć. Wiem, że pana boli i jest pan bardzo dzielny. Proszę wytrzymać, zaraz będzie bolało bardziej. Ciu, ciu, cacy, cacy, masz po glacy. Rzetelna informacja i pozytywne emocje pomagają przetrwać najtrudniejszy moment. Pomaga?

– Noż…

– Ból pana paraliżuje. Przyczyn jest wiele. Złe przygotowanie do zabiegu dentystycznego, różny próg tolerancji na ból, doświadczenia życiowe. Lęk, bo koledzy nastraszyli. Ważna jest psychika, proszę pana – problemy emocjonalne odbijają się w zębach jak w lustrze. Mężczyzna, który czuje się nieakceptowany przez partnerkę, która nie planowała czy nie chciała zakładać hodowli zębów w paszczy, zwykle gorzej znosi zęby (szczególnie po schodach), bo nie dostrzega celu, jakim jest to małe, ruchliwe, bakteryjne, radośnie rozwijające się społeczeństwo. Jakby dostrzegł, to z radością by zaakceptował ten ból, z uśmiechem na ustach, śpiewająco. Żona nie przyprawia panu rogów?

– Gówno to panią obchodzi! BOLI MNIE ZĄB!!! Mam zakażenie. Trzeba je usunąć. A pani mi tu pieprzy o Aldebaranie, rurach i żonie?! Co to ma być, do cholery? Kto jest pani przełożonym?

– Ojejku. Ojejku, no. Taki pan agresywny, no, no. Dobrze, proszę założyć majteczki i wspiąć się na fotel, zrobimy znieczulenie. Tylko moja uczciwość zawodowa nakazuje mi ostrzec pana, że znieczulenie wiąże się z bardzo niekorzystnymi efektami zdrowotnymi. Dziury w dziąsłach, porażenia nerwów, zrosty bliznowcowe, uszkodzenia korzeni, zbrązowienie liści, o łodydze to już nawet nie ma co mówić. Reflektuje pan?

– TAK!!!

– …

– …

– …

– …

– A nie mówiłam? Pani Zosiu, proszę posprzątać pacjenta. Usunąć strzykawkę z oka… Wychodzi wraz z gałką? I jakie te lody? Malinowe? To zjemy. Reszta zewłoka takoż proszę won, znaczy na chirurgię podrzucić, oni tam będą wiedzieli, co z pacjentem zrobić. Zgodnie z hasłem: trafiła pani (no, pan w tym wypadku) wprost do kliniki, zastosujemy z trocin zastrzyki, nową perukę damy na głowę, oczy wkleimy, i zęby zdrowe!

Disklajmer: niniejszym zawiadamia się, że powyższe nie ma nic wspólnego z poniższym, a przypadkowe podobieństwo do czegokolwiek jest całkowicie przypadkowe.

http://wyborcza.pl/rodzicpoludzku/1,114118,9678006,Podroz_na_planete_Porod.html?as=1&startsz=x6,podroz_na_planete_porod.html?as

Naukowy cyrk, cyrkowa nauka

Na początku było słowo…

A słowem tym były artykuły naukowe, takie dobre, porządne, zgromadzone w Pubmedzie. I co z tego, kiedy część z nich zamiast być mądrą, bywa zwyczajnie głupia. A to naukowcy radośnie informowali o jakichś superekstra nadzwyczajnych bakteriach znalezionych w jeziorku, i co? I nico, bo okazało się, że autorzy troszkę niefrasobliwie podeszli do robienia doświadczeń, coś tam pominęli, czegoś nie dopatrzyli, na krytykę się obrazili, i finalnie wyszło odrobinę nie teges. Ale konferencję prasową zorganizowali, bo przecież trzeba sobie przedłużyć… ego. A to inne z kolei towarzystwo radośnie mówiło czytelnikom, że mężczyźni z palcami to coś tam, a ci bez palców są niemęscy – czy odwrotnie – i też wyszło głupio, kiedy analiza tych wypocin wyraźnie pokazała, że eee tam. Była jeszcze praca o lesbijkach, że wychowują dzieci lepiej nawet niż pary hetero. Kul, tyle, że to jak zostało to badanie zrobione, dyskwalifikowało wyciągane wnioski. Był też Wakefield, co to wiadomo.

I tak dalej, i tak dalej, można przykładów przytaczać całkiem sporo. Naukowcy też ludzie i lubią się popisywać, to raz, coś tam naciągnąć dla lepszego efektu, to dwa, nawet nie naciągać, ale nacisk położyć tam, gdzie wywoła on większe wrażenie na gawiedzi, to trzy, sami mają dziwne uprzedzenia, to cztery, dziwaczeją na starość, to pięć, i w sumie im samym, na pierwszym etapie dzielenia się wiedzą, zdarza się robić cyrk z nauki.

