Ohyda

Niezbyt nowe, ale odkryłam to dopiero teraz, dzięki jednemu z forów zresztą. Tak elegancki pan Kydryński pisał – fakt, już spory czas temu, ale książkę nadal reklamuje na swojej stronie – o własnym braku obojętności na urodę czarnych kobiet oraz o innych kwestiach: http://www.feminoteka.pl/readarticle.php?article_id=876

Jeden wielki rzyg.

Reklamy

Centrum? Centrum czego?

Na początku będzie disklajmer – na otwarciu Centrum Nauki Kopernik nie byłam. Czepiam się więc radośnie i żołądkuję wyłącznie na podstawie obejrzanych i przeczytanych relacji, zdjęć oraz nagrań. Czepianie to może być zatem zanadto czepialskie i niesprawiedliwe. Ale co se bede żałować.

Centrum Nauki Kopernik otworzyło swe podwoje dla spragnionych wiedzy. Otworzyło z fajerwerkami, wzruszeniem kierownictwa oraz spektaklem przygotowanym przez znane nazwiska.

Nauka w wydaniu szkolnym jest prezentowana jak katechizm, zbiór prawd wiecznych i niezmiennych. Nic bardziej mylnego. Przecież kolejne wielkie odkrycia potrafią wszystko wywrócić do góry nogami. mówi pan dyrektor Centrum.

Nie no, jasne, że trzeba mówić o nowych odkryciach. Tylko czy koniecznie tak, że przecież prawdalerzyposrodku, NO PRZECIEŻ? Pokażemy więc siedem teorii powstania świata, co siem bendziem szczypać. Jedna naukowa, sześć – hmmm… No też chyba naukowe, skoro to Centrum Nauki Kopernik jest. Co nie? W końcu najlepszym sposobem nauczenia ludzi czegoś jest pokazanie tego czegoś w połączeniu i w bałaganie z innymi rzeczami. Niezależnie, czy to wszystko razem ma wartość naukową, czy nie. Wolność, wolność! Tu bogowie mieszają w czymś tam, tam smoki coś ten tego, gdzieś indziej zwierzęta wraz z ludźmi wychodzą z wielkiego dołu (Jaszczurów nie widać?), a nad tym wszystkim panuje subtelny duch kreacjonizmu. Najs. Konsultantowi naukowemu i radzie naukowej Centrum gratulujemy.

Opowieść, której narratorką była hologramowa, łysa dziewczynka o imieniu Suzan, prowadziła przez wszystkie mity wyjaśniające nasze pochodzenie, od chińskiego smoka wyklutego z jaja, przez nowozelandzki romans Nocy ze Wszechświatem i historię z Księgi Genesis, na teorii wielkiego wybuchu skończywszy.

Romans, smoki, a przy tym wszystkim plączą się jakieś oddziaływania jądrowe, fale czy jakaś materia. I kul. Obserwator sam se wybierze, co bardziej lubi. Wolność, wolność, kreatywność! A że tłumok jeden (=obserwator) nie załapał, że tylko jedno to jest nauka, a reszta to jakieś fascynujące skądinąd mity – cóż, nie każdy musi (i może) być kreatywnym. Uważać było trza! A może by jakoś to ułatwić jednak temu tłumokowi? Na przykład prezentując nie sześć, a sześćdziesiąt sześć mitów, podań i bajań (jak na Centrum Nauki przystało). Ten ilościowy stosunek spowoduje, że wybór będzie jeszcze łatwiejszy. I naukowo będzie bardziej, bo przecież należy prezentować wszystkie hipotezy. A i ktoś zarobi na takiej prezentacji wiency. Oraz na koń-sultacji naukowej, ofkors.

W Koperniku przekonujemy, że nauka jest fascynująca, to sfera kreatywności i wolności.

Otóż to. Kreatywność ta spowodowała super rewolucyjne podejście do kwestii naukowych – takich chociażby, jak opisywane powyżej. Można było również dowiedzieć się, że istnieje pierwiastek silver. Dotychczas zdawało mi się, że nosi on nazwę srebro, ale widać byłam w błędzie. Po cóż nam jednak polskie nazwy czegokolwiek w nauce? A po to na przykład – nasze uniwersytety tak świetnie radzą sobie na świecie, na tak znakomitych pozycjach plasują się w rankingach, a publikacje – ach, aż wstyd się tak chwalić… Powiedzmy więc sobie szczerze – nie aspirujemy już do poziomu naukowego w niektórych innych krajach, my już dawno te kraje prześcignęliśmy, pobiliśmy i zwyciężyliśmy. Niech więc znają pana – zrobimy im łachę i będziemy stosować angielskie nazewnictwo naukowe tam, gdzie MA TO OCZYWIŚCIE SENS. Chociażby na otwarciu Centrum Nauki – o ileż ładniej tekniszjem brzmi od technetu, nieprawdaż? (Nasi bosi plajają na stricie, a powód jest równie (bez)sensowny, jak każdy inny).

Pewnie, że o nauce (nawet w połączeniu z kulturą i codziennością) nie wolno mówić nudno, trudnym językiem i bez polotu. Ale należy mówić naukowo. A nie łączyć naukę z pseudonakowym bajaniem, i jeszcze z jakimś takim językowym bezsensem, i to jeszcze na oficjalnym i głośnym otwarciu. Tym bardziej, że takie połączenie jest szalenie efektowne, i to będzie właśnie to, co ludzie wyniosą z tego interesu. Czy naprawdę o take-polske-nauke walczymy?

Jestem przekonany, że wszyscy, którzy będą wychodzić z tego budynku, będą mieli nowe wielkie idee – mówił na otwarciu Centrum Nauki Kopernik jego pomysłodawca prof. Łukasz Turski. Uroczystość rozpoczął „Wielki Wybuch”, czyli multimedialny spektakl o początkach Wszechświata i historii nauki w reżyserii Petera Greenawaya i Saskii Boddeke.

Niom. To właśnie te wielkie, atrakcyjne i efektowne idee ludzie wynieśli z otwarcia. A ci, co nie wynieśli, dowiedzieli się o wszystkim z prasy. Łapę w łapę idącej z luminarzami polskiej nauki (Centrumowej) w popularyzacji nauki w społeczeństwie.

Sześć mitów i jedna teoria naukowa, tłumaczące powstanie wszechświata na różnych obszarach Ziemi – tak w wielkim skrócie można opisać „Wielki Wybuch”. Były to historie m.in. z Grecji, Izraela, Chin, a nawet Nowej Zelandii, gdzie króluje mit „Zakochanej pary”. Dowiadujemy się z niego, że niebo i ziemia były splecione w miłosnym uścisku tak mocno, że brakowało między nimi miejsca na światło i czas. Kochankowie spłodzili setkę dzieci, ale dopiero najstarszemu synowi udało się rozdzielić rodziców. Zrobił to jednak z tak ogromną siłą, że ojciec stał się niebem, które znamy, a matka – ziemią. W ten sposób znalazło się też miejsce dla światła i czasu.

Ta, jak i inne historie opowiedziane były przy wykorzystaniu najnowszej technologii, m.in. efektów świetlnych, dźwiękowych i animacji.

Super, znakomicie, świetnie – z siedmiu teorii opisujących powstanie wszechświata, portal wybiera jedną. I słusznie, skoro był wybór, a ta brzmi tak seksownie (dodatkowo tytuł tego prasowego doniesienia brzmi: Zbliżenie kochanków – tak powstał świat). Mam nadzieję, że kiedyś, kiedy powstanie jakieś Centrum od biologii bardziej, to obok wiedzy o szczepieniach i antybiotykach poznamy też alternatywne sposoby leczenia (izopatia, homełko, klawiterapia czekają). Oraz oprócz wiedzy o jajeczkach i plemnikach, pouczymy się nieco o bocianach i kapuście. Prawda leży pośrodku wszak. A jeśliś, tłumoku, nie załapał – co jest czym i z czym się je – toś tłumok.

Na początku nie było absolutnie nic – ogłosił lektor. – A po trzech minutach istniało już wszystko.

Ja nie.

……………………………………………………………….

Koniec czepiania się. Być może wszystko to wyglądało (i wyglądać będzie) lepiej w rzeczywistości, niż w relacjach. Być może to tylko kwestia przegięcia z artystycznym otwarciem, a sama działalność Centrum będzie sensowna. Oby. Prawdopodobnie i intencje, stojące za takim a nie innym otwarciem, były dobre – choć szefostwo Centrum powinno zastanowić się, jak spektakl zostanie odebrany. Ale po przeczytaniu i obejrzeniu tychże relacji jedna myśl uparcie powraca i nie pozwala się odgonić – czy w moim ulubionym kraju coś, co w zamyśle ma być tak wspaniałą inicjatywą popularyzującą naukę, koniecznie musi być realizowane (i/albo prezentowane) od dupy strony?

Łyżka miodu w beczce Karoliny

Drugim prezentem jest słoik miodu od karpackich pszczelarzy – ma to być symbol słodyczy, którą posiada w sobie każda kobieta.

Ja nie posiadam. A już na pewno nie jestem słodka wtedy, kiedy po raz kolejny czytam te kretyńskie bzdury na temat Karoliny Kózki. Wtedy trafia mnie szlag, a nawet cała cholera.

Wraz z młodymi na Lednicę przyjechał bp Andrzej Jeż, który apelował do młodych, zwłaszcza młodych kobiet, by wzorców dla siebie szukały w życiu świętych i błogosławionych m.in. bł. Karoliny Kózkówny.

A dlaczegóż to do młodych kobiet zwłaszcza? Bo ich cnota leży między ich nogami? W dodatku jest to cnota całej rodziny/wsi/narodu? A może dlatego, że w głupiutkie młode główki dadzą sobie wcisnąć różne nonsensy? I są w dodatku tak trenowane do grzeczności, że nie rzucą uprzejmego: „spierdalaj”, jak pewnie rzuciłby przeciętny chłopak.

Te nonseny, obrzydliwe w dodatku, dla mnie przynajmniej nie zaczęły się od sprawy Karoliny. Pierwsza była święta Maria Goretti, o której usłyszałam dawno temu, niedużym dziecięciem będąc. Dziewczynka wielokrotnie molestowana przez sąsiada – o czym zresztą nie poskarżyła się rodzinie, i takie wzorce rodziny świętej a doskonałej również warto propagować, nespa? – a wreszcie przez tegoż sąsiada zamordowana podczas próby gwałtu. Potem były rozmaite dziewice-męczennice. Jak człowiek chodzi do kościoła (rzymskokatolickiego), to słyszy często, że tu mamy uroczystość takiego świętego, Doktora Kościoła na przykład. Albo królewicza. Albo innego bohatera, względnie nawet męczennika. Ale o dziewictwie to akurat, dziwnym trafem, u kobiet się wspomina. Dlaczegóż na przykład nie można by Świętych Młodzianków nazwać Świętymi Prawiczkami? Wszak takimiż byli. Ale to zapewne niosłoby jakieś niepotrzebne skojarzenia. A cnota ma się przecież z dziewczętami kojarzyć, a przede wszystkim z tym, co mają między nogami.

