czepiam się, czytanki, śmieszne

Być kobietą (ale jaką?), czyli tęsknoty męskiej duszy

Więc umarłam dzisiaj ze śmiechu. Wiem, nie powinnam zaczynać od „więc„, ale te książki i ich recenzje są takie cudne :-) .

Najpierw o kobietach:

[…] Kobieta od zarania dziejów ma tworzyć ognisko domowe. Trudno w dzisiejszych „pomylonych” czasach wymagać od mężczyzny, by umiał stworzyć taką atmosferę domową jaką naturalnie, czasem bezwiednie, tworzy kobieta.[…]

Skoro kobieta bezwiednie, to od mężczyzny rzeczywiście trudno wymagać.

[…] Kobieta ze swej natury powinna wpływać na otoczenie swoją postawą, dobrocią, miłością… Kobiecie nie przystoi agresywność czy kłótliwość.[…]

W ogóle nie wiem skąd przypuszczenie, że kobiety bywają agresywne? Może tylko wtedy, kiedy czytają takie bzdety?

[…] Kobieta nie rządzi, lecz panuje (jak mawia się o angielskiej królowej). Gdy kobieta zaczyna gonić mężczyznę w „równouprawnieniu” (to takie brzydkie słowo, że musi byc w cudzysłowie), wtedy gubi to, co posiada najpiękniejszego

… i cóż, i cóż to takiego jest?

 – swoją kobiecość.[…] Proste jak kółko z drutu.

 […] Kiedy tymczasem kobiety obdarzone są przez Stwórcę łaskami nie danymi mężczyznom, m.in. łaska macierzyństwa.[…]

A tymczasem mężczyźni łaską ojcostwa.

[…] W świecie zauważamy elementy żeńskie oraz męskie, jak chociażby:

zaczynam się rumienić, zastanawiając się, jakież to elementy męskie widzę w świecie, ale chodzi o

nazwy miast. […] Że też nie przyszło mi to do głowy.

[…] Morze kojarzyć się będzie z kobietą, a góry z mężczyzną.[…]

Bo, jak wiadomo, jest ta góra i ta mężczyzna. Oraz to morze i …. ta kobieta, co chyba nie morze (może)… eee, chyba się zgubiłam.

[…] Podobnie w życiu (podobnie do czego?) – mężczyznę trzeba zdobywać niejako „wspinając się”, a kobietę – będąc przy niej. […]

No, teraz to już się zdecydowanie rumienię. Wspinając się na palcach…

[…] Chłopak szuka w dziewczynie prawdy w sposób intelektualny – poszukując dowodów jej miłości. W płci pięknej pociąga go dobroć. Z kolei kobieta ma intuicję, dzięki której potrafi zawierzyć temu, co czuje. […]

Bardzo nowatorskie podejście do „dowodu miłości”. Oraz do tego, co pociąga i co to jest intuicja. Człowiek się całe życie uczy.

[…] Dlaczego kobiety w Kościele są „zmęczone”? Dlaczego po cichu marzysz o przeżyciu czegoś wzniosłego, przygody romansu? Z dala od codziennej rutyny i pracy od rana do wieczora. Pracy, za którą nie jesteś doceniana i nikt Ci nie dziękuje. Przecież Bóg nie powołał kobiety do tego, aby była zmęczona, ale powołał je do miłości. […]

No przecież.

[…] Dlaczego tak wiele kobiet ucieka w romans z serialami albo pracą zamiast romansować z Bogiem? […]
[… ] Z kim powinna nieustannie romansować kobieta? […]
[…]„W jaki sposób Boża kobieta mogłaby rzeczywiście być pewna siebie, bulwersująca i piękna, nie robiąc jednak z siebie wściekłej feministki albo niebezpiecznej, wymagającej uwagi i budzącej emocje bezwstydnicy.”[…]
[…] Współczesny model kobiecego piękna zamyka się w ciągu „magicznych” liczb 90, 60, 90. Co w takim razie z kobietami, które nie mieszczą się w tym kryterium? Czy one jeszcze mają po co żyć? A może jedyną sensowną rzeczą, jaką mogą ze sobą zrobić, to zaangażować się w walkę w obronie praw kurczaków, bądź zapisać się do ruchu feministycznego.[…]

No faktycznie, co ja biedna zrobię, po co mam żyć? Jedyne, co mi pozostało, to zapisać się do ruchu feministycznego i zostać wściekłą feministką.
I te ogarnienia. Kocham żołnierza, który rozpierzchł się po polach, ale kobieta powinna, kobieta jest – wszystkie mają tak samo?

[…] Każda dziewczynka zadaje podstawowe pytanie: „Czy jestem śliczna? Czy się mną cieszysz?”.[…]

To przestało być zabawne…

[…] W części omawiającej miejsce kobiety w małżeństwie (akceptacja siebie jako żony) autorka stawia nacisk na fakt, by w tej nowej sytuacji żona pamiętała, iż najważniejszą osobą na świecie od momentu ślubu jest dla niej jej mąż. Nie rodzice, nie dzieci, ale mąż! Jest to ważne zwłaszcza wtedy, gdy pojawia się dziecko, a szczególnie pierwsze.[…]

Bo kolejne, to już eee tam…

[…] W tym kontekście dotyka jednego elementu, istniejącego we współczesnym świecie, a mianowicie dylematu: macierzyństwo czy praca zawodowa. Autorka dzieli się swoimi przekonaniami na ten temat (jakie jest najważniejsze i najpiękniejsze zadanie życiowe kobiety),wypracowanymi przez własne doświadczenie (ponad 10 lat czekali razem z mężem na poczęcie pierwszego dziecka). Tym mocniejszym jawi się więc ten głos, pewny co do tego, iż najważniejszym zadaniem kobiety jest macierzyństwo.[…]

I dlaczego Lenin?