Drugim etapem robienia cyrku zajmują się dziennikarze, często tzw. naukowi, a także inni profesjonaliści i nieprofesjonaliści publicznie propagujący (w zamyśle) naukę. Często przekazując wiedzę wyczytaną w artykułach naukowych tak, żeby przypadkiem nie padło na nich podejrzenie, że wiedzą, o czym mówią. Nie chodzi to o zwykłe błędy, takie jak mylenie części ciała, czy nazw zwierząt. Błędy najrozmaitsze zdarzają się każdemu (biję się w pierś mą wątłą), niestety. W mniejszym jednak stopniu powinny się zdarzać takie, które wskazują na to, iż profesjonalista nie ma pojęcia o czym pisze. Bo jeśli wygląda na to, że nie rozumie mechanizmów, nie kuma o co chodzi, to jak może cokolwiek profesjonalnie omówić?

Jak można zaufać zachęcającym słowom kogoś, kto niespecjalnie orientuje się w zagadnieniu dotyczącym pewnych zakażeń i szczepionek? Albo powtarza niesprawdzone informacje? Czy budzi zaufanie tekst, w którym ktoś nie umie krytycznie podejść do publikacji? Albo słowa kogoś, kto jest w stanie wywrócić publikację na nice i wmawiać, że jest w niej coś, co mu pasuje, podczas gdy napisane jest tam coś kompletnie odwrotnego? Jak mają z czegoś takiego uczyć się i dowiadywać czegokolwiek laicy? Naturalnym jest, że nie ma ludzi, którzy znają się na wszystkim. Komuś przecież ufać trzeba. A jak ufać, kiedy omówienia i tłumaczenia naukowych artykułów stają się cyrkiem?

I jeszcze raz podkreślę że, choć lubię się czepiać, akurat w tym wypadku nie czepiam się zwykłych pomyłek czy nieścisłości. Takie są normalne, każdy je popełnia. A już szczególnie pozytywnym jest, jeśli autor gotów jest je poprawić. Innymi słowy, zaufać czasem można ludziom (względnie stronom internetowym), którzy są otwarci na komentarze, którzy podchodzą krytycznie do tego, o czym informują, którzy są w stanie przyznać – tak, tu był błąd, już poprawiam. A takie poprawianie niestety nędznie wygląda w popularnych i teoretycznie profesjonalnych portalach, co przy okazji świadczy o ich średniej jakości profesjonalizmie.

Jakich pomyłek się więc czepiam? Ano jak wyżej – tych, które świadczą o głębszej niewiedzy autora, o jego niezrozumieniu tego, o czym się wypowiada, co może stanowić przesłankę do tego, żeby mu zwyczajnie nie ufać. Bo jeżeli myli się tak mocno w jednej kwestii, to co z innymi? Zna się na nich, czy także plecie, co mu ślina na język przyniesie?

Chyba, że tu zupełnie nie chodzi o niesienie kaganka oświaty, o pokazanie ludziom, że głupio postępują stosując homeopatię, czy wierząc znachorom. Może chodzi wyłącznie o lans, dość popularny ostatnio. Robimy tak – uuu, huzia na józia i tępimy buca, bo jest głupim bucem. Czy jednak jesteśmy mu w stanie wytłumaczyć, dlaczego jego podejście jest błędne? Dlaczego to, o czym mówi, może w pewnych warunkach być zasadne, tyle że zawiera błąd w rozumowaniu? Czy tylko chcemy mu zamknąć twarz, pokazując jacyż, ach jacyż to my jesteśmy oświeceni i mądrzy? (Tu znowu biję się refleksyjnie w pierś mą osobistą…)

Jasne, że czasem się nie da. Czasem najlepszą metodą jest obśmianie pewnych poglądów, bo dyskusja z nimi jest tylko niepotrzebnym ich nobilitowaniem. Oraz reklamą, też niepotrzebną. Ale od obśmiewającego powinno wymagać się nieskazitelnej wiedzy. Gdyż obśmiewanie nie opiera się na dyskusji, w której można się mylić, spierać, prezentować różne poglądy i stopniowo dowodzić słuszności swoich. W biciu buca takie zjawisko nie występuje. W biciu buca nie zniżamy się do poglądów adwersarza, bo są one tak idiotyczne, że aż strach, a tylko prezentujemy swoje, w założeniu słuszne.

Powinny więc być one stuprocentowo słuszne (jeśli czasem o to trudno, to trudno, ale trzeba się starać, oraz niech przynajmniej będą podatne na poprawki, jeśli trzeba). Żeby był jakiś efekt, nawet jeśli nie u adwersarza, bo jego często trudno przekonać, to może przynajmniej u tych przysłuchujących się, a często nie wiedzących, w którą stronę się zwrócić. Natomiast cyrkiem, kolejnym etapem cyrku, jest to, kiedy ktoś wyśmiewa, a sam nie ma do końca racji. Bo jakie to robi wrażenie na osobach postronnych? Że i jedna i druga strona gada zwyczajne głupoty. I z tego wynika, że prawda spokojnie może leżeć pośrodku. Innymi słowy – wyśmiewajmy, obnażajmy niewiedzę, nieśmy kaganek, informujmy, ale starajmy się przy tym nie robić błędów, nie dezinformujmy.