I tak też jest w przypadku Karoliny. Karolina Kózka została w wieku lat szesnastu zamordowana przez rosyjskiego żołnierza, który pojawił się w jej domu. Pod pozorem pokazania sobie jakiejś drogi, wyciągnął z domu Karolinę i jej ojca i kazał im iść ze sobą do lasu. W lesie doszedł do wniosku, że dziewczynę sobie zatrzyma, a ojcu kazał się wynosić. Kochany tatulo, nie dość, że wcześniej jak ofiara lazł z tym żołnierzem, zamiast go jakoś walnąć, czy coś, to potem – mimo, że dziecko prosiło go, żeby nie odchodził – uprzejmie opuścił towarzystwo i wrócił do domu. Tam powtarzał bezradnie „Karolina” i „żołnierz”, tudzież załamywał ręce i czekał na bezpieczny powrót córeczki z wycieczki. Czekała tak zresztą, aż milutki żołnierz zrobi z dziewczyną to, co sobie zamarzył, cała rodzina, razem zapewne ze starszym (dorosłym albo prawie dorosłym) rodzeństwem Karoliny. A potem okazało się, że biedactwa czekali na próżno, bo ostał się im jeno zimny trup dziewczyny gdzieś w lesie.

Oczywiście trup z nienaruszoną błoną dziewiczą, bo to jest przecież najważniejsze. W całej parafii panowało głębokie przekonanie o świętości życia Karoliny i o tym, że życie swe złożyła w heroicznej obronie czystości. No jasne, świadectwo to ma mniej więcej tę samą wartość, co Z drugiej zaś, ci sami świadkowie, ludzie religijni i trzeźwi, dają wyraz przekonaniu, iż Karolina w swym życiu nie popełniła nawet grzechu lekkiego,[…]. Tak czy inaczej, upamiętnili dziewczynę wzniosłą poezją:

Droższą niż życie była dla niej cnota,
Gdy w jej obronie stoczyła bój z wrogiem.
Milszą śmierć sroga niż grzechu sromota,
Więc męczennicą stanęła przed Bogiem”.

„Grzechu sromota”, noż…. Jakiego grzechu, jaka sromota?

A może by tak zastanowić się, że ona nie musiała koniecznie tej nieszczęsnej cnoty bronić? Bo może w chwili zagrożenia nie myślała o czystościach czy cnotach, tylko o tym, żeby uciec? Albo w ogóle nie myślała, tylko reagowała tak, jak pewnie sporo ludzi – ktoś ją napadł, więc usiłowała się wyrwać, wykręcić, uratować?

Względnie – mogła nawet myśleć o utracie cnoty. Nic dziwnego, skoro żyła w takim pobożnym otoczeniu. Ksiądz, rodzice, rodzina, cała wieś – ciekawe, jak zareagowaliby, kiedy wróciłaby z tego gwałtu do domu. Mamrotaliby pod nosem, że sama pewnie chciała? Że po cholerę z nim lazła do tego lasu, zamiast od razu się zabić (w obronie cnoty rzecz jasna)? Wytykaliby palcami? Zastanawialiby się, jak sobie znajdzie męża, skoro już ją ktoś napoczął? A co by było, gdyby zaszła w ciążę? Miałaby życie w tej swojej wsi, czy kochany tatulo powiedziałby jej miło: „wynocha z domu, ty kurwo z ruskim bękartem?”

A nawet jeśli nie obawiała się ani ludzi, ani o swoje życie – to w sumie także jej prawo. Być może zrobiła wszystko tak, jak uznała to za stosowne w danej chwili. Może była odważną, dzielną babką z zasadami, w które mocno wierzyła. I gdyby ceniono ją za to, że była sympatyczną, uprzejmą dla wszystkich, ciężko pracującą, pilną, pobożną i odważną dziewczyną – i dlatego miałaby stanowić wzór – to to także jest zrozumiałe. Gorzej, że jej kult przyjmuje zgoła inne formy.

Po pierwsze, daje się dziewczynom do zrozumienia, że czystość, cnota, czy jakkolwiek nazwać tę błonę, którą mają dziewczyny, jest najważniejsza. Na tyle ważna, że warto dla niej poświęcić życie. Bez niej dziewucha jest niewiela warta. A co stało się ze świętością życia nagle? A, zapomniałam, że w kontekście kobiet święte jest tylko życie poczęte w ich łonach.

Po drugie, wezwanie o obronie cnoty kierowane jest zasadniczo i głównie do kobiet. Mężczyzn się tam gdzieś czasem wspomni, owszem, ogólnie raczej, przy okazji nawijania o młodzieży w całości. Ale jakoś nikt chyba specjalnie nie wzywał ministrantów chociażby do heroicznej obrony czystości w sytuacji, kiedy mili księża gdzieś w Irlandii chcieli wnikliwie sprawdzić – tak z ojcowskiej troski zapewne – czy dzieci się dobrze prowadzą. Ciekawość, dlaczego? Czyżby niektórzy ze sprawdzających bali się, że świeżego mięska zabraknie?

Trzecia rzecz to to, że kierowanie do młodych dziewczyn przesłania pod tytułem: co jest cenniejsze: błona czy życie, i dlaczego Lenin jest wyjątkowo podłe. Gdyż – nie bagatelizując absolutnie gwałtu i potworności przeżyć ofiar takiego doświadczenia, ani fizycznych ani psychicznych – wydaje mi się, że młoda osoba chętniej przyzna, że gwałt to zupełny koniec świata i nic, tylko się zabić. Natomiast osoba starsza nieco, jeśli już ma ewentualnie wybierać między dżumą a cholerą, to być może przyzna, że wolałaby jednak przeżyć.

A najgorszą chyba rzeczą jest mizoginiczna erotyzacja gwałtu, w kontekście śmierci Karoliny wyraźnie widoczna. Na logikę (ekhm, ekhm) to powinno nie mieć znaczenia dla świętości i bycia wzorcem, czy do gwałtu fizycznie doszło, czy nie. Bo gwałt z definicji jest czymś robionym wbrew woli osoby gwałconej. Czyli, zgodnie z kolei z definicją grzechu, jeśli ofiara się nie zgadzała, to i z jej strony żadnego przekroczenia norm nie ma, winy nie ma, grzechu nie ma, sromoty nijakiej – do cholery – też nie ma. To powinno być tu najważniejsze – że tak naprawdę utraty czystości też nie ma. Bo jeszcze zrozumiałe jest, że można nawoływać do zachowania czystości do ślubu, itd., przy którym to nawoływaniu chodzi o postawę, o przyjęte założenia, o coś, co ewentualnie młoda osoba ma zamiar zrobić ze swoim życiem i ciałem, o decyzję wreszcie. W przypadku gwałtu żadnej decyzji nie ma, ba, może być nawet obrona. No, ale jest za to przerwanie błony dziewiczej – i o to, w tych ohydnych seksistowkich kościelnych rozważaniach, zachęcaniach i wierszykach o cnocie Karoliny, chodzi. O ten maleńki kawałek ciała kobiecego, który rzuca się ma mózgi niektórych religijnych mężczyzn, jak nie przymierzając sperma – w podobnych sytuacjach.

Czym to się różni od barbarzyńskich zwyczajów czy praw w krajach, gdzie dziewczyny karze się surowo za to, że zostały zgwałcone? Metodami wyłącznie – w cnotliwym patriarchalnym Kościele nie bije się takich dziewczyn, nie. Nie brudzi się sobie rączek. Subtelnie namawia się je tylko, żeby brały, cholera jasna, dobry przykład z błogosławionej.

Kobieta jest słodka jak miód. Cóż lepiej może wyrazić istotę, słodycz i misterium kobiety, jak właśnie miód z polskiej pasieki? – wyjaśniał o. Jan Góra, twórca lednickich spotkań. Miód wręczano tylko mężczyznom. – Kobiety są słodkie z natury, a mężczyzn trzeba dosładzać – tłumaczył jeden z wolontariuszy.

Mężczyzn nie trzeba dosładzać. Szczególnie że słowa niektórych z nich słodkie są do wyrzygania.

Elham, Fawzija, Nujood i wiele innych

A 12-year-old Yemeni bride died of internal bleeding following intercourse three days after she was married off to an older man, the United Nations Children’s Fund said.
The girl was married to a man at least twice her age, said Sigrid Kaag, UNICEF regional director for the Middle East and North Africa.
Amal Basha, chairwoman of the Sisters Arab Forum for Human Rights, a Yemeni human rights group, identified the girl Friday as Elham Mahdi.
„Elham was married on March 29th and died three days later” and lived in Yemen’s Hajjah province, Basha said.

Nijma Ahmed, 50, told the Associated Press late Friday that just before her daughter lost consciousness she described how her 23-year-old husband had tied her up and forced himself on her. She bled to death hours later. Elham Assi died April 2, four days after she was married. A forensic report said her vagina and rectum were deeply ripped, causing her to hemorrhage.

In September, a 12-year-old Yemeni girl forced into marriage died during childbirth. Her baby also died, according to the Seyaj Organization for the Protection of Children.
Fawziya Ammodi was in labor for three days before she died of severe bleeding, said Ahmed al-Qureshi, president of the organization.
„Although the cause of her death was lack of medical care, the real case was the lack of education in Yemen and the fact that child marriages keep happening,” al-Qureshi said.

The issue of Yemeni child brides made headlines in 2008 when 10-year-old Nujood Ali was pulled out of school and married. Her husband beat and raped her within weeks of the ceremony.

„Early marriage places girls at increased risk of dropping out of school, being exposed to violence, abuse and exploitation, and even losing their lives from pregnancy, childbirth and other complications,” UNICEF said.

O, i jeszcze coś nowego, jakby tego było za mało:

An 11-year-old Yemeni girl who was was married to a man in country’s Hajja province was hospitalized today with genital injuries, said a human rights group in Sanaa.
The 11-year-old girl was married last year only under the condition that the adult husband would wait until she reached puberty to consummate the marriage. He did not wait, nor do many of the men who marry young brides, says Amal Basha, director of the Arabic Sisters Forum.

Chore, wstrętne barbarzyństwo. Może i można coś więcej napisać, ale nasuwają się same bardzo, bardzo brzydkie słowa.