 

O mężczyznach też będzie:

[…] Choć dla wielu osób jest to trudne do przyjęcia, najbardziej typową potrzebą „słabej płci” jest potrzeba czucia się bezpieczną.[…]

Znowu- ekspert wie, co czują wszystkie kobiety.

[…] Fundamentalnym pragnieniem mężczyzny jest z kolei: otrzymywać czułość i oznaki pełnego przywiązania ze strony kobiety. […]

Najpierw wspinanie się, teraz bondage. Coraz ciekawiej się robi…

[…]Mężczyzna, mąż […] chce sprostać zadaniu bycia głową rodziny. Jego przedłużeniem własnej osobowości jest praca, co kobieta powinna doceniać i akceptować. […]

O przedłużaniu to ostatnio dostaję takie dziwne maile…

Ale myślę, że kobiety rzeczywiście mogą to docenić. To przedłużanie znaczy.

[…] Czy mężczyzna chrześcijanin powinien być spokojnym i miłym facetem, który co tydzień chodzi do kościoła? Nie przeklina, nie pije, jest posłuszny żonie… Czy taką rolę w życiu przewidział dla mężczyzn Bóg?[…]

Nie, no skąd? W żadnym wypadku.

[…] Wydaje się, że ludzie zapomnieli, że Bóg to nie tylko kochający Ojciec, ale także „zapalczywy w gniewie” wojownik. Ten, który zatopił wojska faraona i ten który zniszczył deszczem siarki i ognia Sodomę i Gomorę Ten, który utopił wszystkich ludzi na ziemi, pozostawiając tylko Noego i jego rodzinę.[…]

To jest pomysł na życie! Czyż nie klawe wzorce postępowania daje mężczyznom religia?

[…] Jezus to nie tylko ”baranek na rzeź prowadzony”, ale też ten, który powywracał stoły kupców w świątyni. Zrobił to używając siły i nie przebierając w słowach. […]

Niech siła będzie z tobą. Nie przebierając.

[…] Kościół i Bóg oferują mężczyźnie coś podobnego, możliwość przeżycia przygody, w której będzie mógł potwierdzić swoją wartość, siłę. Bo to z braku prawdziwych mężczyzn świat dziś staje na głowie.[…]

No, nie mówiłam, że klawe wzorce? I możliwość przygody. Bo inaczej staje. Świat na głowie.

[… ] a kiedy się żenią, zrzucają największe obowiązki na swoje żony, bo nie potrafią być głową rodziny. Paradoksalnie dużą „zasługę” w takim stan rzeczy mają same kobiety przez swoje… ale o tym przeczytasz w książce.[…]

Zrzucają obowiązki, bo robią tak, jak ich nauczono – nie będą przecież miłymi, spokojnymi facetami. Poza tym, to i tak wina kobiet.

 […] Wizja mężczyzny, którą przedstawia autor książki „Dzikie serce” John Edlegre, to wizja wojownika szukającego wyzwań, w których mógłby się sprawdzić. Mężczyzny, który chce stoczyć bitwy (który z chłopców nie marzy o zwycięstwie w podwórkowej szarpaninie…),[…]

no który?

[…] pragnącego przygody (o tym nie trzeba przekonywać) i chcącego uratować „księżniczkę” z nieszczęścia. […]

Księżniczka w nieszczęściu to nie ta wściekła feministka, 120, 120, 120? Nie? A już miałam nadzieję… :-(

[…] Dlaczego kobieta nie jest w stanie wychować syna na mężczyznę?[…]

Samotne matki synków – przepadło, możecie się nie starać, i tak się nie uda.

[…] Czego tak naprawdę szuka mężczyzna, który poświęca się bez reszty pracy albo ma kochankę?[…]

Zaczęłam zastanawiać się, czego tak naprawdę szuka mężczyzna w kochance. Dobrze mi szło, szczególnie po tych wszystkich wspinaniach się i przywiązywaniach, ale mąż zaczął domagać się przygody, w której mógłby potwierdzić swoją wartość. Uległam więc, w końcu mąż jest najważniejszy.

[…] Jakie wyłącznie męskie cechy są najbardziej potrzebne w dzisiejszym świecie?[…]

Ciekawość – jakież to są te wyłącznie męskie cechy? Mąż mój, po potwierdzeniu swej wartości, natychmiast odpowiedział rzucając krótkie słowo zakończone na literę j, ale to dlatego, że on nie czerpie z dobrych wzorców.

[…] W jaki sposób już w szkole próbuje się uśpić nasze męskie instynkty, których potrzebujemy, aby być mężczyznami, mężami i ojcami?[…]

Pewnie próbując powstrzymywać nas przed podwórkowymi szarpaninami. A one są tak niezbędnym treningiem, aby zostać mężem i ojcem.