Miło by było, gdyby na przykład wziął to sobie do serca pan Minchin, w swoim milusio zrealizowanym, choć zawierającym nieprzyjemnie seksistowski wydźwięk filmiku Storm. Seksistowskie elementy nie zrobiły na mnie najlepszego wrażenia, ale najbardziej zaskoczyło mnie to, że ktoś, kto w założeniu ma ochotę popropagować racjonalizm i naukę w społeczeństwie, robi spore błędy (chodziło mi o fragment o aspirynie). Jeden mniej poważny, pal go licho, ale i te dwa poważniejsze, te które sugerują, że autor filmiku tak naprawdę nie ma bladego pojęcia o czym mówi (ten o efektach ubocznych i ten o podziale terapii na linii: pochodzenie leków). Ot, wygląda na to, że poczytał coś o altmedzie, ktoś mu powiedział o tym, jakież to bucowate są te ludzie, które stosują homełko, a więc zróbmy filmik, będzie trędi sklecić takie antybucowe dziełko. I wyszedł cyrk.

Bo czy kogoś taki filmik mógł przekonać? Eeee, no niby pewnie mógł, choć sądzę, że wątpię. A mógł i odepchnąć takich jak ja czepialskich, wyczulonych na chwyty poniżej pasa oraz czającą się podskórnie niewiedzę. Ponadto, moim zdaniem, mógł działać także na niekorzyść „racjonalizmu”, chyba teoretycznie popieranego przez Minchina. Bo jeśli ktoś zauważył błędy, to co sobie pomyślał – że skoro facet bredzi o aspirynie, to może bredzi o wszystkim innym? Czy można mu więc uwierzyć? A w dodatku była to tego rodzaju wypowiedź, której nie można poprawić. Która poszła w świat, i tyle. Mleko się rozlało. Ciekawa jestem, czy autor ma świadomość, że mógł narobić więcej szkód, niż pożytku? Zwłaszcza jeśli chodzi o kwestie praktyczne (czyli efekty uboczne leku), a nie tylko o, jak ktoś mógłby powiedzieć, akademickie rozważania na temat: naturalne vs. sztuczne. (Na marginesie, najeżdżanie na „naturalne” w jednych kręgach wyraźnie wygląda mi na odbicie najeżdżania na „złowrogą chemię wszędzie” w innych kręgach. Bez sensu.)

No chyba, że ja się od początku myliłam w odbiorze filmiku Storm. Że nie chodziło tam o żadne propagowanie nauki i walkę z zabobonem. A tylko o przedłużenie sobie tego i owego, ustalenie hierarchii w stadzie oraz bycie trędi. Czyli po prostu po raz kolejny o zrobienie cyrku z nauki.

A może być jeszcze gorzej. Bo cyrkowe podejście do nauki skutkuje nie tylko mnóstwem nieścisłych informacji w necie, czasem mniej, czasem bardziej szkodliwych. Skutkiem jego może być także podejście – skoro jest to taki miły cyrk, to może pobawmy się sami. Na przykład „testując” jak wcinanie lucerny przez zakażonych HIV w Afryce będzie wpływało na ich samopoczucie. Bierze się maleńkie grupy pacjentów, którzy z jakichś powodów nie biorą leków antyretrowirusowych, trzy razy w tygodniu daje im się lucernę do wszamania oraz sprawdza parametry takie jak waga oraz apetyt (no dobra, CD4 także) – numbers! must be science, then. A pacjenci oceniają, czy są bardziej, czy mniej żywi. Najs. Czy autorom przemknęły przez głowy takie sprawy, jak komisje etyczne, próby kliniczne, statystyka, zasady testowania potencjalnych nowych preparatów na chorych na choroby zakaźne, i tym podobne drobiazgi? Czy może stwierdzili jedynie, że skoro to wszystko jest takim fajnym cyrkiem, to i oni się w to włączą? I owszem, widzę, że ostrożnie nie piszą oni o leczeniu jako takim. Tyle, że czytający spokojnie tak to mogą odbierać. I odczytywać ten „artykuł” jako jedną z prób racjonalnego badania nowych leków na jedną ze straszniejszych chorób zakaźnych ludzkości. A dodatkowo wyobrazić sobie łatwo można scenariusz następujący – jakiś przywódca afrykański dowiaduje się, że lucerna sprawia, że ludzie chorzy na AIDS czują się „bardziej żywi” na lucernowej diecie, i wuala – dlaczego nie wprowadzić tego jako oficjalnej terapii przeciw HIV w danym kraju? Zamiast uzależniać się od zachodniej bigfarmy i zachodnich lekarzy?

