Kotlet z kota

ResearchBlogging.org

Ponieważ zaproszona zostałam do współpracy, oby długiej i owocnej, z szacownym portalem Biotechnologia.pl (P.T. Czytelników zapraszam tam nie tylko celem odwiedzin na moim blogasku, chociaż przede wszystkim dlatego rzecz jasna), wypadałoby się jakoś przedstawić oraz zareklamować. A czyż można to zrobić lepiej, niż za pomocą kotków, kotełów, kotów i kotów w pudełkach? Oraz ewentualnie kulinariów?
W tej sytuacji kuchnia na dziś proponuje kotki, w formie grzybowych kot-letów z kota, zwanych także tragicznymi krwawymi kotlecikami (© pani Musierowicz). Czujcie się ostrzeżeni.

O sobie…, ee, to znaczy o grzybie z rodzaju Sporothrix pisałam dawno temu: Sporothrix.

Ogólnie rzecz biorąc, kwestie podstawowe nie uległy zmianie. Nadal wiadomo, że Sporothrix sp. to najpiękniejszy grzyb na świecie, bo jakżeby inaczej.

Z lewej stokrotki, czyli konidiofory z konidiami, z prawej kolonia.

Sporothrix schenckii. Z lewej stokrotki, czyli konidiofory z konidiami (stąd), z prawej kolonia grzyba na szalce (stąd).

Wiadomo, że to grzyb dimorficzny (tzn. że w różnych temperaturach lubi rosnąć różnie, czasem jak drożdżak, a czasem jak grzyb pleśniowy), że występuje powszechnie niemal wszędzie na świecie, lubi mieszkać w ziemi i rozkładających się roślinach, a najwięcej zakażeń ma miejsce w rejonach tropikalnych i subtropikalnych.

Geograficzna dystrybucja danych na temat sporotrychoz, w zależności od rodzaju badań opisywanych w publikacjach. Ilustracja dotyczy artykułów opublikowanych w XXI wieku.

Geograficzna dystrybucja danych na temat sporotrychoz (w zależności od rodzaju badań opisywanych w publikacjach). Na obrazku zebrano dane z artykułów opublikowanych w XXI wieku. Mapa pochodzi z pierwszej cytowanej publikacji.

Tradycyjnie (klasycznie można rzec) do zakażenia dochodzi na skutek ukłucia kolcem róży, bo na kolcach tych grzyb lubi się wylegiwać (stąd popularna nazwa sporotrychozy to choroba hodowców róż), możliwa jest też infekcja odzwierzęca. Po wniknięciu do organizmu człowieka grzyb powoduje powstanie podskórnych grudek, szerzy się bowiem i rozprzestrzenia naczyniami limfatycznymi (zdjęcia w notce). W ciężkich, powikłanych przypadkach choroba (np. sporotrychoza pozaskórna, czy sporotrychoza rozsiana u pacjentów z immunosupresją) stanowi zagrożenie życia.

Nieskomplikowane przypadki sporotrychozy mogą czasem samoistnie mijać, większość pacjentów wymaga jednak terapii. Stosuje się leki przeciwgrzybicze (itrakonazol, amfoterycyna B w przypadkach sporotrychozy rozsianej), a leczenie jest bardzo długotrwałe. Skutecznym lekiem jest także jodek potasu (mechanizm jego działania nie jest znany).

Te wszystkie informacje nie stanowią specjalnie niczego nowego. W ciągu jednak ostatnich lat obserwujemy zmiany w zakresie epidemiologii grzybów z rodzaju Sporothrix. Po pierwsze, nie jest tak, jak pisałam w starej notce, że w zasadzie Sporothrix sp. to tylko jeden liczący się gatunek – Sporothrix schenckii sensu lato. Po przeprowadzonej analizie filogenetycznej naukowcy zaproponowali istnienie kompleksu S. schenckii, z kilkoma ważnymi w medycynie kladami: S. brasiliensis (klad I), S. schenckii sensu stricto (klad II), S. globosa (klad III) i S. luriei (klad IV). Klady te różnią się od siebie rodzajem gospodarza, na którym lubią bytować, występowaniem oraz wrażliwością na leki.

Niezwykle ważnym patogenem wydaje się być obecnie S. brasiliensis. Występuje w Brazylii, a jego niewrażliwość na wyższe temperatury jest prawdopodobnie przyczyną (niejedyną zapewne), że atakuje koty oraz że powoduje więcej zakażeń, jest także bardziej agresywny i oporny na leki, niż inne gatunki.

To właśnie Sporothrix brasiliensis zmienił i zmienia nasze spojrzenie na sporotrychozy. Ze stosunkowo niegroźnego i nieszczególnie trapiącego ludzkość zakażenia, grzybica ta stała się jedną z groźniejszych chorób, występujących szczególnie w biedniejszych rejonach miejskich niektórych rejonów świata. Co więcej, rozprzestrzenia się łatwo między kotami (dzięki ich walkom, pogryzieniom i podrapaniom), a koty przenoszą ją na ludzi, również drapiąc czy gryząc, choć notuje się także zakażenia przez nieuszkodzoną skórę. Wszystko to następuje bardzo szybko, specjaliści w tej chwili ostrzegają przed epidemiami kociej sporotrychozy (z zagrożeniem dla ludzi) w miejskich rejonach Rio de Janeiro, São Paulo oraz rejonie Rio Grande do Sul. Dzięki więc sporej zjadliwości, kotom (domowym i zdziczałym), łatwemu przenoszeniu się między tymi zwierzętami, marnym warunkom higienicznym, w których żyją ludzie, a także dzięki szybkiemu atakowaniu ludzi z zaburzeniami odporności – Sporothrix sp. przestał być jakimś tam nieważnym patogenem, o którym mało kto słyszał, stał się za to jednym z bardziej niebezpiecznych grzybów w Brazylii, a sporotrychoza znaczącą zoonozą, o której mówi się coraz częściej w kontekście groźnej/groźnych epidemii.

Clipboard-1

Kocia sporotrychoza. Wilgotne wrzodziejące zmiany, często w okolicy łebka (A). Wychudzenie zwierzęcia wraz z postępem choroby (B). Zdjęcie pochodzi z drugiej cytowanej publikacji.

Clipboard-3

Łapa pełna kociej sporotrychozy. Zdjęcie pochodzi z tego wpisu, za zwrócenie uwagi na który – jak i za inspirację do notki – dziękuję Autorowi bloga Szescstopni.

Clipboard-2

Sporotrychoza (spowodowana S. schenckii) u weterynarza leczącego kota zakażonego tym patogenem. Zdjęcie pochodzi z trzeciej cytowanej publikacji.

Zatem, ponieważ nie wiadomo, co jeszcze grzybowi może strzelić do głowy, trzymajmy rękę na pulsie. W tym celu, jeśli ktoś ma zbędne grosze w kieszeni, zapraszam do zainteresowania się konferencją naukową organizowaną przez Working Group on Sporothrix and sporotrichosis of the International Society for Human and Animal Mycology: 2nd International Meeting on Sporothrix and sporotrichosis odbędzie się w Meksyku w 2016 roku.

Znacznie więcej informacji:
1. Barros, M., de Almeida Paes, R., & Schubach, A. (2011). Sporothrix schenckii and Sporotrichosis Clinical Microbiology Reviews, 24 (4), 633-654 DOI: 10.1128/CMR.00007-11
2. Montenegro H, Rodrigues AM, Dias MA, da Silva EA, Bernardi F, & de Camargo ZP (2014). Feline sporotrichosis due to Sporothrix brasiliensis: an emerging animal infection in São Paulo, Brazil. BMC veterinary research, 10 (1) PMID: 25407096
3. Welsh RD (2003). Sporotrichosis. Journal of the American Veterinary Medical Association, 223 (8), 1123-6 PMID: 14584741
4. Lopes-Bezerra, L., & Mora-Montes, H. (2015). Sporothrix and sporotrichosis: Contributions from the first international meeting sponsored by the Working Group on Sporothrix and sporotrichosis of the International Society for Human and Animal Mycology, Rio de Janeiro, Brazil, October, 2013 Medical Mycology, 53 (1), 1-2 DOI: 10.1093/mmy/myu096

Fakty o szczepieniach

Zebrało się parę osób. Tak się przedstawiamy, choć tekst jest nadal modyfikowany, poprawiany i układany:

Jesteśmy nieformalną grupą. Są wśród nas nauczyciele, budowlańcy, naukowcy, informatycy, lekarze, kierowcy… 

Połączyła nas troska o zdrowie naszych dzieci, naszych siostrzeńców, bratanków, wnuków, kuzynów oraz ich kolegów. Troska podsycana przez napływające z zagranicy informacje o coraz częstszych i większych ogniskach chorób zakaźnych do niedawna uznawanych za praktycznie wyeliminowane z życia społeczeństw w rozwiniętych krajach.

Zagrożeniem jest nieliczny, chociaż bardzo głośny ruch przeciwników szczepień. Stowarzyszenia i pojedyncze osoby, które występują przeciwko obowiązkowym szczepieniom, zagrażają rodzicom, szczególnie młodym, którzy nie mają pełnej wiedzy (bo skąd mieliby mieć), a którzy wobec medialnych akcji przeciwników szczepień (zwolenników epidemii) poszukują rzetelnej informacji. W Internecie znacznie łatwiej natknąć się na propagandowe materiały antyszczepionkowców (proepidemików) niż na rzetelne opracowania naukowe lub materiały propagujące odpowiedzialne postawy rodzicielskie i społeczne. My chcemy to zmienić. Publikujemy materiały zweryfikowane od strony naukowej, ale atrakcyjne pod względem formy przekazu. 

Zatem na początek – tłumaczenie znakomitego komiksu. Warto zajrzeć!

Clipboard-1

Będzie tego więcej, zapraszamy:
http://szczepienia-dzialaja-oto-fakty.stopstopnop.pl/
http://zombie-szczepienia-obowiazkowe-dla-dzieci.stopstopnop.pl/

Ooops, you did it again

Tytuł odnosi się oczywiście do przepięknego i wręcz książkowego (istnieje coś takiego?) oraz przysłowiowego (są takie przysłowia?) objawu prawdopośrodkizmu. Ze strony Wyborczej oczywiście, czyli możecie się w tym miejscu spodziewać tradycyjnie osobistej, nienawistnej i z klapkami na oczach notki krytykującej GW. Prawdopośrodkizm niczym koń – jaki jest, każdy widzi, ale pozwólcie, że wytłumaczę. Pochodzi od argumentum ad temperantiam, a oznacza zwyczajnie, że prawda leży pośrodku, przeciwne opinie te mają więc tę samą wagę, czyli w dyskusji rację ma ten, kto przedstawi kompromis między nimi.

Wyborcza (a w tym wypadku mowa a dziale naukowym) po raz kolejny znęca się nad tą nieszczęsną prawdą, co to leży pośrodku. Tym razem publikując – obok, tego samego dnia – fantastyczny, wnikliwy, rzetelny i bardzo interesujący artykuł Barta oraz wykwit jakiegoś odjeżdżającego peronu pani red. Kossobudzkiej. Bart występuje jako bloger (w pierwszej wersji w dodatku „zajmujący się medycyną alternatywną”, co ma pełne prawo nasuwać skojarzenia o gościu leczącym/doradzającym leczenie za pomocą wahadełek i homełka), mając za adwersarkę nagradzaną i cenioną popularyzatorkę nauki. Której tekst wygląda wprawdzie jak napisany na kolanie, szybko, między dobranocką a kolacją, ale co z tego. To i tak lepsze niż jakiś tam bloger. Ci, którzy Barta znają i kochają, oraz przy okazji wiedzą, że nieważne, kto pisze, byle pisał z sensem, wiedzą również, że jego artykuł zawiera ogromną dawkę wiedzy. Tymczasem ktoś, kto tego nie wie, myśli sobie tak: z jednej strony jakiś facet, bloger jakich tysiące, z drugiej znana dziennikarka popularyzująca wiedzę, laureatka konkursu „Sukces roku w ochronie zdrowia 2013 – liderzy medycyny” w kategorii „Media – dziennikarstwo informacyjne i edukacyjno-społeczne”. Komu wierzyć, komu ufać? Oczywista odpowiedź jest oczywista.