(Rysunek stąd)

Afryka – część druga

Dowcip o inteligencji niezły. Natomiast to, co potem – już trochę mniej. Przeczytałam ten artykuł w Wyborczej już jakiś czas temu, zajrzałam też do polecanego w nim entuzjastycznie nowego czasopisma katolickiego „Kontakt„.

I ponieważ zaczęłam ostatnio o Afryce, to odrobinę pociągnę ten temat. Podczas czytania niemiło uderzył mnie ten głos specjalisty do spraw afrykańskich na temat wielożeństwa: 
„W rzeczywistości afrykańskiej bardzo trudnym i wciąż nierozwiązanym problemem jest wielożeństwo. Pełniło ono szalenie ważną funkcję społeczną. Afryka była kontynentem bez wdów i sierot. Gdy mężczyzna umierał, jego brat lub ktoś inny musiał pojąć żonę zmarłego za swoją żonę. Czy z nią żył, czy nie żył, czy miał dzieci, czy ich nie miał – musiał ją pojąć i miał względem niej obowiązki. Zamiast sierocińców i rent wdowich istniał więc świetnie zorganizowany system społeczny, w którym zawsze był ktoś, kto przejmował społeczną rolę zmarłego mężczyzny. My zaś przychodzimy ze swoją strasznie doktrynalną praktyką katolicką i sprawiamy, że to wszystko się załamuje…”

No rzeczywiście – jest się nad czym użalać. Myślę, że spokojnie znalazłoby się sporo innych tradycji czy interesujących zwyczajów regionalnych,  które warto by było kultywować i chronić, a nie ewentualnie niszczyć czy gubić z pomocą praktyki katolickiej. Ale akurat poligamia? Nie wiem, czy to trzeba być facetem, czy raczej niezależnie od płci po prostu człowiekiem małej wrażliwości, żeby tak lekko o tym mówić. Czy z nią żył, czy nie żył, czy miał dzieci, czy ich nie miał?  Ja wolałabym usłyszeć kobiety. To, co one same mają do powiedzenia na ten temat. Czy poligamia rzeczywiście taka fajna dla nich jest i była? Nawet jeśli dana kobieta traciła męża i nie miała nagle gdzie się podziać i co do garnka włożyć, to czy koniecznie taką radością napawał ją fakt, że kolejny facet pojmie ją za kolejną żonę? Czy z nią żył, czy nie żył, czy miał dzieci, czy ich nie miał – irytuje mnie ten fragment, przyznam. A co z jej zdaniem w tej kwestii? Czy ona chciała z nim żyć? Lub nie żyć? Czy jeśli było to takie wymuszone małżeństwo, to czy ten mąż odnosił się do niej dobrze, przyzwoicie? A co z jego stosunkiem do pozostałych żon? Oraz dzieci z różnych matek?

Nawet jeśli prawdą jest, że przyświecały temu zwyczajowi dobre intencje – w niektórych wypadkach może i tak było – to uważam, że akurat poligamia nie jest tym zwyczajem, tą tradycją, którą należałoby chronić. I jeśli to akurat chrześcijaństwo wtrąciło w tę sytuację swoje trzy grosze i wpłynęło na zaprzestanie lub przynajmniej zmniejszyło popularność poligamii, to chwała mu za to. Bo w moim kobiecym odczuciu poligamia jest czymś odrzucającym, wstrętnym, czymś co upadla kobiety, czyni z nich przedmioty albo raczej przydatne rozpłodowe zwierzęta domowe. Szczególnie nawet, jeśli wynikała z trudności ekonomicznych. A i mężczyźni, jeśli zmuszani byli tradycją do poślubiania kolejnych, być może obcych i niechętnych sobie kobiet, też nie byli tutaj traktowani fair.

Przydałby mi się głos kobiet tutaj. (Przypomina mi się „Spowiedź Chinki” Pearl Buck, która opowiada między innymi o poligamii w Chinach – i o tym, jak koszmarnym i niszczącym dla pokoleń kobiet była doświadczeniem. Może pan ekspert nie czytał, bo to nie o Afryce, ale polecałabym). Odrazą i niechęcią napawa mnie fakt, że o takich sprawach, i w taki sposób mówi ten pan. Nie dlatego, że jest mężczyzną. Raczej dlatego, że słyszę głos wyłącznie mężczyzny, bez głosu kobiety, bez kobiecej perspektywy, bez choćby zastanowienia się, że taka perspektywa może istnieć. A w dodatku nie podoba mi się to, jak ten facet mówi – niesmacznie, z okrutną obojętnością, bez odrobiny refleksji, że warto może byłoby spróbować choć wczuć się w reakcje tej drugiej strony. Zapewne przekonany jest, że przedstawia normalny, czyli ludzki, punkt widzenia. Tymczasem ten ludzki punkt widzenia jest punktem wyłącznie męskim, niestety. 

Jeśli takich mamy specjalistów od spraw afrykańskich, to ja dziękuję. Wolę raczej posłuchać Michaela (tego samego, który wystąpił w poprzednim odcinku o Afryce), który mówi – poligamia dlatego, że chcieli wziąć kobiety w opiekę? Nie żartuj. Głównie chodzi i chodziło o dużo dzieci. Napłodzić dużo, dużo dzieci i dzięki temu rosnąć w siłę. To oznaka bogactwa, siły i dążenia do władzy. Dlatego też poligamia jest w chwili obecnej praktykowana przede wszystkim (choć nie tylko) w społecznościach muzułmańskich wielu afrykańskich krajów. (Bo oni są nienormalni, mówi Michael, zupełnie bez dbałości o jakąkolwiek poprawność polityczną. Myślę jednak, że chodzi mu w tym wypadku wyłącznie o tę nieszczęsną tradycję).

In a culture where infant mortality is outrageously high and the average woman has fifteen children, most of whom do not survive, polygamy has been practiced to not only show a mans wealth, but also to assure the continuation of the mans family. It is also considered a strong indicator of a mans virility and need for sexual satisfaction. Men can also accumulate wives as a result of inheritance. If a mans brother dies, he would take over the family of his brother, including his wives. These women would be distributed among the surviving brothers, based on the preferences of the men and the widows of their brother. It is also common for a man to take the youngest wife of his father upon his death, and a father will take the wife of his son upon the death of his.

Najs. W istocie coś, co należy chronić przed drapieżnym chrześcijaństwem. A szczególnie nieprzyjemne, że do użalania się nawołuje ktoś, kogo przedstawia się jako znawcę. Oraz seniora KIKu, co nieuchronnie nasuwa skojarzenia ze wspomnianym na początku dowcipem :-P

Nie każda tradycja jest dobra. I nie każdą należy traktować jak świętość.  A już szczególnie nie zasługują na to te, w których dziwnym trafem dręczy się czy upokarza ludzi. Płci żeńskiej również.

(Rysunek stąd)

Zawsze, kiedy czytam podobne teksty o poligamii, czy też w ogóle teksty przedstawiające wyłącznie męski punkt widzenia, przypomina mi się film „Dr Strangelove, czyli jak przestałem się bać i pokochałem bombę„. Czy ktoś może jeszcze pamięta to genialne dzieło? I ostatnie sceny, kiedy to doktora Strangelove ogarnia już całkowite szaleństwo, kiedy ręka sama skacze mu do hitlerowskiego pozdrowienia, a do prezydenta Stanów Zjednoczonych zwraca się per mein Führer? Kiedy doktorowi udało już się przestraszyć cały sztab, genarałów i doradców prezydenta bombą, wszyscy siedzą nieco zgaszeni, a on informuje ich, że nie będzie tak źle, bo jest znakomity pomysł na przetrwanie katastrofy. Otóż można będzie schować się w w bunkrach i przeczekać, a potem odbudować cywilizację. W tym celu na jednego pana bedzie przypadało dziesięć pań. I wówczas cały sztab nagle się ożywia. Panowie się uśmiechają, błyszczą im oczy – szalenie entuzjastycznie przyjmują ten pomysł.

Mam wrażenie, że gdyby w tym sztabie były jakieś panie, a szczególnie gdyby ich było sporo, nie tylko w charakterze sekretarek – ta scena wyglądałaby zupełnie inaczej. Nawet jeśli szaleniec wyskoczyłby ze swoimi pomysłami, to zostałyby one zlekceważone lub skrytykowane, a panowie nie mieliby ochoty na okazywanie zachwytu, nawet gdyby ten zachwyt w głębi ducha któryś z nich czuł. A możliwe także, że wspólnie z kobietami wymyśliliby coś innego – sensownego, a jednocześnie nie dyskryminującego nikogo.

W związku z tym wszystkim – że tak dokonam teraz dużego skoku myślowego :-P – pożyteczne są parytety, gender studies, szukanie kobiecych perspektyw w bajkach dla dzieci i w różnych innych miejscach. Bo dzięki nim mamy to inne spojrzenie. Nie dlatego, że kobiece znaczy lepsze, ale dlatego, że jest inne. I dlatego, że nie było go dotąd słychać.

A u was księży biją, czyli – kto molestował?

Wydawało mi się, że pisanie o skandalu dręczenia, także seksualnego, dzieci w Irlandii nie mogło być zbyt trudne. No, oczywiście, w sensie emocjonalnym na pewno było, ze względu na okropności poruszanego tematu. Ale poza tym miałam wrażenie (i nadzieję), że dla każdego człowieka, dysponującego choćby minimum empatii, to, co robili tamtejsi księża katoliccy i zakonnicy, a także osoby świeckie związane z Kościołem, jest potwornością i horrorem, i właściwie trudno tu wymyslić coś nowego i odkrywczego. Teraz to wszystko jakby nieco przycichło, sprawy się zapewne toczą swoim torem, prasa natomiast nie wspomina o wszystkim, bo albo są nowe, ciekawsze rzeczy do poruszania, albo może publicyści i dziennikarze wychodzą z założenia – co tu jeszcze pisać właściwie, skoro wszystko jest jasne.

Czasem jednak pojawiają się ładne kwiatki. Jakiś czas temu Katolicka Agencja Informacyjna wysmażyła artykuł, opisujący jakoś tam fakty i zdarzenia, nie pozbawiony jednak specyficznego i poniżej krytyki komentarza odautorskiego. Czy komentarz ten charakterystyczny jest dla całej, lub większosci, polskiej prasy katolickiej? Obawiam się, że może być, mając nadzieję, że się mylę.

