Wąglik, gołąbeczko

ResearchBlogging.org

Listy z wąglikiem, które krążyły sobie w Stanach Zjednoczonych jesienią 2001 roku, zostały zdekontaminowane i można je oglądać w smithsoniańskim National Postal Museum w Waszyngtonie. Pamiętacie może, że było coś takiego? Że listy z wąglikiem krążyły? Że parę osób zachorowało, a parę zmarło? Że ludzie bali się otwierać listy przychodzące z nieznanych adresów, nie mówiąc już o strachu pracowników poczty? Że panowie Ian, Bello, Benante i Bush grozili zmianą nazwy zespołu?
Pewnie mało kto pamięta i wie, o co chodziło w ogóle. W końcu anthrax happens, jak powiedziała wówczas rzeczniczka jednej ze stanowych instytucji zajmujących się zdrowiem publicznym.

A rzeczywiście happens, bo wąglik to uparte i twarde bydlę jest. Bacillus anthracis, laseczka wąglika, produkuje bowiem przetrwalniki, która to postać niewrażliwa jest na zimno, gorąco, wysuszenie, brak tlenu i brak czynników odżywczych.

Gram-dodatnia laseczka wąglika z pięknymi przetrwalnikami. Zdjęcie: CDC
Gram-dodatnia laseczka wąglika obficie produkująca przetrwalniki. Zdjęcie: CDC

I dzięki tym przetrwalnikom bakteria przetrwać może w środowisku, w ziemi, a także w tkankach zmarłych ludzi i padłych zwierząt, przez długie dziesiątki lat. A kiedy tylko pojawią się sprzyjające warunki (na przykład rozmarznie trochę wiecznej zmarzliny, jak to miało miejsce latem tego roku w Jamalsko-Nienieckim Okręgu Autonomicznym), wtedy przetrwalniki mogą zostać uwolnione, np. z ciał padłych i dawno temu zakopanych reniferów, mogą dostać się do wody i ziemi, skazić pożywienie oraz zarazić ludzi i zwierzęta. Podczas epidemii wąglika na Półwyspie Jamalskim zmarł jeden chłopiec, ponad dwadzieścia osób zachorowało, znacznie więcej izolowano i hospitalizowano, padło także niemal dwa i pół tysiąca reniferów. Wąglik potwierdził nie tylko istniejące i czające się podstępnie zagrożenie mikrobiologiczne, ale także jedno z niebezpieczeństw związanych z ociepleniem klimatu.

Nie znaczy to, że wąglik straszy tylko na Syberii. Pojedyncze doniesienie o przypadkach wykrycia B. anthracis u zwierząt i ludzi pojawiają się niemal każdego tygodnia, w różnych rejonach świata, ostatnio chociażby we Włoszech, w Indiach, w Stanach Zjednoczonych, czy w Zambii.

Co się dzieje, kiedy takie przetrwalniki B. anthracis dostaną się do organizmu człowieka (lub zwierzęcia)? Żywe bakterie kiełkują, niczym te kwiaty, z przetrwalników, a następnie namnażają się, rozprzestrzeniają po organizmie i powodują chorobę używając swoich potężnych czynników zjadliwości. Najważniejszymi czynnikami są trzy białka: czynnik PA (protective antigen), który umożliwia wniknięcie do komórki dwu pozostałym, czynnikowi EF (edema factor) i czynnikowi LF (lethal factor). Działając wspólnie jako jedna toksyna, i współpracując z innymi czynnikami zjadliwości bakterii, takimi jak otoczka czy inne enzymy, powodują zniszczenia tkanek w obrębie układu krwionośnego, co prowadzi do zespołu rozsianego wykrzepiania wewnątrznaczyniowego (DIC), trombocytopenii, wstrząsu, zespołu ostrej niewydolności oddechowej i zgonu.

anthrax-life-cycle
Wąglik w domu i zagrodzie. Ryc. CDC

Wąglik towarzyszy ludziom od dawna, początki sięgają jakoby starożytnego Egiptu i Mezopotamii, historycy twierdzą, że także Grecja i Rzym były nim dotknięte, a niektórzy dodają, iż o chorobie wiedziano także w czasach mojżeszowych, skoro opisywana w Księdze Wyjścia piąta plaga egipska to objawy wąglika właśnie. W XIX wieku lekarze zauważyli związek między charakterystycznymi symptomami (do których zaraz dojdziemy), a zajęciem ludzi sortujących wełnę, czyli mających częsty i bliski kontakt z sierścią zwierząt (woolsorter’s disease). W 1877 Robert Koch wyizolował i wyhodował drobnoustrój, a w 1881 Pasteur przygotował pierwszą szczepionkę przeciw wąglikowi.