Podsumowując to przydługie marudzenie (i podkreślając, że uwagi zawarte w całej notce biorę najpierw do siebie, a potem ewentualnie kieruję do innych) – błyszczmy wiedzą i popularyzujmy naukę oraz piętnujmy i wyśmiewajmy pseudonaukę. Ale róbmy to jak najlepiej, możliwie bez błędów, nie szerzmy dezinformacji. Starajmy się po prostu nie robić cyrku z nauki.

Harry szatański Potter

Ten artykuł jest taki, że członki rozmaite opadają.

Nauczyciele i uczniowie mają się teraz okazję dowiedzieć, że „intensywna  promocją magicznych praktyk w mediach spowodowała, że Polacy zaczęli z nich  masowo korzystać”. Niebezpieczne są np. Andrzejki i towarzyszące im wróżby.

Media te szczególnie silnie i złowrogo działają przynajmniej od paru wieków na terenach Polski. To radio i telewizja, nie wspominając o tym diabelskim internecie, spowodowały zainteresowanie wróżbami andrzejkowymi. Przez pokolenia.

W szkołach masowo organizuje się andrzejkowe zabawy, tymczasem „rodzice i  nauczyciele powinni uczyć dzieci zwracania się z każdym problemem do Pana  Jezusa, a nie szukania pomocy i odpowiedzi we wróżbach”. Zamiast nich autorzy  opracowania polecają np. przedstawić dzieciom życiorysy św. Andrzeja, św.  Barbary i św. Mikołaja.

No ale dlaczego czepiać się tych nieszczęsnych wróżących sobie dziewcząt, co to na męża mają ochotę – przecież właśnie zwracają się do św. Andrzeja.

Przykładem duchowej destrukcji jest także Halloween, które tylko z pozoru wygląda niewinnie, a może się zakończyć „otwarciem na złe duchy, aż do opętania włącznie”. Dzieci powinny być uodpornione na taką gloryfikację zła, przemocy oraz śmierci. Pomoże w tym „pielęgnowanie katolickiej i polskiej tradycji”.

Halloween z pozoru wygląda niewinnie? No to ktoś tu chyba nie widział porządnego Halloween. A poza tym – przecież pielęgnują polską tradycję. Andrzejki.

Najwięcej miejsca poświęcono jednak Harremu Potterowi. Grozę budzi już sam fakt, że „niebezpieczny świat magii przedstawiany jest jako absolutnie dobry”.

Proszę uprzejmię, o. Chyba czytałam innego zgoła Harry’ego, bo w mojej wersji zdecydowanie nie cały magiczny świat był absolutnie dobry. A niektórzy to zaiste zeźlili się dość mocno. I zaryzykowałabym twierdzenie, że autorka ukazała to dobitnie, wyraźnie oraz w dodatku celowo.

Nie do przyjęcia jest, że w książkach tej serii podawane są instrukcje praktykowania magii.

Po przeczytaniu wszyscy latamy na miotłach i razem z Martą podglądamy chłopców w kąpieli. Od przyjęcia do przyjęcia.

Przeciwko Potterowi przemawia objętość kolejnych tomów sagi. „Bajki typu Jaś i Małgosia można przeczytać w jeden wieczór, a Baba Jaga jest postacią negatywną i drugoplanową. U Harrego Pottera mamy do czynienie z rodzajem permanentnego wdrukowania magicznej mentalności”.

Za gruby Harry. Nie walczy z otyłością wśród młodzieży, w odróżnieniu od Baby Jagi, postaci tak dramatycznie drugoplanowej zresztą, która jednak odchudzała dzieci skutecznie. Oraz w ogóle permanentnie skutecznie radziła sobie z ich wszelkimi życiowymi problemami.

Ech, właściwie tu można by było podsumować. Że zdania w cytowanym piśmie gliwickiej kurii są beznadziejnie głupie i świadczą o kompletnej nieznajomości tego, o czym ich autorzy się wypowiadają, a także o nieznajomości kultury i kulturowych odniesień. Że kończ, waść, wstydu oszczędź (i to wezwanie naprawdę nie jest fascynacją śmiercią, tylko wyrazem opadu szczęki czytelnika) i sprawdź, czy cię nie ma z drugiej strony drzwi.

Ale skandalem zupełnym jest to, dlaczego szanowna kuria to robi. Bo co może osiągnąć? Czy takie listy spowodują napływ ludzi do Kościoła, co teoretycznie jest ich celem? Raczej wprost przeciwnie. Po prostu kuria robi to, bo może. Ma pozwolenie na walkę o dusze takimi subtelnymi metodami:

Ks. Adam Spałek, diecezjalny wizytator katechizacji, przesłał naczelnikowi wydziału oświaty w Zabrzu opracowanie „Niebezpieczne przesunięcia kulturowe”. Prosił, by trafiło do wszystkich szkół w mieście. Naczelnik Andrzej Gąska życzenie duchownego spełnił. – Nie wnikałem w treść. Po prostu spełniłem prośbę – mówi.

