C. Dwa grzyby w barszcz

Drugi grzyb w barszcz – Candida auris

Uważne czytelniczki i uważni czytelnicy tego bloga mogą w tej chwili zauważyć: „czy przypadkiem przy omawianiu zakażeń drożdżakowych nie powinno się wspomnieć o grzybach z rodzaju Candida?” Mieliby oczywiście dużo racji, bo grzyby te jak najbardziej potrafią zakażać wiele narządów człowieka i powodować infekcje układowe (nie należy ich jednak mylić z nieistniejącą „chroniczną kandidą”, odpowiedzialną za wszystko, od gradobicia po koklusz), w tym zapalenie opon mózgowych i mózgu. Co więcej, w tej chwili największe zaniepokojenie badaczy-mykologów budzi nie tylko te pięć podstawowych gatunków z rodzaju Candida (o których pisałam przy okazji wyżej wspomnianych starych notek: C. albicans, glabrata, tropicalis, parapsilosis, krusei), ale gatunek całkiem nowy, który pojawił się w 2009 roku, w Japonii, u pacjentki z zakażeniem ucha, a w tej chwili rozpełzł się (i nadal rozpełza) po całym świecie.
Mowa o Candida auris.

Od lewej na górze zgodnie z ruchem wskazówek zegara: komórki Candida auris (zdjęcie z publikacji nr 1); wzrost C. auris w laboratorium (zdjęcie CDC); zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, komór oraz krwotok dokomorowy u pacjenta zakażonego C. auris (skan MRI, zdjęcie z publikacji nr 2); mapa globalnego rozprzestrzeniania się C. auris (rycina z publikacji nr 4).

Oprócz powodowania zakażeń inwazyjnych w różnych narządach, Candida auris może zakażać układ nerwowy. Zakażenia te objawiają się jako zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych, zakażenie komór mózgu, a także ropnie mózgu. Na infekcje narażeni są przede wszystkim ludzie z obniżoną odpornością, pacjenci z cukrzycą, chorobami płuc i nerek, osoby długo przebywające w szpitalach, a także długo leczone lekami przeciwgrzybiczymi i antybiotykami. Specjalistów martwią najbardziej te trzy aspekty zakażeń, których czynnikiem etiologicznym jest C. auris:

  1. Zakażenia są trudne do identyfikacji z użyciem obecnie istniejących i komercyjnie dostępnych metod diagnostycznych, C. auris szczególnie łatwo pomylić z innymi grzybami z rodzaju Candida, co prowadzić może do opóźnienia diagnozy oraz wdrożenia właściwej terapii.
  2. Notowano epidemie w szpitalach – grzyb swobodnie i długo przeżywa na rozmaitych sprzętach i powierzchniach szpitalnych oraz kolonizuje pacjentów i personel, łatwo się dzięki temu przenosi z miejsca na miejsce, z osoby na osobę, a w dodatku bywa niewrażliwy na standardowe metody dezynfekcji. Z drugiej strony – nie wiadomo, co stanowi rezerwuar C. auris poza środowiskiem szpitalnym.
  3. Grzyb wykazuje wysoką oporność na wiele leków przeciwgrzybiczych, w tym azole (ogromna większość wyizolowanych dotychczas szczepów była oporna na flukonazol), amfoterycynę B, a niektóre szczepy także na echinokandyny.
    Candida auris należy więc do tzw. superbugs – drobnoustrojów, które powodują epidemiczne w środowiskach szpitalnych, ciężkie i bardzo trudne do leczenia infekcje. Obecnie śmiertelność zakażeń powodowanych przez C. auris szacuje się nawet na 60%.

Jak podaje Słownik Języka Polskiego PWN: „Dwa grzyby w barszcz. Jeden grzyb ma wystarczyć, niekiedy to powiedzenie rozbudowywano o zapowiedź niestrawności. Już w XVII wieku wskazywano na szkodliwość dwugrzybnego barszczu.” W notce dzisiejszej starałam się nie tylko zainteresować Czytelniczki i Czytelników zaskakującymi faktami z życia grzybów, ale i podkreślić to, co od pewnego czasy powtarzają specjaliści: zakażenia grzybicze są pomijane. W słusznych staraniach celem znalezienia skutecznych przeciw groźnym bakteriom antybiotyków czy szczepionek przeciw równie groźnym wirusom, zapominamy czasem o grzybach. Myślimy o nich tak, jak w przeszłości: nie powodują epidemii, zwykle (poza wyjątkami) nie lubią przenosić się między ludźmi, leczenie zakażeń przez nie powodowanych jest dość łatwe, a w ogóle to kojarzą się z mało przyjemnymi może, ale raczej nie niebezpiecznymi infekcjami, typu zakażenia paznokci czy stóp. Tymczasem obecnie około 300 milionów ludzi na świecie cierpi z powodu grzybic, a ponad półtora miliona umiera rocznie z ich powodu. Te najgroźniejsze grzyby to właśnie Candida (w tym auris), kryptokoki (o nich więcej tutaj oraz oczywiście tutaj) oraz Aspergillus sp. Liczba zakażeń grzybiczych globalnie rośnie, także u ludzi z prawidłowo funkcjonującym układem odpornościowym, a leków – jak widać na przykładzie C. auris – może wkrótce zacząć brakować. Warto również pamiętać, że niszczycielska działalność grzybów nie ogranicza się bynajmniej do ludzi – różne gatunki tych drobnoustrojów niszczą plony, a także wiążą się z masowym ginięciem całych populacji płazów, nietoperzy, pszczół i innych zwierząt.

Lekceważenie tego wszystkiego może szybko obrócić się przeciwko nam.

 

Pierwszy grzyb w barszcz, i cała w ogóle notka tutaj: Cryptococcus gattii i Candida auris – dwa grzyby w barszcz

 

Literatura:

  1. Satoh K et al. Candida auris sp. nov., a novel ascomycetous yeast isolated from the external ear canal of an inpatient in a Japanese hospital. Microbiol Immunol 2009; 53: 41–44
  2. Singhal T et al. Successful treatment of C. auris shunt infection with intraventricular caspofungin. Medical Mycology Case Reports 22 (2018) 35–37
  3. Meis JF, Chowdhary A. Candida auris: a global fungal public health threat. Lancet Infect Dis 2018, S1473-3099(18)30609-1
  4. Chowdhary A et al. Candida auris: A rapidly emerging cause of hospital-acquired multidrug-resistant fungal infections globally. PLOS Pathogens 2017, https://doi.org/10.1371/journal.ppat.1006290
  5. Stop neglecting fungi. Editorial, NATURE MICROBIOLOGY 2, 17120 (2017)
Reklamy

B. Paciorkowce grupy B

Czy słyszeliście może o zabiegu zwanym „vaginal seeding”? Jest to pobranie wydzieliny pochwowej za pomocą kawałka jałowej gazy, a następnie przeniesienie zawartości tej gazy na skórę buzi, a potem skórę całego ciała noworodka. Technika ta cieszy się pewną popularnością w gronie matek rodzących przez cesarskie cięcie. Teoretycznie sam pomysł nie jest tak zupełnie bez sensu. […]

Wszystko jednak – jak zwykle – nie jest tak proste, jak mogłoby początkowo wyglądać.

[…]

Nie należy bowiem pomijać kwestii potencjalnego niebezpieczeństwa praktyki vaginal seeding. W literaturze naukowej istnieją doniesienia, jak to lekarze odwodzili od procedury matkę zakażoną opryszczką genitalną. A nie tylko z opryszczką możemy mieć tu do czynienia. Warto uzmysłowić sobie, że matka może być nosicielką patogenów, które, choć u jej samej nie muszą w danej chwili powodować aktywnego zakażenia, to jednak stanowią poważne zagrożenie zdrowia i życia jej dziecka. Chlamydia trachomatis, Neisseria gonorrhoeae, wirusy brodawczaka, wirus cytomegalii czy Escherichia coli są serio niebezpieczne, a nie we wszystkich krajach rutynowo bada się ciężarne pod kątem nosicielstwa tych drobnoustrojów.

Nie zapominajmy też o Streptococcus agalactiae, czyli o paciorkowcu grupy B (GBS, group B streptococci), który jest tematem tej notki.

Streptococcus agalactiae – wygląd komórek oraz barwienie metodą Grama. Zdjęcia pochodzą ze strony CDC

[…]
Najpoważniejszy problem stanowią zakażenia S. agalactiae u noworodków i niemowląt. Zakażenia te dzielimy, ze względu na czas wystąpienia, na wczesne (early-onset disease, EOD) i późne (late-onset disease, LOD).

Zakażenia wczesne silnie wiążą się z kolonizacją drobnoustrojem u kobiet. Około 30% ciężarnych jest nosicielkami S. agalactiae w pochwie, jak również w układzie pokarmowym. Nosicielstwo jest często trudne do wykrycia, nie daje bowiem objawów klinicznych, może także zanikać i pojawiać się periodycznie. Nosicielstwo w pochwie jest głównym czynnikiem ryzyka zakażenia noworodka (innymi są np. młody wiek ciężarnej, czy wcześniactwo), a przeniesienie paciorkowców od matki do dziecka zachodzi albo jeszcze w macicy, albo w momencie przechodzenia dziecka przez kanał rodny, na skutek zachłyśnięcia wodami płodowymi i wydzieliną pochwową przez dziecko. Drobnoustroje wędrują następnie do płuc noworodka, a ponieważ szczególnie wcześniaki nie mają dobrze wykształconych systemów obronnych w płucach nie są tam niszczone, a swobodnie mogą rozprzestrzenić się drogą krwi do innych narządów. Kolonizacja drobnoustrojem ma miejsce u 50-70% dzieci urodzonych przez matki-nosicielki. Objawy choroby EOD pojawiają się od 24 godzin do 7 dni po porodzie u 1-2% tych dzieci, a są to: zapalenie płuc (15% noworodków), bakteriemia i posocznica (80%), a także zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych (10%). Jeszcze w latach 70. XX wieku EOD często kończyła się śmiercią (w USA śmiertelność wynosiła około 50%). Obecnie, dzięki stosowanej śródporodowo terapii antybiotykowej, i samo występowanie EOD, i śmiertelność spadła drastycznie (do 4%). Serotypami Streptococcus agalactiae odpowiedzialnymi za EOD są: Ia, II, III i V.