Jasne, że antywacki, w komentarzach zarzucający Bartowi bycie blogerem właśnie, pomijają wygodnie to, że sami głównie uciekają się do mętnych blogaskowych wpisów na mętnych blogaskach. Cóż z tego jednak, chcesz blogera uderzyć, kij się zawsze znajdzie.

A Wyborczej w to graj. Bo w końcu ważne, żeby i prowackom lampkę, i antywackom ogarek. A że troszkę narobi się wody z mózgu tym, co to ani pro-, ani anty-? Kto by się tam tym przejmował.

Moje osobiste lekkie wzburzenie wzbudził szczególnie nie ten fragment tekstu Kossobudzkiej, w którym pisze, że jest przeciwniczką obowiązkowych szczepień. Głupie to, bo głupie, ale jakby mało oryginalne. Znacznie gorszy jest imo ten fragment: Zwolennicy, rozpaczliwie dając im odpór, twierdzą, że szczepić trzeba, bo trzeba. A ci, którzy nie szczepią, to „ciemnogród”. I koniec.

Aha. Znaczy ten cały artykuł Barta, który, przypominam, ukazał się tego samego dnia, to tylko jedno zdanie? Że trzeba, bo trzeba, a jak nie, to jesteście oszołomy, i nic ponadto? I w ogóle wszystkie te notki na blogaskach Barta czy Migg, na blogach Modne BzduryBiokompost, Globalny śmietnik, Nic prostszego czy Miskidomleka, to tylko takie jedno zdanie? Bez żadnych argumentów, bez linków do rzetelnych prac naukowych, bez godzin spędzonych na szukaniu literatury i danych, bez dni spędzanych na dyskusjach, gdzie z anielską (czasem trochę mniejszą) cierpliwością autorki i autorzy tłumaczą, że trzeba, bo to, i to, i to, i to…?

Doprawdy dawno nie widziałam tak żałośnie nachalnego prawdopośrodkowego odwracania kota ogonem. Takiego bezwstydnego i lekceważącego zrównania wiedzy i oddania jednych, a niewiedzy i oszołomstwa innych.

Lecz żeby notka nie była li i jedynie wyrazem osobistego i z klapkami na oczach czepiania się GW, dodam odrobinę wiedzy. Na Nauka, głupcze bowiem komentarze pojawiły się na ogół, przynajmniej do tej pory, dorzeczne i sensowne, ale jeden zawierał fragment, który chcę podkreślić. Komentator napisał: Ja rozumiem, że istnieje coś takiego jak odporność zbiorowa, ale pojedyncze jednostki niezaszczepione nie mają na nią wpływu.

Odporność zbiorowa jest czymś mało zrozumiałym, intuicyjnie nieco bezsensownym, nic dziwnego zatem, że ludzie, jak widać powyżej, jej nie rozumieją. Spróbujmy zatem pochylić się z troską nad tą zbiorową odpornością i napiszmy na jej temat chociaż jedno zdanie. Na przykład takie: odporność zbiorowa to odporność zbiorowa (na ch.j drążyć), a ci, którzy nie szczepią, to ciemnogród, i koniec.

Otóż nie.

ResearchBlogging.org

Termin „odporność zbiorowa” (czy też grupowa, zbiorowiskowa, odporność stada – o herd immunity różnie mawiają) powstał niemal wiek temu. Ale dopiero w latach 70. XX w., przy okazji prowadzonych na szeroką skalę badań nad uodpornieniem społeczeństw, rolą szczepień i ich opłacalnością, zaczęto go tak naprawdę używać. Punktem zwrotnym było opracowanie modelu o progach odporności zbiorowej. Model ten pokazywał, że jeśli odporność (czyli np. w tym wypadku skuteczne szczepionki; zakładana skuteczność wynosiła 100%) została przekazana danej społeczności losowo, i jeśli osoby w tej społeczności także były zróżnicowane losowo – każdy losowy obywatel miał taki kontakt z innymi obywatelami R0, że mógł ich zarazić – liczba przypadków zakażeń spadnie, jeśli proporcja osób odpornych przekroczy (R0 – 1)/R0 (inaczej:  1 – 1/R0). Twierdzenie zobrazowane jest niżej:

Clipboard-1

Rycina (pochodząca z cytowanej publikacji) pokazuje jak wygląda szerzenie się zakażenia przy R0 równym 4 (basic reproduction number R0=4)

Jak widać, w części A mamy trzy generacje wrażliwej na zakażenie populacji, gdzie jedna osoba zakaża cztery inne, wrażliwe. W części B (R0 – 1)/R0 czyli 3/4 populacji jest odporne, co oznacza, że za każdym razem mamy jeden przypadek zakażenia. Oznacza to też, że przy obserwacji tejże populacji ten poziom przekazywania zakażenia będzie się utrzymywał. Spadek nastąpi natomiast, kiedy większy odsetek obywateli będzie odporny. Dlatego też  (R0 – 1)/R0 nazywa się progiem odporności zbiorowej (herd immunity threshold).

Powyższy model został przebadany i przeanalizowany bardzo dokładnie. Zastrzeżenia budziły jego pewne założenia (jak losowe zróżnicowanie populacji), wykazano jednak, że próg odporności zbiorowej może zostać uznany za cel, kiedy epidemiolodzy będą zastanawiać się, jak duży odsetek populacji powinien być zaszczepiony. Oraz, co może ważniejsze, osiągnięcie tegoż progu doprowadzi do eliminacji chorób. Dowiedziono tego w praktyce (no bo model to model) – obserwacje epidemii takich chorób jak odra, ospa wietrzna, świnka, różyczka, polio i krztusiec pokazały, że w istocie zaszczepienie takiej liczby osób w populacji, aby była wyższa niż próg, pozwala na uniknięcie epidemii. W takich wypadkach mamy zatem do czynienia ze zjawiskiem pośredniej ochrony członków społeczności, którzy zaszczepieni być nie mogli, ale uchronili się przed chorobą.

Co ważne, wykazano także, że odporność zbiorowa działa w sposób nie tylko chroniący ludzi przed zakażeniem, ale także przed zaraźliwością danego drobnoustroju i jego zdolnością wywoływania zakażeń w populacji. Tak dzieje się w przypadku szczepień z użyciem skoniugowanych szczepionek przeciw pneumokokom i Haemophilus influenzae. Szczepienia te, nie dotyczące ludzi starszych, znacząco zredukowały liczbę przypadków zakażeń w tejże grupie osób. Nie tylko dlatego, że chroniły szczepionych przed chorobą, ale także przed nosicielstwem bakterii, a co za tym idzie – zmniejszyły szerzenie się drobnoustrojów w populacji.

Ogromnie istotne jest tutaj, aby zdać sobie sprawę z połączenia bezpośredniego działania szczepień z działaniem pośrednim. Odporność zbiorowa pokazuje, że działanie bezpośrednie (zaszczepienie obywateli) chroni nie tylko przed chorobą, ale także obniża ryzyko rozprzestrzeniania patogenów na osoby, które, z braku szczepień, pozostają wrażliwe. Podkreślmy – to właśnie wpływ szczepionek na transmisję zakażenia odpowiada za ich pośredni efekt ochronny. Gdyby szczepionki chroniły tylko bezpośrednio, przed samą chorobą, ale nie zmniejszałyby ryzyka zakażenia czy przeniesienia choroby na kogoś innego, wówczas odporność zbiorowa nie istniałaby. (Takie plotki o niektórych szczepionkach pokazywały się czasami. Mawiano np. że szczepionka inaktywowana przeciw polio działa tylko bezpośrednio, ale już nie pośrednio. Obecnie wiemy, że nie jest to prawdą, a szczepienie szczepionką IPV ma również działanie pośrednie, ergo powoduje powstawanie odporności zbiorowej.)

Wielkość pośredniego efektu działania szczepień zależy oczywiście od wielu czynników: od sposobu przenoszenia się patogenu, od rodzaju odporności wzbudzanej przez daną szczepionkę, od sposobu kontaktowania się ludzi w populacji, wreszcie od  sposobu dystrybucji szczepień – i odporności – w populacjach. Wiedza o tym pozwoliła na opracowanie bardziej skomplikowanych modeli, biorących pod uwagę czynniki, które nie występowały w modelu podstawowym, jak niestuprocentowa skuteczność szczepionek, nielosowo zróżnicowana populacja, nielosowa dystrybucja szczepień, a także istnienie osób nieszczepiących się, korzystających świadomie ze szczepień współobywateli. Istnienie takich osób jest nieuniknione, skoro stosowanie szczepionek niesie ze sobą różnorakie koszta osobiste, od potencjalnych efektów ubocznych, przez cenę, aż do czasu spędzanego na wizycie w przychodni. Ludzie więc chcą podejmować indywidualne decyzje, samodzielnie rozważając ryzyko i choroby, i szczepienia. (No i naturalnie należy tu na sprawę popatrzeć także z innej strony: w kwestię odporności zbiorowej wpisany jest problem obciążania jakimś obowiązkiem pewnej grupy ludzi na rzecz innej grupy. Ci, którzy nie mogą się zaszczepić, nie mogą więc nabyć odporności bezpośrednio, liczą na to, że inni się zaszczepią, zapewniając im ochronę pośrednią. Czy to jest etyczne? Z punktu widzenia państwa? Z punktu widzenia konkretnego obywatela?)

Kiedy poziom wyszczepienia w populacji jest wysoki, ryzyko zakażenia spada. Spada wówczas chęć zaszczepienia się. Podobnie jak wówczas, gdy dany obywatel uważa, że ryzyko związane ze szczepieniem przewyższa ryzyko związane z zachorowaniem. Stąd ogromna rola mediów (przy współpracy ze ściśle minitorującymi odporność zbiorową służbami zdrowia) w propagowaniu szczepień i rzetelnym informowaniu o ryzyku chorób zakaźnych. Z chwilą, gdy mass-media szerzą panikę („obowiązkowe szczepienia to niewola i PRL!”), niechęć do szczepień („nie wszystkie dzieci można szczepić” – na marginesie, to wyjątkowo wstrętny zarzut p. Kossobudzkiej, bo zwolennicy szczepień mówią zawsze o szczepieniach tam, gdzie nie ma przeciwwskazań) oraz bagatelizują choroby i potrzebę profilaktyki („jestem przeciwniczką obowiązkowych szczepień”), liczba nieszczepiących się będzie rosnąć, a poziom wyszczepienia populacji spadać. Aż do momentu, kiedy spadnie poniżej progu i zabawa zacznie się od nowa (zresztą tu i ówdzie już trwa w najlepsze, patrz – krztusiec czy odra w niektórych regionach świata).

O odporności zbiorowej można jeszcze długo i namiętnie. Zachęcam do poczytania, a także do oglądania:

1. Fine, P., Eames, K., & Heymann, D. (2011). „Herd Immunity”: A Rough Guide Clinical Infectious Diseases, 52 (7), 911-916 DOI: 10.1093/cid/cir007
2. http://www.vaccines.gov/basics/protection/
3. http://www.historyofvaccines.org/content/herd-immunity-0
4. https://www.youtube.com/watch?v=f-cKzzPkz2o
5. https://www.youtube.com/watch?v=CPcC4oGB_o8

Tężec? Kto by się tam tężcem przejmował.

Ostatnio jakoś tak się porobiło, że katolicko nastawione media (nie tylko w Polsce) zaczęły dawać posłuch bajdurzeniom o szkodliwości szczepionek. Dało się to zauważyć w przypadku Frondy chociażby, bo, jak wiadomo, ochrona dzieci (nie wspominając o dorosłych, w tym kobietach w ciąży) przed groźnymi chorobami zakaźnymi, a także ewentualnymi zgonami z nimi związanymi, należy do zgubnej cywilizacji śmierci narażając święte życie ludzkie na całym globie… oh, wait.