Krótka historia wąglika. Ryc. CDC
Krótka historia wąglika. Ryc. CDC

Wąglik jest przede wszystkim chorobą dzikich i udomowionych zwierząt kopytnych. Jest zaliczany do zoonoz, co znaczy, że głównym i podstawowym źródłem choroby dla człowieka są zakażone zwierzęta i produkty zwierzęce: skóry, sierść, mięso; nie można się nim za to zarazić od drugiego człowieka.

– I co? – dopytywała się pani Oliver bez tchu.
– Najwyraźniej Roberts zdołał uspokoić rozjuszonego dżentelmena… który wkrótce potem zmarł na wąglik.
– Wąglik? Ale to choroba bydła?
Nadinspektor uśmiechnął się szeroko.
– Zupełnie słusznie, pani Oliver. To nie jest niewykrywalna trucizna Indian południowoamerykańskich! Może przypomina pani sobie, że w tym czasie wybuchła panika, ponieważ sprowadzono zakażone pędzle do golenia. Pędzel do golenia Craddocka okazał się przyczyną infekcji. *

Zakażenie laseczką wąglika prowadzić może do kilku postaci choroby. Najczęstszą z nich (95% przypadków) i jednocześnie najłagodniejszą jest postać skórna. Przetrwalniki – z zakażonych produktów zwierzęcych, np. naturalnego włosia z pędzla do golenia – wnikają przez niewielkie uszkodzenia skóry, bakterie namnażają się w miejscu wniknięcia, co prowadzi dość szybko (od jednego do 12 dni, ale często bliżej jednego) do powstania pęcherzyka z czarno zabarwionym płynem, po wyschnięciu którego powstaje na skórze niebolesny czarny strup – czarny, stąd nazwa wąglika „anthrax” (od greckiego ‘anthrax’ ἄνθραξ, ‘węgiel’ – dziękuję Ninedin). Zmiana skórna jest często otoczona opuchlizną. W przypadku zastosowania leczenia z użyciem antybiotyków (cyprofloksacyna, doksycyklina, antybiotyki beta-laktamowe, podawane doustnie bądź dożylnie w zależności od rozległości zakażenia) śmiertelność wynosi <2%, w przypadku nieleczonej postaci skórnej – około 20%.

panorama
Postać skórna wąglika. Źródła: zdjęcie pierwsze z lewej – CDC, w środku – stąd, z prawej – skomplikowany przypadek wąglika skórnego, zdjęcie stąd

Znacznie bardziej niebezpieczna jest postać płucna. Do zakażenia dochodzi na skutek wdychania przetrwalników (np. u ludzi, którzy zajmują się przerobem wełny, stąd woolsorter’s disease), które fagocytowane są przez makrofagi płucne. Tam przetrwalniki kiełkują, a następnie laseczki wąglika namnażają się, dzięki toksynom niszcząc otaczające tkanki, a także dostając się do krwiobiegu. Dochodzi do toksemii i sepsy, objawami czego są: gorączka, bóle mięśni, zaburzenia oddychania, wstrząs i zgon. Okres inkubacji wynosić może tylko dwa dni (choć czasem są to tygodnie), a do zgonu dochodzi w ciągu nawet 24 godzin po wystąpieniu symptomów. Charakterystyczny jest obraz płuc w RTG, z widocznym poszerzeniem śródpiersia, krwawieniem do węzłów chłonnych oraz płynem w jamie opłucnej. Śmiertelność nawet w przypadku zastosowania odpowiedniej terapii wynosi około 50%; bez leczenia – ponad 90%.