Przebieg early-onset disease przy zakażeniu S. agalactiae (rycina pochodzi z publikacji nr 3)

Ale paciorkowce grupy B odpowiedzialne także są za później występujące zakażenie u małych dzieci. Late-onset disease (LOD), wywoływana głównie przez serotyp III, pojawia się między 7 a 90 dniem po urodzeniu. Droga zakażenia nie jest tak ładnie zdefiniowana, jak w przypadku EOD, ale przypuszcza się, że dochodzi doń przez kontakt ze środowiskiem szpitalnym i domownikami, którzy są źródłem patogenów. Sugerowane jest także przeniesienie drobnoustrojów przez mleko matki – żeby było ciekawiej, możliwe, że to sam nosiciel-noworodek/niemowlę jest źródłem bakterii, którymi zakaża matkę poprzez picie jej mleka, co następnie prowadzi do zwrotnej infekcji u dziecka. Objawami LOD są przede wszystkim: zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych (nawet 50% przypadków), a także zapalenie płuc. Śmiertelność LOD szacuje się na około 5%. Śródporodowa antybiotykoterapia nie ma znaczenia w przypadku tej postaci/fazy choroby.

Mimo częściowo skutecznych metod radzenia sobie z bakterią, Streptococcus agalactiae uważany jest nadal za jeden z ważniejszych czynników bakteryjnego zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych u ludzi. Nie tylko dlatego, że powoduje zapalenie takie bezpośrednio, np. u maleńkich dzieci w trakcie EOD czy zwłaszcza LOD. Istotny jest także duży odsetek następstw takich zakażeń w wieku późniejszym. Około 20% osób, które w dzieciństwie przebyły taką infekcję ma jakieś zaburzenia rozwojowe w obrębie układu nerwowego. U pacjentów notowano: nieprawidłowości w funkcjonowaniu układu krwionośnego mózgu, zapalenie rdzenia, nieprawidłowe wykształcenie istoty białej mózgu, zwiększoną przepuszczalność bariery krew-mózg czy encefalopatie. W wieku późniejszym czynniki te wiązały się z neurologicznymi zaburzeniami rozwojowymi, w tym na tle ruchowym, z trudnościami językowymi, czy problemami kognitywnymi.

 

Cała notka znajduje się tutaj: http://neuropsychologia.org/paciorkowce-grupy-b-streptococcus-agalactiae

 

Literatura:
1. Cunnington AJ at al. “Vaginal seeding” of infants born by caesarean section. BMJ 2016;352:i227
2. Le Doare K, Heath PT. An overview of global GBS epidemiology. Vaccine 31S (2013) D7– D12
3. Doran KS, Nizet V. Molecular pathogenesis of neonatal group B streptococcal infection: no longer in its infancy. Molecular Microbiology (2004) 54 (1), 23–31
4. Zimmermann P et al. The controversial role of breast milk in GBS late-onset disease. Journal of Infection (2017) 74, S34—S40
5. Kohli-Lynch M et al. Neurodevelopmental Impairment in Children After Group B Streptococcal Disease Worldwide: Systematic Review and Meta-analyses. Clinical Infectious Diseases 2017;65(S2):S190–9
6. Libster R et al. Long-term Outcomes of Group B Streptococcal Meningitis. Pediatrics 2012;130;e8

Odra. Czy powinniśmy bać się epidemii?

Dzisiaj piszę dla Krytyki Politycznej:

http://krytykapolityczna.pl/nauka/odra-czy-powinnismy-bac-sie-epidemii/

[…]

Obawa przed szczepionkami dość często łączy się z hołdowaniem innym antynaukowym teoriom spiskowym, niewielką wiedzą na tematy biologiczno-medyczne, ale za to z jej mocnym przecenianiem (efekt Dunninga-Krugera), tendencją do interpretowania wszystkich nowych informacji jako potwierdzenia własnych uprzedzeń (tzw. efekt potwierdzenia), a także utwierdzaniem błędnego stanowiska u osób myślących podobnie (stąd popularność tzw. echo-chambers np. na Facebooku). Poza tym wszystkim istnieją jednak ludzie, którzy zwyczajnie nie wiedzą, zwyczajnie się wahają i zwyczajnie potrzebują rzetelnych informacji.

Państwo polskie, w którym obserwowana sytuacja robi się coraz bardziej niebezpieczna, powinno wdrożyć mechanizmy ją odwracające. Ma bowiem i prawo, i obowiązek wprowadzania ochrony obywateli przed zagrażającymi życiu i zdrowiu chorobami zakaźnymi. Ochrona przed chorobami zakaźnymi nie jest jedynie problemem pojedynczych osób, lecz dotyczy całego społeczeństwa bez wyjątków i jej lekceważenie byłoby sprzeczne z interesem społecznym. Z uwagi na to w Polsce istnieje i powinien być utrzymany obowiązek szczepień. Podobne zresztą rozwiązania wprowadzono, albo obecnie wprowadza się w wielu innych krajach (nawet jeśli nie stanowią one formalnego obowiązku). Przykładami są: ograniczenie możliwości korzystania z placówek edukacyjnych (Kanada, częściowo Stany Zjednoczone, „nie kłujesz, nie ma zabawy” w Australii, Francja, Włochy), brak wypłacania świadczeń na dzieci (australijska zasada „nie kłujesz, nie płacimy”, obowiązek rozmowy o szczepieniach z lekarzem przed posłaniem dziecka do przedszkola (Niemcy). A z uwagi na rosnącą w Europie liczbę zachorowań na odrę, wiele państw zdecydowało również o rozszerzeniu obowiązku szczepień (np. w Francji czy we Włoszech – niestety we Włoszech nowy rząd zniósł obowiązek szczepień, ale w tej chwili podpisywane są tam petycje rodziców dzieci, które z powodów zdrowotnych szczególnie narażone są na zakażenia, by ten obowiązek przywrócić).

SZCZEPIENIE ZNACZY SOLIDARNOŚĆ
Życie jednostki w społeczeństwie regulowane powinno być zasadą solidarności, a każdemu członkowi społeczeństwa przysługują z tego faktu zyski (ochrona przed groźnymi chorobami), jak i obowiązki (np. w kwestii zaszczepiania się). Specjaliści podają jednak warunki, które powinny być spełnione, aby ograniczyć wątpliwości etyczne związane z tym obowiązkiem. Są to m.in. bezpieczeństwo i skuteczność szczepionek, korzystny rachunek zysków i strat, szczepienia w przypadku chorób groźnych i stanowiących problem społeczny. Niesłychanie istotna jest tu również kwestia porządnej i wszechobecnej edukacji – pojedyncze strony internetowe, których nikt nie czyta, czy wysyłanie, nawet w najlepszych intencjach, śmiesznych memów w pronaukowych kółkach wzajemnej adoracji nie wystarczy.

Państwo polskie powinno zainwestować w ogólnonarodowe akcje edukacyjne (telewizja, kwestie szczepień poruszane w popularnych serialach, reklamy, bilboardy na ulicach, zaangażowanie celebrytów), a zwłaszcza w doedukowanie pracowników ochrony zdrowia (egzaminy i kolokwia na studiach obejmujące zagadnienia związane ze szczepieniami, sprawdzanie i egzekwowanie tych wiadomości w trakcie staży, specjalizacji i prac nad doktoratami, z realną możliwością niezaliczenia tychże w wypadkach głoszenia antyszczepionkowych teorii). Pracownicy ochrony zdrowia powinni mieć również odpowiednią ilość czasu na rozmowy z pacjentami na temat szczepień i na wyjaśnienie wszelkich związanych z nimi wątpliwości.

Tylko bowiem w przypadku masowej edukacji bezbolesne wdrażanie obowiązku szczepień będzie skuteczne. W przeciwnym razie zawsze będziemy mieli do czynienia z buntem, próbami podważania zasadności oraz próbami omijania tego obowiązku (czym innym jest projekt ustawy znoszącej obowiązek szczepień?). A wtedy przegramy wszyscy, całe społeczeństwo. I to nie ze sobą. Przegramy z chorobami, które nas po prostu zabiją.

[…]

Całość tutaj.

Literatura:
1. Verweij M, Dawson A. Ethical principles for collective immunisation programmes. Vaccine, 2004; 22:3122-3126
2. Verweij M, Houweling H. What is the responsibility of national government with respect to vaccination? Vaccine, 2014; 32:7163-7166
3. Bozzola E et al. Mandatory vaccinations in European countries, undocumented information, false news and the impact on vaccination uptake: the position of the Italian pediatric society. Italian Journal of Pediatrics, 2018; 44:67-70
4. Currie J et al. Measles outbreak linked to European B3 outbreaks, Wales, United Kingdom, 2017. Euro Surveillance, 2017; 22:42-46
5. George F et al. Measles outbreak after 12 years without endemic transmission, Portugal, February to May 2017. Euro Surveillance, 2017; 22:23-27
6. Ozawa S, Stack ML. Public trust and vaccine acceptance-international perspectives. Human Vaccines & Immunotherapeutics 2013; 9:1774–1778

A. Aspergillus

Drogie i drodzy, jeżeli interesują was wiadomości na temat drobnoustrojów i chorób zakaźnych, to spieszę zawiadomić, że niniejszym zaczynamy nowy cykl notek. Teksty pod ogólnym hasłem „Mikroby a mózg” będą ukazywały się 13. każdego miesiąca, w porządku alfabetycznym, a poświęcone będą, jak można się spodziewać, mikroorganizmom, które związane są z układem nerwowym. Czasem związek ten jest znany i oczywisty, w innych przypadkach – nieco zaskakujący. Mając jednak nadzieję, że zawsze interesujący, zapraszam do czytania na portalu Neuropsychologia, a także tutaj.
Zaczynamy dzisiaj, rzecz jasna od litery „A”. Czyli Aspergillus.  

Aspergiloza na ogół nie kojarzy się z mózgiem. Grzyby z rodzaju Aspergillus (kropidlak) najchętniej atakują płuca, jednak u jakichś 40% pacjentów zakażenie kropidlakowe może rozprzestrzenić się w kierunku innych narządów, a u 10-20% osób z inwazyjną aspergilozą zajęciu może ulec ośrodkowy układ nerwowy. Dzieje się tak najczęściej w klimatach ciepłych, strefie tropikalnej i subtropikalnej, a najważniejszymi czynnikami sprzyjającymi są neutropenia (obniżenie liczby granulocytów obojętnochłonnych – komórek układu odpornościowego pełniących kluczową rolę w obronie organizmu przed patogenami) oraz przyjmowanie kortykosteroidów. Szczególnie narażeni są pacjenci onkologiczni, hematologiczni, chorzy na AIDS, cukrzycę, chorzy z chorobami autoimmunologicznymi, a także ludzie, którzy zaliczyli jakiś uraz, np. uszkodzenie w okolicach głowy. U pacjentów z immunosupresją aspergiloza układu nerwowego kończy się na ogół śmiercią (90-100%), u pacjentów bez immunosupresji ryzyko jest nieco niższe (40-80%), ale i tak jest to niezwykle ciężka infekcja.