Na dobitkę media te zamieszczają takie starocie, tak nudne marudzenia prof. Majewskiej (ileż można o tym autyzmie), że doprawdy aż się nie chce tego komentować.

 

10350522_803839876352690_7993001286414593126_n

 

Nie żebym czekała na jakieś fajerwerki pomysłów – obawiam się, że mimo iż ludzka pomysłowość często nie ma granic, a ludzie bywają z cicha pęk i w rzeczy samej nadzwyczaj zmyślni, to akurat w wypadku szczepionek lista wydumanych niebezpieczeństw jest jednak skończona. Antywackom pozostają jeremiady na te same oklepane tematy, jedyną rozrywką jest ich recykling co jakiś czas, kiedy ludzie już powoli zapomną.

Tak się stało i tym razem, kiedy to odgrzebano starą, odłożoną do lamusa historię, jak to szczepionka przeciwtężcowa ubezpładnia kobiety  (podkreślam tutaj – przeciwtężcowa, ta rutynowo stosowana w programach szczepień), a co za tym idzie, jest perfidnym planem podstępnych naukowców, skorumpowanych rządów krajów bogatych plus WHO, UNICEF-u i tym podobnych zbrodniczych organizacji. Ich celem jest zniszczenie całych populacji ludzkich w krajach uboższych. Przyznać trzeba, że tym razem to nie polskie media katolickie odkryły Amerykę w konserwach, ale kenijscy biskupi katoliccy. Konserwa była już jednakowoż ździebko nieświeża: informacje o sterylizującym wpływie szczepionki przeciw tężcowi pojawiły się w połowie lat 90. zeszłego wieku. I niestety spowodowały znaczny spadek liczby zaszczepień.

Jak to zatem z tą szczepionką jest?

Jest tak, że powstały dwie szczepionki, i o dwóch mowa będzie w dziejszym tekście. Jedna to tzw. szczepionka Talwara, czyli preparat działający w założeniu antyimplantacyjnie (czy antykoncepcyjnie, jak chciał Talwar). Ta szczepionka nie jest w normalnym użyciu. Druga to szczepionka przeciwtężcowa, stosowana w programach szczepień.

Pierwsza z nich, wymyślona przez Gursarana Prasada Talwara jeszcze w latach 70. zeszłego wieku, to szczepionka zawierająca hCG (ludzką gonadotropinę kosmówkową; tzw. szczepionka Talwara). Gonadotropina powstaje w organizmie kobiecym po zapłodnieniu (nie tylko, za chwilę do tego dojdziemy), jej obecność stymuluje ciałko żółte do wytwarzania progesteronu, co w sumie sprzyja utrzymaniu ciąży. Talwar kombinował więc, że ma znaczenie w procesie implantacji zarodka, a zatem jeśli zablokuje hCG poprzez stymulowanie powstawania przeciwciał przeciw temu hormonowi, to zarodek nie będzie miał szans się zagnieździć. Przekonał się o tym najpierw w badaniach na małpach, a następnie w testach klinicznych u ludzi. Szczepionka w istocie działała nie pozwalając zagnieździć się zarodkom, a nie zaburzając cyklu miesiączkowego. Efekt był wysoce odwracalny – kobiety zachodziły i donosiły zdrowe ciąże po zaprzestaniu stosowania szczepionki [1].

Szczepionka Talwara nie zawierała jedynie hCG, bo hormon ten samotnie jest mało immunogenny (podobnie bywa w przypadku wielu innych szczepionek – dodaje się do nich jakieś białko, aby mocniej stymulowały odpowiedź odpornościową). Trzeba było go do czegoś podczepić, a wybór padł na anatoksynę tężcową. Dlaczego akurat na nią? Bo była bezpieczna, przebadana i dopuszczona do użytku u ludzi. Nie mówiąc już o tym, że liczono na to, że wzbudzi ona także odpowiedź immunologiczną przeciw tężcowi, czyli upieczemy dwie pieczenie przy jednym ogniu.

Niestety, to zapewne spowodowało zły odbiór szczepionki (a nawet obu, do czego zaraz dojdziemy) wśród przedstawicieli Kościoła Katolickiego. Raz, że Talwar mocno podkreślał, iż jego szczepionka nie działała aborcyjnie, a jedynie przeciwimplantacyjnie. KK się z tym zapewne żywiołowo nie zgadzał, biorąc pod uwagę poglądy na początek ciąży. Dwa, że podjednostka β hCG (główny składnik szczepionki Talwara) wykazuje spore podobieństwo do hormonu luteinizującego (LH). Na skutek szczepień powstają więc przeciwciała nie tylko przeciw hCG, ale i LH, co powoduje niepłodność, przynajmniej u małp.

A trzy – ważne, tu zaczynamy mówić o drugiej szczepionce, przeciwtężcowej – że te dwie pieczenie przy jednym ogniu spowodowały powstanie podejrzeń, iż program szczepień to w rzeczywistości ukryta akcja depopulacyjna, zwłaszcza że do szczepienia przeciw tężcowi usilnie namawiano kobiety w wieku rozrodczym. Nic to, że w międzyczasie (w 2006 roku) Talwar zmienił nośnik w swojej szczepionce z anatoksyny tężcowej na jedno z białek E. coli – ciepłolabilną enterotoksynę B, żeby jedno nie plątało się z drugim. Nic to, że naukowcy, chcąc przekonać się, że szczepionka przeciwtężcowa na pewno nie powoduje poronień, pośledzili troszkę populacje ciężarnych pań w swoich krajach, zaszczepień oraz liczbę ewentualnych samoistnych poronień i wyszło im, że nie ma związku między takimi poronieniami a szczepionką przeciw tężcowi [2]. Nic to, że WHO potwierdziła, że hCG w szczepionce przeciwtężcowej nie ma i że szczepionka ta jest bezpieczna.

 

Clipboard-1

Gdyby szczepionka przeciwtężcowa działała poronnie, to wraz z rosnącą liczbą zaszczepień zwiększyłaby się liczba poronień. Tak nie było. [2]

 

Czyli gładko przechodzimy – tak jak to zrobili biskupi w Kenii – do drugiej szczepionki: tej przeciwtężcowej, normalnej i zwyczajnej, stosowanej w rutynowych programach szczepień. Powtórzmy: ponieważ szczepionki niejako zlały się w jedno, z nieufnością zaczęto podchodzić nie tylko do szczepionki Talwara, ale i szczepionki przeciw tężcowi. I zrobiło się wielkie bum!, kiedy biskupi postanowili sprawdzić ostatnio, czy aby te rutynowe szczepienia przeciwtężcowe nie mają jednak drugiego dna. W tym celu zlecili zbadanie próbek szczepionki przeciw tężcowi (odrębnie, niezależnie od testów WHO). I co się okazało? Że zawiera ona jednak hCG! Szach mat, prowacki! Szach mat, niecna WHO!

Problem w tym, że testy te zostały dokonane nie w laboratoriach do tego przeznaczonych. Czym innym jest bowiem wykonanie testu ciążowego we krwi czy moczu, a czym innym wykrycie hormonu jako zanieczyszczenia w jakimś medykamencie. W takich wypadkach zawsze może zdarzyć się wynik fałszywie dodatni, chociażby dlatego, że stosowane odczynniki wykryją coś podobnego do hCG. W szczepionkach rekację taką mogą spowodować na przykład tiomersal czy adjuwanty.

Drugą kwestią, na której potknęli się biskupi, były wykryte stężenia hCG. hCG bowiem, jako się rzekło, występuje u kobiet w ciąży. Ale występuje także u kobiet nieciężarnych, a także u meżczyzn, nie mówiąc już o tym, że produkcja tego hormonu nasilona jest w przypadku kilku chorób nowotworowych oraz defektów w przebiegu ciąży. Normalne stężenia, u zdrowych osób, wynoszą: <2,5 mlU/ml (u mężczyzn), <5 mlU/ml (u kobiet) i <9 mlU/ml u kobiet po menopauzie (czymkolwiek są te jednostki). W próbkach szczepionki wykryto hCG o stężeniu 0,3 mlU/ml, czyli bardzo niskim, co ponownie wskazuje na wynik fałszywie dodatni. Ponadto, aby stężenia hCG działały antykoncepcyjnie czy też antyimplantacyjnie, hormonu w szczepionce musiałoby być znacznie więcej (powyżej 11 000 000 do powyżej 59 000 000 mlU/ml).

Największym problemem tutaj nie są jednak pomyłki biskupów czy też ich nieznajomość procedur medycznych tudzież fizjologii. Problemem jest ich nawoływanie do zatrzymania programu szczepień przeciw ciężkiej i obarczonej dużą śmiertelnością chorobie. Bo jak w krajach bogatszych poradzono sobie zasadniczo z tężcem, tak w krajach biednych jest to cały czas duży problem. Szczególnie mowa tu o tężcu noworodków. Jest to jedna z form tężca uogólnionego. Występuje u noworodków urodzonych przez nieszczepione matki (czyli u dzieci bez odporności biernej – dlatego do szczepień namawiane są panie w wieku rozrodczym), a do zakażenia dochodzi przez zanieczyszczony kikut pępowiny. Takie zanieczyszczenia częste są w przypadkach, kiedy poród ma miejsce w niezbyt higienicznych warunkach. Tężec noworodków jest częsty w krajach rozwijających się (czasem jest to nawet połowa wszystkich przypadków), obarczony 85% śmiertelnością, a u dzieci, które przeżyją, obserwuje się opóźnienia w rozwoju. Szkoda więc, że kwestia ochrony matek i ich dzieci przed tężcem nie jest jakby istotna dla hierarchów KK w Afryce.

 

Tężec u noworodka (stąd: http://drpknath.blogspot.com/2011/09/neonatal-tetanus.html)

Tężec u noworodka (stąd)

 

Ech, specjaliści, że proszę siadać: Though the Bishops are medically lay people, they have technical advisory teams of competent specialists from every discipline, including medicine. These teams are both local and international as the Catholic Church is global. The Catholic based and run health institutions form the largest private health network in the country and have been rendering medical services to Kenyans for over 100 years! Thus, when the Bishops speak on topical issue like the tetanus vaccination, they are talking from a point of knowledge and authority. It would be foolhardy to disregard their advice.
Kindly goggle “Fertility regulating vaccines”and “Are New Vaccines Laced With Birth-Control Drugs?”for further insight.”

ResearchBlogging.org
Do doczytania:
1. Talwar, G. (2013). Making of a vaccine preventing pregnancy without impairment of ovulation and derangement of menstrual regularity and bleeding profiles Contraception, 87 (3), 280-287 DOI: 10.1016/j.contraception.2012.08.033
2. Catindig, N., Abad-Viola, G., Magboo, F., Roces, M., & Dayrit, M. (1996). Tetanus toxoid and spontaneous abortions: is there epidemiological evidence of an association? The Lancet, 348 (9034), 1098-1099 DOI: 10.1016/S0140-6736(05)64442-X

Ludzie, coście tacy smutni? Przecie jedziecie do pracy.

Jakiś czas temu, przy okazji pisania którejś notki, a potem czytania komentarzy, zauważyłam ze zdumieniem, że parę czytelniczek i paru czytelników zaciekawiła praca naukowca (czy też praca naukowczyni). Nie wielkie odkrycia, nie coś, co podsumowuje się publikacją, nie finalizacja szeregu badań, ale taki zwykły, normalny dzień pracy. Jak to wygląda, co się robi? Tym szanownym osobom notkę niniejszą dedykuję zatem, mając nadzieję, że może będzie choć trochę interesująca.

