Czysta pochwa dobrem narodu

Więc tak – jest gorąco. Jest wprost potwornie gorąco ostatnio i człowiek dowolnej płci chodzi wiecznie mokry. Oraz czasem, uczciwszy uszy, spocony. W różnych miejscach, co gorsza. Szczęśliwie jest Summer’s Eve, która to firma dba o kobiety, a szczególnie o to, żeby czuły się świeżo w pewnych intymnych miejscach swojego ciała. Naturalnie, robi to po swojemu, tak, żeby kobietom w głowach się nie poprzewracało. Bo wiadomo, że kobiety to brudasy. I najlepszym sposobem na sprzedanie produktu do higieny intymnej jest właśnie subtelne zwrócenie paniom uwagi na ten fakt. Oczywiście, Summer’s Eve nie bywa niemiłe i brutalne, skąd. Summer’s Eve chce tylko zwrócić ci uwagę, głupia babo, że jak idziesz na rozmowę do szefa celem prośby o podwyżkę, to się umyj, bo ci jedzie. A jak jedzie, to podwyżka i awans przepada.

Nie wiedzieć czemu reklama ta spotkała się ze sporą dezaprobatą. Jakby, ojejku, zachęcanie do umycia się tam miało coś wspólnego z poradą, żeby nie get zbytnio personal w całej tej sytuacji. No przecież, że skądże. W każdym razie, firma doszła do wniosku, że trochę im głupio wyszło i wypuściła nowe reklamy. Prześliczne, skierowane osobno do kobiet białych, czarnych i latynoskich. Na wszystkich jest gadająca ręka, która tak naprawdę jest gadającymi genitaliami (o matko), wita w vagina land, mowa jest też gdzieś tam o pionowym uśmiechu oraz o tym, że jak sobie nie umyjesz, to kaktus ci tam wyrośnie (u czarnych kobiet zwłaszcza). I znowu, zupełnie nie wiedzieć czemu, reklamy zostały uznane za rasistowskie i chamskie, i w ogóle zmieszane z błotem.

A przecież Summer’s Eve tak się stara. Zauważmy, że nie tylko stwiedza, że pochwa ma coś do powiedzenia (już nie wnikajmy w kwestie, co tam naprawdę człowiek sobie myje i czy na pewno jest to pochwa, bo łotewer), ale i w ogóle używa słowa pochwa. Gdyż, jak wiadomo z reklam podpasek, tamponów i tym podobnych, kobiety mają tam to na dole, te rejony, pupę z przodu… i inne fajne określenia. To są te same kobiety, które w reklamach krwawią na niebiesko. 

Żeby rozreklamować niewymawialne słowa można na przykład wziąć przykład z Pana Kota Carltona (dlaczego pana, kota, i co robi ta myszka w pobliżu jego drinka, to ja nie wiem i chyba wolę się nie zastanawiać) i zachęcić do ich używania. Pan Kot ma absolutną rację – wszystko na świecie jest vaginal. Niech będzie, że pochwiste. Ładne słowo. A przesłanie filmu wzruszyło mnie na tyle, żeby zacząć uzywać słowa pochwa i pochwiste wszędzie i zawsze, szczególnie na widok lwa lecącego na grzbiecie płaszczki. O tak.

Ale co dalej z Summer’s Eve? Chwała pochwie, wypuścili kolejną reklamę. Jest pochwista. Już nie zachęca beznadziejnie kobiet do mycia, bo kaktusy im tam rosną, albo bo bywają postrzegane jako obiekty seksualne wyłącznie, albo bo nie chcą posłuchać Arnolda usilnie namawiającego Talk to the hand! Nie, okazuje się, że myć się trzeba, bo mężczyźni walczyli o pochwy od wieków, zabijali i ginęli. O tym, że pochwa ma siłę (nasuwa się tylko – oraz nieleczoną… anginę) oraz jest podstawą cywilizacji przekonują: scena z Króla Lwa, Kleopatra rozkładająca ramiona (chwała pochwie, że nie nogi, doprawdy) oraz rozmaici starożytnochińscy i młodośredniowieczni wojownicy naparzający się symbolami fallicznymi. A na końcu zwycięski rycerz patrzy w oczy królewny, a widzi – najwyraźniej – jej pochwę jeno. Nie mam słów zachwytu… Poza tym, że pochwista jest ta reklama.

Komu jednak przeszkadzały poprzednie hasła Summer’s Eve? Ja w tych nowych nadal jakoś mam niedosyt tego wzmacniania władzy i pozycji kobiet, nawet mimo subtelniejszego zachęcania do intensywnego mycia ich części intymnych. Znacznie bardziej podobał mi się sloganik z poprzedniej serii produktów:

O, no właśnie. Moja wewnętrzna kobiecość zwykła czuć się ubogacona i wzmocniona faktem, że raduję się byciem kobietą poprzez delikatne smyranie i zdrapywanie pachnących bakterii, znajdujących się w okolicy genitalnej.  Oprócz wewnętrznej kobiecości obudźmy w sobie przy okazji wewnętrznego mikrobiologa. Pochwiście. 

I żeby nie było, że mężczyźni są dyskryminowani przez Summer’s Eve, firma przygotowała i dla nich ofertę. Chwała pochwie, też z symbolami fallicznymi.

Reklamy

Mężczyźni, którzy kochają kobiety

Znowu z wielkim opóźnieniem w rozwoju – własnym rzecz jasna – piszę tę notkę. O Millenium Larssona wypowiadano się już wielokrotnie, w różnych miejscach, a wszystko to było bardzo dawno albo tylko dawno temu. Ale ponieważ akurat udało mi się obejrzeć wreszcie trzecią część filmu, a książki drugą i ostatnią pożarłam pod choinką, to to i owo mi się nasunęło. Kto jednak nie ma ochoty na kolejne wałkowanie Millenium, niech spokojnie nie czyta, tym bardziej, że – jeśli ktoś z kolei dotąd nie czytał i nie oglądał, a ma ochotę samodzielnie – tutaj można nabawić się spojlerów.

… królu Herodzie, za twe zbytki, idź do piekła, boś ty brzydki…

Pierwszą rzeczą, która zaskoczyła mnie, kiedy czytałam opinie o trylogii, było zdanie, że to dobre czytadło jest. Nie – dobra literatura, tylko czytadło właśnie.  Coś w tym jest jednak, jeśli tylko potraktujemy czytadło jako coś, co czyta się zachłannie, nie odrywając się od tej czynności, i kiedy człowiek koniecznie chce skończyć, żeby zobaczyć jak to się kończy. Bo Millenium literaturą jest raczej średnią. Język jest oschły, lakoniczny, informacyjny. Postaci są zarysowane słabo, ich psychika jest uboga, funkcjonują tak, jak bohaterowie notki prasowej. Początkowo myślałam, że winę ponosi przekład – w przekładzie tym zdarzało mi się czepiać niektórych sformułowań, czy niezgrabności – ale skoro każdy z trzech tomów tłumaczony jest przez kogoś innego, i w każdym z nich sytuacja z niezręcznościami wygląda podobnie – no to może tak to po prostu było w oryginale.