[…] Książka powstała z myślą o tych, którzy pragną przezwyciężyć swój homoseksualizm, ale przekazuje także wiele prawd ogólnych dotyczących akceptacji i rozwoju męskiej tożsamości. Autor proponuje nam przejście przez kolejne etapy rozwojowe dorastania do męskości, bez dróg na skróty. Jeżeli nie uczyniliśmy tego, będąc chłopcami, musimy zrobić to w wieku dojrzałym. […]

Nic to, jak mawiał pan Michał.

[…] Czym zatem jest homoseksualizm? Według autora jest on pewnym istotnym brakiem (tzw. „pustka płci”), rodzajem emocjonalnej niedojrzałości. Osoby borykające się z tym problem w którymś momencie swojego życia, jeszcze w okresie adolescencji, zrezygnowały z uczestnictwa w świecie dojrzałych mężczyzn i w głębi duszy pozostały małymi chłopcami. Nie dorośli po prostu do bycia mężczyzną. Następnie ich zachwiana tożsamość połączona z poczuciem niespełnienia przerodziła się w obsesyjną potrzebę męskości, a ta z kolei uległa erotyzacji. Teraz muszą wyruszyć niejako w drogę powrotną i na nowo wywalczyć sobie wewnętrzną spójność i dojrzałość.[…]

Wszystko jasne. Panowie homoseksualiści – brać się do roboty! Dojrzewać, dorastać, odchwiewać tożsamość, pozbywać się erotycznej potrzeby męskości, wyruszać i wywalczyć sobie. I już. 

A panie lesbijki? Też nie dorosły do bycia mężczyzną?

(Cytaty pochodzą z notek o i recenzji następujących książek: Kobieta boska tajemnica o. Joachima Badeni i Judyty Syrek, Urzekająca. Odkrywanie tajemnicy kobiecej duszy Johna Eldredge’a i Stasi Eldredge, O kobiecości Jadwigi Pulikowskiej, Sztuka bycia razem Cecila G. Osborne’a, Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy Johna Eldredge’a oraz Podróż ku pełni męskości Alana Medingera, zamieszczonych na tej stronie.)

coś dobrego, czytanki, moja Ameryka, okołoreligijnie

Moje rozważania wielkopiątkowe

Washington Post informuje dzisiaj, że różne organizacje, stowarzyszenia oraz firmy zaczynają przegrywać swoje krucjaty, opierające się na przekonaniach podobno religijnych, przeciwko civil rights – w tym wypadku przeciwko prawom osób homoseksualnych do robienia tego samego, co heteroseksualiści. Przegrywają głównie finansowo, za odmowę zrobienia zdjęć na uroczystości pary tej samej płci, za odmowę zabiegu medycznego czy porady psychologicznej – uderzenie po kieszeni, jest widać, najlepszą metodą wprowadzenia cywilizowanych zasad rządzących społeczeństwem. Brutalne, ale prawdziwe. A zmiana mentalności przyjdzie później. Albo i nie przyjdzie, ale amerykańskie prawo podchodzi do tego racjonalnie i z lekka cynicznie – nieważne, w co wierzysz sobie w domu. Nie wolno ci jednak postępować wbrew temu prawu, nawet jeśli zachowujesz swoje przekonania. Moim zdaniem, ważniejsze nawet jest to (bo prawa mogą być głupie), że nie wolno ci postępować wbrew ludziom i krzywdzić ich ze względu na swoje przekonania. Twoja wolność kończy się tu, gdzie zaczyna się inny człowiek.

Swoją drogą, czytając takie teksty, zawsze zadaję sobie (krańcowo naiwne, tak, tak) pytanie: a cóż to za religijne przekonania mają ci ludzie, że postępują tak, jak postępują? Oczywiście wiadomo, o jaką głównie religię, czy ewentualnie jakie jej odłamy, chodzi. Pytanie pozostaje. Gdzie jest w chrześcijaństwie miejsce na brak miłości bliźniego? Gdzie jest miejsce na szykanowanie, niechęć, brak szacunku do innego człowieka? Czy my naprawdę jesteśmy wyznawcami tego samego – ja i ci ludzie?

Wspominam sobie moją ostatnią rozmowę z M. M. pracowała u nas dwa lata, teraz odchodzi, przeprowadza się. I myśli z G., swoim facetem, o małżeństwie. Powiedziała mi, że nie wie, w którym stanie wziąć ślub. No bo Kalifornia odpadła jakiś czas temu. Może Vermont? A może jednak DC? Jeszcze okaże się, że będą musieli sporo się najeździć. Oboje zdecydowali, że pobiorą się tylko tam, gdzie także geje i lesbijki mają prawo zalegalizować swoje związki. M. jest katoliczką. A na ślubie będą oczywiście rodziny państwa młodych. Zapytałam ją, co jej rodzice na taki motyw wyboru miejsca zawarcia związku małżeńskiego. Powiedziała mi, że rodzicom nie powie. Oni są tak very catholic, że nie przełknęliby tego.

Very catholic versus katoliczka. Rozum nie jest w stanie tego ogarnąć ;-) .