Tak zwyczajnie, po prostu spełnił prośbę. Naczelnik wydziału oświaty. Przejaw kompetencji zapierający dech. Jak i ta wypowiedź dyrektorki, która musi omówić, no musi, inaczej się udusi:

Elżbieta Maciążek, dyrektorka Gimnazjum nr 12 w Zabrzu nie ukrywa, że pismo z kurii mocno ją zaskoczyło. Na razie nie zamierza wprowadzać zaleceń kurii w życie. – Musimy to spokojnie omówić na radzie pedagogicznej. Myślę jednak, że nasi uczniowie wiedzą co czytają i nie przyjmują tego wszystkiego bezkrytycznie – mówi.

W sumie można by to było w tym momencie zostawić, stwierdzając, że po raz kolejny któraś kuria ośmieszyła się samodzielnie, a którzyś urzędnicy zaprezentowali swoje wybitne kompetencje. A wszystko to razem naturalnie nie będzie miało żadnych następstw w ukochanym kraju, bo jak.

Ale uderzył mnie jeszcze ten malutki i całkiem nieźle utopiony w słodkich słówkach fragment o Harrym:

Dziecku trzeba czasem przypomnieć, że to fikcja i nie warto jej traktować poważnie.

Nie traktować poważnie?

Przyznam, że nie rozumiem, jak można Harry’ego nie traktować poważnie. Rozumiem, że ktoś nie lubi tych książek, że ktoś nie lubi książek tego typu w ogóle, że nie leży mu język, nie podobają się tłumaczenia, i tak dalej. Ale żeby tej książki nie doceniać? Przecież ona przystępnie (oczywiście dla odpowiedniego wieku) i zupełnie bez dydaktycznego smrodku i zadęcia mówi wyraźnie o tak poważnych sprawach, że nie sposób tego zlekceważyć. Bo co my tam mamy, w otoczce różdżek, smoków i horkruksów?

Z jednej strony – problem totalitaryzmu, rasizmu, polityki czystej krwi – wszystko bardzo detalicznie zarysowane w niemal całym cyklu. Szmalcownictwo (ostatni tom). Uczciwość i wiarygodność prasy (Rita i Żongler). Uprawianie polityki na wysokim szczeblu (to, co wyrabia Knot) oraz na tym niższym (Slughorn). A nawet niebezpieczeństwo uciekania w świat rojeń i fantazji (zwierciadło Ain Eingarp).

Z drugiej strony lojalność i wierność przyjaciołom, aż do poświęcenia siebie – nawet z dobrowolnym narażeniem własnego życia dla dobra innych (Ron pierwszej części, Harry ratujący Ginny, Harry i Cedrik w labiryncie, Harry wyrywający się na pomoc Syriuszowi, Zgredek i Stworek, itd.). Miłość i oddanie rodziców względem dzieci oraz dzieci względem rodziców i opiekunów (rodzice Harry’ego, Weasleyowie, Neville, rodzice Hermiony). Uczucia, ale i skomplikowane sytuacje w rodzinach, a nawet próby z nich wybrnięcia (Harry i Dursleyowie, rodzina Malfoyów, Barty Crouch senior i Barty Crouch junior).

A jednocześnie sensowne i wynikające z dojrzewania podważanie autorytetów, nie tylko tych „złych” (Umbridge), ale i tych „kochanych”, których kocha się nadal po tym podważeniu (ojciec Harry’ego, Dumbledore). Zdrowy bunt i branie spraw we własne ręce tam, gdzie ma to sens (bliźniaki Weasley vs. Umbridge czy Hermiona vs. Trelawney). Wierność przyjętym zasadom (Turniej Trójmagiczny). Odwaga i poświęcenie aż do zaparcia się samego siebie, a także odpowiedzialność za własne czyny (wspaniały, skomplikowany Snape). Dobroć, współczucie, altruizm, miłosierdzie, niechęć do zabijania i niszczenia nawet wroga (Lily, wieczne Expelliarmus Harry’ego, Glizdogon, pożegnanie Harry’ego i Dudleya, czy Draco i Harry oraz Narcyza w ostatnim tomie).

Aż po kwestie nastolatkowe – popularność i bycie trędi wśród rówieśników, zazdrość i współzawodnictwo (Ron), czy kłopoty wieku dojrzewania i problemy z płcią przeciwną.

A wszystko to przedstawione strawnie i bez nachalnego pouczania, co nie znaczy, że obojętnie. To jest mało? Jak na pozycję popularną, pobłażliwie uważaną za książeczką dla dzieci, fantasy? Fikcję, więc nie trzeba jej traktować poważnie? Jasne, że jeśli ktoś zatrzyma się na pierwszym i drugim tomie, to może mieć wrażenie, że całość będzie taka raczej prosta i nieskomplikowana, a i język jest nieco drewniany. Ale nie rozumiem, jak można odrzucać całość.

No chyba, że się książki nie zrozumiało i nie poświęciło jej ani chwili refleksji. Albo i w ogóle nie czytało, co, zdaje się, jest zjawiskiem spotykanym dość często wśród krytykujących. Może więc warto najpierw przeczytać, a potem akceptować czy krytykować. I mówię to ja, część tego samego Kościoła, nieprawdaż, a co se bede żałować.