Skąd się w ogóle biorą grzyby z rodzaju Aspergillus w mózgu? Najczęściej rozprzestrzeniają się z zakażenia, które ma miejsce w zatokach bądź w uchu. Możliwy jest także rozsiew drogą krwi, a także bezpośrednie wnikanie do ośrodkowego układu nerwowego na skutek mechanicznego uszkodzenia tkanek, np. przy okazji uderzenia albo zabiegów neurochirurgicznych. Ogólnie rzecz biorąc, grzyby te bywają podstępne i wykorzystują chętnie każdą sprzyjającą okoliczność. Kilkanaście lat temu miała miejsce seria neuroaspergiloz w Kolombo (Sri Lanka). Pięć zdrowych kobiet, które poddano znieczuleniu zewnątrzoponowemu na oddziałach położniczych w różnych zresztą szpitalach, zachorowało na bardzo ciężkie zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych na skutek zakażenia grzybem Aspergillus fumigatus. Trzy z nich zmarło, dwie udało się wyleczyć szybkim wdrożeniem agresywnej terapii przeciwgrzybiczej, przy czym u jednej z nich skończyło się to uszkodzeniami wzroku i słuchu. Źródłem zakażenia były, pochodzące od różnych producentów, zakażone strzykawki. Okazało się, że choć normalnie istnieją ścisłe reguły przechowywania tego typu jałowego sprzętu medycznego, ta partia strzykawek pochodziła z darów humanitarnych, które Sri Lanka otrzymywała po tsunami. I pech chciał, że akurat te dary przechowywano w brudnym, wilgotnym i z cieknącym dachem magazynie. W którym radośnie i obficie bytowały sobie kropidlaki.

Aspergillus jest pięknym grzybem:

Od góry z lewej zgodnie z ruchem wskazówek zegara: Aspergillus fumigatus w mózgu indyka – tak, grzyb chętnie zakaża także zwierzęta (barwienie srebrem); brązowo-czarne kolonie A. niger; A. fumigatus i jego wyspecjalizowane strzępki – konidiofory, na których powstają zarodniki (konidia), dzięki którym grzyb się rozmnaża; konidia Aspergillus sp. widoczne w skaningowym mikroskopie elektronowym. CDC, wszystkie zdjęcia pochodzą z domeny publicznej.

Należy do workowców, a rozpowszechniony jest wszędzie na świecie, zarówno w środowisku, jak i w otaczających nas pomieszczeniach czy budynkach. Zaliczany jest do drobnoustrojów oportunistycznych, czyli takich, które występują swobodnie w naszym otoczeniu, mamy z nimi kontakt cały czas, ale nie prowadzi to zazwyczaj do negatywnych następstw. W momencie jednak, kiedy nastąpią warunki sprzyjające (np. zaburzenia w funkcjonowaniu układu odpornościowego), drobnoustrój taki spowodować może chorobę. Zakażenia u ludzi powodować może wiele gatunków kropidlaka, ale najczęstsze są te cztery: Aspergillus fumigatus (na pierwszym miejscu), a także A. flavus, A. niger i A. terreus. Jeśli mówimy o zakażeniach ośrodkowego układu nerwowego, to za infekcje u pacjentów z immunosupresją najczęściej odpowiedzialny jest A. fumigatus, natomiast u ludzi bez immunosupresji – A. flavus.

W literaturze naukowej opisywane są różne postaci aspergiloz, różny jest także ich podział. Najczęściej mowa jest o:
1. Alergicznej aspergilozie oskrzelowo-płucnej, która występuje u osób z astmą i mukowiscydozą. Objawami są kaszel (czasem z krwiopluciem), nieprawidłowe szmery oddechowe i gorączka, nie mamy jednak do czynienia z zakażeniem jako takim. Towarzyszyć jej może alergiczne zapalenie zatok (także bez oznak zakażenia).
2. Grzybniaku kropidlakowym (czyli aspergillomie). Aspergilloma to skupiona masa grzyba, który kolonizuje rejony uprzednio uszkodzone przez inne mikroorganizmy, np. jamy pogruźlicze w płucach, albo puste przestrzenie pozostawione przez Pneumocystis jiroveci u pacjentów z HIV. Grzybniak zwykle nie rozprzestrzenia się do innych miejsc organizmu pacjenta. Powodować może jednak zagrażające życiu masywne krwioplucia.
3. Przewlekłej martwiczej aspergilozie płucnej – u pacjentów z przewlekłą obturacyjną chorobą płuc bądź alkoholizmem. Kropidlak niszczy tkankę płucną i powoduje powstawanie grzybniaków. Choroba objawia się jako podostre zapalenie płuc.
4. Aspergilozie powierzchniowej – w tych wypadkach grzyby zakażają uszkodzoną (np. na skutek oparzeń) skórę.
5. Pamiętajmy również o zatruciach. Grzyby z rodzaju Aspergillus produkują toksyny (mykotoksyny, przykładem są chociażby aflatoksyny), którymi można zatruć się przy okazji spożywania skażonych produktów żywnościowych.
6. I wreszcie o najpoważniejszej: systemowej inwazyjnej aspergilozie. Ta postać może dotyczyć każdego narządu, powstaje bowiem na skutek rozsiewu kropidlaka po całym organizmie drogą krwi. Występuje niemal wyłącznie u chorych z mocno obniżoną odpornością. Czynnikami ryzyka są przeszczepy narządów (aspergiloza inwazyjna występować może u nawet 25% pacjentów po takich przeszczepach), przeszczepy szpiku kostnego (u 13% pacjentów), nowotwory (do 20% pacjentów poddawanych chemioterapii przy białaczkach), czy AIDS. U pacjentów, którzy kwalifikowani są do przeszczepów szpiku, inwazyjna aspergiloza charakterystycznie wystąpić może w dwu fazach: przed przeszczepem, kiedy mają oni obniżony poziom granulocytów obojętnochłonnych, oraz już po przeszczepie, kiedy przyjmują kortykosteroidy w celu zapobiegania chorobie „przeszczep przeciw gospodarzowi”.

Mimo opisywanych w literaturze przypadków aspergilozy inwazyjnej u ludzi z normalnie działającym układem immunologicznym, są to szczęśliwie przypadki bardzo rzadkie. Szczęśliwie także nie jest ona aż tak modna, jak „chroniczna kandida” – zdecydowanie mniej jest osób uważających, że kropidlak odpowiedzialny jest za wszelkie plagi ludzkości, poczynając od gradobicia, a kończąc na autyzmie, i chcących wyleczyć sobie zakażenie za pomocą naturalnych domowych sposobów bez żadnej chemii.

Pełny tekst notki znajduje się tu: http://neuropsychologia.org/aspergillus

Literatura:
1. Góralska K et al. Neuroinfections caused by fungi. Infection. 2018; 46:443–459
2. Gunaratne PS at al. Aspergillus meningitis in Sri Lanka–a post-tsunami effect? N Engl J Med. 2007; 356:754-6
3. Lemonovich TL. Mold Infections in Solid Organ Transplant Recipients. Infect Dis Clin N Am. 2018; 687–701

Biologiczna Bzdura Roku 2016 – Szczepionki i szczepienia

Zabawa w wybieranie „Biologicznej bzdury roku”, w tym wypadku w kategorii „Szczepionki i szczepienia”  nie ma na celu przekonywania kogokolwiek, że szczepionki są super. Chociaż są. Jak wiadomo jednak, przekonywanie do nauki zakamieniałych „zawodowych” antywacków nie działa. Niezależnie od tego, jaką strategię zastosujemy, ktoś, kto wierzy w spiskowe teorie, będzie wierzył w nie nadal. Ale przekonywać można – warto próbować– tych niezdecydowanych, „fence-sitters” , obserwatorów, rodziców zwyczajnie zatroskanych o zdrowie dzieci czy w ogóle ludzi, którzy trochę z oddali, a trochę z bliska słuchają argumentów w obu stron i próbują się w tym wszystkim jakoś połapać. W ich wypadku nawet ośmieszanie antywackowych pseudoteorii może być skuteczne. Może bowiem zwrócić ich uwagę (łatwiej, niż w przypadku sążnistych naukowych tekstów) na coś, o czym wcześniej nie wiedzieli.

Zatem, wracając do naszej dzisiejszej zabawy – oto trzy bzdury o szczepionkach, które wypowiedziane zostały w mijającym roku. Może oprócz ich zwyczajnego wyśmiania, niektóre argumenty przydadzą się w dyskusjach z antyszczepionkowcami?

Czy to już zbliża się do prawa Godwina? Byłoby miło, bo wtenczas można spokojnie darować sobie jakiekolwiek „dyskusje” i przejść dalej. Problem w tym, że niezależnie od prawa Godwina antyszczepionkowcy często uciekają się do takich „argumentacji”, że tylko siąść i zapłakać. Ich tezy są wyssane z tak brudnego palucha, że człowiek dziwi się, że komukolwiek coś takiego mogło przyjść do głowy. Czy można być aż tak oderwanym od rzeczywistości, żeby nie wiedzieć, że wiele chorób zniknęło albo zupełnie, albo jest ich tak mało, że nie widzimy ich w naszym otoczeniu? A wszystko to dzięki szczepieniom. Szczepionki są tak skuteczne, że ludzie odwracają się od powszechnych programów szczepień, ze względu na to, że „po co się szczepić, przecież tych chorób już nie ma”. Znakomita praca, opublikowana w 2013 w szanowanym The New England Journal of Medicine, pokazuje żmudne podsumowanie tysięcy raportów o występowaniu chorób zakaźnych (polio, błonicy, różyczki, odry, świnki, zapalenia wątroby typu A oraz krztuśca) w USA w latach 1888-2011. Autorzy obliczyli na ich podstawie, ile więcej mogłoby być tych zachorowań, gdyby nie wprowadzono programu szczepień. Było tego malutkie ponad 100 milionów. Od 1924 roku ponad sto milionów ludzi w samych tylko Stanach Zjednoczonych uniknęło zachorowania na choroby, którym zapobiega się przez szczepienia, po wprowadzeniu tychże do powszechnego użytku. To najwyraźniej jest to „ludobójstwo”, o którym mówił Jaśkowski. Mało skuteczne jakby, jeśli weźmiemy pod uwagę to, od kiedy szczepienia są stosowane. Zresztą nie jest to jedyny taki artykuł; podobne podsumowania robi się i w stosunku do konkretnych chorób, i globalnie, i lokalnie, także u pacjentów w najmłodszym wieku. I wynika z nich niezmiennie jedno – szczepionki nie zabijają, nie powodują chorób, nie krzywdzą ludzi. Przeciwnie: ratują zdrowie i życie na całym świecie.

Dodajmy także, że szczepionki nie powodują chorób, ze względu na to, że raczej trudno by im było. Szczepionki są bowiem przygotowywane tak, że albo drobnoustrój szczepionkowy jest zabity na amen, albo też jest to w ogóle jego kawałek (np. jedno białko), który choćby stawał na głowie to nie spowoduje choroby, albo też drobnoustrój ten jest tak osłabiony, że takoż o prawdziwym zakażeniu nie ma mowy, nawet jeśli podany jest w zastrzyku bezpośrednio do organizmu człowieka. Owszem, w tym ostatnim przypadku może się zdarzyć tak, że po podaniu szczepionki wystąpią objawy, które przypominają samą chorobę. Jest to normalne zjawisko, wynikające z faktu, że organizm reaguje na drobnoustrój namnażający się w nim. Objawy takie – jeśli wystąpią – są jednak słabsze, niż w przypadku naturalnego zakażenia.