Rano

Jedziemy do pracy. Oczywiście korek. Mam ochotę zakrzyknąć tak jak Smoleń (patrz tytuł) do ludzi stojących w sąsiednich samochodach. Moja ugruntowana teoria głosi jednak, że otóż Amerykanie lubią stać w korkach rano, bo chcą jak najdalej odsunąć moment wkroczenia do fabryki. I w sumie wcale im się nie dziwię. Obserwuję więc panią malującą sobie rzęsy, młodzieńca śpiewającego i tańczącego (tak, wykonuje całkiem skoordynowane taneczne ruchy siedząc na siedzeniu kierowcy) oraz całe mnóstwo ludzi gadających przez komórki.

Wczłapuję do ukochanego miejsca pracy. Od progu dowiaduję się, że szef zarządził niespodziewane spotkanie. Nie ma sprawy. Każdy przedstawia zwięźle swoje ostatnie dokonania, pokazuje wyniki, szef opowiada, co ciekawego mówiono na konferencji, gdzie bawił ostatnio. Po czym prosi, żebyśmy pomogli zaprzyjaźnionemu laboratorium rozwiązać zagadkę, z którą walczą od zeszłego tygodnia – jakie naprawdę mają komórki w swoich hodowlach, ludzkie czy mysie? Ponieważ wiedziałam o ich problemie wcześniej, informuję szefa, że komórki wrzuciłam już na szkiełka i, jeśli tylko ładnie urosły, zrobimy testy. Szef zadowolony.

Lecę do drugiego labu (ostatnio bowiem jestem głównie w przelotach między labem pierwszym, tym głównym, a drugim – nowym) obiecując sobie po raz setny, że od dzisiaj chodzę wolno i dostojnie. Tradycyjnie nie wychodzi.

Migrena, która nieco przycichła po śniadaniu (i prochach), zaczyna znowu swoje. Boli mnie cała jedna strona głowy, ze szczególnym uwzględnieniem kości szczęki i oczodołu. Szykuje się fajny dzień.

Jakoś tak 11. przed południem

Komórki urosły, mogę zaczynać immunofluorescencję oraz przynajmniej część z nich odłożyć celem przeprowadzenia analizy DNA… No prawie mogę zaczynać. Padma, techniczka, ma wątpliwości co do innych komórek – tych, na których mamy testować pożywkę. Oglądam. Komórki piękne, fakt, co oznacza, że coś z nimi trzeba zrobić, bo jutro już tak piękne nie będą. Potwierdzam więc, że robimy doświadczenie dzisiaj. Padma pyta, czy na pewno. Ona tak ma (i kiedyś ją ugryzę), że pyta o coś, ja odpowiadam, po czym ona zadaje pytanie czy na pewno i zaczyna pytać od początku, opisując po raz kolejny całą historię. I tak cztery razy. Ratunku.

Nic to, mówię do siebie jak pan Michał, w końcu jestem niewzruszonym lotosem na tafli spokojnego jeziora. Czy jakoś tak. Dzwonię do Hope, która ma robić ten sam test równocześnie z Padmą, dzięki czemu mamy porównanie pracy dwu różnych par rąk. Hope przyjmuje do wiadomości, że dzisiaj robimy doświadczenie.

Po chwili znowu telefon. Xiaqn. Pyta, czy mogłabym znaleźć w banku trzy linie komórkowe raka piersi dla Sunity, dwie prostaty dla Nellie, ale żeby były sparowane: nowotwór i komórki normalne od tego samego pacjenta, oraz dwie normalne prostaty dla Alex. Żaden problem, szukam w naszej super-ekstra komputerowej bazie danych.

W tym samym momencie odpowiadam na kolejne pytania Padmy (przyszły dwie tkanki, trzeba się zastanowić, jak je obrobić, czy starą metodą, czy coś zmieniamy), odpisuję też na emaile wysyłane przez: faceta z Anglii – chce kupić od nas komórki, Narkisa (który robi dla nas komputerową bazę danych, a ja zwykle zawracam mu głowę znajdując w niej błędy) – czy mogłabym rzucić okiem na krótką listę próbek tkanek, którą mi przysyła, bo coś mu się nie zgadza w systemie, oraz od Ahmeda – ten jak zwykle chce zwołać jakieś spotkanie i pyta, kiedy mam czas.

Dobra, myślę sobie, odpowiem na wszystko w przerwach w immunofluorescencji, Padma da sobie radę, już wie, co i jak robić, i sama, i z Hope. Lecę do pierwszego labu, nie zapominając zabrać komórek. Emocjonalne i fizyczne przywiązanie migreny odczuwam coraz mocniej.

11:30

Porządkuję miejsce, ekhm, pracy, ekhm, i zaczynam doświadczenie.

DSCF2291

Pierwszy etap – permeabilizacja błon saponiną. 10 minut inkubacji. Odpowiadam emailowo facetowi z Anglii oraz umawiam się na spotkanie z Ahmedem. Odpowiadam też na pytania Sunity (tak, komórki będą gotowe dzisiaj), Nellie (tak, komórki będą gotowe dzisiaj) oraz Alex (tak, komórki będą gotowe dzisiaj). Dziewczyny się cieszą, ja się spieszę.

11:40

Immunofluorescencja – blokowanie. Mam całe dwadzieścia minut. (Może wziąć jeszcze coś przeciwbólowego? A, poczekam chwilę.) Oglądam listę przysłaną przez Narkisa, sprawdzam w zapiskach (niestety, memoria jest fragilis, no i nie wszyscy rozumieją, że zapamiętanie paru setek tkanek i ponad tysiąca linii komórkowych jest jakby niemożliwe. Tzn. możliwe to jest, po czym ląduje się w jakimś miłym domu bez klamek. Coraz bardziej kusząca perspektywa…), znajduję błędy, wyjaśniam, odsyłam. Dostaję email od Ahmeda, że jednak musi odwołać nasze spotkanie. Lubię go.

12:00, południe

Wrzucam pierwsze przeciwciało na szkiełka. Mam całą godzinę inkubacji, co ja zrobię z taką ilością wolnego czasu? Lecę do drugiego labu.

Wyjmuję dziewczynom komórki z banku. Przyjemny chłodek. Nie ma jak ciekły azot.

DSCF5551

Wysyłam emaile, że komórki są do odebrania. Przychodzi Ahmed. Okazało się, że jednak ma ochotę na spotkanie, przylazł więc tak sobie i zaczyna gadać. Pyta, co mogę poradzić ludziom przysyłającym nam biopsje cienkoigłowe, żeby komórki z tego urosły. Bo wiesz, marudzi, to są ważne przypadki, cenny materiał, potrójnie negatywny rak sutka. Powtarzam mu to, co mówiłam tak ze sto razy: za mało materiału nam przysyłają. Nie ma wystaczającej liczby żywych komórek. Nic z tego nie urośnie, nie ma siły, nie ma mowy, nawet żebym stanęła na głowie. No tak, mówi Ahmed, ale może mam dla nich jednak radę, poza taką, że „przysyłajcie, do cholery, więcej materiału, bo z pustego to i Salomon!”. Uprzejmie informuję go, że inną radą niestety nie dysponuję. Kiwa głową i sobie idzie. Nieprzekonany oczywiście.

Wreszcie mogę usunąć te fiolki z komórkami, co to je przygotowałam dla dziewczyn, z systemu. Usuwam, porządek musi być.

DSCF5563

Mam chwilę, żeby zajrzeć do moich własnych komórek. Znaczy nie moich osobistych oczywiście, tylko tych, które hoduję do własnego projektu. Część z nich wymaga tylko zmiany podłoża (zmieniam), ale część urosła tak wspaniale (niech je szlag), że muszę je przepasażować. Głowa mnie boli, migrena pokochała mnie na dobre i na złe. Hope i Padma zabierają się za doświadczenie. Muszę lecieć do pierwszego labu, żeby kontynuować immunofluorescencję, obiecuję im jednak, że zaraz wrócę. Nie umieją używać urządzenia do liczenia komórek i ktoś im musi pokazać, jak to się robi.

13:00

Odpłukuję pierwsze przeciwciało i przygotowuję drugie. Wrzucam na szkiełka. Inkubuję w ciemności, bo fluorofor jest wrażliwy na światło. Zrobione. Powinnam coś może zjeść, może przepędziłoby to migrenę, ale wracam do drugiego labu, żeby dziewczynom pomóc w liczeniu.

13:10

Aaaaa! – w drzwiach wita mnie okrzyk. Jakby rozpaczy pomieszanej z nadzieją, co brzmi dziwnie, ale tak jest. Okazuje się, że Padma i Hope chciały przefiltrować tylko połowę podłoża do testowania, a drugą połowę zostawić niefiltrowaną. Tymczasem filtrowanie szło im tak szparko, że rach-ciach, przepuściły całość przez filtr. Spokojnie, mówię, w końcu jestem tym-wiecie-jakim kwiatem lotosu na powierzchni wiecie-jakiego jeziora, wcale nie testujemy niefiltrowanego podłoża, tylko rozcieńczone i nierozcieńczone. Ale filtrowane ma być zawsze. Dziewczyny oddychają z ulga i uznają, że je uratowałam. Możliwe. Zabierają się do pracy, trypsynują, wirują, zawieszają w podłożu, liczymy. Nauka liczenia idzie dość sprawnie i kończy się sukcesem. Robimy zdjęcia co ładniejszym komórkom.

Clipboard-2

Sprawdzam emaile. Sunita i Nellie pytają, czy mogą odebrać komórki jutro. Dzwonię do nich i mówię, że wolę dzisiaj, bo wyjęłam je już z banku i nie chce mi się ich chować z powrotem. Zachwycone nie są (nikt nie jest jakoś zachwycony, kiedy informuję, że jego/jej komórki urosły nadzwyczajnie, wyglądają cudownie i nic tylko je hodować i się nimi cieszyć), ale obiecują, że przyjdą i odbiorą. W tym czasie wpada Alex z jakąś publikacją w ręce i zaczyna mi opowiadać, jaki to fajny artykuł, jak super hodują komórki w 3D, i że ona też by tak chciała, tylko nigdy tego nie robiła, więc czy bym mogła jej pokazać… Słucham jej jednym uchem i przytakuję jedną głową, drugą odbierając jednocześnie telefon od Geamy, która akurat teraz zamawia dla siebie taki sam fikuśny inkubator, jaki mam ja, więc czy wiem może, ile kosztuje butla azotu na tydzień. Wiem może, informuję ją, że coś koło 17 dolarów, a przy okazji zgadzam się pomóc Alex w hodowlach 3D. Wychodzi zadowolona. Zatrzymuję ją w drzwiach i wciskam jej fiolki z komórkami, które na nią czekały. Zabiera je bez entuzjazmu, ale i bez marudzenia.

14:00

Muszę odpłukać drugie przeciwciało, bo jak inkubację pierwszego można przedłużyć, tak drugiego lepiej nie. Lecę do pierwszego labu.

Przeciwciało odpłukane, znakuję DNA Hoechstem, zatapiam szkiełka. Przynajmniej immunofluorescencję mam z głowy. Zwykle nie zaglądam do takich szkiełek tego samego dnia, ale w tym wypadku chcę to zrobić – ciekawe, co się okaże: ludzkie czy jednak mysie? Obejrzę je pod koniec dnia.

14:30

Jem wreszcie lunch. Sprawdzam cóż tam ciekawego na fejsie, czytam gazety, gadam na czacie. Co zaskakujące, migrena jakby ucichła. Może taką trzeba lekko przegłodzić?

Dzwoni szef. Czy mogłabym wpaść do niego, bo rozmawia właśnie z innym profesorem i chce, żebym poopowiadała, co tam aktualnie robimy w labie. Nie ma sprawy, przyjdę za parę minut. W tym czasie dostaję email od Ahmeda, że koniecznie musi mieć raport o wszystkich próbkach raka piersi, które przeszły przez moje ręce. Ze szczegółami – co z nich wyrosło i co o nich wiemy. Szczęśliwie mam dostęp do systemu, generuję raport (mówiąc czysto po polsku) i wysyłam mu go. Idę do szefa.