Idzie rak, nieborak, jak poliżesz, będzie znak

ResearchBlogging.org
Już jakiś czas temu ukazały się dość alarmujące doniesienia, skwapliwie zresztą podchwycone przez prasę popularną i portale internetowe, że skutkiem seksu oralnego może być rak. Odniosłam się tylko zwięźle do tegoż odkrycia, w tej apetycznej notce (no ale tam było tyle ładnych zdjęć, że nikt nie zwracał uwagi na inne rzeczy), jednak mam ochotę napisać dzisiaj więcej nieco o tych doniesieniach, tym bardziej że nie tylko o samego raka mi chodzi, ale i o reakcje odbiorców tych wiadomości.

Więc po pierwsze primo będzie o częściach ciała.

Otóż krtań zazwyczaj nie bywa przełykiem, a i część ustna gardła znajduje się w innym zgoła miejscu niż wymienione. Naturalnie, że to, co piszę, wygląda na zwykłe czepianie się i nadmierną akuratność, ale postaram się pokazać, że odróżnienie nogi od ręki ma zasadnicze znaczenie w tym wypadku. Bo tzw. nowotwory głowy i szyi (head and neck cancers) lubią być bardzo różne, lubią różnić się od siebie miejscem występowania właśnie (mimo, że wszystko to jest z grubsza ta sama okolica), lubią różnić się mechanizmami powstawania i lubią różnić się epidemiologią. Ważne jest więc ustalenie na samym początku, o których to tak naprawdę rakach, w kontekście ich rozpasanego powiązania z niektórymi lubieżnymi praktykami seksualnymi, mówimy.

Po drugie więc primo skupmy się na rakach. A może zresztą najpierw na języku, będzie przyjemniej.

Język można podzielić na dwa regiony: część główną, która należy do jamy ustnej, oraz nasadę, którą zalicza się już do tzw. części ustnej gardła (oropharynx). Ogólnie rzecz biorąc, rak kolczystokomórkowy jamy ustnej (oral cavity squamous cell carcinoma, OCSCC) związany jest z paleniem papierosów i piciem alkoholu, i występuje częściej u mężczyzn, niż u kobiet (za chwilę sobie to dokładniej omówimy). Liczba przypadków tego typu raków spada. Za to narasta liczba przypadków innego raka, mianowicie raka kolczystokomórkowego części ustnej gardła (oropharyngeal squamous cell carcinoma, OPSCC), który dotyczy głównie podstawy języka oraz migdałków  – i to też zaraz przybliżę. W dodatku częstość jeszcze innego rodzaju nowotworu głowy i szyi – raka części ustnej języka (oral tongue squamous cell carcinoma, OTSCC) także rośnie, ale zjawisko to związane jest z inną populacją ludzi i najprawdopodobniej z innymi mechanizmami molekularno-biochemicznymi.

Dobra, to jak już nam się dokumentnie pomyliły te wszystkie OCSCC, OTSCC i OPSCC, zaczniemy teraz od troszkę innej strony (no i wreszcie będzie o seksie oralnym… kiedyś, może).

Nowotwory głowy i szyi biorą swój początek najczęściej z błon śluzowych jamy ustnej, gardła (części ustnej, nosowej, krtaniowej), krtani i zatok. Histologicznie nowotwory te są zwykle rakami kolczystokomórkowymi, od dobrze zróżnicowanych rogowaciejących do niezróżnicowanych bez rogowacenia. Wzrost liczby raków części ustnej gardła (OPSCC) był (i jest) dość widoczny w ostatnich latach (na przykładzie badań amerykańskich), a dotyczy głównie osób w wieku od 40 do 55 lat, przede wszystkim białych mężczyzn. W odróżnieniu od pacjentów z innymi head and neck squamous cell carcinomas (HNSCC), mężczyźni ci zazwyczaj nie palili i nie pili zbyt dużo. Za to w próbkach ich raków wykrywano DNA papillomawirusów (HPV).

Nowotwory głowy i szyi to nie jest takie byle co. Wśród nowotworów w ogóle są na szóstym miejscu na świecie pod względem częstości; szacuje się, że co roku choruje na nie ponad pół miliona ludzi, a ponad trzysta tysięcy umiera. Dopiero stosunkowo niedawno stwierdzono z pewnością, że właśnie zakażenie wirusami brodawczaka jest często z nimi związane. W dodatku w podgrupie tych nowotworów, a dokładniej w grupie tzw. związanych z HPV raków głowy i szyi (HPV-associated HNSCC), przyczyną ponad 90% z nich jest typ 16 (HPV-16) – ten sam, który z dużą częstością odpowiada za powstawanie raka szyjki macicy i przenosi się przez seks.