Czy więc coś takiego można nazwać dobrym czytadłem? Chyba tak, skoro przez tekst nie trzeba się specjalnie przedzierać. Owszem, autor wpada w dłużyzny, zwłaszcza w trzecim tomie, ale da się je przeżyć. Tak jak bowiem tom pierwszy może być zamkniętą całością, w której chodzi o rozwiązanie zagadki, tak tomy drugi i trzeci wyraźnie napisane są tak, żeby czytelnik mógł jak naszybciej – nie, nie rozwiązać zagadkę – tylko raczej przekonać się, że dobrzy są dobrzy, źli są źli i brzydcy, a oliwa jest sprawiedliwa. I wypływa.

Też tak czytałam. Czekając, aż wszyscy źli zostaną ukarani i kibicując naszym. Czekając, aż doktor Teleborian zostanie wreszcie zmieszany z błotem, prokurator Ekström z trudem zbierze szczękę z podłogi, policja dokopie gangowi Nieminena, banda dziadków zostanie przywołana do porządku, a Lisbeth będzie żyła długo i szczęśliwie. Ale…

…män som hatar kvinnor…

Najtrudniejsze było czytanie o tej przeogromnej i wszechobecnej nienawiści do kobiet ze strony mężczyzn. Pewnie, że powieść Larssona odczytywać można na różnych poziomach. I o rasizmie tam jest, i o kapitalizmie, i o państwie opiekuńczym, i o tym, jak to państwo potraktowało jedną ze swoich obywatelek, i o klasowości społeczeństwa szwedzkiego, i o mieszkaniu w Sztokholmie. Ale wszystko to znika w dużym stopniu pod warstwą zasadniczą – męską nienawiścią do kobiet. I nawet nie chodzi o to, jak traktowana była Harriet, czy jak Zala z kumplami opowiada o towarze, którym się zajmują. Bo to jest oczywiste. Nienawiść widoczna jest w drobiazgach, w opisywanej codzienności obywatelek szwedzkich, w każdej chwili ich życia, w tym, z czym kobiety spotykają się niemal nieustannie.

Mamy tu Dircha Frode, który zachowuje się chamsko w stosunku do Lisbeth, a kiedy przeprasza, opatrzone zostaje to zdziwieniem Mikaela, że przecież nie było za co. Mamy seksistowskich i homofobicznych policjantów. Mamy stosunek do Lisbeth, która nie wygląda i nie zachowuje się jak na kobiecą kobietę przystało. Mamy traktowanie Eriki w jej nowym miejscu pracy. Mamy ojca, który mówi o córce per kurwa, ale mamy i innego ojca, który swą córką w ogóle się nie interesuje, a to, że jej pewna określona wiedza pozwala mu rozwiązać zagadkę w pierwszym tomie, nie budzi w nim specjalnie refleksji, poza tym, że ona jednak głupio robi w życiu. Mamy molestowanie dziewczynek. Mamy inny stosunek do Eriki, która boi się, że jej seksualna przeszłość wyjdzie na jaw, a inny do Mikaela, który robi za pogotowie seksualne dla każdej pani, która tylko skinie na niego palcem – i nikt nie traktuje tego jak powód do wstydu (może z wyjątkiem jego siostry, ale tu też z innych powodów). I mamy wreszcie ten sam stosunek – czyli stygmatyzowanie życia seksualnego kobiet, jakiekowiek by było czy nie było – w całej tej potwornej, histerycznej nagonce na Lisbeth w drugim tomie. Ta nagonka, ten napad, potępienie, oburzenie prasy postawą moralną dziewczyny, to natychmastowe osądzenie jej – to właśnie sprawia, że nie jestem pewna, czy na sto procent określiłabym Millenium dobrym czytadłem, mimo że w ogóle czyta się je nieźle.

I chwała autorowi za to, że codzienność ową, która dotyczy nie tylko kobiet w Szwecji przecież, dostrzegł i opisał. Trylogia podobno spodobała się paru feministkom. Zupełnie mnie to nie dziwi. 

…cysorz to ma klawe życie…

Ten właśnie poziom odczytania książki jest – myślę – najbliższy intencji autora (a przynajmniej jest jednym z najważniejszych). Świadczą o tym statystyki przytaczane w pierwszym tomie, brak zgody na zmianę tytułu tegoż tomu, a być może nawet pokazanie paluchem w stronę męskiego czytelnika – ty też nienawidzisz kobiet. Dla mnie paluchem tym są nie tylko wszystkie te codzienne wyżej wspomniane szczegóły, ale i rozważania nad okrutnymi cytatami biblijnymi. Obrazującymi, owszem, że patriarchat nie jest tym, co tygrysice lubią najbardziej, ale jednocześnie, że ten patriarchat to mężczyźni. Ich władza i ich wykonanie przecież.

W dodatku okazuje się, że ten paluch Larssona słusznie wymierzony został w panów. Wystarczy zerknąć do kilku recenzji i omówień książek oraz filmów, żeby znaleźć tam przeurocze kwiatki. 

Dopiero kapitalizm kognitywny, zrodzony po upadku muru berlińskiego, wyzwala kobietę. Także w sferze seksu. 

Tja, a Erica i jej nagrania, a reakcja na Lisbeth i Miriam?

Mikael Blomkvist pozwala się brać. Odrzuca maczyzm, choć wcale nie staje się przez to lowelasem. Staje się idealnym kochankiem nowego typu. Uprawia seks i z kobietą starszą od siebie o pokolenie, i ze swoją rówieśnicą, i wreszcie z Salander, która mogłaby być jego córką. Z żadną się nie wiąże.

Jasne. Cysorz to ma klawe życie. Autor tej wypowiedzi nie zauważa jednak, że primo – Mikael jest jak najbardziej lowelasem (a kobietę w jego sytuacji określa się nieco surowszym słowem), a secundo – jego postawa (oraz to, że może nią wyrządzać krzywdę swoim kochankom) jest krytykowana tylko przez jedną osobę w powieści. À propos słów jednak, sam autor określa Mikaela brutalniej, ale panowie-dziennikarze bardzo zabawnie starają się zatrzeć to niemiłe wrażenie:

Sam autor napisał:[…] „Ogólnie rzecz biorąc, nie ma żadnych problemów i można powiedzieć, że zachowuje się jak dziwka”.
[Dziennikarz] To znaczy pozwala się uwodzić zarówno kobietom w wieku swej mamy, swej córki, jak i swoim rówieśnicom. Nie przeżywa wielkich miłości, nie ma takich rozterek. Korzysta z życia.
– To facet silny, zamożny, otoczony kochającymi go kobietami, zarazem świetny dziennikarz. Ktoś, kim Stieg chciał w życiu być – mówi Baksi.