 15:30

Zebranie u szefa. Jak to zebranie: dużo ględzenia o niczym (no bo trzeba przecież obgadać pogodę, samochody tudzież to, co jeden pan powiedział drugiej pani). Przechodzimy jednak do rzeczy. Omawiamy całkiem sensownie to, co robimy, oraz plany na przyszłość.

16:00

Komórecki na mnie czekają. Idę do labu, Padma i Hope skończyły już na szczęście, więc mam wolny laminar. Ufff, trochę spokoju – butle, butelki, buteleczki, podłoża, enzymy, komórki, usypiający i uspokajający szum maszyn. Można nawet udawać, że nie słyszysz, co do ciebie mówią. Telefon? Niech dzwoni. A nie, Padma odbiera. Nowa tkanka na nas czeka.

DSCF5480

17:00

Skończyłam z moimi komórkami, przy okazji przygotowując do dodatkowej analizy jeszcze probówkę tych wątpliwych. Padma przyniosła tkankę. Jelito. Powstrzymuję się od zapytania, czy to jelito Inki, bo skoro mamy jesień, to sprawa jest oczywista. Tkanki będą do obrobienia jutro, tymczasem wpisuję je do systemu, drukuję raport oraz naklejki identyfikacyjne na probówki. Dzięki temu Padma będzie mogła zacząć obróbkę rano, nawet zanim ja przyjdę.

Ahmed dziękuje mi za raport, wszystko jest bardzo piękne, ale czy mogłabym dodać do każdej próbki liczbę zamrożonych probówek oraz nazwisko głównego badacza projektu? Mogłabym, ale mam to w nosie i ignoruję email. Jestem wprawdzie kwiatem lotosu, ale co za dużo, to niezdrowo.

17:30

Oglądam wreszcie szkiełka z immunofluorescencją.

Clipboard-4

Komórki są niewątpliwie ludzkie (późniejsza analiza to potwierdza). Robię zdjęcia. Wysyłam email do szefa i do zaprzyjaźnionego labu. Zbieram się do wyjścia.

18:00

Com ja taka smutna? Przecie jutro znowu będzie dzień pracy.

Antywacki chwytają się brzydko

ResearchBlogging.org

Wydawałoby się… a nie, wróć, nic by się nie wydawało. Znaczy wydawałoby się może takim naiwniakom, jak ja. Że przeciwnicy szczepień, widząc, co się dzieje obecnie na świecie, zmienią nieco swoje poglądy.

10176227_459996954130724_8531265585617682277_n1

A co się dzieje? Ano to, że zapomniane albo niemal zapomniane choroby wracają. Odra w Stanach na przykład. Albo krztusiec. Albo na ich skutek dzieci ciężko chorują. A to wcale nie są jakieś tam byle co, tylko serio nieprzyjemne schorzenia, które mogą się skończyć tragicznie (na przykład w tej rodzinie). Antywacki mają te dzieci i ich rodziny na sumieniu. Nieustanne robienie ludziom wody z mózgu, budzenie wątpliwości, namawianie do nieszczepienia – wszystko to wpływa niekorzystnie na stan uodpornienia ludzi na całym świecie. Popatrzcie na te wykresy. Popatrzcie – to jest antywackowe dzieło. Oby mogli za to odpokutować, dotkliwie ale szybko, zanim dojdzie do jeszcze większych tragedii.

Szczepionki są skuteczne, bardzo skuteczne, mimo że nie działają w stu procentach i mimo że nadal sporo osób na świecie nie się szczepi lub nie może się zaszczepić.

I są bezpieczne. Nie powodują autyzmu ani innych chorób ze spektrum autyzmu; tiomersal w nich zawarty też jakoś tego nie powoduje. Od szczepionek przeciw HPV się nie umiera. Od innych nie biorą się alergie. Nie mordują dzieci (wykres niżej). Efekty uboczne ich stosowania, te poważne, są bardzo bardzo rzadkie.

1932594_554646481332437_7231929390612516489_o
Ale co tam, kto by na to zważał? Antywacki i tak wiedzą swoje. Wciąż zadają te same pytania i międlą te same kwestie. Nie chcą jednak słuchać o wynikach badań naukowych, o analizach i metaanalizach. Iii tam, po co? Jeszcze to by zachwiało ich poglądami. Wolą pisać, że te wszystkie badania to oni widzieli i mają je w nosie. Pewnikiem samodzielnie przeprowadzone.

AntiVaccineFraud-600x330
Chociaż takie manie w nosie to i tak najmniejszy problem. Gorzej, że kłamią w żywe oczy. Szczytem ich chwytania się brzydko jest chyba historia pana Hookera, który doniósł ostatnio, acz mętnie, że autyzm bierze się jednak ze szczepionek, że poprzednio przeprowadzone badania były fałszowane, a ludzie, którzy o tym wiedzieli, ukrywali to przed opinią publiczną. Antywacki z radością powitały ponowną „analizę” tychże starych badań, przeprowadzoną w taki sposób (bo grzeczniej podsumować się tego chłamu nie da):

anti-vaxxers_statistics1

Praca została wycofana dość szybko – o czym antywacki oczywiście zapominają wspomnieć, a panowie Hooker i Wakefield (bo i on naturalnie maczał w tym swoje paluchy) nie rezygnują.

Innymi uroczymi przykładami brzydkiego chwytania, a raczej już chyba odjeżdżającego peronu, są porównania szczepień do gwałtów a także twierdzenia, że (skoro to już nie tiomersal) to DNA z abortowanych płodów powoduje poszczepienny autyzm (podchwycili to natychmiast niektórzy polscy religijni komentatorzy).

Zatem, mimo że nie mam złudzeń, że ta notka (tak jak inne tego typu teksty) jest jedynie nudnym i w koło Macieju powtarzanym zbiorem informacji na temat szczepień. Który posłuży, jeśli w ogóle, tylko przekonanym. A nieprzekonani? Będą nadal zadawali te same pytania, co ich ojcowie i dziadowie. Na przykład:

To jak to jest z tymi szczepionkami z abortowanych płodów?

Jest tak (cytat ze starej notki):
A jak to pozyskiwanie płodów w celu produkcji szczepionek wygląda naprawdę? Obecnie do namnażania wirusów wykorzystuje się dwie linie komórkowe, WI-38 i MRC-5, obie normalne, pochodzące z dwu ludzkich płodów, odpowiednio żeńskiego i męskiego, abortowanych na życzenie, w Szwecji (prace prowadzili naukowcy ze Stanów, ale aborcja była wówczas nielegalna w USA) oraz w Wielkiej Brytanii, w latach sześćdziesiątych XX w. Obie linie to fibroblasty płucne. Wirus różyczki w szczepionce MMR firmy Merck namnażany jest na linii WI-38, na linii MRC-5 przygotowuje się np. szczepionkę przeciw zapaleniu wątroby typu A (Merck). Płodów abortowanych przy okazji prac nad tymi liniami (i nie tylko) było najprawdopodobniej więcej, niż te dwa. Notabene, szczepionkowy wirus różyczki (RA 27/3) również pochodzi z abortowanego płodu. A linie WI-38 i MRC-5, których obecnie się używa, zostały bardzo dobrze zbadane, porównano je z liniami zwierzęcymi, i wyszło po prostu, że są lepsze pod wieloma względami (np. obecność czynników zakaźnych oraz zdolność do indukowania zmian nowotworowych).

Oraz, jak widać w notce, opinia Watykanu jest jasna, choć napisana mętnawym językiem – szczepionki stosujemy skoro nie ma alternatywy.

Dlaczego szczepimy na gruźlicę, mimo że szczepionka nie działa, a większości krajów się nie szczepi?

Szczepionka BCG nie ma najwyższej skuteczności w ogóle, dane w literaturze występują zgoła różne, skuteczność szczepionki na ich podstawie można ocenić na od 0% do 80%. Przy czym należy podkreślić, że badania wykazujące skuteczność metodologicznie wyglądają na bardziej wiarygodne, niż te, które donoszą o nieskuteczności. Przyjęte jest ogólnie, iż jeśli szczepienia przeprowadzane są prawidłowo, skuteczność BCG nie jest nieznacząca i wynosi prawdopodobnie ponad 50%. Wiadomo jednak także, że szczepienia nie zmniejszają rozprzestrzeniania się gruźlicy. 

Szczepionka przeciwgruźlicza skutecznie zabezpiecza (i nie ma co do tego wątpliwości) przed co najmniej dwiema najgroźniejszymi postaciami choroby, mianowicie przed gruźliczym zapaleniem opon mózgowo-rdzeniowych oraz tzw. gruźlicą prosówkową, czyli formą rozsianą. To jest główna przyczyna, dla której szczepionkę BCG nadal stosuje się w wielu krajach – tam, gdzie poziom występowania endemicznej gruźlicy jest wysoki, wartości szczepionki nie kwestionuje się. Bardzo istotne jest to również dlatego, że gruźlica prosówkowa i gruźlicze meningitis zagrażają szczególnie pacjentom poniżej 5 roku życia i w tej grupie wiekowej obarczone są dużym ryzykiem zgonu.

Kluczowe jest to:

Według ekspertów International Union Against Tuberculosis and Lung Diseases, z masowych szczepień BCG można zrezygnować, jeśli zapadalność na gruźlicę płuc z dodatnim wynikiem rozmazu plwociny wynosi w danym kraju <5 przypadków na 100 000 ludności. Polska nie spełnia jeszcze tego kryterium. Ogólna zapadalność na gruźlicę w 2012 roku wynosiła w naszym kraju 19,6/100 000 ludności, a na gruźlicę płuc z dodatnim wynikiem bakterioskopii plwociny – 7,2/100 000 (2778 chorych). W ciągu 10 lat wskaźnik zachorowań na tę zakaźną postać gruźlicy zmniejszył się (w 2003 r. wynosił 9,2/100 000), jednak następuje to na tyle wolno, że w najbliższej przyszłości nie będzie można jeszcze zrezygnować z powszechnych szczepień BCG. Ponadto sytuacja epidemiologiczna gruźlicy nie jest jednakowa w całym kraju, na przykład w województwie śląskim współczynnik zapadalności na gruźlicę płuc z dodatnim wynikiem bakterioskopii w 2012 roku wynosił 11,0/100 000. Trudno jest zatem przewidzieć, kiedy w całej Polsce uda się uzyskać na tyle mały wskaźnik zapadalności na gruźlicę płuc z dodatnim wynikiem bakterioskopii, że będzie można rozważyć odstąpienie od masowych szczepień BCG. Prawdopodobnie będzie wtedy dostępna nowa szczepionka.

To w takim razie dlaczego szczepimy noworodki przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu B?

Dlatego:
Niezwykle istotna jest droga zakażenia od matki do dziecka. Do infekcji dochodzi w czasie porodu. Noworodki powinno się więc szczepić – to uwaga głównie do antyszczepionkowców poddających w wątpliwość zasadność tych szczepień – aby uchronić je nie tylko przed zakażeniem jako takim, ale przed rozwojem formy przewlekłej. Ryzyko u noworodka rozwoju tej postaci wynosi 80-90%, a u niemowlęcia – 30-60% (warto to porównać z pięcioprocentowym ryzykiem u osoby dorosłej). Oblicza się także, że 25% zakażonych przewlekle dzieci umrze z powodu marskości czy pierwotnego raka wątroby, gdzieś po swoich czterdziestych urodzinach. 

Po co mam szczepić swoje dzieci, skoro są zdrowe, a więc odporne? I w ogóle co cię obchodzi, że ja nie szczepię? Jeśli się szczepisz, to jesteś bezpieczny, zostaw mnie zatem w spokoju.

Po pierwsze, dzieci nieszczepione wcale nie są zdrowsze od szczepionych. Odwrotnie raczej.