I tu przechodzimy gładko do drugiej bzdury.

Tak, po szczepieniach mogą się zdarzyć powikłania. Jak po wszystkim, po dowolnym leku, czy po jedzeniu. Najczęściej jednak to, o czym piszą i czym straszą antywacki, to normalne odczyny po szczepieniu. Ich spektrum nie jest zgoła szerokie, zwykle mamy do czynienia z bólem w miejscu podania szczepionki czy zaczerwienieniem. Jeśli trwają dłużej, określa się je czasem jako niepożądane odczyny poszczepienne. Ale znowu – lista tychże jest dość uboga, a do miejscowych reakcji dochodzą te ogólne (gorączka, złę samopoczucie). Nic z tego nie jest ani powodem do niepokoju, ani też powodem do nieszczepienia. Jeśli zaś chodzi o kwestie poważniejsze, a znacznie rzadsze, to pokazano wielokrotnie i drobiazgowo, że szczepionki nie powodują autyzmu (tak, drogi panie Jerzy, w istocie antywacki koncentrują się na autyzmie, zupełnie bez sensu jednak: warto wspomnieć, że sami sponsorowali finansowo badania, które miały udowodnić związek szczepień z autyzmem, ale nawet te badania, ku ich rozczarowaniu, a chichotom ze strony prowacków, nie przyniosły pożądanych rezultatów, biedne antywacki), nie mordują ludzi, nie powodują alergii. Koniecznie należy też podkreślić, że poważne następstwa po ich stosowaniu są niezmiernie bardzo, bardzo, bardzo rzadkie. Oraz, wracając do fantazji pana Zięby, absolutnie ich lista nie jest szeroka. Przeciwnie raczej – wąska, zwięzła i raczej krótka. Podsumowując, szczepionki są nadzwyczaj bezpiecznym rodzajem medykamentu, a ich bezpieczeństwo skrupulatnie badane na każdym etapie produkcji oraz po dopuszczeniu do stosowania.

Tak w zasadzie to rzeczywiście szczepionka ta występuje pod złą nazwą. Mówi się o niej szczepionka przeciw rakowi szyjki macicy, pomijając nieuprzejmie inne postaci zakażeń powodowanych przez wirusy brodawczaka (HPV), oraz przy okazji pomijając zalety zastosowania tych szczepień u mężczyzn. Dzieje się tak, ponieważ nie chciano używać nieprzyzwoitego słowa „seks”. Szczepionka chroni bowiem przed wirusami HPV, a te są najbardziej powszechną przyczyną zakażeń przenoszonych drogą płciową na świecie. Nie tylko jednak reklamy telewizyjne, emitowane dość często w amerykańskiej telewizji, pomijały ten fakt, byle tylko nie padło niewygodne słowo. Nawet na uniwersytecie, gdzie pracuje jeden z twórców szczepionki, kiedy miały mieć miejsce wywiady czy informacje dla pracy, specjalnie przestrzegano, aby nie kłaść nacisku na drogę zakażenia. A kiedy twórca miał zamiar wspomnieć coś o infekcjach okolicy analnej, to już w ogóle władze uczelni dostawały zawału.

A tak powinno się reklamować tę szczepionkę – chroni przed wieloma wirusami HPV. Niektóre z nich powodują raka szyjki macicy, a mogą powodować także inne nowotwory. Wirusy HPV mają także związek z innymi dolegliwościami, szczególnie okolicy anogenitalnej.

Ponadto mamy tu do czynienia z jeszcze jednym ważnym zagadnieniem. Otóż po zakażeniu wirusami HPV wysokiego ryzyka (high-risk) nie musi dojść do rozwoju raka szyjki macicy. A nawet jeśli dojdzie, to trwa to dość długo, nawet do dwudziestu lat, i poprzedzone jest to konkretnymi zmianami w obrębie szyjki. Co oznacza, że – skoro mamy szczepionkę z nami od dziesięciu lat– to trzeba jeszcze chwilę poczekać na rzetelne raporty pokazujące, że faktycznie liczba zapadalności na dany, konkretny nowotwór się zmieniła. Pani Socha, jak sądzę, świadomie nawiązuje do tego, że w tej chwili żaden uczciwy naukowiec nie powie definitywnie, że tak jest, bo nie ma po prostu, że względu na czas oraz dynamikę zakażenia, takich dowodów. Pani Socha nie powinna jednak tracić ducha. Przyjęta przez WHO definicja skuteczności szczepionki, określona jako zapobieganie zmianom CIN+ w obrębie szyjki macicy (czyli zmianom zaawansowanym o charakterze neoplazji śródnabłonkowych – CIN2/3) jest przyjęta w literaturze naukowej, a kolejne i kolejne badania pokazują, że w istocie, skuteczność szczepionki w tym zakresie jest spora. Z czego pośrednio można spokojnie wnioskować, że zmniejsza ona występowanie raka szyjki macicy, czyli że przed nim chroni. Będąc na miejscu antywacków takich jak Socha już teraz kombinowałabym, jak wykręcić kota ogonem i co złego pisać o skuteczności szczepień przeciw HPV, kiedy publikacje zawierające frazę „zapobiega rakowi szyjki macicy” zaczną się wreszcie pojawiać. A zaczną już niedługo.

Tym razem notka w ramach zabawy w wybór Biologicznej Bzdury Roku 2016, którą możecie znaleźć także tutaj:

Biologiczna Bzdura Roku 2016

ResearchBlogging.org

Literatura:
1. 1. van Panhuis WG, Grefenstette J, Jung SY, Chok NS, Cross A, Eng H, Lee BY, Zadorozhny V, Brown S, Cummings D, & Burke DS (2013). Contagious diseases in the United States from 1888 to the present. The New England journal of medicine, 369 (22), 2152-8 PMID: 24283231
2. Horne Z et al. Countering antivaccination attitudes. PNAS 2015, 112: 10321-4
3. Betsch C et al. Don’t try to convert the antivaccinators, instead target the fence-sitters. PNAS 2015, 112: E6725-6
4. Roush SW et al. Historical Comparisons of Morbidity and Mortality for Vaccine-Preventable Diseases in the United States. JAMA 2007, 298:2155-63
5. Apter D et al. Efficacy of human papillomavirus 16 and 18 (HPV-16/18) AS04-adjuvanted vaccine against cervical infection and precancer in young women: final event-driven analysis of the randomized, double-blind PATRICIA trial. Clin Vaccine Immunol 2015, 22:361-73.
6. Markowitz LE et al. Prevalence of HPV After Introduction of the Vaccination Program in the United States. Pediatrics 2016: e 20151968

Wąglik, gołąbeczko

ResearchBlogging.org

Listy z wąglikiem, które krążyły sobie w Stanach Zjednoczonych jesienią 2001 roku, zostały zdekontaminowane i można je oglądać w smithsoniańskim National Postal Museum w Waszyngtonie. Pamiętacie może, że było coś takiego? Że listy z wąglikiem krążyły? Że parę osób zachorowało, a parę zmarło? Że ludzie bali się otwierać listy przychodzące z nieznanych adresów, nie mówiąc już o strachu pracowników poczty? Że panowie Ian, Bello, Benante i Bush grozili zmianą nazwy zespołu?
Pewnie mało kto pamięta i wie, o co chodziło w ogóle. W końcu anthrax happens, jak powiedziała wówczas rzeczniczka jednej ze stanowych instytucji zajmujących się zdrowiem publicznym.

A rzeczywiście happens, bo wąglik to uparte i twarde bydlę jest. Bacillus anthracis, laseczka wąglika, produkuje bowiem przetrwalniki, która to postać niewrażliwa jest na zimno, gorąco, wysuszenie, brak tlenu i brak czynników odżywczych.

Gram-dodatnia laseczka wąglika z pięknymi przetrwalnikami. Zdjęcie: CDC
Gram-dodatnia laseczka wąglika obficie produkująca przetrwalniki. Zdjęcie: CDC

I dzięki tym przetrwalnikom bakteria przetrwać może w środowisku, w ziemi, a także w tkankach zmarłych ludzi i padłych zwierząt, przez długie dziesiątki lat. A kiedy tylko pojawią się sprzyjające warunki (na przykład rozmarznie trochę wiecznej zmarzliny, jak to miało miejsce latem tego roku w Jamalsko-Nienieckim Okręgu Autonomicznym), wtedy przetrwalniki mogą zostać uwolnione, np. z ciał padłych i dawno temu zakopanych reniferów, mogą dostać się do wody i ziemi, skazić pożywienie oraz zarazić ludzi i zwierzęta. Podczas epidemii wąglika na Półwyspie Jamalskim zmarł jeden chłopiec, ponad dwadzieścia osób zachorowało, znacznie więcej izolowano i hospitalizowano, padło także niemal dwa i pół tysiąca reniferów. Wąglik potwierdził nie tylko istniejące i czające się podstępnie zagrożenie mikrobiologiczne, ale także jedno z niebezpieczeństw związanych z ociepleniem klimatu.

Nie znaczy to, że wąglik straszy tylko na Syberii. Pojedyncze doniesienie o przypadkach wykrycia B. anthracis u zwierząt i ludzi pojawiają się niemal każdego tygodnia, w różnych rejonach świata, ostatnio chociażby we Włoszech, w Indiach, w Stanach Zjednoczonych, czy w Zambii.

Co się dzieje, kiedy takie przetrwalniki B. anthracis dostaną się do organizmu człowieka (lub zwierzęcia)? Żywe bakterie kiełkują, niczym te kwiaty, z przetrwalników, a następnie namnażają się, rozprzestrzeniają po organizmie i powodują chorobę używając swoich potężnych czynników zjadliwości. Najważniejszymi czynnikami są trzy białka: czynnik PA (protective antigen), który umożliwia wniknięcie do komórki dwu pozostałym, czynnikowi EF (edema factor) i czynnikowi LF (lethal factor). Działając wspólnie jako jedna toksyna, i współpracując z innymi czynnikami zjadliwości bakterii, takimi jak otoczka czy inne enzymy, powodują zniszczenia tkanek w obrębie układu krwionośnego, co prowadzi do zespołu rozsianego wykrzepiania wewnątrznaczyniowego (DIC), trombocytopenii, wstrząsu, zespołu ostrej niewydolności oddechowej i zgonu.

anthrax-life-cycle
Wąglik w domu i zagrodzie. Ryc. CDC

Wąglik towarzyszy ludziom od dawna, początki sięgają jakoby starożytnego Egiptu i Mezopotamii, historycy twierdzą, że także Grecja i Rzym były nim dotknięte, a niektórzy dodają, iż o chorobie wiedziano także w czasach mojżeszowych, skoro opisywana w Księdze Wyjścia piąta plaga egipska to objawy wąglika właśnie. W XIX wieku lekarze zauważyli związek między charakterystycznymi symptomami (do których zaraz dojdziemy), a zajęciem ludzi sortujących wełnę, czyli mających częsty i bliski kontakt z sierścią zwierząt (woolsorter’s disease). W 1877 Robert Koch wyizolował i wyhodował drobnoustrój, a w 1881 Pasteur przygotował pierwszą szczepionkę przeciw wąglikowi.