Blomkvist sypia z zamężną Eriką Berger, ma też inne kobiety.

Lecz Larsson ma jeszcze męskiego bohatera, który żyje w typowym męskim marzeniu, gdzie wszystkie kobiety mu ulegają i zakochują się właśnie w nim, podczas gdy on zachowuje swoją niezależność, życzliwy dystans i właściwie kocha jedynie swoją pracę.

Jak widać interpretacja kwestii, kto kogo ma, a kto komu ulega, zależy od punktu siedzenia, a raczej od tego, któremu głodnemu chleb na myśli. Wbrew wyraźnym założeniom autora.

Wbrew założeniom powieści jest też pisanie, że Millenium opowiada między innymi o handlu ludźmi. Miło, że autor biografii pisarza zauważa, iż kobiety są ludźmi, ale akurat w wypadku tego przestępstwa warto podkreślać, że to kobiety są ofiarami a mężczyźni sprawcami. I jest to również jeden z objawów nienawiści mężczyzn do kobiet, męskiej nienawiści do czegoś, czego człowieczeństwa nie chce się uznać.

No i jest jeszcze film.

…Dziobaty jeździ do Zalesia…

Film miewa nieliczne zalety, jak fajne krajobrazy chociażby, ale poza tym na pierwszy rzut oka charakteryzuje się straszliwie drewnianym aktorstwem. Możliwe, że jest to efekt zamierzony, jeśli weźmie się pod uwagę, jak mało życia psychicznego i emocjonalnego mają bohaterowie powieści. Jednak w filmie drewnianość tę wybaczyć można jedynie Noomi Rapace, no bo jej do grania Lisbeth w zasadzie wystarcza gadzia twarzyczka oraz chudość. Natomiast patrzenie na ten sam wyraz twarzy Michaela Nyqvista przez trzy części (!) jest doświadczeniem traumatycznym. Nie wspominając o innych bohaterach, matko jedyna. Sytuację ratują może aktorka grająca Annikę (zabawna jest, ale przynajmniej żywa), czy aktorzy odtwarzający Haralda Vangera i doktora Teleboriana. No i jasnym światełkiem dobrego przykładu świeci doktor Jonasson, ale to wszystko jest kropla w morzu potrzeb. Chyba, że całość ma być naturalnym dostosowaniem się do potrzeb kinematografii światowej, gdzie ostatnio nagradza się lub ceni filmy, w których aktorstwo absolutnie nie jest niezbędne (The Queen), życie psychiczne bohaterów nie jest niezbędne (The Hurt Locker), albo wręcz wszystko jest zbędne, poza efekciarsko efektownymi efektami (Inception).

Nie wiem, czy to dobrze, że ludzie w filmowym Millenium nie wyglądają po holiłódzku, skoro i tak nie umieją (nie chcą, nie muszą) grać. Fakt, że miło popatrzeć na normalnie wyglądające kobiety (Erika, Monika), bo przynajmniej jest to zgodne z duchem powieści. Natomiast Mikael? Który kojarzy się wyłącznie z Chmielewską (Dziobaty jeździ do Zalesia oraz ciumciany po tłustym, białym, porośniętym czarnym włosiem brzuszku Bobuś)? Czy on naprawdę nie mógłby mieć nieco więcej wdzięku? Żeby można było uwierzyć, że to jest Kalle Blomkvist opisywany w trylogii? Ech…

Możliwe jednak, że jest to świadomy zabieg twórców filmu. Europejskość? Jest. Nieamerykańsko nie uśmiechajacy się aktorzy? Są. Feministki marudzą? A rzućmy im parę niezbotoksowanych kobiet, sędziego zamieńmy na sędzię, a ciężko pracującej adwokatce dorzućmy bonus w postaci ciąży. Wtedy może nie będą drążyć i głupio – jak to feministki – dopatrywać się w filmie nie wiadomo czego.

…verba docent, exempla trahunt…

Się doczepię i podrążę jednak, gdyż film tak daleko odchodzi od ducha książki, że aż. A przecież nie ważne jest tylko to, o czym się mówi, ale również jak. I dlatego, jak rozumiem, w filmie wywalono na przykład niemal całą nagonkę na Lisbeth, dlatego też wywalono przejścia Eriki w nowej pracy, czy sporo niesympatycznego traktowania kobiet.

Jasne, że film nie pomieści wszystkiego, co zawarte jest w powieści. Ale zgodnie, jak sądzę, z życzeniem autora trylogii byłoby, gdyby wspomnieć co nieco o tej codziennej przemocy wobec kobiet, zamiast z lubością koncentrować się na obrazach rozebranej Salander. Albo z obleśnym upodobaniem powtarzać gwałt na niej (liczyłam sceny, ileż to razy reżyser każe nam podziwiać nagi tyłek aktorki, i troszku ich było). Akurat gdyby odrobinę wyciąć niektóre powtórzenia tej sceny, starczyłoby chyba miejsca na czwarty odcinek. Ale nie, bo przecież oglądać rozbierane kobiety jest tak fajnie, niezależnie od kontekstu. Razem zresztą ze scenami seksu lesbijskiego. Charakterystyczne, że związki Mikaela pokazane są bardzo dyskretnie, natomiast przy okazji stosunków Lisbeth widać sporo, ekhm, intymnych szczegółów (no bo dwie laski razem – marzenie). Poza tym: scena w więzieniu – fizyczność Lisbeth, scena w szpitalu – fizyczność Lisbeth (totalnie bez sensu), scena z Moniką – Monika prezentuje przede wszystkim swą atrakcyjną pupę, sceny z Eriką – Erika z dynamicznej i sensownej babki zamienia się w smętną firanę, która pozwala dwóm chłopa decydować o jej sprawach. I tak dalej, i tak dalej. Słychać, jak Larsson przewraca się w grobie. I na pewno nie chodzi mu wyłącznie o zmianę tytułu, której celem było zapewne dyskretne nienarażanie władców świata na niewygodne refleksje.

… fajna historia, tylko całkiem do dupy…

Dlatego też sądzę, że amerykański film nie będzie gorszy, niż produkcja szwedzka. Bo nie może. Myślę, że nawet miło będzie obejrzeć Mikaela, który umie ruszać twarzą (bo jaki Craig jest, taki jest, ale coś tam sobą reprezentuje), zawsze piękną Robin Wright, czy znakomicie (na oko) pasującego do roli Martina Stellana Skarsgårda, który w ogóle fajnym aktorem jest.