I oglądam sobie odcinek pewnego ładnego i miłego serialu. Może czasem niezbyt wysokich lotów, czasem z ogromnymi uproszczeniami, jak to seriale mają w zwyczaju. Dzisiejszy odcinek jest jednak inny. Opowiada o miasteczku, w którym właśnie mają być uroczyste obchody upamiętniające Civil Rights Movement, a jako gość honorowy pojawia się Rosa Parks. Patrzę wzruszona na tę niedużą, uśmiechniętą staruszkę, bo Rosa Parks gra samą siebie, i myślę, że wtedy było tak samo. Wtedy, kiedy nie ustąpiła miejsca w autobusie, też przecież postąpiła przeciw religious principle wielu ludzi. Niektórzy nawet takie zasady kultywują do dziś. Trochę jednak to się zmieniło i zmienia. Oczywiście, rasizm istnieje, trzeba być ślepym, żeby tego nie widzieć. Ale poglądy rasistowskie, przynajmniej wśród osób cywilizowanych, których nawet w Stanach nie brakuje :-) , nie są już czymś, czym można się chwalić publicznie.

Dzięki Bogu za poprawność polityczną więc. Mam nadzieję, że chociaż ona, razem z biciem po kieszeniach, zmieni przynajmniej kawałek świata. I również homofobia czy seksizm nie będą czymś, z czego można będzie być dumnym.

czytanki, okołoreligijnie, śmieszne

Kobiecą duszę łamiemy kołem

Przeczytałam to i zaczęłam się zastanawiać, czy dzisiaj jest Prima Aprilis? Czy to wszystko tak na poważnie? Potencjał badań naukowych prowadzonych w Watykanie zaiste mnie zaskoczył. A może zająć się wreszcie na serio liczeniem czegoś tam na czubku szpilki? Albo nawet czymś pożyteczniejszym? Żeby zabić nudę? Bo wyraźnie widać, że niektórym bardzo się nudzi.

A, i tak na marginesie – ja to chyba powinnam odświeżyć sobie znajomość angielskiego. To tłumaczenie  jest piękne ;-) .

czytanki, okołoreligijnie

Czy seks oralny jest moralny?

Odpowiedź tutaj: http://tygodnik.onet.pl/sporniak.blog.onet.pl,363116104,blog.html

[…] O. Ksawery Knotz nie ma nic przeciwko, pod warunkiem, że seks oralny podejmowany jest w ramach gry wstępnej. […] Umarłam :-) . Ale potem ucieszyłam się szalenie, że ojciec Ksawery nie ma nic przeciwko. To duża ulga, doprawdy :-) . A tak na marginesie, czy tylko mnie jakoś tak lekko zniesmacza, że zakonnik wypowiada się o takich szczegółach? W sumie jednak, nic co ludzkie nie jest nam obce, i whatever floats your goat, mate :-) .

czepiam się, czytanki, okołofeminizmowo

Mizogin Lem – część trzecia

Pomarudziłam już o braku kobiet u Lema, o jego strachu przed nimi i szowinizmie – zostało mi tylko popastwić się nad scenami erotycznymi w jego książkach. Scenami, które są charakterystyczne, bo także, i to bardzo mocno, pokazują stosunek pisarza do kobiet. Pierwsza z nich znajduje sie na samym końcu „Szpitala Przemienienia” i dla mnie jest to chyba najbardziej żenująca i obrzydliwa scena seksu w literaturze. (Może zresztą dlatego, że nie chcę zastanawiać się nad gorszymi.) W scenie tej kobieta zdegradowana jest do rzeczy dającej mężczyźnie rozkosz. W idiotycznych, stresujacych warunkach ona sama się rozbiera, a on (żeby nie być zanadto wulgarną) między jej nogami znajduje ciepłą, miękką przystań i pocieszenie po trudach życia. Kobieta odpoczynkiem wojownika, jednym słowem. Jej przyjemność nie ma oczywiscie znaczenia, ona się ofiarowuje, po czym macierzyńsko ociera jego łzy. Tu powinna być ikonka wymiotująca, czyli podobno taka: >:-O~~~~~~. Jak słusznie zauważa Jerzy Jarzębski w posłowiu, pani doktor Nosilewska jest tutaj nagrodą od losu dla Stefana Trzynieckiego, czyli głównego bohatera powieści. Bo to oczywiście on przeżywa różne sytuacje, zmaga się ze światem, zadaje pytania, a ona jest tylko od rozłożenia nóg. Warto w tym wszystkim zauważyć, że jest to koleżanka po fachu bohatera, lekarka, czyli teoretycznie powinna być mu równa. Dla Lema jednak nieważne jest chyba to, że kobieta może, tak samo jak mężczyzna, mieć jakieś aspiracje, poglądy, wreszcie zawód czy zainteresowania, a także uczucia czy przeżycia. Kiedy przychodzi co do czego, to on walczy i zdobywa świat, a ona jest mu nagrodą w łóżku.