Najgłośniejsze przypadki [seksualnego zwłaszcza znęcania się nad dziećmi] stwierdzono w USA. Pierwsze tego rodzaju afery zaczęły się tam pojawiać na początku lat osiemdziesiątych, ale na ogół załatwiano je na drodze porozumień między sprawcami (których najczęściej reprezentowały władze miejscowych diecezji) a ofiarami. Dopiero w latach 1992-93 amerykańskie środki przekazu „odkryły” temat i zaczęły masowo o tym pisać.
Ujawnianiu i opisywaniu kolejnych spraw towarzyszyły procesy, wytaczane przez ofiary, ich rodziny bądź pełnomocników przeciw zarówno konkretnym kapłanom, jak i władzom kościelnym (diecezjom), które – według nich – kryły sprawców. Sprawy te, umiejętnie rozgrywane przez odpowiednio przeszkolonych i doświadczonych prawników, doprowadziły do zasądzenia na rzecz ofiar ogromnych, idących w setki milionów dolarów, odszkodowań.

Aha, więc było tak – na początku coś tam się działo, ale zostawało umiejętnie zamiatane pod dywan. Wszyscy byli z tego zadowoleni (poza ofiarami, ale któżby je o zdanie pytał), dopiero kiedy niegrzeczna prasa odkryła te historie, za sprawę zabrali się prawnicy. Te hieny i piranie, którym w głowie tylko kasa i pognębienie Kościoła katolickiego.

Kościół na ogół ani nie protestował przeciw samym sprawom, ani nie podważał wysokości wypłat, uznając swą winę i przepraszając ofiary, choć prawdopodobnie w wielu wypadkach suma odszkodowań wielokrotnie przewyższała rzeczywiste – trudne zresztą do dokładnego oszacowania – rozmiary szkód moralnych i psychicznych wyrządzonych poszkodowanym.

KAI jakoś tak oślizgle chwali postawę tychże hierarchów, że „płacili”, jakby to była ich wielka zasługa. A to zasługą było, owszem, ale właśnie tych hienowatych odpowiednio przeszkolonych i doświadczonych prawników. Gdyby nie oni, to szanowni hierachowie czterech liter nie ruszyliby, żeby cały horror zatrzymać. Owszem, ruszyliby może, jak to mieli w zwyczaju, żeby poprzenosić księży dopuszczających się przestępstw w inne miejsca, coby im świeżego mięska dostarczyć. 

I oczywiście – szkody trudne były do oszacowania, ale odszkodowania na pewno za wysokie.

W 2004 episkopat amerykański ogłosił raport w tej sprawie, który mówił o ok. 11 tys. oskarżeń o molestowanie nieletnich i o oskarżeniu za te czyny blisko 4,4 tys. księży, z których jednak znaczna część już nie żyje. Takie czy inne sankcje dotknęły 252 kapłanów, z tego stu trafiło do więzień. W ciągu 5 lat, jakie upłynęły od ogłoszenia raportu, doszło jednak do nowych oskarżeń i procesów tak, iż dziś liczba skazanych prawdopodobnie przekracza 300.

No, to faktycznie dużo to jest. Całych trzystu z ponad czterech tysięcy (nawet jeśli weźmie się pod uwagę, że niektóre oskarżenia nie zostały udowodnione).

[Papież Jan Paweł II] W przemówieniu wygłoszonym do nich 23 kwietnia tegoż roku wyraził solidarność w bólu ze swymi gośćmi z powodu godnych ubolewania postaw części tamtejszego duchowieństwa oraz szkód, jakie wyrządziły one całemu Kościołowi. Wyraził mu przy tym uznanie za „wielkie dobro duchowe, ludzkie i społeczne, które większość księży i osób zakonnych w Stanach Zjednoczonych pełniło i nadal pełni”.

Jak miło, że tak się bili w piersi. Nie omieszkawszy zauważyć, że ogólnie to jest cacy.

Papież podkreślił jednocześnie, że „nadużycia wobec młodych są poważną oznaką kryzysu, dotykającego nie tylko Kościół ale także całe społeczeństwo. Jest to kryzys moralności seksualnej o głębokich korzeniach, kryzys stosunków międzyludzkich, a jego głównymi ofiarami są rodzina i młodzi”.

Ofkors. Nie księża są winni, tylko całe społeczeństwo. Rozpasane seksualnie, wszystko przez tę rewolucję seksualną, feministki i pigułki zapewne. Jest tylko jeden drobiazg – dane o molestowaniach i znęcaniu się nad dziećmi mówią, że trwało to długie lata, raport Ryana opisuje okres od 1936 do 1990. Jakoś tak wcześnie te feministki-rewolucjonistki zaczęły demoralizować niewinne społeczeństwa.

Jednym z najgłośniejszych i najdrastyczniejszych przypadków była sprawa zakonnika, norbertanina o. Brendana Smytha, którego w 1994 sąd w Belfaście skazał za przestępstwa seksualne wobec 17 dzieci; ale już w 3 lata później sąd w Dublinie dołożył mu następną karę, gdy okazało się, że duchowny jest winien podobnych czynów wobec 74 nieletnich. Wszystkich tych przestępstw dopuścił się w latach 1945-90 i mogło ich być nawet jeszcze więcej

No. W 1945 roku feministyczno-pigułkowe bojówki działały w najlepsze.

biskupi i księża są całkowicie zaangażowani na rzecz pełni prawdy katolickiej w sprawach dotyczących moralności seksualnej, podstawowej prawdy dla odnowy zarówno kapłaństwa i biskupstwa, jak i małżeństwa i życia rodzinnego.

I ta prawda katolicka to jest ścisły związek między ohydnymi przestępstwami a moralnością seksualną i małżeństwem, skoro o wszystkim mówi się tak jednym tchem? Obrzydzenie bierze.

Rok wcześniej, 18 maja 2001 ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary kard. Joseph Ratzinger (obecny papież Benedykt XVI) skierował w imieniu tego urzędu list do wszystkich biskupów katolickich, zatytułowany „De delictis gravioribus” (O najcięższych zbrodniach). Zarządził w nim, że wszelkie dochodzenia w tych najpoważniejszych sprawach (dotyczyło to zresztą nie tylko nadużyć seksualnych, ale także ciężkich grzechów przeciw dyscyplinie kościelnej), przeprowadzane w Kościele, objęte są tajemnicą papieską i nie należy ich przesyłać do miejscowych wymiarów sprawiedliwości pod groźbą ściągnięcia na siebie ekskomuniki.
List ten, skądinąd bardzo ważny i otwarty na podejmowanie najcięższych nawet grzechów i zbrodni, stał się dla wielu środowisk i mediów świeckich, zwłaszcza tych wrogich Kościołowi, argumentem, jakoby Kongregacja i osobiście jej szef zamykali usta tym ludziom w Kościele, którzy chcieli ujawniać istniejące w nim zło. Tymczasem główną intencją tego dokumentu była chęć zachowania tajemnicy spowiedzi i niemieszanie świeckich procedur prawnych do kościelnej praktyki kanonicznej.

Oczywiście, nikomu nie chcieli zamykać ust, skąd znowu. To wyłącznie ci wrodzy Kościołowi dopatrują się nie wiadomo czego. 

Zresztą w kilka lat później – 15 kwietnia 2008 tenże J. Ratzinger już jako Benedykt XVI, lecąc z wizytą duszpasterską do USA, odpowiadając na jedno z pytań dziennikarzy na pokładzie samolotu, który wiózł ich wszystkich, zapowiedział „wykluczanie pedofilów z szeregów duchowieństwa”.

I mamy winnych wszystkiego – pedofile. A przyszło papieżowi i jego ekspertom do głowy, że nie wszyscy sprawcy musieli być pedofilami? Nawet jeśli wykorzystywali seksualnie dzieci i młodzież? Niektórzy bili i dręczyli – to też jest pedofilia? Nie mówiąc już o tym, że można wykorzystywać seksualnie dziecko nie dlatego, że jest się pedofilem, ale dlatego, że dziecko jest słabsze, zależne, nikt się za nim nie ujmie, bo sierota, wreszcie – bo nie ma nikogo innego pod ręką, a w ten sposób zaspokajamy swoją chorą żadzę władzy i upokorzenia drugiego człowieka.

W Tanzanii w 2006 skazano 38-letniego wówczas ks. Sixtusa Kimaro za uprawianie seksu z 17-latkiem na 30 lat więzienia i wypłacenie mu wysokiego odszkodowania.

No wlaśnie – pedofil? Z siedemnastolatkiem?

Szczególnie wiele takich przypadków odnotowano w Irlandii. Tam również sprawa wypłynęła na światło dzienne na początku lat dziewięćdziesiątych, przy czym zarzutami objęto nie tylko zwykłych księży, ale także biskupów. Na przykład emerytowany obecnie biskup diecezji Galway i Kilmacduagh – Eamon Casey (ur. w 1927) musiał 6 maja 1992 ustąpić z urzędu w atmosferze skandalu, gdy okazało się, że przez wiele lat utrzymywał bliskie stosunki z kobietą, z którą miał dziecko i które utrzymywał z pieniędzy diecezjalnych.

I rozmywamy wszystko coraz bardziej, do grupy znęcających się nad dziećmi bydlaków dołączając kogoś, kto był w związku, w dodatku utrzymywał dziecko z tego związku z pieniędzy kościelnych. Zaiste, zbrodnia równa gwałtowi na nieletnim.

Problem księży-pedofilów i innych ludzi Kościoła, dopuszczających się przestępstw na tle seksualnym wobec innych, zwłaszcza nieletnich, ma różne wymiary: moralny, kryminalny, duszpasterski i inne. Jest grzechem ciężkim w świetle nauczania Kościoła Katolickiego, stanowi wielkie zgorszenie dla wiernych i osłabia jego świadectwo przed światem, przede wszystkim zaś powoduje głębokie uraz fizyczne, a zwłaszcza psychiczne w ofiarach, będących na ogół w bardzo młodym wieku, a więc dopiero wchodzących w życie. Jako taka sprawa ta wymaga natychmiastowego ujawniania i jednoznacznego potępienia przez urząd nauczycielski Kościoła.
Jednocześnie należy pamiętać, że ujawnione i udokumentowane przypadki pedofilii i nadużyć seksualnych wśród kapłanów dotyczą ułamka procentu ogółu duchowieństwa i – według ocen różnych niezależnych specjalistów – prawdopodobnie nie odbiegają rozmiarami od innych środowisk (np. nauczycieli, lekarzy) oraz innych wyznań i religii, a może nawet są niższe od nich. Ale niewiele mówi się o takich zdarzeniach np. wśród duchownych protestanckich czy prawosławnych a tym bardziej wśród wyznawców judaizmu czy islamu.