Żeby natomiast film odniósł sukces, reżyser powinien skorzystać z doświadczeń szwedzkich kolegów po fachu, tyle że co nieco z amerykańskim rozmachem uwypuklić. I tak, film powinien zacząć się od nagiej Lisbeth, której śni się detalicznie gwałt (w ścieżce dźwiękowej – Hit me baby one more time Britney). Wielokrotnie. Potem Lisbeth idzie do kuchni, gdzie czeka na nią Miriam, i obie uprawiają seks na kuchence. Wielokrotnie (podkład dźwiękowy – Touch me Samanthy Fox). Następnie zwięźle opowiedziana jest cała historia Harriet, superman rusza jej na pomoc, hakerka przynosi mu w zębach kapcie, tj. rozwiązanie zagadki, i wszyscy żyją długo i szczęśliwie (a w ścieżce – Save me z soundtracku do Smallville). Ale to nie koniec, bo jeszcze Lisbeth chce dorwać ojca i brata (Chylińska śpiewa Rośnie we mnie gniew), wszyscy krzyczą, strzelają, ganiają się i wybuchają w zwolnionym tempie, bohaterka wpada w kłopoty, idzie do więzienia, a prasa używa sobie na niej do upojenia (Paparazzi – Lady Gaga). Następuje proces, do którego Salander pracowicie przygotowuje swój punkowy ymydż. W tym wypadku myślę, że najlepiej żeby zwyczajnie zrezygnowała z tych obcisłych ciuchów – I’m too sexy for my shirt śpiewają Right Said Fred – a zostawiła same tylko tatuaże i ewentualnie majtki (przebitki snów pokazujących seks z Miriam również mile widziane, na zmianę z gwałtem). Po czym wolna wychodzi z sądu, nucąc pod nosem Słodkiego, miłego życia Kombi.

Oskar murowany.

Dziewczynka mnie bije

Ponieważ wlazłam ostatnio na mojego ulubionego konika (well, jednego z ulubionych), czyli na zahaczające o seksizm popularnonaukowe i nie tylko opracowania publikacji naukowych, to polecimy z tym koksem za ciosem i przedstawimy dzisiaj coś jeszcze bardziej zabawnego, niż opisy tego artykułu. W odróżnieniu bowiem od pracy o szympansach, gdzie można było z autorami dyskutować i zarzucać im – no, nie seksizm, ale pominięcie pewnych interesujących wyników, co niewątpliwie wpłynęło na powszechniejszy odbiór ich badań – omawiana dzisiaj praca* wygląda na rzetelną, wyważoną i stroniącą od uprzedzeń. Co absolutnie nie przeszkodziło autorom doniesienia na portalu gazeta.pl edziecko pisać alarmująco, że:

Naukowcy: gry komputerowe bardziej szkodzą dziewczynkom

motywy przewodnie wielu gier komputerowych gorzej odbijają się na psychice dziewczyn niż chłopców – donoszą naukowcy z Yale School of Medicine.

Do tej pory sądzono, że nadużywanie gier generalnie wywołuje wzmożoną agresję wśród młodzieży. Tymczasem naukowcy z Yale School of Medicine odkryli pewne różnice płciowe, jeśli chodzi o konsekwencje tego typu rozrywek.

U chłopców nie zaobserwowano negatywnego wpływu gier na zdrowie. Naukowcy odkryli natomiast, że chłopcy, którzy grają w gry rzadziej stają się regularnymi palaczami. Gry miały dużo bardziej negatywny wpływ na dziewczynki, które częściej używały przemocy i wywoływały bójki w szkole.

Najs. Bardzo cieszymy się, że chłopcy będą mniej palić. Yay dla gier. Ale co z tymi wstrętnymi dziewuszyskami? Znowu wychodzi, że są agresywne, mają problem z przemocą, a w dodatku, że winę ponoszą tu te brzydkie strzelanki komputerowe. A do gręplowania wełny dziewczyniska zagnać, a nie komputer dawać do łap! Sodomia i gonorea oraz cywilizacja śmierci.

Tymczasem autorzy publikacji piszą wyraźnie, że [tłumaczenie moje fragmentów pracy, podkreślenia i dopiski też moje]:

Chociaż w naszym badaniu przekrojowym związek przyczynowo-skutkowy nie został określony i inne wnioski również mogą zostać wyciągnięte, wyniki sugerują, że to nie granie w gry komputerowe i gry video prowadzi do agresji u dziewcząt, ale że bardziej agresywne dziewczęta bywają częściej zainteresowane grami, jako formą rozrywki. Badanie odzwierciedlać może również różnice statusu socjoekonomicznego między domami i społecznościami, w których żyją te dziewczęta. Jest możliwe, że dziewczynki które stykają się z większą agresją na co dzień i które są jednocześnie bardziej skłonne wdawać się w bójki i nosić broń w obronie własnej [o te zachowania agresywne chodziło], albo lubią gry komputerowe, albo lubią spędzać czas w towarzystwie swoich rówieśników płci męskiej, którzy bardziej niż one zainteresowani są taką właśnie formą rozrywki  [to akurat, że chłopcy grają zdecydowanie chętniej, wyszło wyraźnie w badaniu], bądź też lubią spędzać czas w domu, na graniu na komputerze, zamiast wychodzić pobawić się na dworze, gdzie może być niebezpiecznie [innymi słowy, wolą postrzelać sobie do jakichś potworów, zamiast zostać napadnięte – ciekawość dlaczego].

Wyniki tych badań odzwierciedlać mogą także istnienie osobowości, które opisać można jako bardziej eksternalizacyjne**. Dziewczęta, które opisywały siebie jako jednostki grające w gry komputerowe, nie tylko częściej nosiły przy sobie broń czy wdawały się w bójki (czyli prezentowały zachowania, które kwalifikuje się jako eksternalizacyjne), ale również rzadziej opisywały się jako osoby skłonne do depresji (co zazwyczaj uważane jest za zachowanie internalizacyjne) [może więc ten ewentualny wpływ gier na na psychikę dziewcząt nie był taki znowu najgorszy, no chyba że wolimy, żeby kobiety generalnie nie były zbyt szczęśliwe same ze sobą]. Możliwe też, że gry komputerowe po prostu poprawiały im nastrój. Jednakże zweryfikowanie tej hipotezy oraz dokładne określenie znaczenia tego związku wymaga dalszych badań.

Brak związku między negatywnymi skutkami zdrowotnymi a graniem u chłopców może odzwierciedlać fakt, że granie w gry komputerowe u chłopców stanowi normę we współczesnym społeczeństwie amerykańskim.