Krótka historia wąglika. Ryc. CDC
Krótka historia wąglika. Ryc. CDC

Wąglik jest przede wszystkim chorobą dzikich i udomowionych zwierząt kopytnych. Jest zaliczany do zoonoz, co znaczy, że głównym i podstawowym źródłem choroby dla człowieka są zakażone zwierzęta i produkty zwierzęce: skóry, sierść, mięso; nie można się nim za to zarazić od drugiego człowieka.

– I co? – dopytywała się pani Oliver bez tchu.
– Najwyraźniej Roberts zdołał uspokoić rozjuszonego dżentelmena… który wkrótce potem zmarł na wąglik.
– Wąglik? Ale to choroba bydła?
Nadinspektor uśmiechnął się szeroko.
– Zupełnie słusznie, pani Oliver. To nie jest niewykrywalna trucizna Indian południowoamerykańskich! Może przypomina pani sobie, że w tym czasie wybuchła panika, ponieważ sprowadzono zakażone pędzle do golenia. Pędzel do golenia Craddocka okazał się przyczyną infekcji. *

Zakażenie laseczką wąglika prowadzić może do kilku postaci choroby. Najczęstszą z nich (95% przypadków) i jednocześnie najłagodniejszą jest postać skórna. Przetrwalniki – z zakażonych produktów zwierzęcych, np. naturalnego włosia z pędzla do golenia – wnikają przez niewielkie uszkodzenia skóry, bakterie namnażają się w miejscu wniknięcia, co prowadzi dość szybko (od jednego do 12 dni, ale często bliżej jednego) do powstania pęcherzyka z czarno zabarwionym płynem, po wyschnięciu którego powstaje na skórze niebolesny czarny strup – czarny, stąd nazwa wąglika „anthrax” (od greckiego ‘anthrax’ ἄνθραξ, ‘węgiel’ – dziękuję Ninedin). Zmiana skórna jest często otoczona opuchlizną. W przypadku zastosowania leczenia z użyciem antybiotyków (cyprofloksacyna, doksycyklina, antybiotyki beta-laktamowe, podawane doustnie bądź dożylnie w zależności od rozległości zakażenia) śmiertelność wynosi <2%, w przypadku nieleczonej postaci skórnej – około 20%.

panorama
Postać skórna wąglika. Źródła: zdjęcie pierwsze z lewej – CDC, w środku – stąd, z prawej – skomplikowany przypadek wąglika skórnego, zdjęcie stąd

Znacznie bardziej niebezpieczna jest postać płucna. Do zakażenia dochodzi na skutek wdychania przetrwalników (np. u ludzi, którzy zajmują się przerobem wełny, stąd woolsorter’s disease), które fagocytowane są przez makrofagi płucne. Tam przetrwalniki kiełkują, a następnie laseczki wąglika namnażają się, dzięki toksynom niszcząc otaczające tkanki, a także dostając się do krwiobiegu. Dochodzi do toksemii i sepsy, objawami czego są: gorączka, bóle mięśni, zaburzenia oddychania, wstrząs i zgon. Okres inkubacji wynosić może tylko dwa dni (choć czasem są to tygodnie), a do zgonu dochodzi w ciągu nawet 24 godzin po wystąpieniu symptomów. Charakterystyczny jest obraz płuc w RTG, z widocznym poszerzeniem śródpiersia, krwawieniem do węzłów chłonnych oraz płynem w jamie opłucnej. Śmiertelność nawet w przypadku zastosowania odpowiedniej terapii wynosi około 50%; bez leczenia – ponad 90%.

RTG płuc pacjenta zrobione 4 miesiące po zachorowaniu na wąglik. Widoczne charakterystyczne poszerzenie jamy klatki piersiowej oraz gromadzenie płynu w opłucnej. Pacjent pracował przy przerabianiu włosia kóz. Zdjęcie: CDC/Arthur E. Kaye
RTG płuc pacjenta zrobione 4 miesiące po zachorowaniu na wąglik. Widoczne charakterystyczne poszerzenie jamy klatki piersiowej oraz gromadzenie płynu w opłucnej. Pacjent pracował przy przerabianiu włosia kóz. Zdjęcie: CDC/Arthur E. Kaye

Trzecią postać wąglika stanowi postać żołądkowo-jelitowa. Do infekcji dochodzi przez spożycie zakażonego mięsa, zawierającego formy wegetatywne bakterii. Objawy w obrębie gardła i przełyku obejmują powstawanie owrzodzeń, trudności w przełykaniu i gorączkę; w jelitach natomiast – wymioty, biegunkę i bóle w jamie brzusznej. Nieleczona postać żołądkowo-jelitowa wąglika wiąże się z ponad 90% śmiertelnością, jednak przy zastosowaniu odpowiedniej terapii antybiotykowej 60% pacjentów przeżywa.

Kolejna, opisana niedawno (w 2010) nietypowa postać wąglika charakterystyczna jest dla narkomanów wstrzykujących sobie heroinę. Objawy przypominają nieco postać skórną, ale brakuje w nich wystąpienia czarnej zmiany i strupa na skórze, ponadto zakażenie obejmuje także tkanki podskórne. Ze względu na te różnice, a także na to, że nie dało się w takich przypadkach zaobserwować typowego dla zoonozy przenoszenia zakażenia ze zwierzęcia na człowieka, przypadki takie bywały często niezdiagnozowane poprawnie, albo za późno. Stąd ich dość duża śmiertelność: do ponad 30% przy zastosowaniu nawet agresywnego leczenia.

A przy wszystkich wyżej opisanych postaciach wąglika może nastąpić powikłanie w postaci zapalenia opon mózgowych i mózgu, z licznymi zmianami krwotocznymi w tkance mózgowej i przestrzeniach podoponowych. Objawami są drgawki, bóle głowy, delirium, a także wymioty i biegunka. Post mortem charakterystyczny jest obraz mózgu, określany czasem jako „kapelusz kardynalski”, ze względu na obfitą obecność krwi. Ta postać wąglika jest niemal zawsze śmiertelna, a mimo szybko wdrożonego leczenia większość pacjentów (75%) umiera w ciągu 24 godzin od diagnozy.

Wąglikowe zapalenie opon mózgowych i mózgu. Zdjęcia stąd (z lwej) oraz CDC
Wąglikowe zapalenie opon mózgowych i mózgu. Zdjęcie z prawej: CDC

Leczenie wąglika to stosowanie różnych antybiotyków, o różnych mechanizmach działania, różnych ich kombinacji, a także o różnych drogach podawania i różnym czasie trwania – wszystko w zależności od postaci i stanu pacjenta oraz podatności drobnoustroju na zastosowane środki. Dopuszczone do użycia są także immunoterapeutyki. A jako profilaktyka istnieją szczepienia: i dla ludzi, i dla zwierząt. Te dla ludzi nie są oczywiście w użyciu czy zalecaniach dla całej populacji, a tylko dla wybranych grup zawodowych, mają też za zadanie przydać się wszystkim w przypadku ewentualnego ataku bioterrorystycznego.

Wąglik bowiem zaliczany jest do grupy A (tej najgroźniejszej) czynników, które mogą być użyte w przypadku takiego ataku. Jest łatwy w hodowli, szybko można uzyskać dużą ilość materiału gotowego do niecnego zastosowania, jest łatwy i stabilny w transporcie i rozprzestrzenianiu, powoduje groźną chorobę przebiegającą z wysoką śmiertelnością (postać płucna), a atak z jego użyciem wpływać może nie tylko bezpośrednio – „mikrobiologicznie” – na zakażonych, ale i na całe grupy ludzi poprzez powodowane skutki społeczne, psychologiczne (brak zaufania do systemów ochrony zdrowia, panika) oraz ekonomiczne.

Na koniec zatem oddajmy głos Kenowi Alibekowi, przedstawiającemu historię, jak to bawiono się wąglikiem w Związku Radzieckim, i jak udało się udowodnić, że faktycznie niezła zeń broń biologiczna. Zatem Swierdłowsk i rok 1979, a historia pochodzi oczywiście z książki Alibeka (i Stephena Handelmana) „Biohazard” (Prószyński i S-ka, Warszawa 2000):

img_3095

img_3090

img_3091

img_3092

img_3093

img_3094

Literatura:
1. D’Amelio E, Gentile B, Lista F, & D’Amelio R (2015). Historical evolution of human anthrax from occupational disease to potentially global threat as bioweapon. Environment international, 85, 133-46 PMID: 26386727
2. Sternbach, G. (2003). The history of anthrax The Journal of Emergency Medicine, 24 (4), 463-467 DOI: 10.1016/S0736-4679(03)00079-9
3. Meselson, M., Guillemin, J., Hugh-Jones, M., Langmuir, A., Popova, I., Shelokov, A., & Yampolskaya, O. (1994). The Sverdlovsk anthrax outbreak of 1979 Science, 266 (5188), 1202-1208 DOI: 10.1126/science.7973702
4. Williamson, E., & Dyson, E. (2015). Anthrax prophylaxis: recent advances and future directions Frontiers in Microbiology, 6 DOI: 10.3389/fmicb.2015.01009
* Agata Christie, „Karty na stół”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2001

Denial

Ten film trzeba zobaczyć. Nie tylko dlatego, że Holocaust, bo to nie jest film o Holocauście. Naturalnie wszystko się wokół Holocaustu obraca, i choć jeden z bohaterów w pewnym momencie mówi ze znużeniem, że przecież istnieją inne ważne rzeczy, a wszyscy doskonale wiedzą, czym była Zagłada, więc po co to robić, to jednak – zwłaszcza kiedy poczyta się komentarze na temat filmu (nie róbcie tego, można powyrywać sobie ostatnie resztki uwłosienia… zresztą czytajcie, bo i tak brudna morda nacjonalizmu podnosi się i w tym kraju, gdzie niby wszystko wiadomo, więc komentarze nie powinny specjalnie zaskoczyć) – widać wyraźnie, że dobrze, że przypomnimy o Holocauście. Bo Holocaust miał miejsce. I w Oświęcimiu były komory gazowe. I systematycznie wymordowano tam mnóstwo ludzi. To wszystko miało miejsce. Prawda pozostaje prawdą, niezależnie od różnych opinii na jej temat. Tak jak istniało niewolnictwo. Tak jak Elvis is dead. Tak jak witamina C nie leczy z raka, organizmy GMO nie są zagrożeniem, globalne ocieplenie jest faktem, a szczepionki uratowały i ratują zdrowie i życie milionów ludzi.