Zaczyna się pięknie – pokazujemy, jak podłe i szkodliwe pod różnymi względami było postępowanie tych duchownych. Ale nie powstrzymamy się przed dodaniem, że to tylko ułamek. I że w innych środowiskach prawdopodobnie jest tak samo – co prawda takich badań się nie prowadziło, ale co z tego. My i tak wiemy swoje.

Poza tym trudno uznać za dochodzenie sprawiedliwości ujawnianie przypadków molestowania czy pedofilii po 40, 50 a nawet 60 latach – w takim wypadku większość sprawców takich czynów i ich ofiar już nie żyje, toteż mówienie o tych przypadkach (np. w raportach) może mieć znaczenie wyłącznie symboliczne i służyć co najwyżej pokazaniu, że problem ma dawne korzenie.

No tak, darujmy sobie. W końcu było to dawno i nieprawda.

Oddzielną sprawą są procesy wytaczane przez ofiary nadużyć seksualnych ich sprawcom, a zwłaszcza zasądzane tym pierwszym odszkodowania. Trudno oprzeć się przeświadczeniu, że na całej sprawie najlepsze interesy, szczególnie za oceanem, robią przede wszystkim prawnicy, którzy w razie uzyskania wysokich wypłat dla ofiar sami otrzymują spory ich odsetek, zgodnie zresztą z istniejącymi przepisami. W końcu zapłaci za to Kościół katolicki, który i tak dla wielu środowisk na Zachodzie jest wrogiem nr 1 za obronę podstawowych wartości chrześcijańskich.

Tym bardziej, że wszystko przez te piranie-prawników, które nie myślą o niczym innym, tylko jak pognębić Kościół.

Podsumowując – w krajach takich jak Irlandia czy Stany przedstawiciele duchowieństwa KK zachowali się, tak jak powinni byli w tej sytuacji (i tak, jak zapewne nie mieli wyboru). Musieli przełknąć gorzką pigułkę i zapłacili za to. Niektórzy przeprosili, choć nie wiem, czy miało to znaczenie dla żyjących ofiar. Ale język, jakim opisują te wydarzenia niektóre katolickie media, jest po prostu obrzydliwy. Wiadomo, niby piszemy o wszystkim, niby potępiamy, ale przy okazji przemycamy informację, że to tak naprawdę całe społeczeństwo jest winne, i prawnicy, i prasa, że to odkryła, a w ogóle to wszystko dlatego, że Kościół broni wartości chrześcijańskich, więc każdy chce mu dogryźć.

W innym artykule na tym samym portalu dodatkowo napisano:

W sąsiedniej Wielkiej Brytanii też krzywdzono dzieci. Od 1618 roku 150 tysięcy z nich – jak podaje The Canadian Press – wysłano do byłych brytyjskich kolonii. Do Australii, Kanady. Nie były to tylko sieroty, ale czasem dzieci z biednych rodzin. Za oceanem miały znaleźć lepsze życie. Na miejscu okazywało się, że często były wykorzystywane.
Za krzywdy wyrządzone dzieciom przeprosiła Australia, zamierza – w przyszłym roku – przeprosić Wielka Brytania, ale nikogo nie zamierza przepraszać Kanada, do której – wedle danych podanych przez The Canadian Press – trafiło aż 100 tysięcy dzieci. I co? Nie ma większego problemu.
Nie zamierzam ludzi Kościoła w Irlandii usprawiedliwiać. Warto jednak zauważyć, że nadużycia w irlandzkich placówkach wychowawczych wobec dzieci były elementem dawnej mentalności – dziś już podobno niezrozumiałej  – kiedy z opinią dzieci nikt się specjalnie nie liczył.
Jak byśmy z dzisiejszej perspektywy tamtego podejścia nie oceniali trzeba pamiętać, że Irlandia nie była wyspą skazańców na morzu dziecięcej szczęśliwości. Kilkadziesiąt lat temu o czymś takim jak prawa dzieci po prostu nie mówiono.

Nie no, pewnie, w latach dziewiędziesiątych, które były oczywiście w taaak zamierzchłej przeszłości, także obowiązywała ta tajemnicza dawna mentalność, nakazująca krzywdzić dzieci? Ciekawe.

I jeszcze jedno: Irlandia dziś bije się w piersi. Kanadyjczycy uważają, że nie ma problemu. Zapewne byłby to ciekawy przyczynek do dyskusji na temat win prawdziwych, urojonych, dobrego samopoczucia i i pokazywania palcem innych. Ale to już zostawmy na inna okazję.

A u was Murzynów też bili, no nie? Może by tak pomyśleć i pod swoim adresem wystosować tę mądrą sugestię, że nie należy palcem wskazywać na innych, tylko przyjąć na klatę rzeczywistość. Bez idiotycznych usprawiedliwień i oglądania się na kogoś tam?

Swoją drogą irytuje mnie pisanie ogólnie i całościowo o „Kościele” w tego typu artykułach. To sugeruje, że cały Kościół był i jest w tej samej sytuacji. A nie przyszło przypadkiem nikomu do głowy, że część z tych pokrzywdzonych dzieciaków być może także była katolikami, np. w Irlandii? (oczywiście to, czy byli czy też nie, w żaden sposób nie zmienia kwalifikacji czynu). W związku z tym oni także byli i są – jeśli nadal chcą – Kościołem. Bo Kościół to nie tylko duchowni. I w opisywanej sytuacji to nie cały „Kościół” był winny, tylko wiele konkretnych osób – hierarchowie, duchowni, niektórzy wysoko postawieni zwłaszcza. I to nie prasa i prawnicy atakowali i atakują, jak zdają się sugerować te artykuły, tylko bandyci w sutannach zaatakowali tenże Kościół już dawno temu.

Obrzydzenie czyli Uganda

Banda chorych z nienawiści homofobicznych religijnych oszołomów w Ugandzie, czyli tamtejszy rząd i parlament, zdecydowała się zamienić planowane zalegalizowane skurwysyństwo w tym kraju na skurwysyństwo trochę mniejsze, Znaczy – chcą złagodzić trochę swoje debilne pomysły, chyba trochę zadziwieni gwałtowną reakcją cywilizowanego świata – na co? Na to, że cóż tam chcieli robić takiego strasznego? A to gejów paru zamordować w majestacie prawa? Oj, wielka mi rzecz. A to kary surowe dla chorych wprowadzić? No pewnie, skoro zarazili się HIV to na pewno sami są sobie winni. I o co to wielkie halo, pyta kolejny pieprzony geniusz, którzy popiera proponowane zmiany w prawie. Przecież  postępujemy zgodnie z naszą najlepszą afrykańsko-chrześcijańską tradycją, a tradycja to rzecz święta. Nawet nie tylko o Biblię chodzi, chociaż ci „błyskotliwi” politycy próbują oczywiście zamaskować swoje skurwysyństwo i pogardę dla innych pięknymi słówkami, takimi jak rodzina, i młodzież, i dobro, i ochrona. Chodzi podobno o prawa człowieka. Tak właśnie.

[…]This whole concept of human rights grates my nerves. It has made people un-african, mean and self-centered.[…]

Och, oczywiście, bez praw człowieka jesteśmy mili. My – banda świętoszkowatych, obłudnych, wrednych skurwysynów. To nas czyni Afrykanami? Cóż ja mogę powiedzieć, żeby nie wyjść na rasistkę – Afrykanin tak twierdzi.

[…] A sodomist can now swear to you that what they do in the privacy of their bedroom does not concern the public.[…]

Hmm, a może kolega homofob się zwierzy, dlaczego tak strasznie chciałby, żeby upublicznić to, co dwu panów robi prywatnie w sypialni. Nie ma się czego w sumie wstydzić. To też należy do praw człowieka – możliwość przyznania, że podnieca mnie łóżkowa intymność dwu mężczyzn.

[…] No wonder when a brilliant MP comes up with a Bill against homosexuality, the human rights activists baptise him an enemy of the people.[…]

Cóż, może ci aktywiści w prostocie swoich umysłów uważają, że prawa człowieka to prawa człowieka? I wszystkim ludziom się należą, a nie tylko tym, których lubimy. A sama mogłabym dodać, zgodnie ze starym dowcipem, że rasistką nie jestem i czarnych lubię. W związku z tym mogłabym mieć kilku, jako niewolników. I specjalnie dla autora powyższych słów – w końcu dzięki tym podłym prawom człowieka, koleś, ktoś z tobą rozmawia na forum międzynarodowym, zamiast smagając batem pędzić do roboty na jakiejś plantacji. W dupach się niektórym zdrowo poprzewracało.

Tak poprzewracało, iż uważają, że to prawa człowieka zagrażają rdzennej pięknej Afryce (myślałam, że Afryka ma poważniejsze problemy…). Która właśnie obudziła się z letargu, dzięki swoim cudownym opętanym homofobią liderom:

[…]It is high time politicians, religious leaders, cultural leaders and all concerned Africans woke up and defended the African heritage against the moral confusion of Western civilisation. This civilisation is eroding African moral pride. The so-called human rights activists have hijacked the driver’s seat and are sending nations into the sea of permissiveness in which the Western world has already drowned.[…]

Ach, no jasne, wszystkie europejskie kraje, a zwłaszcza Belgia, Holandia czy Norwegia lub Szwecja upadają, pogrążają się w rozpaczy, strachu i ubóstwie (a Uganda spieszy im z pomocą humanitarną) – wszystko przez homoseksualistów.

[…] Not every human right is a right, and not every right is a human right.[…]

Well, tough shit, homofobie, prawo to prawo, a human rights są dobrą rzeczą. Rozumiem jednak, że zaślepiony tego nie kumasz. Za to Uganda doskonale skumała, że może dostać ze swoje chore pomysły po dupie. Oby to skumanie zostało im na dłużej i doprowadziło do jakiegoś oświecenia.

[…]The reported concessions come days after a Swedish minister suggested that aid funds to Uganda could be cut if it persevered with the proposed laws.[…]

Jak napisałam na początku, na razie odstąpili od tylko paru przepotwornych rzeczy: mordowania i dożywotniego więzienia. Ale nadal mówi się o karach dla gejów, ich rodzin oraz ludzi im pomagających.

[…]Buturo retorted: „It is revealing that support to Uganda literally translated means that it is on condition that Uganda should do the bidding of givers of such support regardless of what Ugandans themselves think.”[…]

Tak, chory bigocie. Niestety prawdziwym w odniesieniu do niektórych jest, że jeśli tłumaczenie po dobroci nie dociera, trzeba zdrowo dokopać. Może wówczas dotrze. I nie świadczy to w tym wypadku źle o dokopującym.

Ogólnie – wszystko to razem to jeden wielki koszmar i rzyg.