O. Zauważam niejakie sprzeczności między tym, co jest explicite przedstawione w publikacji, a tym, o czym pisano na portalu (tak jak widzę różnicę między wdawaniem się w bójki a wywoływaniem ich). Tak, tak, wiem naturalnie, że to tylko portal, że czytany zapewne przez niewielką grupkę rodziców, a nie powszechnie, ale jednak. Jak widać, wszystkie chwyty dozwolone, jeśli czynione w zbożnym i zgodnym z prawem naturalnym celu dyscyplinowania dziewcząt i kobiet i pokazywania im ich przyrodzonego, skromnego miejsca (buzia w ciup, rączki w małdrzyk, siedź w kącie – znajdą cię, baw się grzecznie lalkami i nie bądź za bardzo wyszczekana, bo cię żaden chłop nie zechce).

Bo myślę sobie, że przy okazji artykulik portalowy zgrabnie wpisuje się w od pewnego czasu obserwowany na portalach polskich trend, który podsumować można następująco: ojejuniu, ojejuniu, siurpryza, kobiety są agresywne; och jakież potwory z tych kobiet, bo są coraz bardziej agresywne; a kiedyś było tak dobrze – jak któraś baba pyskowała, można ją było za włosy i w dziób (i komu to przeszkadzało?), a teraz to takie agresywne się to tałatajstwo porobiło, że strach. I przestępstwa okropne popełnia i popełnia nieustannie. I przemoc w kółko stosuje. Wszystko bez te cywilizacje śmierci, gry komputerowe i włochate lezby-feministki, panie tego. Agresywne w dodatku.

Na trend ten zwraca uwagę raport, który publikuje Społeczny Monitor Edukacji. Warto zajrzeć, żeby między innymi uświadomić sobie, jak ładnie media opisujące przestępstwa lubią ukrywać płeć sprawcy, kiedy sprawcą tym jest mężczyzna (równie sympatycznie lekceważona bywa płeć ofiary, jeśli – przypuszczalnie – jest żeńska), natomiast ogromnie ekscytują się i podkreślają, kiedy sprawczynią przestępstwa jest kobieta. No i w ogóle zorientować się z raportu można, jak wygląda kwestia przemocy, badań na jej temat, edukacji i prób zapobiegania, w kontekście różnic płciowych w grupie polskiej młodzieży. Naturalnie i oczywiście, zawsze należy przemoc piętnować, pisać o niej, analizować przyczyny i podejmować próby zaradzenia, niezależnie od tego, kto tę przemoc stosuje. Ale po prostu znaj proporcją mocium panie. I nie manipuluj.

ResearchBlogging.org

*Desai, R., Krishnan-Sarin, S., Cavallo, D., & Potenza, M. (2010). Video-Gaming Among High School Students: Health Correlates, Gender Differences, and Problematic Gaming PEDIATRICS, 126 (6) DOI: 10.1542/peds.2009-2706

** Krótki opis zachowań eksternalizacyjnych i internalizacyjnych znalazłam tutaj.

Czym się bawią dziewczynki?

Publikacja, którą zamierzam dzisiaj krótko skomentować, została detalicznie streszczona tutaj (a tutaj nawet z wypowiedziami badaczy), nie będę więc tego powtarzać. Mam tylko dwie główne uwagi, i są to uwagi mniej może skierowane do autorów samej pracy, co raczej do ogólnego jej przedstawienia w prasie (i na portalach) oraz do komentarzy, które się w tej prasie ukazały.

Autorzy publikacji rzetelnie (nie ma powodów, żeby myśleć inaczej) przedstawiają wyniki swych wieloletnich obserwacji grupy szympansów. Ponieważ wyniki te dotyczą różnic płciowych, ponadto badania dokonywane są na zwierzętach blisko spokrewnionych z ludźmi, wywołują zainteresowanie także poza społecznością naukową. I nie ma w tym niczego złego, podobnie jak nie ma niczego złego w tym, że autorzy skupiają się w zasadzie na jednym wybranym wyniku, czyli na różnicach między płciami w zakresie noszenia i „opiekowania się” kawałkami drewna pewnego rodzaju. Ich prawo.

Co by było jednak, gdyby skupili się na innym interesującym wyniku, także oczywiście opisanym przez siebie w publikacji? Na tym, że zauważyli ogromną różnicę między młodymi samcami a młodymi samicami szympansów w zakresie używania narzędzi? Że młode samice w istocie używają tych narzędzi dużo częściej niż samce? I że podobne obserwacje czynione były już uprzednio, przez innych badaczy, na innych grupach szympansów (a nie innych zwierząt czy ludzi)? Gdyby skojarzyło im się – tak jak grube patyki skojarzyły im się z lalkami (nie można zaprzeczyć, że autorzy starali się porządnie uzasadnić swoje skojarzenia) – a więc, gdyby kijki używane do dłubania w dziurach celem zdobycia pokarmu skojarzyły im się na przykład z młotkiem i gwoździkami? Albo może wędką? Skojarzenie jest uprawnione, skoro patyki te naprawdę SĄ narzędziami.

Może wówczas czytalibyśmy pracę oraz jej omówienia prasowe ze spekulacjami na temat, jak natura już tak to urządziła (i mamy tego kolejne potwierdzenie), że młode samice chętnie zajmują się majsterkowaniem oraz usprawnianiem zdobywania pokarmu, młode samce walką, a obie płci niańczą lalki, choć samice w istocie chętniej. Tylko czy taka niestereotypowa praca, opisująca takie fuj-niedziewczyńskie zachowania samic, byłaby medialna?

Jest jeszcze druga sprawa, wiążąca się zresztą z tą pierwszą. Autorzy pracy z Current Biology mówią, że ich wyniki (te z niańczeniem kawałków drewna przez dziko żyjące szympansy) są czymś zupełnie nowym. Czyli czymś, czego przez lata obserwacji nie widział żaden inny zespół naukowców, w żadnej innej grupie tych małp. Innymi słowy – wygląda na to, że niańczenie kijków nie jest czymś specjalnie powszechnym (w odróżnieniu od chociażby używania narzędzi przez szympansy). Czy więc wyciąganie stąd wniosków o biologicznym uwarunkowaniu ról płciowych na pewno nie jest aby zbyt pochopne? I jeszcze wyciąganie przy okazji wniosków na temat ludzi w ogóle?

Żeby było jasne – jak pisałam kiedyś, na naukę nie ma się co obrażać. Wynik jest wynik, i wynik ma rację. Ale tak sobie myślę – warto zauważyć czasem, że tego typu publikacje, zrobione nawet w dobrej wierze, służyć mogą do pokazywania kobietom, gdzie ich miejsce. Na zasadzie prostego wynikania: opisano statystyczne różnice płciowe między zwierzętami pod względem czegoś tam, z czego wynika że istnieją statystyczne różnice płciowe między ludźmi, z czego wynika że konkretna kobieta różni się pod tym względem od konkretnego mężczyzny, z czego wynika że każda kobieta uwarunkowana jest do niańczenia dzieci, z czego wynika że baby do garów i dzieci, a nie myśleć o karierach, a ta, która nie chce – nienormalna jest. Bo tak to urządziła natura.