Czynnikami sprzyjającymi rozwojowi wielu HNSCC były i są: alkohol, palenie, marna higiena jamy ustnej oraz predyspozycje genetyczne. W tej chwili uważa się powszechnie, że jeśli mówimy o rakach części ustnej gardła, to najgłówniejsiejszym czynnikiem etiologicznym są tutaj ludzkie papillomawirusy. W USA około 40-80% OPSCC powodowanych jest przez HPV, w Europie rozrzut jest trochę większy.

Skupmy się więc w tej chwili – po trzecie primo – tylko na raku części ustnej gardła, bo to o nim tak naprawdę jest mowa w kontekście HPV i przenoszenia drogą płciową.

Powtórzmy najpierw raz jeszcze – liczba przypadków HNSCC maleje. W ogóle. Ma to związek ze zmniejszającą się liczbą osób, które palą. Natomiast w tym samym momencie obserwuje się wzrost liczby OPSCC. Wzrost ten obserwowany jest szczególnie w grupie młodych, białych, niepijących i niepalących mężczyzn, i zjawisko to potwierdzono w USA, Szwecji, Holandii i Wielkiej Brytanii (w Szwecji było nieco bardziej wyjątkowo, bo tam wzrost dotyczył i mężczyzn i kobiet oraz był nadzwyczajnie duży). OPSCC, w odróżnieniu od OCSCC, związany jest z obecnością zakażenia HPV, i to HPV głównie tego typu, co to lubi się przenosić przez seks. Nie jest to tylko kwestia wykrywania (choć w części pewnie też), związany z HPV OPSCC wykrywany jest także (w 10-30%) u nałogowych palaczy i pijących.

Rak części ustnej gardła jest po prostu konkretnym rodzajem nowotworu głowy i szyi, którego czynnikiem etiologicznym jest wirus HPV. I uważa się, że w chwili obecnej mamy do czynienia z epidemią.

Ponieważ HPV lubi takie miejsca jak tkanka migdałków, OPSCC umiejscawia się właśnie tam (a nie na przykład w jamie ustnej). Mechanizm jego powstawania jest klasycznie taki, jak w przypadku innych procesów nowotworowych powstających pod wpływem HPV. Z grubsza biorąc – E6, jedna z onkoprotein wirusa wiąże się z białkiem p53 (supresorem nowotworowym) i powoduje jego niszczenie, co prowadzi do niekorzystnych zmian w genomie komórki. Druga z kolei onkoproteina HPV, E7, wiąże się i niszczy inny supresor, RB, czego skutkiem jest rozregulowanie cyklu komórkowego i transformacja nowotworowa (a z drugiej strony, inaktywacja RB prowadzi do stymulacji innego supresora – p16). To wszystko jest specyficznym działaniem wirusa HPV, mechanizmem odrębnym od tych, które zachodzą przy okazji powstawania innych raków głowy i szyi (w tych wypadkach mamy do czynienia z mutacją genu białka p53 oraz zahamowaniem p16).

Są także i inne różnice między rakiem związanym z HPV, a innymi rakami okolicy głowowo-szyjnej. Między innymi: te pierwsze występują u osób młodszych, te drugie – u starszych. W tych pierwszych rokowania są lepsze, w tych drugich gorsze. Te pierwsze lepiej się leczą, gorsza reakcja na terapię występuje w drugich. Czynnikami ryzyka w tych pierwszych są określone zachowania seksualne, w tych drugich – alkohol i papierosy. Natomiast podobne jest to, że na oba częściej (plus minus trzykrotnie) zapadają mężczyźni. Tak naprawdę zresztą nie wiadomo, dlaczego. Mowi się na przykład o słabszej reakcji męskiego układu immunologicznego na zakażenia, a także o tym, że wirusów HPV jest zwyczajnie więcej w tkankach żeńskiego układu rozrodczego (wirusy kochają szyjkę), niż w tkankach penisa, więc i o zakażenia seksualne łatwiej w tym kierunku, niż w odwrotnym.

A w ogóle to o te zachowania seksualne poszło. Bo wyraźnie widać, że seks oralny jest mocno związany z OPSCC. Im więcej partnerów, z którymi uprawia się taki rodzaj seksu, tym ryzyko raka wyższe. Warto jednak dodać, że rak ten wykrywany jest i u osób, które deklarują niewielką liczbę partnerów, a nawet u takich, które twierdzą, że nigdy nie uprawiały seksu oralnego. Tak więc seks oralny jest niewątpliwie czynnikiem ryzyka w tym wypadku, ale jego brak nie wyklucza diagnozy.

Podsumujmy więc po czwarte primo – czy sens mają alarmy pod tytułem, że seks oralny jest śmiertelnie niebezpieczny? Yyyy… tak sobie, bo w ten sposób to w różnych kontekstach wszystko może być śmiertelnie niebezpieczne. Natomiast warto zdawać sobie sprawę z paru kluczowych rzeczy: od pewnego czasu wiadomo, że istnieje rak, umiejscowiony w części ustnej ludzkiego gardła, wywoływany przez wirusy HPV (a niewiązany z paleniem papierosów). I że tego raka jest coraz więcej i więcej. Ponieważ wirusy te lubią seks i chętnie zeń korzystają, żeby gnębić ludzi, to praktykowanie seksu oralnego jest w tej sytuacji obarczone sporym ryzykiem.