Być może w ten sposób Lem „karze” takie kobiety, co to ośmielają się być istotami myślącymi, dobitnie pokazując im ich miejsce. Podobnie postępuje z Eri, bohaterką „Powrotu z gwiazd”. Nie jest ona wprawdzie bohaterką główną w ogóle, raczej główną kobiecą, ale przyznać trzeba Lemowi, że przynajmniej w tej powieści opisał wreszcie niemal pełnokrwistą kobietę. Chociaż właściwie, czy na pewno pełnokrwistą? Jak się nad tym zastanowić, pewnie nie przypadkiem Eri jest jedną z głównych postaci w książce, która opisuje zbetryzowany, czyli z definicji pozbawiony wielu uczuć, a tym samym części ludzkiej osobowości, świat. Ponury, szowinistyczny żart pisarza? Być może. W każdym razie sceny erotyczne z Eri w roli głównej wyglądają bardziej na gwałt – kiedy ona się wciąż broni, a on, Hal, wtedy się wycofuje, po czym wraca, cierpliwymi gestami wciąż ją przekonuje, że wszystko jest w porządku, a w końcu ją zdobywa. Eri zresztą przez większą część książki wyraźnie boi się Hala. Na ich pierwszą wspólnie spędzoną noc decyduje się ze strachu – obawia się, żeby Hal nie zrobił krzywdy jej dotychczasowemu partnerowi. Strasznie chore to wszystko, takie jakieś zatęchłe, niesmaczne i  z czającą się, ale dobrze wyczuwaną, przemocą w tle. Na końcu oczywiście bohaterka decyduje się zostać i tworzyć szczęśliwe stadło z facetem, któremu jeszcze niedawno nie mówiła nawet po imieniu, którego praktycznie nie zna i którego chyba do końca nie przestała się obawiać. 

Te sceny erotyczne, historie Eri i doktor Nosilewskiej plus to wszystko, o czym pisałam poprzednio, chyba całkiem wyraźnie pokazuje, że opisy kobiecych postaci, kobiecości, feminizmu u Lema, to nie są wyłącznie jakieś braki warsztatowe pisarza, jego jakaś nieumiejętność wniknięcia w istotę i wiarygodnego opisu postaci przeciwnej płci. Chociaż prawdopodobnie również to. Ale jest to także jego ewidentnie pielęgnowany i prawdopodobnie niezmieniany przez lata mocno lekceważący, pogardliwy i z wyższością stosunek do czegokolwiek związanego z kobietami i kobiecością. Mnie, jako czytelniczce ceniącej Lema jako pisarza w ogóle, stosunek ten bardzo przeszkadza.

czepiam się, czytanki, okołofeminizmowo

Mizogin Lem – część druga

Pierwszą notkę na temat mizoginii Lema skończyłam na strachu przed kobietami w „Opowiadaniach o pilocie Pirxie” i w „Solaris„. Strach ten jest jeszcze wyraźniej widoczny w innych pozycjach pisarza. Zobaczmy, jakie zdanie miał Lem na temat feminizmu i feministek:
[…] bo co przystojniejsze kobiety, zwłaszcza blondynki, szczypałem w zadek. […] O ile się zorientowałem, policzkowały mnie aktywistki womans liberation, zresztą bardzo rzadko, bo przystojnych jest wśród nich tyle co nic.[…] („Pokój na Ziemi„). Miło, choć powiedziałabym, że rzecz gustu. Prawidłowa reakcja prawdziwych pięknych kobiet na szczypanie to oczywiście zachęcajace chichoty? […] O co im właściwie idzie, o tyranię mężczyzn? Nie czułem się tyranem. Nikt się nie czuł. Biada playboyom. Co one im robią? Czy kler też będą porywać? Wyłączyłem radio, jakbym zatrzasnął zsyp śmiecia.[…] Ten zsyp też był bardzo uprzejmy, zupełnie jak beton Pieronka. […] – Wy tam macie w Stanach ognisko tego obłąkanego ruchu – women’s liberation. Dziecinne to, niesmaczne, ale przynajmniej wygodne. […] Wygodnie wiedzieć, kto jest wszystkiemu winien. Podług tych pań – mężczyźni. One dopiero urządzą świat. Chcą zająć wasze miejsca. Więc choć to nonsens, ale mają przynajmniej wyraźny cel, a wy nic nie macie. […] Nonsens to dopiero jest, że ktoś może w ogóle tak myśleć. Dziwię się doprawdy, że ktoś taki jak Lem, pretendujący do miana filozofa, etyka i kogo tam jeszcze, z dużym podobno ilorazem inteligencji, może pisać takie bzdury. I tak dokładnie nic nie rozumieć. Sam przyznaje parę wersów wyżej: […] Rozumiałem piąte przez dziesiąte. […] (wszystkie cytaty z „Kataru„) Ale on nie rozumie nic, a nie tylko piąte przez dziesiąte, w dodatku nie chce rozumieć i boi się tylko, co też te baby, którym zaświtała myśl, że świat nie jest zbyt sprawiedliwie urządzony, mogą wymyślić.  Nieważne wszystkie niegłupie postulaty feminizmu, nieważna, widoczna gołym okiem na całym świecie, nierówność między płciami – ja, Lem, wiem lepiej, że to wszystko jest obłąkanym nonsensem.
Warto zauważyć, że powyżej cytowane słowa te nie wynikają z charakteru danej postaci. Co byłoby oczywiście całkowicie zrozumiałe: robię bohatera antyfeministą i ma on antyfeministyczne poglądy. Nie, te zdania wkładane są w usta bohaterów ni przypiął ni przyłatał, bez sensu, bez jakiegokolwiek związku z akcją. (Sam bohater „Kataru” wręcz odpowiada na pytanie: […] – Czy uważa pan, że kobiety powinny latać w kosmos? – Jakoś nie myślałem o tym. […] Gdyby im na tym zależało, to czemu nie? […] – czyli sam nie prezentuje antyfeministycznych przekonań). Wyraźnie widać więc, że są to poglądy samego Lema, jego kobieto-fobia nieudolnie ukrywana pod mową nienawiści, który to Lem wykorzystuje swoje powieści do dokopania feministkom. Bardzo, bardzo niski i żałosny zabieg pisarski.
Podobnie niepasujące do czegokolwiek i nie mające z niczym związku fragmenty są we „Fiasku„: […] Najpierw odczytał ustęp poświęcony życiu familijnemu, które winno znaleźć prawowite miejsce w ekspedycji, razem z obelgami rzucanymi przez przedstawicielki wiecznie krzywdzonej płci żeńskiej na SETI, opanowaną przez męską mafię […], […] Idiotyzm, tkwiacy w żądaniach tego równouprawnienia, jawił sie w sposób zbyt oczywisty, by warto mu poświęcać uwagę. Kobiety, a więc żony, matki, więc dzieci, przedszkole, żłobek […] Harrach żałował niezmiernie, że nie możę tu, zaraz, w cztery oczy palnąć autorce tych bredni, co o niej myśli, […] Tu chciałabym delikatnie uświadomić pana Stanisława, że nie wszystkie kobiety są żonami i od razu matkami. I na przykład takie niesparowane panie mogą chcieć latać w kosmos. Ponadto, żeby zrobić dzieci, potrzeba osobników obu płci (przynajmniej u człowieka), a co więcej, istnieje coś takiego jak antykoncepcja, więc niekoniecznie trzeba brać do rakiety całe przedszkole od razu. Rozumiem, że kiedy autor studiował medycynę, nie dowiedział się pewnych szczegółów o rozmnażaniu człowieka (chyba musiał być kiepskim studentem), ale potem, w życiu małżeńskim?
Co także ważne, cytowane przeze mnie powieści są stosunkowo nowe, „Katar” jest starszy, z połowy lat siedemdziesiątych, ale „Pokój na Ziemi” i „Fiasko” z połowy osiemdziesiątych – myślę, że jeżli ktoś wtedy chciał dowiedzieć się czegoś sensownego o postulatach feminizmu, to mógł to zrobić bardzo łatwo, szczególnie ktoś, kto mieszkał nie tylko w Polsce. Lemowi się po prostu nie chciało, on wiedział lepiej: baby są głupie, ich zachcianki są głupie, feminizm też jest głupi. Wolał wierzyć w kretyńskie stereotypy. Nie świadczy to dobrze o jego inteligencji, że nie wspomnę o empatii czy zwykłej ludzkiej przyzwoitości.