Czy są one wrodzone [preferencje w wyborze i używaniu zabawek], a więc dziedziczone i związane z płcią, czy też rodzą się z obserwacji zachowań członków rodziny, czyli w trakcie socjalizacji?

– Najprawdopodobniej liczy się jedno i drugie, choć nasze badania wskazują na przewagę czynników biologicznych – twierdzi dr Sonya Kahlenberg z Uniwersytetu Harvarda

O, i w odróżnieniu od prasowych tekstów mówiących, że jedno podważa drugie, taki wniosek (oparty jednak również na wynikach innych badań), można przyjąć do wiadomości (z powyżej opisanymi zastrzeżeniami, oczywiście). Ale i z nim polemizować.
 
– Możliwe więc także, że szympansy z Kibale kopiują jakąś lokalną tradycję. W każdym bądź razie to uroczy przypadek splątania czynników biologicznych i socjalizujących. – podkreśla Richard Wrangham, drugi z autorów pracy, profesor antropologii z Uniwersytetu Harvarda.

ResearchBlogging.org

Oraz literatura:
Kahlenberg SM, & Wrangham RW (2010). Sex differences in chimpanzees’ use of sticks as play objects resemble those of children. Current biology : CB, 20 (24) PMID: 21172622
Lonsdorf EV, Eberly LE, & Pusey AE (2004). Sex differences in learning in chimpanzees. Nature, 428 (6984), 715-6 PMID: 15085121

„Bo ważniejsze, z przeproszeniem mości pana, mamy dzieła niźli polowaczka”

Właściwie to miałam nie pisać o Komorowskim i o jego słowach podczas spotkania z Obamą. A dokładniej o niektórych słowach, tych bardziej eleganckich. Tym bardziej, że wszyscy już o tym pisali, no i tak naprawdę – co jeszcze można dodać? Że takie słowa pasują może w domu, na prywatnym spotkaniu, ale nie przystoi mówić tak przy okazji międzynarodowej wizyty na szczeblu? Że nieźle niestety wpasowują się one w uwagi o pięknych paniach, które nie powinny służyć w wojsku, bo umęczą swoje zgrabne nóżki? Że jest to z uporem kultywowany lekceważący patriarchalizm i seksizm, w Polsce chyba dość często mylony z kulturą, uprzejmością i szacunkiem względem kobiet? I że nawet jeśli ma się takie poglądy, to dyplomacja ma to do siebie, iż wymaga, żeby się dyplomatycznie z nimi nie ujawniać (ciekawa jestem, jak podobne słowa wyglądałyby, gdyby przed Komorowskim siedziała Clinton na przykład).

Interesujące, że tłumaczenie tego, co powiedział polski prezydent, wygląda różnie w różnych mediach (pomijając już to, że mówił po polsku, a był tłumaczony na miejscu). W Wyborczej stoi:

Jeśli mamy razem iść na dalekie polowanie, to najpierw musimy mieć gwarancje, że nasz dom, nasze kobiety, nasze dzieci będą bezpieczne – tłumaczył Barackowi Obamie, dlaczego Polska poparła na szczycie w Lizbonie doktrynę obronną NATO („jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”).

A we Wprost 24:

– Ale jak się idzie na polowanie, daleko w głęboki las, to trzeba wiedzieć, że własny dom jest zabezpieczony, że własna kobieta, własne dzieci, własna chałupa są zabezpieczone – mówił.

Osobiście  nie mam wielkiego dyskomfortu słuchając mężczyzny, który mówi o „swojej kobiecie”. Może nie jest to najszczęśliwsze zestawienie, no i na pewno nie powinno być używane na tak oficjalnym spotkaniu. Ale niech tam. Prywatnie może być nawet miłe (sama nie przepadam, ale rozumiem, że niektórym odpowiada). Co innego jednak „nasze kobiety”. W liczbie mnogiej.

W liczbie mnogiej kojarzą mi się wyłącznie z mentalnością plemienną mężczyzn, wrogością wobec obcych, rasizmem i, jak najbardziej, seksizmem: „nie pozwolimy czarnym zbliżać się do naszych kobiet”, „nasze kobiety powinny się szanować”, „nasze kobiety powinny rodzić dzieci”, i tak dalej.  Część żywego inwentarza normalnie (w jednym domu). Cenna, owszem, ale nic ponadto.

I tak to poszło w (zainteresowany) świat, bo tak zostało przetłumaczone na początku:

I simply said that if we are to go hunting very far away from our house, we have to be absolutely sure that our house, our women and our children are well guarded.  And then you hunt better.

Mam jednak wrażenie – nie żebym się wstydziła za prezydenta, bo wstydzić to się można za siebie – że ten zainteresowany świat nie był znów tak bardzo duży. I zainteresowany. Nie mówiąc już nawet o Obamie, który ma mnóstwo ciężkich spraw na głowie, rozbawił mnie ten artykuł: sążnisty, wyczerpujący, właściwie ustawiający proporcje (no dobrze, wiem, że były i inne teksty w prasie).

Pominąwszy już jednak ten seksizm oraz fakt bezpieczeństwa kobiet zostawionych przez mężczyzn, którzy poszli na wojnę,

Monstra wiedzą, że wojownik w pochodzie nawet owcy nie przepuści. A jeśli babskie giezło na wierzbie powiesić, to bohaterom dość będzie i dziury po sęku.*

przyznam, że bardziej uderzyła mnie inna rzecz. Polowanie. Machnęłabym już ręką na te „nasze kobiety”, ale porównanie akcji zbrojnych z polowaniem? Polowanie NA LUDZI? To taka gra, zabawa ma być? Chłopcy muszą się rozerwać? A może rozerwać kogoś innego, granatem?

Brak słów.

Dlaczego więc to wszystko piszę, skoro miałam nie pisać, bo wszyscy już wszystko powiedzieli na ten temat (o polowaniu na ludzi też było, na blogu Joanny Senyszyn)?

Bo akurat tak się zdarzyło, że tego samego dnia, kiedy spotkali się dwaj prezydenci, oglądałam świetny film. Dokumentalny, o Joe Strummerze, jeśli dzisiejsza młodzież kojarzy, kto to był. Najlepszy dokument biograficzny, jaki kiedykolwiek widziałam w ogóle. Genialny warsztat, nietuzinkowe pokazanie całej historii, pomysłowe potraktowanie świadków, odpowiednia ilość muzyki. Inteligentnie nakręcony, szalenie interesujący, nie, jak to zwykle bywa, coś w rodzaju CV bohatera, a raczej próba wejrzenia w jego duszę i próba zrozumienia, co się w jego życiu i twórczości działo. Udana doskonale zresztą.

Z tą wzruszającą sceną, która tak mnie poruszyła i utkwiła głębiej. Jeden ze wspominających artystę opowiada, że Joe Strummer płakał, kiedy dowiedział się, że słowa Rock the Casbah wypisano na jednej z amerykańskich bomb, która miała zostać użyta w wojnie nad Zatoką. Płakał.