Ach, i na koniec, skoro gdzieś tam u góry wspominiałam o innych częściach ciała, warto dodać, że HPV wiązany jest oczywiście z innymi nowotworami. Te w okolicy genitalnej są znane. O krtani też się mówi. Natomiast co do przełyku, to naukowcy – na razie przynajmniej – odpowiadają niemal jak rycerze mówiący NI. Podobnie jest zresztą z rakami ustnej części języka – ich liczba także ostatnio rośnie, tym razem, ciekawostka, szczególnie u młodych białych kobiet, ale choroba ta najprawdopodobniej mało ma wspólnego z zakażeniem HPV.

A po piąte primo na koniec…

Po piąte primo, to dla tych, którzy dotrwali do końca, będą takie bardziej pozanaukowe refleksje. Portalowe marudzenia na temat śmiertelnie niebezpiecznego seksu oralnego budzą mój niesmak. Gdyż mam wrażenie, że podniecają się tym wszystkim głównie mężczyźni, i to bynajmniej nie z powodów prozdrowotnych. Raz, jak pewien miły poświęcony portal, który również napisał o tej sprawie, od razu wyciągają w dyskusji dwunastoletnie dziewczynki. Bo to dziewczynek najwyraźniej wina, że tylko 2% młodzieży używa gumek przy oralach. I w ogóle wszystko przez te małe dziwki, całe to zepsucie, wyuzdany seks oraz sodomia z gonoreą (prawie nomen omen). A druga reakcja jest jeszcze wyraźniejsza, niezależnie chyba zresztą od światopoglądowej opcji. Nie zdziwiłabym się, gdyby to kobiety siadły i zapłakały: och, musimy z moim Franiem zacząć używać dental dam, czy czegoś w tej podobie, coby biedaka jakimś paskudztwem nie zarazić. Za objaw rozsądku uznałabym podobną myśl (tyle, że na temat albo gumek, albo ewentualnie, jak chce ten sam poświęcony portal, na temat wstrzemięźliwości, czystości i jednego partnera – co komu w duszy gra). Ale nie, obawy męskie są raczej pod hasłem: no to teraz i orala nie będzie można, świat się kończy! Już się nie doproszę, żeby moja Ziuta wzięła do buzi. Ewentualnie: ja tam jestem bezpieczny! (bo panu nie przyszło do głowy, że ten oral to w dwie strony może działać). A takie były dobre czasy, kiedy laski traktowały laskę jako taką zabawę od niechcenia, do zrobienia gdzieś w toalecie, a nie jako seks – i komu to przeszkadzało, no komu?

Zapewne fajnie jest fantazjować o głębokich gardłach, facialach, houdinich czy wściekłych smokach. Ale miło by było, żeby niektórzy panowie przestali tupać nóżkami, że im się zabawkę zabiera, a uświadomili sobie raczej, że oral to też jest seks (to zresztą dotyczy obu płci). Wiążący się z rozmaitymi konsekwencjami. Czynność z partnerką lub z partnerem, o których można czasem pomyśleć w kontekście bezpieczeństwa. Bo jak na razie, to wirusy patrzące na to wszystko na pewno nie współczują im powyższych dylematów. Mówią co najwyżej, żeby ktoś wypłakał im tako rzeke oraz radośnie się przystosowują.

Mnóstwo ciekawych informacji można znaleźć tutaj:
1. Marur, S., D’Souza, G., Westra, W., & Forastiere, A. (2010). HPV-associated head and neck cancer: a virus-related cancer epidemic The Lancet Oncology, 11 (8), 781-789 DOI: 10.1016/S1470-2045(10)70017-6
2. Marklund, L., & Hammarstedt, L. (2011). Impact of HPV in Oropharyngeal Cancer Journal of Oncology, 2011, 1-6 DOI: 10.1155/2011/509036
3. Patel, S., Carpenter, W., Tyree, S., Couch, M., Weissler, M., Hackman, T., Hayes, D., Shores, C., & Chera, B. (2011). Increasing Incidence of Oral Tongue Squamous Cell Carcinoma in Young White Women, Age 18 to 44 Years Journal of Clinical Oncology, 29 (11), 1488-1494 DOI: 10.1200/JCO.2010.31.7883
4. Zhang D, Zhang Q, Zhou L, Huo L, Zhang Y, Shen Z, & Zhu Y (2010). Comparison of prevalence, viral load, physical status and expression of human papillomavirus-16, -18 and -58 in esophageal and cervical cancer: a case-control study. BMC cancer, 10 PMID: 21108842
5. Stone N, Hatherall B, Ingham R, & McEachran J (2006). Oral sex and condom use among young people in the United Kingdom. Perspectives on sexual and reproductive health, 38 (1), 6-12 PMID: 16554266