Ciąg dalszy nastąpi…

czepiam się, czytanki, okołofeminizmowo

Mizogin Lem

Lubię Lema. Oczywiście, Lem jest bardzo popularny obecnie. Wszyscy go lubią, wszyscy kochają, Gazeta W. wydaje jego powieści z ciekawymi dodatkami. I fajnie, bo miło jest pogadać czy nawet posłuchać ludzi, którym podobają się podobne rzeczy. Nie zgodziłabym się jednak z wynoszeniem Lema na piedestał, a już zwłaszcza nie uważam, że należałby mu się Nobel, jak w laurce na cześć napisał chociażby autor tego bloga. Bo, jak lubię Lema, strasznie nie podoba mi się obraz kobiet w jego książkach, sposób przedstawiania kobiet, stosunek mężczyzn do kobiet w jego książkach, i niesmakiem napawa mnie fakt, iż sam Lem tak właśnie mógł widzieć kobiety. Ktoś taki nie zasługuje na Nobla, ktoś taki nie zasługuje nawet na miano pisarza wybitnego (co nie znaczy, że nie jest pisarzem świetnym). Wiem, że Lem był pisarzem sf, wiem, że w ogóle każdy pisarz opisuje świat taki i w sposób, jaki uzna za stosowny. Ale wiem też, że Lem uważany jest za filozofa, że nawet jego, powiedzmy, lżejsze powieści zawierają, zdaniem hardcore fanów, rozrzucone tu i ówdzie okruchy filozoficznych rozważań, przebrane li i jedynie w rozrywkową treść. Moim zdaniem jednak ktoś, kto programowo nie zauważa połowy ludzkości, kto tej połowy nie zna i nie chce poznać i zrozumieć, kto tej połowie nie poświęca uwagi, a jeśli poświęca, to i tak brzydko wyłazi z tego strach i niechęć – ten ktoś jest takim filozofem, jak waltornia wiadomo z czego. Od filozofa wymaga się. Zresztą, od pisarza, podobno wybitnego, też się powinno.