RTG płuc pacjenta zrobione 4 miesiące po zachorowaniu na wąglik. Widoczne charakterystyczne poszerzenie jamy klatki piersiowej oraz gromadzenie płynu w opłucnej. Pacjent pracował przy przerabianiu włosia kóz. Zdjęcie: CDC/Arthur E. Kaye
RTG płuc pacjenta zrobione 4 miesiące po zachorowaniu na wąglik. Widoczne charakterystyczne poszerzenie jamy klatki piersiowej oraz gromadzenie płynu w opłucnej. Pacjent pracował przy przerabianiu włosia kóz. Zdjęcie: CDC/Arthur E. Kaye

Trzecią postać wąglika stanowi postać żołądkowo-jelitowa. Do infekcji dochodzi przez spożycie zakażonego mięsa, zawierającego formy wegetatywne bakterii. Objawy w obrębie gardła i przełyku obejmują powstawanie owrzodzeń, trudności w przełykaniu i gorączkę; w jelitach natomiast – wymioty, biegunkę i bóle w jamie brzusznej. Nieleczona postać żołądkowo-jelitowa wąglika wiąże się z ponad 90% śmiertelnością, jednak przy zastosowaniu odpowiedniej terapii antybiotykowej 60% pacjentów przeżywa.

Kolejna, opisana niedawno (w 2010) nietypowa postać wąglika charakterystyczna jest dla narkomanów wstrzykujących sobie heroinę. Objawy przypominają nieco postać skórną, ale brakuje w nich wystąpienia czarnej zmiany i strupa na skórze, ponadto zakażenie obejmuje także tkanki podskórne. Ze względu na te różnice, a także na to, że nie dało się w takich przypadkach zaobserwować typowego dla zoonozy przenoszenia zakażenia ze zwierzęcia na człowieka, przypadki takie bywały często niezdiagnozowane poprawnie, albo za późno. Stąd ich dość duża śmiertelność: do ponad 30% przy zastosowaniu nawet agresywnego leczenia.

A przy wszystkich wyżej opisanych postaciach wąglika może nastąpić powikłanie w postaci zapalenia opon mózgowych i mózgu, z licznymi zmianami krwotocznymi w tkance mózgowej i przestrzeniach podoponowych. Objawami są drgawki, bóle głowy, delirium, a także wymioty i biegunka. Post mortem charakterystyczny jest obraz mózgu, określany czasem jako „kapelusz kardynalski”, ze względu na obfitą obecność krwi. Ta postać wąglika jest niemal zawsze śmiertelna, a mimo szybko wdrożonego leczenia większość pacjentów (75%) umiera w ciągu 24 godzin od diagnozy.

Wąglikowe zapalenie opon mózgowych i mózgu. Zdjęcia stąd (z lwej) oraz CDC
Wąglikowe zapalenie opon mózgowych i mózgu. Zdjęcie z prawej: CDC

Leczenie wąglika to stosowanie różnych antybiotyków, o różnych mechanizmach działania, różnych ich kombinacji, a także o różnych drogach podawania i różnym czasie trwania – wszystko w zależności od postaci i stanu pacjenta oraz podatności drobnoustroju na zastosowane środki. Dopuszczone do użycia są także immunoterapeutyki. A jako profilaktyka istnieją szczepienia: i dla ludzi, i dla zwierząt. Te dla ludzi nie są oczywiście w użyciu czy zalecaniach dla całej populacji, a tylko dla wybranych grup zawodowych, mają też za zadanie przydać się wszystkim w przypadku ewentualnego ataku bioterrorystycznego.

Wąglik bowiem zaliczany jest do grupy A (tej najgroźniejszej) czynników, które mogą być użyte w przypadku takiego ataku. Jest łatwy w hodowli, szybko można uzyskać dużą ilość materiału gotowego do niecnego zastosowania, jest łatwy i stabilny w transporcie i rozprzestrzenianiu, powoduje groźną chorobę przebiegającą z wysoką śmiertelnością (postać płucna), a atak z jego użyciem wpływać może nie tylko bezpośrednio – „mikrobiologicznie” – na zakażonych, ale i na całe grupy ludzi poprzez powodowane skutki społeczne, psychologiczne (brak zaufania do systemów ochrony zdrowia, panika) oraz ekonomiczne.