A po drugie, to szczepienia mają dwa główne cele:

Podstawowym celem szczepień jest ochrona człowieka – konkretnej zaszczepianej osoby – przed chorobą zakaźną. Ale nie tylko. Istotne jest także to, że osoba taka przestaje być potencjalnym źródłem zakażenia dla innych ludzi ze swojego otoczenia, co zmniejsza ryzyko zachorowania dla osób, które nie były zaszczepione (wyjątkiem jest tu szczepionka przeciwtężcowa, która chroni tylko osobę zaszczepioną, ponieważ tężcem nie można zakazić się od drugiego człowieka). Oznacza to, że nawet ludzie, którzy z jakichś powodów nie podlegają szczepieniom, nadal korzystają z dobrodziejstw programów powszechnych szczepień. Zjawisko to nosi nazwę „odporności grupowej” (herd immunity) i bez żadnych wątpliwości jest ogromnie korzystnym skutkiem szczepień. Obejmuje ono na przykład niemowlęta poniżej 2. miesiąca życia. Są one narażone na krztusiec (bardzo niebezpieczną chorobę w ich wieku), a nie mogą być jeszcze zaszczepione. Ochronę zapewniają im szczepienia ich bliskich, rodziców czy starszego rodzeństwa, w ramach rutynowych programów szczepień.

Innymi słowy, przy okazji szczepień dbamy nie tylko o czubek własnego nosa, ale także o chorych z obniżoną odpornością, malutkie dzieci, kobiety w ciąży – te grupy, które czasowo bądź stale nie podlegają szczepieniom. Do osób tych należą również osoby po przejściu poważnego poszczepiennego efektu niepożądanego, czyli wstrząsu anafilaktycznego. Potwierdzona reakcja anafilaktyczna na jakikolwiek ze składników szczepionki, albo szczepionkę z tymi samymi antygenami, jest zdecydowanym przeciwwskazaniem stałym do późniejszego szczepienia. O tym również powinni pomyśleć antywackowi rodzice. (Dokładniejsze, a obrazkowe wytłumaczenie na czym polega odporność grupowa jest tu.)

Graphic1

Lekarze szczepią, bo zależy im tylko na pieniądzach.

Umm, nie.

W społeczności Amiszów nikt się nie szczepi i żyje.

Umm, nie.

Czy nie lepiej – naturalniej – przechorować daną chorobę, niż się zaszczepić?

Nie. Choroba zwykle przebiega ciężej, niż ewentualne skutki szczepienia. Nie warto narażać siebie czy dziecko na cierpienie. I przykład odry: „dziki” wirus odry powoduje zapalenie mózgu średnio u jednej na tysiąc zakażonych osób, a zabija średnio 2 – 3% zakażonych (w niektórych krajach rozwijających się nawet powyżej 30%). Szczepionka MMR nie powoduje zapalenia mózgu, niezwykle rzadko wywołuje wstrząs anafilaktyczny (od kilku do kilkunastu przypadków na milion dawek), ale chroni przed odrą. Rachunek jest prosty.

Można by tak dłużej i dłużej, gdyż, jak pisałam, pytania się w kółko te same. Na niektóre z nich odpowiedziałam już wcześniej, stąd cytaty. Na inne odpowiedzi są tutaj: https://sporothrix.wordpress.com/2014/02/09/czy-szczepionka-przeciw-hpv-gryzie/
i tutaj: https://sporothrix.wordpress.com/2012/08/20/powtorka-z-rozrywki/

Zapraszam też do zaglądania na fejsbukową stronę blogaska: Sporothrix, a także na Tak dla Szczepień i Nauka, głupcze.

6554800aa859b5019

Literatura:
Maglione, M., Das, L., Raaen, L., Smith, A., Chari, R., Newberry, S., Shanman, R., Perry, T., Goetz, M., & Gidengil, C. (2014). Safety of Vaccines Used for Routine Immunization of US Children: A Systematic Review PEDIATRICS, 134 (2), 325-337 DOI: 10.1542/peds.2014-1079


Kleszczowe zapalenie mózgu

ResearchBlogging.org

Którego nie należy mylić z boreliozą, choć transmisja zachodzi także przez kleszcze. Czasem określane jest jako „odkleszczowe”, ze względu na fakt, że to nie kleszcz jako taki wywołuje chorobę, a wirusy, które tenże kleszcz przenosi. Wirus kleszczowego zapalenia mózgu (kzm) zaliczany jest zatem do arbowirusów, czyli wirusów przenoszonych przez stawonogi (arthropod-borne viruses).

Wirus kzm należy do rodziny Flaviviridae (flawiwirusów) i wygląda schematycznie tak:

Clipboard-5

Nie jest on bynajmniej jedynym przedstawicielem roznoszonych przez kleszcze flawiwirusów, które zakażają ssaki. Grupa takich wirusów jest dość liczna i obejmuje nie tylko wirusy zapalenia mózgu, ale także wirusy powodujące inne choroby (oraz charakteryzujące się pięknymi nazwami):

Clipboard-2

(Tabela pochodzi z pierwszej cytowanej publikacji)

Bohaterem dzisiejszej notki będzie TBEV (tick-borne encephalitis virus), a dokladniej jego podtyp, który występuje w Polsce (tzw. podtyp europejski). Podtypów, jak widać w tabeli wyżej, jest trzy, różnią się one występowaniem, przebiegiem choroby oraz gatunkiem przenosiciela. Jeśli rozpatrywać „groźność” zakażenia poszczególnymi podtypami pod kątem śmiertelności, to podtyp europejski jest najłagodniejszy – śmiertelność na skutek zakażenia wynosi 1 – 2 %. Śmiertelność przy zakażeniu typem syberyjskim to 2 – 3%, a w przypadku podtypu dalekowschodniego dochodzić może nawet do 20 – 40% (choć możliwe, że wynika to z niedostatecznego diagnozowania lekkich postaci).

Wirus kzm podtypu europejskiego przenoszony jest przez kleszcze gatunku Ixodes ricinus. Do zakażenia człowieka dochodzi głównie na skutek ukąszenia kleszcza, ale także – choć znacznie rzadziej – przez picie niepasteryzowanego mleka krowiego, koziego czy owczego. Rezerwuarem wirusów są gryzonie.

Panorama

(Cykl życiowy I. ricinus powiązany z transmisją zakażenia wirusem kzm. Po prawej – kleszcze żerują na myszy zaroślowej. Ilustracja pochodzi z pierwszej cytowanej publikacji)

Infekcje spowodowane wirusem kleszczowego zapalenia mózgu mogą mieć różny obraz kliniczny. U osób z ciężkimi objawami choroby często notuje się następstwa, wymagające długiego leczenia i rehabilitacji. Przebieg zakażenia europejskim podtypem kzm jest często dwufazowy (w odróżnieniu np. od podtypu dalekowschodniego, który powoduje chorobę jednofazową):

Clipboard-2

Clipboard-3

Zakażenia zwierząt podtypem europejskim wirusa kzm są zwykle bezobjawowe. Interesujące, że odwrotna sytuacja ma miejsce w przypadku zakażenia innym flawiwirusem, wirusem Louping ill (choroby skokowej owiec), blisko spokrewnionym z wirusem kleszczowego zapalenia mózgu i także przenoszonym przez kleszcze gatunku I. ricinus. W tym wypadku zwierzęta chorują, natomiast zakażenie u ludzi często przyjmuje postać bezobjawową. (To uwaga na marginesie, nawiązująca do zdarzającego się czasem pochopnego wnioskowania o jednej chorobie na podstawie przebiegu innej, a w jakiś sposób podobnej.)

W Polsce do infekcji kzm dochodzi na całym terenie kraju, ze szczególnym uwzględnieniem województw: podlaskiego, warmińsko-mazurskiego i opolskiego. Notowane jest około 200 przypadków zachorowań rocznie.

(Ilustracja pochodzi z drugiej cytowanej publikacji)

(Ilustracja pochodzi z drugiej cytowanej publikacji)

Nie istnieje specyficzna antywirusowa terapia w przypadku zakażenia wirusem kleszczowego zapalenia mózgu. Zakażeniom zapobiegać można nie tylko przez chronienie się przed ukąszeniem kleszczy (tak samo jak to ma miejsce przy boreliozie), czy picie pasteryzowanego mleka, ale i dzięki szczepieniom. W Polsce zarejestrowane są dwie – wysoce bezpieczne – szczepionki przeciwko kzm (Encepur i FSME-IMMUN, obie z dawkowaniem dla dzieci i dla dorosłych). Są to szczepionki inaktywowane, a więc mogą być stosowane w stanach upośledzenia odporności. Schemat szczepień obejmuje:
•  szczepienie podstawowe (pierwsza dawka, po 1-3 miesiącach druga dawka, po 5-12 miesiącach trzecia dawka)
•  szczepiene przypominające: pierwsze po 3 latach, a następnie co 3-5 lat.
Zaszczepienie zimą lub wczesną wiosną zapewnia ochronę już od początku aktywności kleszczy (od kwietnia do października). W Polsce szczepienia przeciwko kleszczowemu zapaleniu mózgu są zalecane (niefinansowane z budżetu Ministra Zdrowia) osobom przebywającym na terenach o nasilonym występowaniu tej choroby, w szczególności:
• ludziom zatrudnionym przy eksploatacji lasu,
• stacjonującemu wojsku,
• funkcjonariuszom straży pożarnej i granicznej,
• rolnikom,
• młodzieży odbywającej praktyki,
• turystom i uczestnikom obozów i kolonii.

Wykazano, że szczepienia znacząco zmniejszają liczbę przypadków choroby, są zatem skutecznym sposobem ochrony przed kleszczowym zapaleniem mózgu.

Dodatkowe informacje:
1. Mansfield, K., Johnson, N., Phipps, L., Stephenson, J., Fooks, A., & Solomon, T. (2009). Tick-borne encephalitis virus – a review of an emerging zoonosis Journal of General Virology, 90 (8), 1781-1794 DOI: 10.1099/vir.0.011437-0
2. Stefanoff, P., Zielicka-Hardy, A., Hlebowicz, M., Konior, R., Lipowski, D., Szenborn, L., Siennicka, J., Orlikova, H., & , . (2013). New endemic foci of tick-borne encephalitis (TBE) identified in districts where testing for TBE was not available before 2009 in Poland Parasites & Vectors, 6 (1) DOI: 10.1186/1756-3305-6-180
3. Amicizia, D., Domnich, A., Panatto, D., Lai, P., Cristina, M., Avio, U., & Gasparini, R. (2013). Epidemiology of tick-borne encephalitis (TBE) in Europe and its prevention by available vaccines Human vaccines & immunotherapeutics, 9 (5), 1163-1171 DOI: 10.4161/hv.23802

Niesprawiedliwie, personalnie i jeszcze z klapkami na oczach

Po wydrukowaniu marnego, straszącego, zawierającego błędy i przekłamania artykułu na temat boreliozy w tygodniku Tylko Zdrowie, redakcja działu naukowego GW w osobie samego szefa zwróciła się do mnie z prośbą o napisanie, co w tym tekście jest nie tak. Motywując to w ten sposób:

Clipboard-1

Kiedy napisałam, opinia była następująca:

Clipboard-2

Zastrzeżenia, bo były, wzięłam pod uwagę, poprawiłam, a list się ukazał. I wszystko było dobrze do momentu, kiedy szef szanownego działu zaczął reagować zgoła dziwacznie: https://www.facebook.com/Sporothrix/posts/699329546798592

Na początku miałam nawet wrażenie, że to dowcip jakiś i wkręcanie. No bo żeby szef działu naukowego znanej gazety argumentował przez wrzucanie jakiejś pseudodebaty na temat boreliozy, której niektórzy uczestnicy wyraźnie nie mają pojęcia o czym mówią, zamieszczał kuriozalne stwierdzenia, że w Polsce nie ma problemu z szarlatańskimi terapiami przeciw boreliozie, zarzucał, że z klapkami na oczach wieszam psy na Wyborczej, że nie wspomnę o klasycznym biciu chochoła oraz obrażaniu rozmówcy? Ale z czasem robiło się coraz zdziwniej i zdziwniej, a mnie opadało wszystko coraz niżej i niżej. Dobry tekst znienacka zmienił się w szkodliwy,

Clipboard-1

redaktor udzielił całkowitego poparcia tekstowi o boreliozie z tygodnika Tylko Zdrowie,

Clipboard-6

ponadto dowiedziałam się paru rzeczy o sobie.