Ten film trzeba zobaczyć, bo to jest film o denializmach. Nie tylko tym jednym, reprezentowanym i prezentowanym przez Davida Irvinga – pseudonaukowca, samozwańczego „historyka”, aspirującego do bycia rzetelnym znawcą historii Hitlera, a w rzeczywistości zwykłego pisarzyny o rasistowskich, antysemickich i na dobitkę seksistowskich przekonaniach. To on jest głównym bohaterem, to jego analizują twórcy filmu, ale jednocześnie pokazują, że problem nie jest ograniczony li i jedynie do niego. Gdyż albowiem żyjemy w epoce zaprzeczania. Opinie są równe faktom. Prawda jest płynna. Media są pełne prawdopośrodkizmu: prawda leży według nich pośrodku, a nie tam, gdzie leży. Do medialnych debat zapraszani są wybitni specjaliści w danej dziedzinie i ludzie, którzy o temacie nie mają pojęcia, i każe im się dyskutować ze sobą. Specjalistom unikającym tego typu sytuacji zarzuca się tchórzostwo, podejście niedemokratyczne (co słyszy Deborah Lipstadt), a także stalinowską cenzurę, brak serca i faszystowskie metody (co z kolei zdarza się słyszeć popularyzatorom nauki, piszącym chociażby o szczepionkach). Każdy, kto mówi, że: nie, opinie nie są równe faktom, nie, nie możesz polemizować z faktami, nie, nie każda opinia ma wartość i się liczy, nie jest traktowany życzliwie, ani przez media, w ich pędzie do demokratycznego dawania głosu i jednej i drugiej stronie, ani też przez „samouków”, którzy uważają, że godzinny kurs na Uniwersytecie im. Youtube’a wystarczy do podważenia wiedzy żmudnie zbieranej przez naukowców przez dziesięciolecia. Nawet i twórcy filmu, skądinąd fantastycznie pokazujący mechanizmy denializmu, sami trochę wpadają w pułapkę prawdopośrodkizmu. Jeszcze przed obejrzeniem filmu, kiedy rzucamy okiem i uchem na trailer czy featurette, słyszymy słowa „historyk” czy „kontrowersyjny” w stosunku do Irvinga – kontrowersyjne to sobie mogą być moje gusta muzyczne, a nie rasizm czy antysemityzm – oraz widzimy śliczną scenę z udziałem Irvinga zestawionego z hajlującymi neonazistami. Ot, miły starszy pan, który, traf chciał, nieco kontrowersyjnie wybiela Hitlera oraz twierdzi, że no cóż, kontrowersyjny raport Leuchtera przekonał go, że komór gazowych w obozach nie było, ale przecież ogólnie co złego, to nie on. „Nie jestem rasistą” mówi Irving, wyglądający na przerażonego krzyczącymi w tle skinheadami, jakby nie mógł uwierzyć, że jego niewinne poglądy mogą podzielać tacy kontrowersyjni i niesympatyczni ludzie, i do czego to w ogóle doprowadziło, a on wcale nie chciał. Wymowa tej sceny, sprytnie zmontowanej w trailerze, jest tak silna, że kompletnie zaprzecza faktom (oraz temu, co uczciwie pokazane jest w filmie) – że Irving gościł i przemawiał na nazistowskich wiecach i że generalnie ci mili łysi panowie ze swastykami i on – to przejawy tego samego. O, mam pretensję do osób, które stworzyły trailer (oraz zatwierdziły jego montaż). Złożę ją jednak na karb podejścia czekającej na film z utęsknieniem fanki, która śni o ideale, a widząc rysy na tymże popada w otchłań rozpaczy…

Zatem zapominam i wygrzebuję się z otchłani. To są drobiazgi. Ten film powinno się obejrzeć, bo nie dość, że precyzyjnie i ostro ukazuje epokę denializmu, to jeszcze próbuje pokazywać jego mechanizmy. Deborah Lipstadt mówi bezceremonialnie na swoim wykładzie: to, że ktoś zaprzecza oczywistym faktom, to nie tylko jego pogląd (rozważanie, którym twórcy filmu błyskotliwie zamykają cały proces, wkładając je w usta sędziego Graya), ale oznacza to, że ktoś musi mieć z daną kwestią zasadniczy problem. To nie poglądy powodują, że Irving jest antysemitą. Odwrotnie, Irving jest antysemitą i rasistą, a będąc nim sprzedaje swoje poglądy ludziom, którzy chcą w nie wierzyć. Och, jakże ślicznie mechanizm ten ukazany jest w filmie. I jakże doskonale widać, że takiego kogoś nie da się przekonać do zmiany zdania. Żeby stawać na rzęsach i nawet klaskać uszami – nie. Nic nie zmieni stanowiska fanatycznego rewizjonisty. Czy zapamiętałego w swej polemiczności antywacka, na ten przykład. Przyznam, że początkowo wzdrygnęłam się nieco, słuchając tych słów padających z ust bohaterki. Że jakieś one takie oceniające i osądzające, to raz, a dwa – no że smutne to w sumie. Jednakowoż, to jest prawda, a prawda nas wyzwoli, oraz, jak mówi w filmie Anthony Julius, jest jedyną sensowną strategią, i nie ma co płakać.

Mały disklajmer – jakby ktoś zapytał, czy widzę różnice w sytuacji Irvinga i w zjawisku antywackowego trollingu internetowego, i jak w ogóle można to porównywać – tak, widzę i nie, nie porównuję. Widzę tylko podobne mechanizmy, co jest zresztą źródłem mojego nieustającego od paru dni zachwytu nad Denial. I przyczyną, dla której każdy powinien zobaczyć ten film, szczególnie osoba/osoby, które mniej lub bardziej amatorsko zajmują się popularyzowaniem nauki i debunkowaniem pseudonauki.

Bo pseudonaukowy trolling właśnie. Tak, taki zwyczajny, jaki widuję częściej czy rzadziej tu na blogasku czy na fejsbukowych popularnonaukowych stronkach. I tak, pokazany jest on znakomicie na przykładzie Irvinga, który przerywa wykład Lipstadt gówniarskim domaganiem się uwagi oraz personalnymi wycieczkami. Który stosuje idiotyczne sztuczki – jarmarczne, jak określa je Anthony Julius, prawnik Lipstadt, nalegając na to, aby ich strona nie zniżała się do tego poziomu – klasyczny cherry picking (no holes), omijanie niewygodnych szczegółów (keine liquidierung), wyśmiewanie przeciwnika, szczególnie kiedy ten prosi o dowody, stosowanie argumentów z autorytetu, odwoływanie się do współczucia tłumu (Dawid i Goliat), chamskie zaczepki o charakterze finansowym (kto ci za to płaci?), ordynarne kłamanie oraz odkręcanie kota ogonem (to kto w końcu wygrał ten proces?). Ach, doprawdy człowiek czuje się nadzwyczaj swojsko obserwując perorującego Irvinga. Oraz ogarnia go smutek, że jest aż tak widoczne, a mimo to aż tak skuteczne.

Zatem, skoro nie powinniśmy zniżać się do poziomu pseudonaukowca, co pozostaje nam, ludziom w jakimś tam małym zakresie walczącym z pseudonauką? Otóż film, który każda/każdy z nas powinna/powinien zobaczyć podpowiada nam strategię postępowania. Ba, podpowiada nam nawet trzy. (Chyba nie dość wyraźnie wspominałam dotąd, że kocham Denial. To wspominam wyraźnie.).

Strategia numer jeden to strategia Deborah. Wojownicza wojowniczka na wojowniczym rumaku, wymieniająca porozumiewawcze a wojownicze spojrzenia z Boadiceą. Ma rację oczywiście. I z tą racją na ustach rzuca się w bój, bez pomyślunku, wierząc naiwnie i gorąco, że przekona każdego. „Ludzie, ja tu wam mówię, że szczepionki działają. Musicie mnie posłuchać? No jak to nie słuchacie? Jak może to was nie obchodzić?”

tumblr_nlj7palcb41qfcx4to4_r1_250 tumblr_nlj7palcb41qfcx4to2_r1_250 tumblr_nlj7palcb41qfcx4to3_250

Jak? Tu na pomoc wołamy niezrównanego Joeya (jak nie trawię Przyjaciół, tak Joey potrafi rozświetlić smętny dzień): tak właśnie, jak na powyższym gif-secie. Gdyż metoda Deborah jest bardzo amerykańska, bardzo uczciwa i bardzo „do boju!”. Zalety – nikt ci nie zarzuci tchórzostwa, spokojnie możesz patrzeć sobie w oczy w lusterku każdego dnia. Wady – nie działa. Nikt cię nie posłucha, Joey ma rację, zwłaszcza kiedy nieunikniona frustracja doprowadzi cię do zniżenia się do poziomu przeciwnika (epitety, argumenty as personam występują niestety często po stronie pronaukowej). Nikt nie będzie cię słuchał, w dodatku zarzuci ci emocjonalność, niezrównoważenie oraz bezsensowne produkowanie się w nie wiadomo jakim celu.

Metodę drugą nazwałabym „metodą Deborah po ogarnięciu się”. Lipstadt, po przyjęciu do wiadomości tego, co wyżej,  zmuszona jest przez prawników zmienić strategię, wybiera więc następującą: żadnej emocjonalności, same gołe fakty. Innymi słowy, zarzućmy przeciwnika wiedzą i prawdą. Przedstawmy tę prawdę, pokażmy twarde dowody. Wezwijmy świadków na poparcie naszych słów. Deborah nie rozumie jednak, że może nieintencjonalnie zaszkodzić tym świadkom. Nie rozumie tego i nie widzi chyba do samego końca, Anthony Julius musi jej to tłumaczyć dwa razy, a w końcu i tak podejmuje decyzję za nią. Na szczęście, bo Deborah w szlachetnym zapamiętaniu nie zauważa, że jej dobre intencje wybrukują piekło innym ludziom. Naturalnie, zaznaczmy tu od razu, opisywane zdarzenia, z występującym znacząco czynnikiem ludzkim w postaci świadków Zagłady, to dość specyficzna sytuacja. Można ją jednak uogólnić. Metoda walki z pseudonauką za pomocą wiedzy, prawdy oraz udokumentowanych świadectw (np. w postaci peer-reviewed papers) jest niewątpliwie szlachetna i najlepsza. Tchórzem i tak cię co prawda nazwą, bo nie chcesz dyskutować, tylko arogancko i z wyższością rzucasz faktami, ale we własnym sumieniu czujesz zadowolenie z dobrze wykonanej roboty. Uważaj jednak, jak mówi Richard Rampton, nie zawsze to, co najlepsze, wygrywa. Bo to nie jest metoda wygrywająca. Specjaliści także się mylą, naukowcy-specjaliści w danej dziedzinie nie zawsze są dobrzy w opowiadaniu o nauce: wchodzą w za dużo szczegółów, nigdy nie mówią, że coś się działa, tylko że raczej działa na 97,8% i to w takich, a takich okolicznościach. Wszystko to natychmiast zostanie wykorzystane przez denialistów. W tę pułapkę wpada profesor van Pelt. I pułapka ta przewidziana jest przez Anthony’ego Juliusa – prezentując swoją wiedzę legitymizujesz jej podważanie. Zatem przegrasz, bo podważanie jest łatwe, nie trzeba doń dowodów, wystarczy głośno krzyczeć, że szczepionki powodują autyzm; jest też atrakcyjne dla obserwatorów, bo nikt nie lubi mądrzącego się jajogłowego profesorka.