I kiedy obejrzałam ten film i tę scenę akurat tego samego dnia, co przeczytałam słowa Komorowskiego…

…ech, kontrast mi się po prostu spodobał.

Nie tylko polowaczki na kaszaloty są, były i będą na tym świecie (no co, Święta idą, to mam dobry humor :-P).

* Cytat o dziurach po sęku oraz tytuł wzięte zostały z Sapkowskiego (Chrzest ognia, Pani Jeziora)

Brawo Francja

Brawo. Właściwie oba obrazki mówią same za siebie:

(ten stąd)

(a ten ze strony IGFM),

ale dodam jeszcze cytaty z Mony Eltahawy, urodzonej w Egipcie dziennikarki, muzułmanki i feministki:

It is instead a pillar of the ultra-conservative interpretation of Islam known as Salafism. It is associated with Saudi Arabia, where I spent most of my adolescence and where it is clear that women are effectively perpetual children, forbidden as they are from driving, from travelling alone and from even the simplest of surgical procedures without the permission of a male “guardian”. I detest the niqab and the burka for their erasure of women and for dangerously equating piety with that disappearance – the less of you I can see, the closer you must be to God. I defend a woman’s right to cover her hair if she chooses but the face is central to human interaction and so the ideologues who promote its covering are simply misogynists.

What really strikes me is that a lot of people say that they support a woman’s right to choose to wear a burqa because it’s her natural right. But I often tell them that what they’re doing is supporting an ideology that does not believe in a woman’s right to do anything. We’re talking about women who cannot travel alone, cannot drive, cannot even go into a hospital without a man with them. And yet there is basically one right that we are fighting for these women to have, and that is the right to cover their faces. To tell you the truth, I’m really outraged that people get into these huge fights and say that as a feminist you must support a women’s right to do this, because it’s basically the only kind of „right” that this ideology wants to give women. Otherwise they get nothing.

I have met Muslim women who have a very elaborate explanation for why they wear the burqa — they say that women are candy or diamond rings or precious stones who have to be hidden away in order to appreciate their worth. And I’m appalled! We should talk about this because if we’re really going to discuss this as feminists, is that something a feminist should be defending? That a woman is a piece of candy?

Zdrada i kasa, czyli radio Erewań

Dobrze dzieje się w naszym kraju, cywilizacja śmierci odchodzi do lamusa, a internetowe portale kobiece z troską pochylają się nad zagubionymi duszyczkami i ubogacają je swoją mądrością tudzież radami. I nie są to (teoretycznie) jakieś portale religijne. Gdzie, jak wiadomo, jedyna i słuszna linia postępowania (czyli w tym wypadku – mąż to twój pan i władca, ty głupia kobieto, nie drażnij go więc i do garów) rozświetla mroki grzesznego relatywizmu, feminizmu i innych izmów. Nie, to tym razem podportal dla kobiet i o kobietach na Gazeta.pl rozjaśnia w niemądrych główkach kobiecych (przepisując zresztą z czegoś prawie – choć nie do końca – równie słusznego i prawidłowego):

Lepiej nie zarabiaj więcej od męża!

No. I żeby mi to było ostatni raz. Bo cię zdradzi, kobieto wstrętna i będzie to wyłącznie twoja wina. Czego to ci się w końcu zachciewa.

Tu dygresja – w sieci istnieją nie dość, że podobne artykuły prasowe, ale także informacje na stronie osoby, która cytowane badania przeprowadziła. Wszystko to jest jednak bardzo lakoniczne, mętne i niespecyficzne. Tak naprawdę, to żeby wyrobić sobie jakieś zdanie, trzeba by przeczytać oryginalną pracę naukową, ale takowej (na razie?) nie ma. Nic dziwnego jednak, że dziennikarze rzucili się na wyniki, w końcu mowa była o niewierności i kasie oraz o odwiecznych, naturalnych i uroczych różnicach męsko-damskich. Nie zmienia to faktu, że poczepiać się i tych mętnawych tekstów można, jak i pozauważać różnice między nimi, bo dlaczego nie? A więc.

Sprawa wzbudziła więc zainteresowanie i artykuły na ten temat pojawiły się w wielu miejscach. Ale co to za artykuły głupie jakieś! Przyzwoicie podkreślają, iż rzeczywiście w badaniach wyszło, że mężczyźni słabiej zarabiający niż kobiety (z którymi są w związkach) zdradzają częściej, owszem. Ale jakoś dziwacznie rozkładają akcenty. A to mówią, że owszem – tak jest, ale efekt ten przestaje mieć znaczenie, kiedy weźmie się pod uwagę osobiste przekonania bądź też różnorakiego rodzaju wpływ społeczny (nawet tutaj o tym piszą). A to, że często chodzi o fakt, czy ludzie są zwyczajnie w swoich związkach szczęśliwi. (Bo surprise, surprise, kiedy ludzie – obu płci zresztą – nie są szczęśliwi, wtedy szukają tego szczęścia gdzie indziej.) A to, że wcale nie musi tak być, że jeśli ty, kobieto, bezwstydnie zarabiasz więcej, to partner koniecznie musi cię zdradzić.

(No, tu już chyba przesadzili z relatywizmem moralnym…)

Wreszcie to, że wyraźnie podkreślają, że ludzie zarabiający dużo zdradzają więcej. I kobiety (o zgrozo) i mężczyźni. Wygląda na to też, że bogate kobiety (ladacznice jedne) dochodzą czasem do wniosku, iż nie satysfakcjonuje ich własny związek, a dzięki dużej kasie mogą po prostu zrobić to, co chcą. Na przykład odejść od partnera albo znaleźć sobie kochanka.

Ta ostatnia teza (oraz wnioski z niej wynikające) jest tak oburzająca, że aż słów brak. Tym bardziej należy docenić kreatywne podejście autorów cytowanego polskiego tekstu. Przede wszystkim zmiana płci autorki badań. Nie może być przecież tak, że o podobnych istotnych sprawach mówi kobieta. Nie mówiąc już w ogóle o pracy naukowej! Nieuchronnie nasunęłoby to pytania – ileż zarabia ta pani, dlaczego więcej i co w ogóle robi na tej uczelni? Dlatego właśnie Gazeta.pl Kobieta nazywa panią Christin Munsch (czasem nawet dla zmyłki zmieniając jej nazwisko na Bunsch) panem. W dodatku doktorem, bo przecież tytuł ten specjaliście płci męskiej należy się jak psu zupa.  W odróżnieniu od specjalistki… a nie, takie coś nie występuje w przyrodzie. Zmienione są także dane badania – to także celowo, żeby jakiejś marnej doktorantce w głowie się nie poprzewracało.