Kobiet nie zauważamy, z kobietami nie mamy nic wspólnego (jak uczono w zakonach męskich) – tak jest u Lema. Nawet nie bardzo przeszkadza mi to, że w „Głosie Pana” nie ma żadnej kobiety-uczonej, są sami mężczyźni-naukowcy. Kobiety wystepują w roli paprotek, o przepraszam – sekretarek. To akurat może wynikać w własnych przeżyć autora – takich, że kiedyś zdecydowana większość świata nauki była męska – i można to w sumie złożyć na karb doświadczeń pod hasłem: tak było. Chociaż z drugiej strony, Lem był OMC lekarzem, widział więc chyba i lekarki podczas studiów, nieprawdaż …? Jedną panią doktor, Nosilewską, Lem czyni wprawdzie bohaterką „Szpitala Przemienienia”, ale robi to w taki sposób (zwłaszcza ostatnia scena), że flaki się przewracają. Do Nosilewskiej wrócę jeszcze, bo jest to zaiste kuriozum. Czyli można założyć, że ten powyższy brak kobiet u Lema może być, nieprzyjemną wprawdzie, ale kwestią uwarunkowań i wychowania. Zawsze jednak zadziwiał mnie brak kobiet w życiu Pirxa. Pirxa bowiem czytelnik poznaje bardzo dobrze, przez lata, od młodego chłopaka do dorosłego mężczyzny w „smudze cienia”. Wiadomo, jakim jest nawigatorem, jakim dowódcą, wiadomo, że na najróżniejsze misje wozi ze sobą piżamę i ranne pantofle (bo bez tego nie czuje się na wysokości zadania), że lubi keks, piwo, i tak dalej. A co z jego życiem erotycznym? Chyba lubił kobiety, bo raz usiłował poklepać po pupie siostrę Mattersa. Swoją drogą, miłe zwyczaje godowe, ciekawe, czy Lem też je stosował. W ogóle lubię ten fragment, lubię bardzo wcześniejsze oraz późniejsze przezabawne rozważania Pirxa na temat siebie samego w tym opowiadaniu, ale, na litość, takie rozważania powinien prowadzić nastolatek, a nie student czwartego roku. No i cały opis randki z bezimienną siostrą Mattersa (definicja kobiety przez męskich członków jej rodziny?) – tam nie ma słowa o rozmowie, tam jest tylko kwestia, jak tę kobietę „zdobyć”, oczarować, zabawić, a nie potraktować jak człowieka, z którym można na przykład, halo panie Stanisławie, porozmawiać. I jeszcze krzywdę robi tu Lem swojemu głównemu bohaterowi, co konstatuję z wielkim żalem, bo Pirxa kocham miłością dozgonną. A pisarz robi z niego kretyna bojącego się kobiet, nie ufającego im i traktującego je jak idiotki jednocześnie. Drugi przykład: Pirx w „Albatrosie” obserwuje współpasażerkę. Że jest ładna, dowiadujemy się parę razy, a co poza tym – […] Kobiety nie powinny mieć tyle pieniędzy […] myśli Pirx na widok jej naszyjnika. Jakbym słyszała drugiego Komorowskiego. A potem […] Nie był zgorszony […] – cóż za łaskawca. […] Sąsiadka z jadalnej. Ile mogła mieć lat? (kwestia najważniejsza dla mężczyzny?) Miała na sobie jakąś całkiem inną suknię. A może to była w ogóle jakaś inna kobieta?[…] (no, głupek) […] Należało coś powiedzieć – czy raczej nie? Bo niby sie przedstawił […] (takie dylematy to ma czternastolatek, doprawdy). […] Czy kobiety muszą farbować sobie włosy na taki kolor? Normalnemu człowiekowi robi sie na taki widok trochę…[…] Dzięki, miły autorze, za poinformowanie czytelników i czytelniczek, kto tu jest normalny. Ja widzę jednak wycofanego mężczyznę, z kompleksami, który, nie umiejąc sobie dać rady w normalnych kontaktach międzyludzkich, kompensuje to sobie, uważając się za lepszego, a kobiety, siłą rzeczy, za gorsze. I dalej dialog: […] – Czy coś się dzieje? – Nic takiego, proszę pani […] (nie turbuj swojej małej główki) […] Teraz można było rozpocząć normalną, wstępną rozmowę. […] Kolor włosów nie przeszkadzał. Była bardzo ładna. Poszedł przed siebie. […] O matko. No, idiota i bufon. Oraz ktoś zupełnie nie zainteresowany drugą osobą, która jest dla niego tylko dodatkowym elementem wystroju. Poza tym zauważę, że te dwie panie, siostra Mattersa i pasażerka, są jedynymi postaciami żeńskimi w „Opowieściach o pilocie Pirxie”. Wiadomo, kobiety nie rymują się z tak wzniosłą ideą, jak podbój kosmosu, na cholerę nam ich mętna fizjologia i psychologia. Oraz, moim zdaniem, świadczy to o żałosnych umiejętnościach Lema w zakresie konstruowania postaci. Żeńskich głównie, ale i męskich. O, przepraszam, jest jeszcze sekretarka, platynowa blondynka w „Rozprawie„, co to odbiera sobie […] za pomocą kredki, tuszu i szminki, ostatnie ślady własnej indywidualności […] oraz prawie cieszy się […] jak gdyby ci, co dobrze ich znali, należeli już do jakiejś obcej, może nawet wrogiej konspiracji, nakazującej najwyższą nieufność. […] Głupszej już tej pani Lem nie mógł stworzyć, właściwie pozostaje współczuć mu tylko takiego postrzegania drugiej płci. Oraz, wstrętna będę, wiem, współczuć jego żonie.