Dochodzimy zatem do metody trzeciej, metody prawników Lipstadt: Juliusa i Ramptona. Przygotowując materiały do procesu przyjęli oni następującą strategię – nie mówimy o tym, że Zagłada miała miejsce, nie dopuszczamy do głosu tych, którzy przeżyli, nie przenosimy walki na nasze podwórko. Za to zrzucamy ją na przeciwnika, to on się musi bronić (prawnicza zasada, o której mówi team Juliusa: nieważne, czy formalnie bronisz, czy oskarżasz, zawsze oskarżaj). W końcu zarzucił nam, że go oczerniamy. Zatem zmuśmy go do tego, aby pomógł nam udowodnić, że to nie były oszczerstwa. Innymi słowy, pokażmy przy jego wydatnej pomocy, że to on świadomie kłamie, że falsyfikuje historię, że zakłamuje naukę, że propaguje pseudonaukę. Zmuśmy go do tego, aby sam sobie wykopał dołek, a potem weń wpadł na własne życzenie. Jest to niewątpliwie strategia wygrywająca, jeżeli uda ci się ją poprawnie przeprowadzić. Należy jednak pamiętać, że wymaga ona dużej wiedzy, znacznie większej niż ta do zacytowania paru artykułów naukowych (jak metoda druga). Wymaga żmudnej pracy, być może niemal zawsze zespołowej, bo nikt nie jest specjalistą we wszystkim. Strategia ta możliwa jest do zastosowania tylko przez ludzi wykształconych w danej dziedzinie, mających odpowiedni background. Same dobre intencje plus nawet oczytanie nie wystarczają. Przykre, ale boleśnie prawdziwe: nawet jeśli jesteś entuzjastą biologii i szczepionek, i nawet jeśli wiesz na ich temat sporo, a nie masz systematycznego wykształcenia – przegrasz. Prędzej czy później dasz się złapać na jakimś oczywistym drobiazgu, którego uczą studentów I roku, co pociągnie za sobą podważenie tego, o czym mówisz, oraz całej twojej wiedzy w ogólności.

Tak sobie myślę – niczym Katon powtarzając, że film wart jest obejrzenia – że wart był między innymi dlatego, że sprowokował mnie do zadania samej sobie pytania: która strategia zatem, jeśli w ogóle którakolwiek? W której się odnajduję, którą stosowałam w przeszłości i czy mi z tego powodu nieswojo? Czy strategia, którą nazywam wygrywającą, jest w ogóle możliwa do zastosowania? W moim przypadku? A czy jest etyczna? Spojrzę sobie w oczy?

I już wiem.

A wy?

A poza tym wszystkim to jest bardzo śliczny film. Bardzo spokojny, elegancki, grzeczny i angielski w swej wymowie. Nieco łopatologicznie co prawda tłumaczy różnicę między brytyjskim a amerykańskim systemem prawnym (solicitor a barrister, zasady English libel law), ale to się przydaje do zrozumienia strategii, którą przyjęli prawnicy Lipstadt. Smutno i ładnie pokazany jest Oświęcim, ale bez nadmiernej czułostkowości. Trudno oceniać czasem, mnie przynajmniej, kreacje aktorskie, kiedy portretowane postaci żyją i konsultowano się z nimi przy powstawaniu filmu, bo z góry zakładam, że ukazane są dobrze (twórcy w pierwszej kolejności dziękują Anthony’emu Juliusowi, a wspólne wywiady z Deborah Lipstadt i Rachel Weisz uroczo pokazują, jak obie są do siebie podobne w sposobie zachowania. To znaczy są ogólnie totalnie niepodobne, ale jednocześnie podobne, jeśli chodzi o bycie Deborah Lipstadt, rozumiecie, co mam na myśli. Lipstadt zresztą uczestniczyła w kampanii reklamowej i premierowych pokazach filmu, i generalnie przyznawała, że to właśnie wtenczas się zdarzyło. Nie wspominając już o tym, że słowa padające w sądzie są dosłownymi cytatami z procesu.). Co oczywiście nie zmienia zupełnie faktu, że na aktorów patrzy się z przyjemnością, nie tylko tych w głównych rolach, bo to zachwyt, oczarowanie, klasa i najwyższa jakość, ale i tych w drobniejszych. Postaci portretowane są subtelnie, „nasi” są dobrzy, ale nie w oczywisty sposób, „oni” są pokazywani czasem w nadmiernie wykrzywionym świetle (sceny w domu Irvinga), ale nie jest to wbijane łopatą do głowy. Zresztą, jak pisałam, wrażenie łagodzi trailer, ponadto nie trzeba się specjalnie wysilać, aby w złym świetle pokazać Irvinga, on radzi z tym sobie doskonale sam (szokujący wierszyk dla córeczki; „Trump jaki, czy co” przy okazji opowiadania prasie o pomocach domowych).

Absolutnie fascynujące było jednak dla mnie obserwowanie rozwoju sytuacji, tego, jak pracują prawnicy przy takim procesie, jak żmudna jest to praca, i jak oddanym jej trzeba być. Team Anthony Julius – Richard Rampton jest nie do pobicia, a na ich wzajemne zaufanie (o matko, jakżeż ogromne) oraz na przyjętą opcję dobry policjant/zły policjant – modyfikowaną niewątpliwie w zależności od klienta – patrzyłam zupełnie zaczarowana. Julius jest tym złym, chłodnym, nieemocjonalnym, dominującym. On niczego nie tłumaczy Lipstadt, on wydaje polecenia, ma po prostu tak być, jak on mówi, bo on zwyczajnie wie lepiej. Swoją drogą, cudownie popatrzeć na tak inteligentną osobę na ekranie. Nie zwyczajnie inteligentną, tak normalnie, średnio, ale inteligentną wybitnie, z umysłem ostrym i precyzyjnym jak skalpel, brzytwa i szklany nóż do mikrotomu w jednym. Ten człowiek podczas procesu celowo, ściśle i drobiazgowo robi tylko te rzeczy, które przyniosą mu wygraną, wszystko jest idealnie zaplanowane i podporządkowane temu celowi. Króciutka scena zastawienia pułapki na Irvinga, pułapki, która zapoczątkowała upadek tegoż i przegraną w procesie, jest tak doskonała, że w kinie zamierają nawet oddechy (a po niej słyszałam oklaski, co jakby nie zdarza się w takim przybytku zbyt często). Podczas spotkania z Lipstadt członkowie społeczności żydowskiej w Londynie wyzłośliwiają się nad Juliusem, śmiejąc się, że wiele kobiet (włączając w to księżną Dianę) pociągał jego intelekt. Oh man, ja się dziwię, że na niego nie leciało wszystko, co ma choć dwa neurony w mózgu. A dwie sceny, kiedy broni ocalonych z Zagłady przed Lipstadt, choć teoretycznie to ona stoi po ich stronie i ona ich reprezentuje? Okazuje się, że jednak nie, że jednak on ma rację, w dodatku Lipstadt (oraz widz) dostaje znakomitą lekcję: chcesz działać, walczyć? To rób to z głową, a nie emocjonalnie i głupio. Bo przegrasz i ty, i ci, którzy ci zaufali. To jest tak cudownie doskonałe i poruszające, że dosłownie zapiera dech w piersiach (i trzeba to zobaczyć na własne oczy, jak i cały film oczywiście – czy podkreślałam to już wystarczająco?).

Z drugiej strony mamy dobrego policjanta, Richarda Ramptona. Starszego, misiowatego, cichego, lubiącego wino, sympatycznego. Zachowującego pamiątkę z Oświęcimia. Uspokajającego, tonującego nastroje. To on (bez wątpliwości w porozumieniu z Juliusem) przekonuje Lipstadt, że powinna zamknąć dziób, zleźć ze swojego wojowniczego konika i pozwolić działać prawnikom. Odnosi sukces, klientka pozwala, i dzięki temu wygrywa rozprawę. Zachwycająca dynamika tych dwu postaci, duetu: Julius-mózg operacji i Rampton-wykonanie, jest czymś, co stanowi oś procesu i oś filmu. Mam wrażenie, że między innymi dlatego udało im się dobrać tak znakomity zespół do pracy przy procesie Lipstadt: po prostu swoim intelektem i strategią oczarowywali stopniowo i profesorów, i studentów.

I tak sobie myślę na koniec – szykując się na kolejny seans, bo przecież widziałam film stanowczo za mało razy – czy z tego także wynika jakaś nauka dla mnie? I w ogóle dla debunkujących pseudonaukę, szczególnie w dzisiejszych czasach? Teamwork może? Kij i marchewka, czyli podstęp i prawda? Zły policjant/dobry policjant? Wygrywająca strategia, czyli która? Tak na oko, to wydaje mi się, że potrzebujemy po prostu Anthony’ego Juliusa. Ktoś wie, ile on bierze za konsultacje?

*Denial (2016). Reżyseria: Mick Jackson. Premiera: TIFF, wrzesień 2016*

 

Odurzenie podróżą, czyli warto pamiętać o szczepieniach

Czytelnicy tego bloga, jeżeli jacyś się tu i ówdzie jeszcze uchowali, wiedzą, że nieraz zdarzało mi się gościć tu przemiłych antywacków. Którzy czasem, jako ten diabeł z pudełka, wyskakiwali z zarzutem, iż jestem zwyczajnie drogowskazem, który, owszem, wskazuje drogę, ale sam najprawdopodobniej drogą tą nie chce ruszyć. Jakby to miało jakieś znaczenie, i jakby faktycznie czekali tylko, aż powiem, że tak, tak, tak, szczepię się na wszystko jak leci, sumiennie każdego dnia tygodnia, a w soboty to nawet dwa razy, a oni wówczas pognaliby galopem do pierwszego z brzegu punktu szczepień i z radością zrobiliby to samo. Zatem zazwyczaj milczałam, jak to drogowskazy przydrożne mają w zwyczaju…, choć nie, raz, pamiętam, wyliczyłam z grubsza, na co ostatnio się szczepiłam. Pytający delikwent nie poleciał jednak natychmiast powtarzać mojego doświadczenia, zapytał za to, czy mam w związku z powyższym czas w życiu na cokolwiek innego, pragnąc zapewne zaprosić mnie na oglądanie jego kolekcji znaczków. Do znaczków jednakowoż niestety nie doszło, gdyż albowiem, jak przypuszczam, wystraszył się ilości toksyn, które właśnie w siebie władowałam. I bądź tu, człowieku, aktywnym drogowskazem.