Oczywiście, przyzwoity i porządny portal nie mógł pozwolić sobie na pominięcie pewnych faktów. W istocie, niekiedy półgębkiem wtrąca coś niecoś z tego, co bezwstydnie i jawnie prezentują inne teksty. Najważniejsze jednak, że ton jest zachowany. I wnioski wypływają sensowne i klarowne. Co adekwatnie podkreślono tytułem. Wspaniałym, mądrym tytułem. W formie rozkazującej, bo przecież kobiety od tego są, żeby im rozkazywać. I od razu wszystko ustawia się w naturalnej i prawidłowej perspektywie. Te nędzne politpoprawne zagraniczne media powinny uczyć się od nas, jak to się robi.

Ciesz się, moja droga, przynajmniej cię nie zdradzę… a może zresztą zrobię to i tak…
(obrazek stąd)

Dziewczynka też człowiek…

… czyli polska prasa popularna źródłem radości wszelakiej. Dawno nie miałam do czynienia z taką fajną gazetką z programem telewizyjnym, jaką jest Tele Tydzień („Najchętniej kupowany magazyn telewizyjny”). A dzisiaj wyskoczyła ona na mnie znienacka z ogromnie fachowymi (z jednej strony) i zupełnie nieseksistowskimi (no skąd znowu) tekstami z drugiej strony.

Tym opisem poczułam się zbudowana w moim gatunkizmie. My, czyli ludzie, czyli zwierzęta te, potrafimy się uczyć, wzywać i nie cofać. Kul.

Naszła mnie jednak refleksja – czy jam godna (Jędruś ran twoich…) nazywać się człowiekiem? Przy mojej płci? Tak przy okazji dodam poważniej, że to, o czym kiedyś pisała bodajże Agnieszka Graff, daje się zauważyć – w Stanach człowiek odzwyczaja się od takiego niby-od-niechcenia seksizmu w mediach. Różne rzeczy się zdarzają, owszem, czasem ktoś intencjonalnie powie coś niemiłego na temat jakiejś grupy ludzi, ale na takie milutkie śmieszne dowcipy, w stylu na przykład omawiania różnic międzypłciowych w kontekście utrzymywania porządku w domu i co z tego wynika, zwykle trudniej się natknąć. Albo ja mam szczęście. Tam. Bo tutaj już miałam przyjemność przysłuchiwać się takim, mrug mrug, żarcikom.

Wracając do mojej płci, człowieczeństwa i Tele Tygodnia. Uspokoiła mnie pani Dorota Zawadzka, odpowiadająca na pytania na temat wychowywania dzieci. W tym na pytanie, czy dziewczynki są od czegoś inne.

O kurcze, jakież nieznośnie politpoprawne podejście. Nie dość, że dziewczynka też jest człowiekiem, bo może się pobrudzić, to w dodatku w przyszłości kopnie ją zaszczyt pracy ramię w ramię z mężczyznami. Ale żeby pracę wykonywała nawet lepiej niż panowie, to chyba przesada.

No. Dzielne i piękne oczywiście. Tylko, hmm, takie zbyt piękne to mogą być i postrachem mężczyzn. Nie żeby mnie to akurat dotyczyło, ale co wtedy?

Wizy dajom, czyli pierwsze impresje z Warszawy

W nawiązaniu do notki Misekdomleka dodam trzy słowa.

Po pierwsze – telewizja z misją. Oprócz nieustannej obecności Macierewicza i całego tego panopcykum politycznego, mnie najbardziej podobał się pewien program rozrywkowy, pod hasłem Chore dzieci śpiewają. Inicjatywa jak najbardziej słuszna, występy nie tylko dzieci, ale i jakichś tam gwiazd i gwiazdeczek, rodziny się bawią – wtem wyskakuje na scenę przesympatyczna dziewczynka i zaczyna śpiewać piosenkę Renaty Przemyk. Tę, co to babę zesłał Bóg. Dociera do mnie oczywiście, że Przemyk śpiewała te słowa w określonym kontekście, że piosenka jak piosenka, i w ogóle – ale w ustach tego dzieciaka brzmiała szokująco. Zapewne dzieci nie należy chronić przed wszystkim, a i te niepełnosprawne z różnymi poglądami spotkają się w życiu, ale czy koniecznie trzeba je uczyć w ogóle – dziewczynki zwłaszcza – że Bóg też chłopem jest? To także jest misja? Pozytywne, rodzinne przesłanie?

Po drugie – jest gorąco.

Po drugie i pół – jak jeszcze raz wspomnę kiedyś, że nie lubię klimatyzacji, uprzejmie proszę kopnąć mnie w tyłek. Uwielbiam klimatyzację! Chłodna taksówka, którą jechaliśmy wczoraj do ambasady, chwilowo była najprzyjemniejszym miejscem w Warszawie. I uwielbiam też siatki na okno, względnie rozmaite moskitiery. Gdyż albowiem na razie jestem ogryziona przez komary tylko do kości. Jak będziemy wyjeżdżać stąd, to mnie już zupelnie nie będzie, i wszelakie problemy rozwiążą się automatycznie.

Po trzecie – jest upał.

Po czwarte – na razie Warszawa robi na mnie nienajgorsze wrażenie, poza koszmarem temperatury oczywiście. W ambasadzie udało nam się wszystko załatwić w 35 minut. Potem rozśmieszyła nas pewna pani, która – razem z nami wychodząc stamtąd – zapytała konspiracyjnym szeptem: wy też byliście po wizy? Kiedy przytaknęliśmy, nie mniej konspiracyjnie zapytała raz jeszcze: a dajom? Na tak skomplikowane pytanie nie byliśmy w stanie odpowiedzieć i zostawiliśmy panią z jej dylematem.

Po piąte – miłe wrażenie zrobił na nas pewien pan – pan typu jadę na Pragie, załatwię wszystko, a piwko pite w tramwaju najlepsze jest na upał – który sam zaproponował pewnemu tatusiowi, że pomoże mu wytaszczyć wózek z dzieckiem z tegoż tramwaju. Jeśli weźmie się pod uwagę, że tatuś był czarny, a mamusia obok biała, cóż, można było spodziewać się innej zgoła reakcji. Było natomiast tak ślicznie i sielsko, tatuś uśmiechał się pod wąsem do siebie, pan pomagający robił zabawne miny do dziecka, a w końcu wysiedli razem w doskonałęj komitywie.

A po któreś tam, bo nie umiem już liczyć i mózg mi wysiada od tej temperatury, poza tym jet-lag ciągle doskwiera – jest super. Biegamy, załatwiamy, a co bardzo ważne – spotykamy się na wspaniałych pogaduszkach ze znajomymi, przyjaciółmi i rodziną. I przed nami jeszcze mnóstwo takich spotkań. Kochani, nie mogę się doczekać :-)