Mamy więc na razie, po pierwsze, brak kobiet u Lema, a raczej ich szczątkową obecność w postaci bezosobowościowych upiększaczy krajobrazu – warto w tym momencie wspomnieć jeszcze o Ijonie Tichym i „Pokoju na Ziemi„, gdzie widzimy zamachowczynię-lalkę ucharakteryzowaną na Marylin Monroe oraz nagą blondynkę na Księżycu. Obie „kobiety”, a raczej ich kobiecość występuje tu wyłącznie w celu uwiedzenia oraz rozproszenia uwagi głównego bohatera. Oraz, po drugie (i trochę jednocześnie), kobiety jako koncertowe idiotki. Deprecjonowanie kobiet może mieć źródło w strachu przed nimi, co widać u Pirxa. Strach ten dominuje również w „Solaris„, której to pozycji bardzo nie lubię, właśnie ze względu na stosunek Krisa do Harey. Stosunek podszyty strachem i obrzydzeniem faceta, że ta baba mogłaby już  raz na zawsze zniknąć, a ona nie chce i ciągle się pojawia. Co nie przeszkadza mu z nią sypiać, oczywiście.

Więcej o strachu przed kobietami i o innych przejawach mizoginii Lema w następnym odcinku.

czytanki, przyjemności

RAF

Chciałabym obejrzeć nowy film o RAF, który, jak widzę, jest sporą sensacją w Niemczech. Obawiam się tylko, że nie nastąpi to jednak zbyt szybko w Stanach, ale trudno, poczekać sobie mogę. Porównałbym go do innego filmu o pierwszych przywódcach Rote Armee Fraktion, starego, z 1986 roku, nakręconego zresztą również na podstawie książki Stefana Austa. Zaskakuje mnie zresztą, że w tak w sumie niezłym i szerokim opracowaniu w Gazecie nie ma o nim wzmianki. Tymczasem Stammheim, bo o tym filmie mówię, (obejrzałam go zresztą tylko raz, wiele lat temu, kiedy byłam jeszcze młoda :-) )  zrobił na mnie niesamowite wrażenie, tak duże, że do dziś wrażenie to pamiętam, kiedy wiele szczegółów zapewne mi uleciało. Nie lała się w nim strumieniami krew ani trup nie słał się gęsto, natomiast pokazany został w nim sam proces czwórki przywódców pierwszego pokolenia RAF, Andreasa Baadera, Ulrike Meinhof, Gudrun Ensslin i Jana-Carla Raspe w więzieniu Stammheim w Stuttgarcie. Cała akcja filmu zawiera się więc w słowach, w rozmowach, w pytaniach i odpowiedziach, w intelektualnej walce między przedstawicielami państwa i prawa a terrorystami. Przywódcy RAF wykorzystują ten proces do przedstawienia swoich racji i robią to szalenie przekonująco, czy raczej film robi to szalenie przekonująco. Pamiętam, że wówczas, jako kilkunastoletnia pewnie dziewczynka, byłam tym wszystkim wstrząśnięta, choć manipulacje udało mi się (taką mam nadzieję) całkiem nieźle wyłapać. Nic dziwnego jednak, że byłam poruszona. Młodość, bunt przeciw establishmentowi, ideały, romantyzm, te sprawy :-) . Horror, jak się to teraz czyta, ale tak było. I jak widać z artykułu w Gazecie, całkiem sporo osób, także dorosłych, należących do elity społeczeństwa niemieckiego, zostało nie tylko poruszonych, ale i przekonanych. Nie bez przyczyny zresztą pisze się i dzisiaj o legendarnych przywódcach, o mitologii, o romantyczności i mistycyzmie w kontekście RAF. I myślę, że Stammheim znacznie lepiej (choć w kwestii nowego filmu Kompleks Baader-Meinhof opieram się wyłącznie na opinii innych) odpowiadał na pytanie, dlaczego i skąd się wzięła Frakcja Czerwonej Armii i skąd fascynacjia, jaką RAF do dzisiaj budzi u młodych ludzi.  Albo może raczej: oba filmy, tak się różniące, razem, mogłyby odpowiedzieć na te pytania. W dodatku […] bez nadmiernej wyrozumiałości dla jej (RAF) godnych potępienia czynów […], co można, o ile pamiętam, zarzucić Stammheim.
A poza wszystkim, Stammheim to naprawdę był kawał niezłego kina. Niezbyt nowoczesnego, zapewne, bez strzelanin i naturalistycznie pokazanego rozlewu krwi. Za to znakomitego psychologicznie, wymagającego, wyczerpującego psychicznie i kontrowersyjnego. (Warto wspomnieć, że film zdobył Złotego Niedźwiedzia w Berlinie, ale jury było podzielone i nagroda spotkała się z protestami.)

czytanki, smutne

„Gaffe-prone president embarrasses Poles”

Z CNN.com:

[…]In August, Kaczynski held up the signing ceremony of the missile defense deal by 10 minutes, making U.S. Secretary of State Condoleezza Rice and top Polish officials sit waiting for him in hushed expectation in a large hall at the prime minister’s chancellery. Kaczynski later blamed Prime Minister Donald Tusk’s government for his delay, saying he wasn’t allowed to use the elevator and was forced to waste time walking up three flights of stairs.[…] :-)

[…]Lech Kaczynski has embarrassed many Poles with a series of gaffes.[…] Przede wszystkim wystawia świadectwo samemu sobie. Ale czytać hadko.