Tym razem więc, licząc naiwnie na, ale człowiek się starzeje i może nie mieć kolejnej okazji na oglądanie jakiegoś ciekawego zbioru etykiet zapałczanych czy kapsli, czy co tam dzisiejsza młodzież kolekcjonuje, zwierzę się wam, jakież to szczepionki ostatnio przyjęłam, po co mi one były, ze szczególnym uwzględnieniem NOPów, które mnie po tym szczepieniu spotkały.

Panorama

Otóż i te szczepionki. Z tym, że bardzo zachęcam do zaglądania na fachowe strony (np. tutaj, czy tutaj), aby dowiedzieć się, jaka profilaktyka zalecana jest przed wyjazdem do jakiego kraju. Zależy to bowiem od warunków epidemiologicznych na danym terenie, ważna jest także profilaktyka nie w postaci szczepień (czyli leki na przykład, czy też wskazówki, co można, a czego nie należy jeść i pić, i tak dalej), a także to, jakie szczepienia już się przyjęło. To powyżej to nie jest pełna lista! Pełna lista zawierałaby także te szczepienia, które są obowiązkowe (bądź polecane) i tak, i jeśli człowiek ma na nie kwity, no to oczywiście już nie musi ich powtarzać.

O japońskim zapaleniu mózgu oraz o zapaleniu wątroby typu A pisałam, więc nie będę się powtarzać. W tej notce skupię się na durze brzusznym.

Dur? Dur brzuszny? – zapytać możecie – czy to przypadkiem nie jest coś, co dawno i nieprawda? Otóż niekoniecznie.

Dur przede wszystkim ma prawo mylić się z tyfusem. Polska nazwa odnosi się do charakterystycznego objawu – stanu odurzenia (z majaczeniami, omamami i innymi zaburzeniami świadomości), przy okazji wskazując też na nazwę odgrecką – czyli tyfus. Co zresztą jest poniekąd mylące, bo nazwa tyfus określa zgoła inną chorobę zakaźną niż dur, mianowicie tyfus plamisty. A dur to w nazewnictwie anglojęzycznym typhoid, czy też typhoid fever, czyli coś tyfusopodobnego. Cała ta komplikacja z nazewnictwem unaocznia, że obie choroby – dur brzuszny i tyfus plamisty – mogą mieć dość podobne objawy. Za to powodowane są przez zakażenia zupełnie innymi drobnoustrojami, inne jest ich przenoszenie, a także w różnym stopniu zagrażają obecnie ludziom.

Dur brzuszny wywoływany jest przez bakterie Salmonella Typhi. Pełna nazwa tegoż wariantu serologicznego jest znacznie dłuższa, bo specjaliści od nomenklatury bakterii z rodzaju Salmonella gorsi są od botaników, ważne jest jednak, że pałeczki te można z grubsza podzielić na dwie grupy: durowe i niezwiązane z durem brzusznym. To te drugie zwykle kojarzą się z bakteriami Salmonella, bowiem to za ich przyczyną występują salmonellozy.  Te pierwsze natomiast (głównie właśnie S. Typhi, a także Paratyphi) powodują schorzenia durowe u ludzi (w odróżnieniu przy okazji od tyfusu plamistego, wspomnianego wyżej, a wywoływanego przez riketsje).

16877_lores
Piękna komputerowa Salmonella Typhi. Zauważcie cudne fimbrie (to to włochate) oraz wici. Źródło: CDC/James Archer

Salmonella Typhi przenosi się przez zanieczyszczony kałem ludzkim pokarm i wodę. Atakuje błonę śluzową jelit, przy okazji chowając się przed układem immunologicznym (tu rolę odgrywa typowy dla S. Typhi czynnik zjadliwości – polisacharyd otoczkowy Vi), co pozwala bakterii na wstępne rozprzestrzenienie się drogą krwi po organizmie (drobnoustrój podróżuje sobie wewnątrz makrofagów, może się w nich także namnażać). S. Typhi, w odróżnieniu od przypadków salmonelloz, nie wywołuje na tym etapie stanu zapalnego w jelitach i nie powoduje biegunki.

Nie czuł się ani silniejszy, ani zdrowszy. Tak jak przedtem bolała go głowa, członki, zbity był i odurzony. Rozejrzał się błędnie.
— Czy ja długo spałem?
— Trzy doby. Doktor aż się zląkł.
— Osioł. Spałbym drugie tyle.
Nadrabiając energią chłopiec się porwał, zlał głowę wodą, trochę się przebrał i ruszył. Nogi mu ciążyły jak ołowiane, zataczał się i choć szedł wolno, dyszał ze zmęczenia. Coś się z nim działo niedobrego, z czym się szamotał z całej siły. Krew hulała po pulsach, trzęsła nim gorączka, a zarazem ogarniała członki ogromna martwota, jak rozbitka, co bez sił już i nadziei opuszcza ramiona, czekając śmierci. *

Objawy zakażenia, jak widać, obejmują bardzo wysoką gorączkę i ogólne wyczerpanie. Następnie, w okresie pełnego rozwoju choroby, gorączka nie ustępuje, a u pacjenta notuje się objawy neuropsychiatryczne (odurzenie, pobudzenie, omamy), pojawić się mogą także wymioty, wysypka (tzw. różyczka durowa), bóle głowy, bóle brzucha, kaszel, ogólne osłabienie.

PHIL_2215_lores
Wysypka u pacjenta z durem. Źrodło: CDC/ Armed Forces Institute of Pathology, Charles N. Farmer

Majaczył w strasznej gorączce, nie poznawał nikogo, bredził, zrywał się, przeklinał życie, wołał matki.
— Tyfus i zapalenie mózgu — rzekł spokojnie doktor, kładąc lodowe okłady.
— Ale wychodzi się z tego? — spytał niespokojnie naczelnik.
— Jeden na stu czasem.
Dziad Polikarp nie pytał, nie odzywał się, nie wtrącał do rady i pomocy. Siadł ciężko na łóżku, nie spuszczał oczu z wyniszczonej twarzy chorego.
Straszne było to bredzenie w głuchej nocy. Śmierć wyciągała kościste ramię i w oczach starca wydzierała mu jego skarb, a on był jak dziecko bezsilny! On, pyszny jak szatan i taki możny!… *

Komplikacje duru brzusznego obejmować mogą perforację jelit, uszkodzenia innych narządów, jak mięsień sercowy czy wątroba, zapalenie opon mózgowych i mózgu, a także objawy neurologiczne. Śmiertelność u nieleczonych osób wynosi 10%, przy zastosowaniu antybiotyków – poniżej 2%. Charakterystyczną cechą choroby jest także stan nosicielstwa. Występuje on u około 2 do 5 % pacjentów po przebyciu duru. Bakterie wykazują ścisłe powinowactwo do pęcherzyka żółciowego i trakcie rozprzestrzeniania się po organizmie osiedlają się tam, tworząc biofilm, który chroni je przed antybiotykami. Kolonizacja pęcherzyka żółciowego oraz następujące po niej periodyczne wydalanie bakterii z kałem uważa się za główny i podstawowy problem z durem brzusznym – nosiciele stanowią rezerwuar drobnoustrojów oraz źródło zakażenia dla ludzi z ich otoczenia. Historycznym przykładem takiego nosicielstwa była Mary Mallon – „Tyfusowa Mary” – kucharka, która swego czasu zaraziła durem dziesiątki osób.

stones
Biofilm na kamieniach żółciowych u nosiciela S. Typhi (z prawej; z lewej brak biofilmu). Źródło: publikacja #2

Przy leczeniu duru brzusznego konieczne są antybiotyki. Problemem jest narastająca oporność S. Typhi na terapię z ich użyciem (wielolekooporne szczepy), a także fakt, że sama antybiotykoterapia nie jest w stanie zlikwidować stanu nosicielstwa. W tych wypadkach polecane jest kombinacja: antybiotyki plus usunięcie pęcherzyka żółciowego (sama cholecystektomia też nie pomoże – bakterie mogą ukryć się w wątrobie czy drogach żółciowych).

Dur brzuszny to nie byle co, choć faktycznie szczęśliwie ludzie mieszkający w Europie Zachodniej czy USA są generalnie bezpieczni. Globalnie choruje nań ponad 20 milionów ludzi rocznie (może nawet powyżej 30 mln), a ponad 200 tysięcy umiera (inne dane mówią o nawet 500 tysiącach), ze szczególnym uwzględnieniem dzieci.

Clipboard-10
Dur brzuszny na świecie. Źródło: publikacja #3

Dlatego właśnie, nawet przy ogromnej ekscytacji podróżą w jakieś piękne, egzotyczne miejsca, warto pomyśleć o szczepieniach. Dostępne są różne szczepionki przeciw durowi brzusznemu, mogą one zawierać całe bakterie, bądź też wspomniany wyżej oczyszczony polisacharyd otoczkowy Vi. Ponieważ szczepionka nie działa stuprocentowo, warto pamiętać także o innych zdroworozsądkowych zasadach przy okazji wyjazdu. Taką cenną zasadą, którą poczęstowano mnie podczas wstrzykiwania straszliwej trucizny w postaci antygenu Vi (z żalem informuję przy okazji, iż nie doświadczyłam żadnych okropnych NOPów, poza siniakiem na ramieniu, ale możliwe, że to z powodu przyjmowania trzech szczepionek naraz), jest: boil it, peel it, cook it, wash it or forget it!

ResearchBlogging.org
Literatura:
1. Dougan, G., & Baker, S. (2014). Salmonella enterica Serovar Typhi and the Pathogenesis of Typhoid Fever
Annual Review of Microbiology, 68 (1), 317-336 DOI: 10.1146/annurev-micro-091313-103739

2. Gunn, J., Marshall, J., Baker, S., Dongol, S., Charles, R., & Ryan, E. (2014). Salmonella chronic carriage: epidemiology, diagnosis, and gallbladder persistence Trends in Microbiology, 22 (11), 648-655 DOI: 10.1016/j.tim.2014.06.007
3. Crump JA, Luby SP, Mintz ED. The global burden of typhoid fever. Bulletin of the World Health Organization 2004; 82: 346-353.
4. http://www.microbiologybook.org/
5. http://www.szczepienia.pzh.gov.pl/main.php
6. * Fragmenty: „Straszny dziadunio” Maria Rodziewiczówna