Clipboard-4

Zabawne w tym wszystkim jest to, że i redaktor i autorka tekstu w Twoim Zdrowiu zarzucają mi, że dopatruję się w jej tekście tego, czego tam nie ma. Znaczy – nie czytam dokładnie tych zdań, które widnieją w artykule i dopisuję autorce rozmaite intencje (co zresztą wyrzuciłam z mojego tekstu na początku, uznając zasadność tego zarzutu). Nie przeszkadza to jednak panu redaktorowi wyczytywać w moim liście niestworzonych rzeczy. Co wolno wojewodzie… najwyraźniej.

Clipboard-5

Oczywiście wmawianie nieistniejących kwestii oraz niecnych intencji jest najmniejszym (choć dość niemiłym) problemem tutaj. Prywatne porachunki? Z kim? Z gazetą, chorymi czy z kleszczem (jak ktoś trafnie zauważył na fejsbuku)? Ktoś inny odpowiedział równie celnie a złośliwie: niechybnie Wyborcza zajmuje się pokątnie leczeniem pseudoboreliozy. Inaczej tego wyjaśnić się nie da.

Żarty jednak żartami. Problemem jest to, że dział naukowy poczytnej gazety drukuje artykuł o boreliozie, zawierający błędy (a te świadczą o tym, że autorka jak i redakcja nie mają zanadto dużego pojęcia, o czym jest mowa); zawierający podważanie kompetencji polskich specjalistów od chorób zakaźnych; reklamujący szemrane i bardzo niebezpieczne pseudoterapie (o których szef tego działu nie wie, co jest i niepokojące i żenujące); wpierający w czytelników nieistniejącą chorobę (czego tenże szef w ogóle nie zauważa (!)), a także wmawiający, że pewna choroba zakaźna jest jakąś niezwykle tajemniczą tajemnicą, na której medycyna się nie zna, a zatem wpychający ludzi w ręce szarlatanów (motyw ten znakomicie opisał Bart w naszej notce). Jasne, że tekst z Tylko Zdrowia robi to w sposób subtelny. Nie wali kawy na ławę, to fakt. Ale wypieranie się tego wygląda bardzo nieładnie względem czytelników. Dobrze skomentował to komentator/komentatorka pod tą notkąKolejna osobliwość to dziennikarka która nie potrafi dostrzec że manipuluje. Zakładam że nieświadomie, jednak nawet po dość druzgocącym wykazaniu błędów ciągle idzie w zaparte i nie uważa jakoby siała strach, przecież tytuł taki umiarkowany i tylko jedno zdanie o „kontrowersjach” wcale nie ważne że w podsumowaniu.

Oczywiście, że debaty w nauce i w medycynie są niezbędne. Oczywiście, że nie wszystko wiadomo, a więc należy cały czas szukać odpowiedzi. Nie robi się tego jednak na zasadzie grupowego nie znam się, to się wypowiem. Otwartość w nauce nie polega na tym, że przyjmujemy i pochylamy się z szacunkiem nad każdą wariacką teoryjką. Otwartość polega na tym, że kiedy pojawią się mocne dowody na to, że istniejący konsensus zawiera błędy, wtedy się ten konsensus zmienia. Robią to jednak naukowcy, specjaliści w danej dziedzinie. A nie środowiska lekarsko-pacjenckie pod hasłem ILADS. Działaniem na szkodę pacjentów jest właśnie reklamowanie tego typu środowisk. Równie dobrze można przy okazji opisywania szczepień podkreślić znaczenie środowisk pacjencko-lekarskich imienia Wakefielda-Majewskiej, a przy okazji terapii przeciwnowotworowych – ruchu pacjencko-lekarskiego imienia Burzynskiego-Gersona pod wezwaniem świętego Warzywka w Łydzi. Debata na temat boreliozy, metod diagnostycznych i terapii miała i ma miejsce w środowisku naukowym, w środowisku ludzi, którzy znają się na tym i wiedzą, co mówią. I ten właśnie stan wiedzy, aktualny – co nie znaczy, że niezmienny – przedstawiłam i w notce i w liście. Być może byłam brutalna, chyba zwykle na tym blogu przedstawiam prawdę waląc prosto z mostu. Nie ma to jednak nic wspólnego z lekceważeniem chorych i bagatelizowaniem ich problemów. Wprost przeciwnie – uważam, że lekceważeniem chorych  jest przytakiwanie im we wszystkim, wmawianie im głupot oraz żerowanie na ich cierpieniu.

Skoro jednak mój list na temat boreliozy okazał się osobistym i niesprawiedliwym atakiem na Wyborczą, nie pozostaje mi nic innego, jak atak ten kontynuować. Zresztą, ponieważ błędy wypisywane w dziale naukowym są, jak twierdzi jego szef, tak drobne, jak pomyłka w kwestii: czy mamy do czynienia z GW czy gazeta.pl, to nie będę aż taka straszna jak mnie malują, kiedy o nich napiszę, prawda?

Ostatnio bowiem liczne kwiatki rosną na żyznej grządce GW i tygodnika Tylko Zdrowie. Na przykład w tym artykule, w którym pan profesor mówi: ale jeśli chodzi o jakość i funkcje, gen pszczeli dziesięciokrotnie przewyższa gen ludzki (fajnie by było, gdyby wyjaśnił, o co mu chodzi), w dodatku podaje nieprawidłową liczbę ludzkich genów: człowiek ma około 130 tys. genów, co nie jest prawdą. Twierdzi, że w miodzie nie ma nic szkodliwego – szkoda że nie słyszał o czymś takim, jak botulizm niemowląt (ze względu na tę groźną postać botulizmu dzieciom do 1 roku życia nie wolno dawać miodu do jedzenia). Dziwaczne są także jego rozważania na temat udokumentowanej aktywności farmakologicznej kwasu abscysynowego, a jeszcze gorzej wypada to stwierdzenie: Stosunek do produktów pszczelich zmienił się w latach 70. Okazało się wtedy, że wiele leków syntetycznych ma działania uboczne i niepożądane. Nauka zaczęła ponownie szukać leków pochodzenia naturalnego.

Co prawda zdania te nie wypadają aż tak źle, jak stwierdzenie na podobny temat, w artykule opublikowanym w dziale Nauka GW: Zaawansowane nowotwory trzustki, wątroby, żołądka, niedrobno-komórkowego raka płuc lub pęcherza – tu wciąż bywamy bezradni. Sięgamy po leki sprzed pół wieku. Widać to w szpitalach. Chudzi, łysi, przygarbieni chorzy – ofiary trucizn, które prócz komórek nowotworowych zabijają ich samych. Zwłaszcza cytostatyki.

Co jest nie tak z tymi stwierdzeniami? Raz, że przeciwstawia się „chemię” „naturze”. Jak cudnie skomentowała to autorka tego tekstu, przy innej co prawda okazji: Im więcej pisze [B. Pawlikowska – dopisek mój] o zdrowiu i nauce, a raczej o szarlatanerii i o pseudonauce, tym częściej mam wrażenie, ze wdraża nowy projekt pod nazwą „POWRÓT NA PLANETĘ MAŁP”. Tam żyło nam się dostatnio, a ludzie umierali zdrowi. I mieli chwytne ogony. A potem przyszła chemia. 

A to zupełnie nie tak. Chemia jest cudem. Chemia pozwoliła na oczyszczenie tych wszystkich znanych medycynom ludowym leczniczych preparatów roślinnych czy zwierzęcych tak, żeby były bezpieczne dla ludzi. Pozwoliła na wyodrębnienie konkretnych związków chemicznych, które w nich w istocie działają. Umożliwiła modyfikację tych związków, dzięki czemu stały się one bezpieczniejsze i/albo skuteczniejsze. Umożliwiła syntezę tychże związków w laboratoriach, dzięki czemu nie trzeba niszczyć całych połaci przyrody celem uzyskania mikroskopijnych ilości jakiegoś leku. Na litość, medycyna zawdzięcza mnóstwo naturze. Cała masa leków, także przeciwnowotworowych, jest pochodzenia naturalnego (warto zajrzeć chociażby tutaj, ale takich prac jest znacznie więcej). A chemia robi te leki jeszcze lepszymi, bardziej czystymi, dostępnymi, a nawet bardziej ekologicznymi.

Dwa – co gorsza, cytowane wyżej artykuły straszą ludzi stosowanymi obecnie metodami leczenia, w tym terapiami przeciwnowotworowymi w przypadku drugiego tekstu. Prawda, że leki onkologiczne są toksyczne. Prawda, że nie zawsze pomagają pacjentom. Ale skandaliczne (w dziale naukowym popularnej gazety!) jest takie zniechęcanie pacjentów do nowoczesnej medycyny. Te terapie to nie trucizny, które mają zabić chorych, na litość. Wiadomo, że przy leczeniu onkologicznym pacjenci są szczególnie wrażliwi i mogą być podatni na wszelkiego rodzaju głosy niosące im fałszywą nadzieję oraz na wpychanie w ręce szarlatanów, obiecujących terapie alternatywne. Takich terapii nie ma. Nie ma alternatywy. Nowotworów nie pokonamy miodem czy pierzgą, ani też samym nośnikiem czyli polisacharydowymi nanocząstkami.

Jak widać nie tylko boreliozą dział naukowych GW dał plamę. Zatem dodając do złowrogiej chemii inne błędy w opisywanym wyżej dość nachalnym artykule, które zauważył już autor bloga Nic prostszego, dodając też inne teksty punktujące ostatnie teksty naukowe GW (tutaj i tutaj) podsumuję całość – naturalnie osobiście i niesprawiedliwie, jako że mam klapki na oczach – uważam, że dział naukowy GW pracowicie działa w celu jak najszybszego sięgnięcia dna. Niechże przynajmniej wykorzysta to dno do odbicia się – tego mu życzę.

 Znacie historię taksolu, leku antynowotworowego? Znacie? To posłuchajcie:

Taksol (paklitaksel) odkryty został w latach sześćdziesiątych XX wieku, w ramach programu National Cancer Institute, prowadzonego w celu odkrycia nowych leków przeciwnowotworowych wśród substancji pochodzących z naturalnych źródeł. W 1967 roku otrzymano ekstrakt z kory cisa zachodniego (pacyficznego) Taxus brevifolia. Ekstrakt ten charakteryzował się właściwościami przeciwnowotworowymi in vitro. Stwierdzono, że aktywną substancją w ekstrakcie jest związek należący do grupy diterpenów – jego struktura chemiczna poznana została w 1971 roku, a nazwany został taksolem. Niedługo po rozpoczęciu badań nad aktywnością taksolu, stwierdzono, że związek ten może być obiecującym lekiem, zwłaszcza w terapii nowotworów jajnika. Okazało się jednak, że uzyskiwanie taksolu z cisa Taxus brevifolia jest bardzo skomplikowane i kosztowne. Potrzeba kory z sześciu stuletnich drzew, aby otrzymać z nich preparat do leczenia jednego pacjenta. Ponadto Taxus brevifolia jest gatunkiem chronionym, a przy uzyskiwaniu z niego kory drzewo zostaje zniszczone. W latach osiemdziesiątych XX wieku wykazano, że 10-deacetylo-baccatin III, związek zawierający pierścień węglowy, będący także fragmentem cząsteczki taksolu, może być izolowany z igieł (co dla rośliny jest mniej szkodliwe) innego gatunku cisa – cisa pospolitego Taxus baccata, spotykanego powszechnie w Europie i Azji. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku opracowano syntezę półsyntetycznego taksolu – z 10-deacetylo-baccactinu III połączonego z łańcuchem bocznym fenyloizoserynianu [Cragg i wsp., 1993; Panchagnula, 1998]. W chwili obecnej [well, pisałam to już dawno temu, więc należałoby zastosować czas przeszły] poszukiwane są alternatywne źródła taksolu i innych taksoidów, jak np. hodowle tkanek roślinnych in vitro [Furmanowa i Sykłowska-Baranek, 2000; Parc i wsp., 2002].
Taksol jest jednym z leków stosowanych w terapii u chorych z rakiem jajnika, rakiem sutka, nowotworami głowy i szyi, drobnokomórkowym rakiem płuca, rakiem okrężnicy, a także szpiczakiem mnogim, czerniakiem i mięsakiem Kaposiego [Rowinsky i Donehower, 1995; Panchagnula, 1998; Knox i wsp., 2000]. 