A przy tym powinno się Ugandę pochwalić za walkę z AIDS, z dyskryminacją kobiet, w szczególności z rytualnym okaleczaniem dziewcząt. Wszystko mogło iść w dobrą stronę w tym kraju. Z żalem konstatuję, że niektórych po prostu nie wolno zostawić samym sobie, za to należy wziąć ich bezceremonialnie za mordę. Mam wielką nadzieję, że jeśli te obrzydliwe rewelacje prawne przejdą, to społeczność międzynarodowa przejedzie się po Ugandzie.

http://allafrica.com/stories/200911270311.html

http://www.pinknews.co.uk/2009/12/10/uganda-to-remove-death-penalty-from-anti-gay-bill/

Kobieta mnie bije, czyli oglądalność i seksizm

Wczoraj w wielu serwisach pojawiły się informacje, że Tiger Woods miał wypadek i w stanie ciężkim przewieziony został do szpitala.W tej chwili wiadomo, że wypadek nie był poważny – golfista wsiadł do samochodu, nie był pod wpływem alkoholu, po czym ruszył, ściął hydrant i uderzył w drzewo. Jechał wolno, bo poduszki nie odpaliły. Żona Woodsa, widząc co się dzieje, walnęła kijem golfowym w szybę samochodu i wyciągnęła z niego męża. Tiger Woods trafił do szpitala, teraz już z niego wyszedł, a policja cały czas prowadzi śledztwo. Tyle na razie wiadomo. Pytania pojawiają się oczywiście, na przykład takie, gdzież to sportowiec wybierał się po drugiej w nocy, oraz – dlaczego przez kilkanaście godzin rodzina nie informowała o zdarzeniu.

Wszystkie duże agencje prasowe przedstawiają zdarzenie w podobny sposób – wypadek, brak alkoholu, na szczęście nic się nie stało, dochodzenie jest prowadzone. Oto wybrane tytuły między innymi z CNN, AP, Reuters, AFP:

 

Co robi natomiast szalenie popularny polski portal? Ano twierdzi, za „doskonale poinformowanym” TMZ.com, że to była kłótnia rodzinna. Że to zazdrosna żona rzuciła się z kijem na męża i jego samochód, mąż chciał wyskoczyć, samochód sam ruszył i walnął w drzewo.

 

Może i tak było. Może i policja dojdzie do tego. Prawdą jest, że o hipotezie tej wspomina i prasa zagraniczna (chociażby w powyżej pokazanej notce z FOXSports. com), zaznaczając, że na razie, bez konkretnych przesłanek, wypadek uważany jest za wypadek, a nie za domestic issue. Ale zniesmaczył mnie ten kontrast informacyjny. Z jednej strony spokojne informacje pochodzące z jako tako wartych zaufania agencji, czekających w dodatku na wyniki oficjalnego dochodzenia. Z drugiej – śmieciowy portal posiłkujący się informacjami z innego śmieciowego miejsca, i podbijający swą popularność ordynarnym, chamskim seksizmem w stylu – jeśli coś złego, to przez baby. Gazeta.pl już od dawna sięga dna. To jest jeden z tych przypadków.

 

Dodane po chwili – seksizm, ta wstrętna przypadłość nie gnębi wyłącznie portalu Gazeta.pl. Dziennik.pl też się popisał:

Umysł we mnie wezbrał wraz z gałkami ocznymi, czyli naturalne leczenie AIDS

Ostatnio skutecznie i oryginalnie leczyliśmy raka, teraz czas na inna plagę ludzkości, czyli AIDS. Wszyscy oczywiście wiemy, czym jest AIDS, czyż nie? Wirus HIV i te sprawy. Otóż wcale nie.

[…] Jedna z teorii (dr H.Clark – „Kuracja życia”) głosi, że odpowiedzialna za wyzwolenie i rozwój wirusa HIV jest przywra jelitowa, jeden z najgrożniejszych pasożytów rezydujących w ciele człowieka. Jeśli przywra rozwinie się w grasicy, obniża sie odporność i wirus HIV się uaktywnia, a następnie przenosi się do innych tkanek, np. na śluzówkę prącia lub pochwy. Dowodem na potwierdzenie tezy jest fakt, że w każdym przypadku (100% przypadków) stwierdzonej choroby AIDS, odkryto tego pasożyta (przywrę) i zawsze w obecności benzenu, który jest jakby pożywką dla rozwoju przywry jelitowej w grasicy. Zlikwidowanie przywry a przede usunięcie benzenu z ustroju i powstrzymanie jego dalszego wchłaniania może powstrzymać rozwój choroby. Tylko trwała eliminacja benzenu pozwoli na regeneracje grasicy i szpiku kostnego. Dzięki temu powróci odporność na czynniki chorobowe, które nagromadziły się w naszych organizmach przez lat.[…]

Jakie to wszystko jest logiczne. Eliminujemy benzen (benzen???) z organizmu. Ten benzen, który każda/każdy z nas wcina na śniadanie, i który magazynowany jest w grasicy (tej grasicy na mostku, rzecz jasna). A w grasicy siedzi przywra (jelitowa, jak sama nazwa wskazuje), która  j a k b y żywiąc się benzenem (benzenem? nie mogę jakoś przejść do porządku dziennego nad tym benzenem) nie pozwala na regenerację szpiku kostnego. Stąd AIDS. HIV też ma tam swoją rolę do odegrania, ale któż nim by się tam przejmował.

Co należy zrobić w tak dramatycznym przypadku? Leczyć sokiem Noni. Niszczy on komórki wirusa HIV, dzięki obecności pewnego, ekhm, a n t r a h i n o n u (antra – czego?). […] W 1994r. grupa japońskich naukowców wyizolowała z noni pewien antrahinon, wykazujący działanie cytopatyczne (niszczące komórki) w przypadku wirusa HIV. […]

Pewien pan opisuje historię choroby swej siostry, leczonej tymże sokiem. […] U mojej siostry, która była pielęgniarką od 12 lat, zdiagnozowano HIV — pozytywny i określono jako stan PML. PML jest rzadką i bardzo śmiertelną odmianą AIDS. Dawano jej najwyżej dwa miesiące życia. W skrócie PML to AIDS mózgu.[…]

HIV-pozytywny, w odróżnieniu od HIV-negatywnego, powoduje PML. Wprawdzie PML to tak naprawdę postępująca wieloogniskowa leukoencefalopatia, której czynnikiem etiologicznym jest wirus JC, ale znowu – któż by sie tym przejmował? Ważne, że sprzedamy frajerom więcej soku Noni siostra wyzdrowiała: […] tomografia komputerowa wykazała zmniejszenie plamy na jej mózgu z 70 procentu masy do 3 procent […], cokolwiek by to znaczyło.

Dlaczego sok Noni jest taki wspaniały? Bo […] Noni dostarcza człowiekowi: nowych zapasów energii, wzmacnia system immunologiczny, reguluje życie emocjonalne, łagodzi depresje, działa na przedstawicieli obydwu płci jak biologiczna Viagra (no pewnie – dopisek mój), zwalcza bóle.[…] Co to ma wspólnego z AIDS? Eeee, nic? Nie szkodzi, ważne, że sok Noni zawiera nieznany dotąd nauce alkaloid o niesamowitych właściwościach. […] Poprzez szereg biochemicznych procesów,  xeronina  staje się substancją przywracającą  komórkom z zaburzonymi funkcjami powrót do ich normalnej pracy i funkcji, a w komórkach zdrowych wspiera prawidłowe ich działanie. Fenomen działania Noni polega właśnie na tym, iż xeronina w ten sposób pomaga naprawiać się chorym komórkom, a więc leczy je z choroby, przywracając im pierwotne zdolności życiowe i biochemiczne! Utrzymując od tej pory organizm w biochemicznej równowadze i zdrowiu![…] Rzeczywiście, fenomenalne. Wspiera, a więc naprawia, a kiedy naprawi to są naprawione. Nigdy bym na to nie wpadła.

No dobra, ale nie samym sokiem Noni człowiek się leczy z AIDS. Sprzedawcy soku Noni reklamują również VirAgo – czyli coś, co bez problemu walczy z opryszczką, grypą i wirusem HIV.

[…] W badaniach laboratoryjnych prof. Valerii Szedlak-Vadoc, opracowany przez nią naturalny skład nowoczesnego suplementu przeciw wirusom – VirAgo, okazał się zdolny do selektywnego hamowania autoreprodukcji wirusa. W skład VirAgo weszły najsilniejsze ekstrakty ziół: wyciąg z liści oliwek, Echinacea Root, cat’s clow, Pau d’Arco, Barc, Chelated Zinc i L-lizyna. Pobudzając system odpornościowy, VirAgo przyczynia się szczególnie do zwalczania przez organizm infekcji wirusowych oraz różnych chorób, których podłożem mogą być rotawirusy np.: zapalenie układu oddechowego, gardła i uszu, cukrzyca typ I, wodne lub ropne wysięki powodujące zapalenie stawów i innych chorób reumatoidalnych (choroba Reitera), choroby tarczycy (choroba Hashimoto lub Gravesa-Basedowa – thyreoidisis), białaczka szpikowa, choroby skórne (rumień zakaźny, pęcherzyca ) i wiele innych. […]

No jak najsilniejsze ekstrakty, to nie mam pytań. Zacukałam się tylko nieco przeczytawszy, że rotawirusy powodują cukrzycę czy białaczkę. Zastanowiłam się też, co to, do cholery, ma wspólnego z HIV, ale pomyślałam sobie, że pewnie cytowana pani profesor ma na pewno rację. W końcu to profesor, więc się zna. Zresztą tu jest, ekhm, odpowiedź:

[…] Osobom cierpiącym na infekcje chroniczne wywołane wirusem grypy, zamiast szkodliwej dla organizmu antybiotykoterapii, zaleca się stosowanie alternatywnych środków typu VirAgo. Epsteina-Barra, w chorobach wirusowych opryszczki zapobiega nawrotom choroby, wspomaga leczenie wirusowego zapaleniu wątroby typu „A’, „B” i „C” i innych infekcji opornych na działanie antybiotyków. Składniki VirAgo także opóźniają działanie wirusa HIV, hamując jego autoreprodukcję.[…]

Coś tam Epsteina-Barr (tak się nazywa ten wirus, bo pani Barr była kobietą, zupełnie jak Skłodowska-Curie), alfabetyczne wirusy zapalenia wątroby (trzy literki to maksimum wiedzy pani profesor), aż wreszcie doszliśmy do HIV i hamowania jego autoreprodukcji. Kul.

Ale to nie koniec terapii przeciw HIV i AIDS. Nie zapominajmy o grzybie Shitake, który jest skuteczny, bo jest skuteczny, a nawet bardziej:

[…] W wyniku przeprowadzonych badań laboratoryjnych zaobserwowano iż Shitake zapobiega rozmnażaniu się w tkankach wirusa HIV, który jest odpowiedzialny za chorobę AIDS. Badacze z Japońskiej Akademii Medycznej w Yamaguchi doszli do wniosku, że działanie ochronne wyciągu z grzyba Shitake powstrzymuje znaną działalność wirusa HIV uszkadzającą tkanki. Francuscy naukowcy już ponad dziesięć lat temu wykazali, że stosowanie lentinianu w przypadku chorych na AIDS i nosicieli wirusa HIV jest bardzo efektywne. Japońscy badacze uważają natomiast iż ekstrakt z grzybów Shitake jest bardziej skuteczny przy leczeniu AIDS niż zwykłe syntetyczne leki.[…]

Dobre jest również kopanie wirusów prądem (prąd działa znakomicie na proces odwrotnej transpirazy):

[…] Zapper wg dr Becka okazuje się być wyjątkowy skuteczny w neutralizowaniu HIV oraz eleminacji wielu innych organizmów chorobotwórczych. […] To bardzo delikatne i łagodne elektryzowanie krwi nie zabija żadnych wirusów ani krwinek. Drobne prądy natomiast zmieniają i blokują zdolność zewnętrznej powłoki białka wirusa do przyczepiania się do limfocytów (proces odwrotnej transpirazy). Powoduje to związanie wirusa HIV z komórką żywiciela (limfocyty T1; CD42), w wyniku czego wirus zostaje, jak należy przypuszczać, zneutralizowany, unieruchomiony i ostatecznie wydalony z ciała.[…]

Wirus  p r z y p u s z c z a l n i e  jest wydalony, przeciwciała jednakowoż zostają. Lecz jest to sytuacja normalna. […] Najczęściej jest jednak tak, że wynik testu na przeciwciała HIV jest taki sam, nawet po pełnej remisji, lecz jest to sytuacja normalna, ponieważ już przez całe życie będzie się miało przeciwciała, tak jak jest to w przypadku dziecięcych chorób, takich jak odra, ospa wietrzna lub świnka. […] Poza tym zapper jest taki fajny i tak fajnie leczy i inne choroby: […] Przy okazji wiele innych chorób, włączając w to raka, może zniknąć w wyniku elektryzacji i zażywania koloidu srebra, oraz odtruwania ozonowaną wodą. […] 

Wibracje wahadełek też są niezłe. Stukamy się nimi w główkę? Otóż nie – […] Umieszczamy je nad głową chorego, nad splotem słonecznym lub nad konkretnym chorym organem. Wydajemy polecenie mentalne ”Wysyłaj lecznicze wibracje leku ”[…], a one:

[…] Pomocniczo używany jest on (wahadło Mocrea – dopisek mój) też w leczeniu zapalenia wirusowego wątroby typu B, terapii antyrakowej (hamuje rozwój guzów, zapobiega przerzutom, łagodzi skutki radio- i chemioterapii) oraz w leczeniu AIDS (zwiększa liczbę przeciwciał).[…]

(Choć przyznać trzeba akurat producentom tych wahadełek, iż piszą, że jest to tylko terapia wspomagająca i nie zastąpi ona konsultacji lekarskiej. Takie zastrzeżenie nie jest zbyt często spotykane na podobnych stronach.)

Nie należy także zapominać o fascynującej terapii dra Ashakara, czyli NIA (natural infection absorption). Wprawdzie głównie dotyczy ona leczenia raka, bo zasadą jej jest usunięcie karcynogenów, ale z zakażenia HIV też leczy.

Jak usuwa się te karcynogeny? Z pomocą przychodzi czosnek i cieciorka. I podwójnie (Nie pojedynczo, nie potrójnie. Podwójnie jest złożona. Nie raz, nie trzy razy…) złożona ściereczka. Własnoręcznie. W obrębie pierścionka. O matko.

[…] Proponuje na nodze (poniżej kolana) na noc przyłożyć rozdrobniony czosnek (najlepiej w obrębie pierścionka) i zakleić plastrem. Kiedy zrobi się bąbel, należy go przeciąć i na taką „sączącą się ranę” dać… cieciorkę (ciecierzycę). Na wierzch w podwójnie złożonej ściereczce z wyciętym kołem z jednej strony przykładać liść kapusty (aby rana nie wysychała). Zabandażować ranę. Dwa razy dziennie przez dwa miesiące trzeba wymieniać cieciorkę (która pęczniejąc zbiera wraz z limfą kancerogeny), ranę wokół dezynfekować. Każdy jest w stanie własnoręcznie przeprowadzić taką kurację oczyszczającą.[…]

Oczywiście, nie wszyscy uzdrowiciele są tak zacofani, żeby wierzyć, iż AIDS wywoływany jest przez HIV. Zdaniem dra Rybczyńskiego, istotą choroby AIDS jest: […] Z wyżej przytoczonych obserwacji i doświadczeń wynika, że wirusy są najmłodszą postacią wzrostu grzybka Penicillium, a ponieważ choroba AIDS jest pochodzenia wirusowego, jest ona więc swego rodzaju chorobą nowotworową (grzybiczą). […]

Piękne zdanie (wezmę je se na jakąś sygnaturkę, czy co?). I trafia w sedno sprawy. Łatwo też wywnioskować, że skoro AIDS jest chorobą nowotworową czyli grzybiczą, można ją leczyć krzemem. Który moduluje metabolizm krzemowy w ludzkim organizmie. Oczywiście. Doktor Rybczyński wyleczył w ten sposób cztery osoby. Ma na to dowody. Na przykład jeden pacjent zadzwonił do niego i powiedział, że dobrze się czuje.

I to przestaje być śmieszne. Chociaż wróć – to przestało być śmieszne już bardzo dawno temu. A tak w zasadzie to w ogóle nie było. Nigdy. Kiedy pomyśli się o tych wszystkich szarlatanach, którzy żerują na ludzkim nieszczęściu, sprzedając za spore pieniądze witaminki albo i gorsze rzeczy, i łudzą w ten sposób nadzieją. Którzy wmawiają bzdury i propagują jakieś idiotyczne i szkodliwe terapie. Kiedy pomyśli się o tych, którzy w ogóle zaprzeczają etiologii AIDS, twierdząc, że wszystko przez ogólnoświatowy spisek naukowców i big pharmy, który ma i miał na celu wyniszczenie Afryki, zdjęcie odium z homoseksualistów, a AIDS przede wszystkim jest skutkiem stosowania toksycznych leków antyretrowirusowych. I azotynów rzecz jasna.

To już nie są bzdety w stylu balansowania pola magnetycznego człowieka przez kryształowe misy, wielorybów, które przez wibrowanie uwalniają w nas starożytną mądrość czy tachyonów będących źródłem wszelkich częstotliwości. Tu, cholera, cierpią, chorują i umierają ludzie.

Pogłaszcz się po łonie w czasie leczenia z nowotwora, czyli gdzie jest moja grasica?!

Nowotwory. Jak wiadomo, medycyna nie jest w stanie sobie z nimi poradzić. Głupi lekarze nie wiedzą ani skąd się te nowotwory biorą, ani jak je leczyć. Na ratunek przychodzi medycyna alternatywna ze swym bogatym arsenałem terapeutyków, metod przygotowania organizmu do terapii oraz teorii o tym, jak sie na przyszłość nowotworów ustrzegać.

Zaczynamy od przygotowania do terapii, czyli oczyszczamy nasz brudny organizm.

[…] By rozpocząć walkę z nowotworem, należy na początku oczyścić organizm, zacząć od jelita grubego. Zresztą w 1946 kiedy Dr.Gerson stosował lewatywy chorym na raka, odnotowywano świetne rezultaty. Dziś ,niestety współcześni lekarze uważają enemę (lewatywę) za przeżytek, a szkoda. Początek oczyszczania wymaga dużej ilości lewatyw 6-8 na dobę. […]

Oj, szkoda. Niektórym to nawet przydałaby się lewatywa mózgu, a lepiej jeszcze zwinięcie wężyka do lewatywy w koło i pie…., znaczy chciałam powiedzieć – walnięcie się nim w czoło.

[…] Najlepszą lewatywą jest wlew z kawy [zastosowany po raz pierwszy prawie 100 lat temu przez prof. O. A. Meyera w Getyndze.] Dajemy 3 czubate łyżki stołowe mielonej kawy na 1 litr wody , gotujemy 3 minuty , zmniejszamy ogień [ by ustało wrzenie] i gotujemy jeszcze pod przykryciem przez 15-20 minut. Po tym czasie zdejmujemy z ognia , cedzimy i gdy napar uzyska temperaturę ciała podajemy go choremu we wlewie do odbytniczym. Wskutek tego przewody żółciowe ulegają otworzeniu, praca wątroby jest pobudzona i następuje lepsze wydalanie toksyn. […]

Nie ma to jak zapach kawy o poranku. Ale sama kawka, choć stawia na nogi, to nie wszystko.

[…] Wprowadzanie jednocześnie do organizmu suszonej tarczycy ,

suszonej tarczycy?

płynu Jugola

płynu Jugola??

powoduje , że niedojrzałe komórki nowotworowe wychwytują szybko potas i enzymy oksydacyjne i giną. Komórka nowotworowa bazuje przede wszystkim na procesach fermentacyjnych , podczas gdy potas i enzymy oksydacyjne wprowadzają procesy utleniania i to właśnie pozbawia komórkę rakową warunków do życia.[…]

A, no to wszystko jasne. I kiedy organizm nasz wyszorowany został sproszkowaną tarczycą, kawą i płynem Jugola, lecimy dalej z tym koksem. A dokładniej z dietą, gdyż

[…]Pamiętajmy, że rak to w dużej mierze skutek nieodpowiedniego odżywiania.[…]

Właściwym więc odżywianiem możemy wyleczyć dowolnego raka. Po prostu.

[…]Rudolf Brouss opracował prostą i całkowicie naturalną metodę leczenia wszelkich nowotworów. Kuracja odnosi powodzenie nie tylko w wypadku raka. Odwapnienie kości, niewłaściwe krążenie krwi, artretyzm, artroza, degeneracja kręgów piersiowych i stawów biodrowych, oczyszczenie krwi, choroby stawów (kąpiele), wiosenna kuracja zdrowotna, skuteczna i zdrowa kuracja odchudzająca.