 

Brain tire fire

ResearchBlogging.org

Tytuł powyższy, aczkolwiek ładny, może być odrobinę mylący. Meningokoki (Neisseria meningitidis), główni bohaterowie dzisiejszej notki, nie są jedyną bakterią powodującą zapalenie opon mózgowych. Wręcz przeciwnie, takich drobnoustrojów jest całe mnóstwo i właściwie każdy z nich zasługuje na osobny tekst. Poza tym sam meningokok powoduje również inne objawy chorobowe, nie tylko zapalenie opon, choć z wyjątkiem jednego dzieje się tak niezwykle rzadko. I’ll animal to you, zwierzę się jednak Wam, Drogie i Drodzy, że tytuł, kiedy już się przyczepił, nie chciał się za nic odczepić. Co ważniejsze jednak, meningokoki to zdecydowanie jeden z najważniejszych czynników zapalenia opon (stąd i nazwa: dwoinka zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych), a także sepsy, czyli w ogóle bardzo niebezpieczna bakteria powodująca bardzo niebezpieczne inwazyjne zakażenie, o której warto wspomnieć dwa słowa.

Znana od XIX wieku i od dawna budząca zaniepokojenie, wygląda dość niepozornie i sprawia zgoła niewinne wrażenie: okrąglutka Gram-ujemna dwoinka, z przytulonymi do siebie komórkami w kształcie ziarenek kawy, otoczonymi polisacharydową otoczką. W dodatku lubi ludzi – jej naturalnym miejscem bytowania są błony śluzowe ludzkiego nosa i gardła, a także, choć rzadko, układu moczowo-płciowego oraz odbytu. Nosicielami bakterii jest około 5-10% dorosłych (liczba ta jednak rośnie nawet do 80% w „zamkniętych” środowiskach: akademiki, koszary).

Panorama

(Neisseria meningitidis, fotki stąd, stąd i stąd)

Otoczka bakteryjna sprawia między innymi, że bakterie sa zjadliwe i powodują inwazyjne zakażenia, gdyż jednym z jej zadań jest ochrona przed obronnymi mechanizmami organizmu gospodarza. Na podstawie budowy otoczki podzielono meningokoki na 12 różnych grup serologicznych, z których najważniejsze, powodujące najwięcej zachowań to: A, B, C, W-135 i Y. Zakażenia meningokokowe mogą być sporadyczne, ale mogą również występować w postaci epidemii, za które odpowiadają przede wszystkim serogrupy A, C i W-135. W Polsce chorobę meningokokową powodują głównie grupy B i C. Warto jednak pamiętać, że na przestrzeni lat epidemiologia zmieniała się, na co wpływ miały między innymi szczepionki.

Do niedawna dysponowaliśmy szczepionkami, które chroniły przed zakażeniami grup A, C, W-135 i Y (niektóre tylko przed A i C). Szczepionki te są i były bardzo skuteczne – normalnie sam polisacharyd (bo to on jest w szczepionce) nie jest zbyt silnym antygenem, ale dzięki połączeniu z białkiem nośnikowym wywołuje zdecydowaną reakcję układu odpornościowego. Szczepionkę w związku z tym można stosować już u dzieci powyżej 2. miesiąca życia, zapewnia ona też długotrwałą odporność. Dopuszczone do użytku praparaty są bezpieczne i w ogromnej większości wywołują tylko łagodne i przejściowe efekty uboczne.

Ryc4

Wpływ szczepień przeciw Neisseria meningitidis grupy C na liczbę przypadków choroby spowodowanej zakażeniem tym drobnoustrojem w Anglii i Walii w latach 1997-2009. Jak widać, szczepienia mają zasadniczy wpływ na liczbę zakażeń danym drobnoustrojem. Przed wprowadzeniem szczepień bakterie powodowały charakterystyczne cykliczne infekcje. Po wprowadzeniu, kiedy to nie zmieniły się warunki bytowania ludzi czy inne czynniki, znacząco zmniejszyła się liczba przypadków powodowanych przez grupę, przeciwko której istniała szczepionka (grupę C), podczas gdy liczba zachorowań wywołanych przez grupę B utrzymywała się na dawnym poziomie (stąd)

W tej chwili istnieje już długo oczekiwana szczepionka chroniąca również przed serogrupą B. Zarejestrowano ją do użytku w Europie w styczniu 2013 roku. Oceny jej skuteczności nadal trwają, stąd nie stosuje się jej w każdym kraju. W USA, gdzie na razie nie jest zarejestrowana, FDA wydało specjalną zgodę na jej użycie na Uniwersytecie Princeton, gdzie w zeszłym roku miały miejsce zachorowania wśród studentów.

Meningokoki przenoszą się od człowieka do człowieka drogą kropelkową przez wydzielinę błon śluzowych oraz przez bliskie kontakty. Niezbyt bezpieczne z tego punktu widzenia może być chociażby dzielenie się jedzeniem – za moich czasów, których oczywiście nie pamietają już nawet starożytni Czechosłowacy, mówiło się w szkole: „daj gryza” celem uszczknięcia odrobiny śniadania od koleżanki lub kolegi. Nie wiem, czy nadal tak się mówi, ale samo dawanie gryza nadal nie jest najlepszym pomysłem. Choroba może także wystąpić u dotychczas zdrowego nosiciela. Dokładne mechanizmy nie są dotąd poznane, wiadomo jednak, że rolę odgrywają tu nie tylko czynniki zjadliwości bakterii, ale też odporność bierna i czynna organizmu człowieka, jak i skłonności genetyczne.

Pierwsze objawy inwazyjnej choroby meningokokowej występują zazwyczaj w ciągu 1 do 14 dni po zarażeniu. Objawy kliniczne mogą mieć szeroki zakres: od łagodnych grypopodobnych do zapalenia opon mózgowych i do sepsy. Warto jednak pamiętać, że czasem nawet początkowo niegroźnie wyglądające symptomy w ciągu kilku godzin rozwijają się w pełnoobjawowe, bardzo ciężkie zakażenie, zakończone niewydolnością wielu narządów oraz zgonem pacjenta. Ponownie, ogromną rolę w tym procesie odgrywają czynniki i ze strony bakterii, i ze strony osoby zakażonej.

Charakterystyczną postacią infekcji N. meningitidis jest zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, występujące u 30-60% pacjentów. Klasyczne objawy, jak bóle głowy, sztywność karku, nadwrażliwość na światło, gorączka, wymioty, objawy oponowe (Kerniga, Brudzińskiego) występują na ogół u pacjentów powyżej 2. roku życia. U młodszych dzieci mamy do czynienia raczej z drażliwością, niechęcią do jedzenia i nieustającym płaczem (u noworodków i niemowląt obserwujemy także wypukłe ciemiączko). Narastające ciśnienie śródczaszkowe prowadzić może do wgłobienia mózgu i zgonu. Śmiertelność meningokokowego zapalenia opon szacowana jest na 5-18%.

U 20-30% pacjentów dochodzi do sepsy. Na skutek rozprzestrzenienia się bakterii po całym organizmie (drogą krwi) i obecności endotoksyny miejsce ma gwałtowna odpowiedź układu immunologicznego. Wynikiem tych zdarzeń jest powstawanie charakterystycznej wybroczynowej wysypki (u nawet 80% chorych – na zdjęciu poniżej),

meni_mt002

(Zdjęcie: http://www.meningitisnow.org/)

obniżenie ciśnienia krwi, zniszczenie nabłonka naczyń krwionośnych, nieprawidłowości podczas kurczenia się i rozkurczania naczyń, wreszcie zespół DIC (rozsianego wykrzepiania wewnątrznaczyniowego), poważne zaburzenia akcji serca, co w sumie prowadzi do niewydolności wielu narządów i śmierci. Najcięższą postacią sepsy meningokokowej jest zespół Waterhouse’a-Friderichsena. U 10-20% dzieci z sepsą meningokokową (choć także u dorosłych) pojawić się może purpura fulminans – poważne i często śmiertelne schorzenie.

Dzięki wczesnemu rozpoznawaniu oraz odpowiedniej antybiotykoterapii śmiertelność opisywanej sepsy zmalała w ciągu ostatnich lat do 5-20% (z 40% w latach dziewięćdziesiątych XX w.)

Clipboard-1

(Zdjęcie z pierwszej cytowanej publikacji)

Dziwicie się zatem, że wszelkie WHO, CDC i kto tam jeszcze marudzą, żeby się szczepić i szczepić dzieci? A to jeszcze nie wszystko. Bowiem śmiertelność śmiertelnością, ale osoby, które przeżyły inwazyjną chorobę meningokokową, często mają rozmaite utrudniające życie powikłania: zdarza się uszkodzenie słuchu i wzroku, drgawki, zaburzenia motoryczne oraz ubytki neurologiczne, a także przewlekły ból oraz amputacje kończyn na skutek zgorzeli po infekcji. Tak na przykład wygląda czteromiesięczna dziewczynka z gangreną na skutek zakażenia N. meningitidis:

PHIL_1335_lores

menicdc004

menicdc002

(Zdjęcia: CDC)

Warto również zapoznać się z historią dzielnej Amy Purdy, aktorki i sportsmenki, która wskutek zakażenia straciła obie nogi poniżej kolan, obie nerki i śledzionę, a także z historiami innych chorych: http://www.nmaus.org/programs/education_initiative/

Naturalnie, szybka reakcja na złe samopoczucie, szybkie rozpoznanie i natychmiastowe włączenie szpitalnego leczenia antybiotykami jest bardzo istotne. Ale ponieważ inwazyjna choroba meningokokowa jest tak groźna, przebiegająca piorunująco i nadal często śmiertelna, i ponieważ zwłaszcza początkowe objawy są niezbyt specyficzne i mylone z zakażeniem wirusowym, i ponieważ nawet jeśli istnieją testy, które pozwalają rozpoznać chorobę (np. tzw. test szklanki na zdjęciu niżej – po przyciśnięciu boku szklanki do wysypki krwotocznej, wysypka ta nie blednie, co jest charakterystyczne dla N. meningitidis), to rozpoznanie takie przychodzi jednak za późno i nigdy nie należy na nie czekać –

Glass-Test-490

(Zdjęcie stąd)

– wszystko to sprawia, że niniejszym czuję się Katonem i powtarzać będę do znudzenia (za specjalistami zresztą): Ceterum censeo szczepionkas utendas esse (dzięki, kochana Synafio). W tym wypadku dotyczy to szczepionek przeciw meningokokom, ale hasło da się zastosować i przy innych okazjach.

Notkę niniejszą, a także całego blogaska polubić można na fejsbuku: Sporothrix. Thanks from the mountain!

Literatura:
1. Pace, D., & Pollard, A. (2012). Meningococcal disease: Clinical presentation and sequelae Vaccine, 30 DOI: 10.1016/j.vaccine.2011.12.062
2. Campsall, P., Laupland, K., & Niven, D. (2013). Severe Meningococcal Infection Critical Care Clinics, 29 (3), 393-409 DOI: 10.1016/j.ccc.2013.03.001
3. Cohn, A., & Harrison, L. (2013). Meningococcal Vaccines: Current Issues and Future Strategies Drugs, 73 (11), 1147-1155 DOI: 10.1007/s40265-013-0079-2