A co z impotencją? I pryszczami? Skoro leczy nawet kąpiele stawów (to taki rodzaj waporów, nie?)…

Ogólne wzmocnienie organizmu. Pan Jezus pościł 40 dni, zanim rozpoczął służbę dla ludzkości. Kuracja nieprzypadkowo trwa 42 dni. Tyle czasu trzeba, aby organizm zupełnie oczyścić i wzmocnić.
Kuracja składa się z trzech elementów;
. Sok warzywny
. Herbata z szałwii
. Herbata oczyszczająca nerki[…]

Ale to znowu nie wszystko. To znaczy, owszem, wszystko, bo kuracja jest absolutnie skuteczna. Ale można coś do niej dodać, aby było weselej aby dodatkowo uleczyć konkretne rodzaje raka. Zachęcam do szczegółowego zapoznania się z fascynującą wiedzą, co jest skuteczne na co. Na przykład: […] Rak wątroby – 2 szklanki napoju z ziemniaka dziennie (łupiny z kilku ziemniaków gotować w 0,25 litra wody przez 2-4 minuty).[…]

Poza tym zaiste rewelacyjne są liście kapusty, wałkowane butelką po piwie

[…] Okłady z liści kapusty są dobre na każdy rodzaj raka. 3 liście umyć, rozwałkować butelką, aż liście zmiękną. Kładziemy do łóżka koc wełniany, na to prześcieradło, a na to chustkę z 2 liśćmi obok siebie a trzecim na krzyż. Kładziemy to na chore miejsce, tułów zawijamy prześcieradłem i kocem. Powinno dobrze przylegać. Rano okład zdejmujemy, a miejsce obmywamy ciepłą wodą i wycieramy na sucho.[…]

A co z tak ciężkim nowotworem, jak białaczka? Otóż nic, bo białaczka to nie nowotwór. To choroba psychiczna o podłożu psychicznym. Jak się podłoże wyeliminuje, że nie wspomnę o aerozolach przeciw owadom, to białaczka zniknie bez śladu.

[…] Białaczka to choroba żylnego układu krążenia, a nie, jak się uważa, nowotwór krwi. Choroba ta ma często podłoże psychiczne. Jest wynikiem depresji psychicznych, zaburzeń układu psychicznego. Często jest tu powodem nawet jakaś drobna sprawa. Warto przeanalizować swe życie i znaleźć źródło tych problemów, a potem je usunąć. Leczenie polega na tym, że podczas normalnego odżywiania (najlepiej dieta wegetariańska) pijemy 0,25l soku warzywnego dziennie. Popijamy go drobnymi łykami, głównie przed posiłkami. Żylny układ krążenia przyjmuje te witaminy, często po tygodniu jest już całkowita poprawa, ale sok ten pijemy pełne 42 dni. Nieuleczalni są pacjenci, którzy nie potrafią pokonać swych problemów psychicznych. Należy pamiętać także, aby nasze domy były pozbawione wszelkich trucizn (preparaty antymolowe, środki czyszczące WC, aerozole przeciw owadom, DDT itd.), które zatruwają atmosferę w całym domu.[…]

Nie sądźmy jednak, że kuracja warzywna dobra jest tylko w leczeniu raka. Chyba, że są to przypadki beznadziejne, jak cuchnące bodziszkiem bezdzietne małżeństwo.

[…] Bezdzietność – pić codziennie herbatę z bodziszka cuchnącego (parzyć przez 10 minut). Zawiera on ślady radu. Jeśli to nie pomoże, jest to wtedy raczej przypadek beznadziejny; herbatę tę winni pić oboje małżonkowie.[…]

[…] Według Breussa organizm sam musi zniszczyć guzy nowotworowe. Podczas tej kuracji ziołowo-sokowej zosaje z organizmu usunięte wszystko, co w nim nie j e s t potrzebne, co oddziela chorobę od zdrowia, pod warunkiem oczywiście, że są jeszcze zapasy sił witalnych i wiara w Opiekę Opatrzności. Breus wyleczył ponad 40 tys. chorych na raka, w tym wielu po leczeniu szpitalnym. Jednak znacznie lepsze rezultaty osiągał (ok. 100% wyleczeń), jeżeli chory, po rozpoznaniu choroby, natychmiast podjął kurację 42-dniową, kiedy jego organizm nie został jeszcze uszkodzony ciężkimi środkami chemicznymi. Breuss uważa, że dopóki człowiek ma chęć do życia, wolę wyzdrowienia i wytrwałość w kuracji, tak 5 długo jest szansa na wyleczenie (chyba, że chory organ jest całkiem zniszczony, wtedy pomóc może już tylko cud !).[…]

Znów wszystko jasne. Ludzie, nie idźta leczyć się do śpitala, bo tam was tylko uszkodzą ciężkimi środkami chemicznymi (na przykład żelaznym basenem). A jak długo żyjecie, tak długo jest szansa na życie. Proste jak to kółko, którym już od dawna walę się w czółko.

 Ale, ale – skąd w ogóle biorą się nowotwory?

[…]Nowotwór powstaje jako skutek bardzo niewłaściwego sposobu życia,[…] Istnieje pięć ważniejszych grup czynników powstawania nowotwora i każdą z nich należy rozeznać oraz wyeliminować.[…]

Tu padają kwestie, że te czynniki to stres, konflikty, napięcia, gotowanie w aluminiowych garach,

[…]Mieszkanie w aluminiowym wieżowcu to epidemia raka![…]

telefony oczywiście komórkowe, które są przyczyną cierpienia widma i dziwnego raka u osób prawousznych

[…] Radar i nadajnik telefonii komórkowej oraz inne źródła promieniowania elektromagnetycznego osłabiają lub paraliżują system obronny organizmu, niszczą układ odpornościowy! Wtedy mamy możliwość cierpienia widma śmierci na raka, jeśli takie nasze życzenie udokumentowane trybem życia. Niektóre firmy nawet do telefonów dołączają głośnik i mikrofon aby nadajnik był z dala od naszej głowy, i nie robił dziwnego raka mózgu akurat po prawej stronie koło ucha![…]

oraz ta cholera, sąsiad z samochodem

[…] Jeśli sąsiad zapala ci pod oknem samochód i trzyma silnik włączony dłużej, rzuć w niego czymś ciężkim aby go przepłoszyć i przegonić.[…]

[…] Rak (Nowotwór) jest chorobą poważną, ale uleczalną i można uniknąć nawet 85-95 % wszystkich nowotworów złośliwych jakie powstają tylko, że zniszczyłoby to przemysł onkologiczny.

Oczywiście. Tu chyba nikt nie ma wątpliwości, że całe ZUO to ten przemysł onkologiczny. Da się je tylko porównać z przemysłem szczepionkowym.

Kluczem jest zdrowy tryb życia, właściwa dieta i dbałość o układ odpornościowy organizmu.

Te dwa pierwsze klucze już ustaliliśmy, teraz pora na trzeci, czyli tajemniczy układ odpornościowy.

Trzeba wzmacniać i aktywizować układ odpornościowy (UO) organizmu, który pracując wadliwie umożliwia powstanie choroby nowotworowej! Wzmacnianie UO to przykładowo masaż grasicy (w górnej części klatki piersiowej na mostku) poprzez regularny częsty rytmiczny masaż, najlepiej oklepywany.

O matko, gdzie jest moja grasica?! Ktoś mi ukradł grasicę!

Masażu trzeba się najlepiej nauczyć od specjalisty. Śledziona – Trzustka znajduje się po lewej stronie żołądka i też wymaga aktywizacji, gdyż gruczoł śledziony jest jednym z najważniejszych centrów UO.

Śledziona – Trzustka to taki jeden narząd jest? Zamiast tej grasicy, czy jak? I też mam się w nią klepać?

Można też masować, oklepywać wszystkie węzły chłonne, limfatyczne które należą do UO. Specjalista medycyny naturalnej nauczy dokładnie jak wykonać masaż oklepywany (tapping) całego układu odpornościowego z jego głównymi organami jak grasica i śledziona oraz węzłami limfatycznymi.

Ja bym się jednak cały czas upierała na klepanie tej części układu odpornościowego, która jest na samym środku czoła. Może znajdę tam grasicę przy okazji?

Układ odpornościowy to nie tylko oczywiście limfobieg ale także nasz układ krążenia, krwioobieg, który trzeba wyregulować i usprawnić. Masowanie od środka ciała w kierunku kończyn poprzez tak zwane głaskanie lub pocieranie poprawia nam pracę systemu krążenia, którego głównym organem jest nasze ŁONO, co czasem razem zwie się Funkcją Krążenie-Seks (KS). Regularne współżycie seksualne sprawiające zadowolenie i przyjemność jest bodaj najistotniejszym czynnikiem regulującym pracę systemu krążenia. Gruczoły Łona i Grasicy są ze sobą ściśle współzależne to muszą być pobudzane, kiedy UO nie pracuje dość sprawnie aby usuwać z organizmu komórki wadliwe, także nowotworowe.[…]

No nareszcie coś jest o seksie. Oklepywanie guczołów ŁONA czynnikiem zadowolenia seksualnego. I wreszcie znalazłam moją grasicę. To mi się szalenie podoba. Tym bardziej, że większość nowotworów ma związek z seksem. Logiczne, nie? Wszystko ma związek z seksem.

[…]Rak piersi, jajników i macicy oraz prostaty dobrze leczy i zapobiega herbata terapia psychoseksualna, której nic nie zastąpi dla wyleczenia lub zapobieżenia tego typu nowotworom. U podłoża większości nowotworów leżą problemy związane z płcią, seksem, wstrzemięźliwością, wstydem, urazem seksualnym, porzuceniem, aborcją, konfliktem sumienia z powodu wmówionej grzeszności seksu, strachem przed ciążą, poczuciem winy z powodu przygód seksualnych etc.[…]

To tylko wycinek prawdziwych i rzetelnych informacji naukowych o terapiach onkologicznych, które ukrywane są rzecz jasna przed zwykłymi ludźmi, ogłupianymi przez hochsztaplerów w białych fartuchach. Pamiętajmy jednak – hochsztaplerzy są wszędzie! Nawet między prawdziwymi, sensownymi onko-naturo-terapeutami, leczącymi chorych oklepywaniem gołąbków z grasicy zawiniętych w liście kapusty i przylepionych do łona, mniam, mniam. Należy ich unikać (hochsztaplerów znaczy, a nie gołąbków)! Dla dobra medycyny naturalnej!

[…] Hochsztaplerów uzdrawiających przyłożeniem dłoni w przeciągu 1-5 minut unikaj jak zarazy, gdyż są to oszuści nie mający pojęcia o energoterapii. Sensowny zabieg u bioterapeuty trwa zwykle na początku nawet i 1-2 godziny, a w okresie końcowym terapii przynajmniej 20-30 minut! Nie daj się pacjencie oszukiwać i wzmagaj odporność na oszustów przez których medycyna naturalna miewa czasem złą prasę![…]