Na koniec zatem oddajmy głos Kenowi Alibekowi, przedstawiającemu historię, jak to bawiono się wąglikiem w Związku Radzieckim, i jak udało się udowodnić, że faktycznie niezła zeń broń biologiczna. Zatem Swierdłowsk i rok 1979, a historia pochodzi oczywiście z książki Alibeka (i Stephena Handelmana) „Biohazard” (Prószyński i S-ka, Warszawa 2000):

img_3095

img_3090

img_3091

img_3092

img_3093

img_3094

Literatura:
1. D’Amelio E, Gentile B, Lista F, & D’Amelio R (2015). Historical evolution of human anthrax from occupational disease to potentially global threat as bioweapon. Environment international, 85, 133-46 PMID: 26386727
2. Sternbach, G. (2003). The history of anthrax The Journal of Emergency Medicine, 24 (4), 463-467 DOI: 10.1016/S0736-4679(03)00079-9
3. Meselson, M., Guillemin, J., Hugh-Jones, M., Langmuir, A., Popova, I., Shelokov, A., & Yampolskaya, O. (1994). The Sverdlovsk anthrax outbreak of 1979 Science, 266 (5188), 1202-1208 DOI: 10.1126/science.7973702
4. Williamson, E., & Dyson, E. (2015). Anthrax prophylaxis: recent advances and future directions Frontiers in Microbiology, 6 DOI: 10.3389/fmicb.2015.01009
* Agata Christie, „Karty na stół”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2001

Denial

Ten film trzeba zobaczyć. Nie tylko dlatego, że Holocaust, bo to nie jest film o Holocauście. Naturalnie wszystko się wokół Holocaustu obraca, i choć jeden z bohaterów w pewnym momencie mówi ze znużeniem, że przecież istnieją inne ważne rzeczy, a wszyscy doskonale wiedzą, czym była Zagłada, więc po co to robić, to jednak – zwłaszcza kiedy poczyta się komentarze na temat filmu (nie róbcie tego, można powyrywać sobie ostatnie resztki uwłosienia… zresztą czytajcie, bo i tak brudna morda nacjonalizmu podnosi się i w tym kraju, gdzie niby wszystko wiadomo, więc komentarze nie powinny specjalnie zaskoczyć) – widać wyraźnie, że dobrze, że przypomnimy o Holocauście. Bo Holocaust miał miejsce. I w Oświęcimiu były komory gazowe. I systematycznie wymordowano tam mnóstwo ludzi. To wszystko miało miejsce. Prawda pozostaje prawdą, niezależnie od różnych opinii na jej temat. Tak jak istniało niewolnictwo. Tak jak Elvis is dead. Tak jak witamina C nie leczy z raka, organizmy GMO nie są zagrożeniem, globalne ocieplenie jest faktem, a szczepionki uratowały i ratują zdrowie i życie milionów ludzi.

Ten film trzeba zobaczyć, bo to jest film o denializmach. Nie tylko tym jednym, reprezentowanym i prezentowanym przez Davida Irvinga – pseudonaukowca, samozwańczego „historyka”, aspirującego do bycia rzetelnym znawcą historii Hitlera, a w rzeczywistości zwykłego pisarzyny o rasistowskich, antysemickich i na dobitkę seksistowskich przekonaniach. To on jest głównym bohaterem, to jego analizują twórcy filmu, ale jednocześnie pokazują, że problem nie jest ograniczony li i jedynie do niego. Gdyż albowiem żyjemy w epoce zaprzeczania. Opinie są równe faktom. Prawda jest płynna. Media są pełne prawdopośrodkizmu: prawda leży według nich pośrodku, a nie tam, gdzie leży. Do medialnych debat zapraszani są wybitni specjaliści w danej dziedzinie i ludzie, którzy o temacie nie mają pojęcia, i każe im się dyskutować ze sobą. Specjalistom unikającym tego typu sytuacji zarzuca się tchórzostwo, podejście niedemokratyczne (co słyszy Deborah Lipstadt), a także stalinowską cenzurę, brak serca i faszystowskie metody (co z kolei zdarza się słyszeć popularyzatorom nauki, piszącym chociażby o szczepionkach). Każdy, kto mówi, że: nie, opinie nie są równe faktom, nie, nie możesz polemizować z faktami, nie, nie każda opinia ma wartość i się liczy, nie jest traktowany życzliwie, ani przez media, w ich pędzie do demokratycznego dawania głosu i jednej i drugiej stronie, ani też przez „samouków”, którzy uważają, że godzinny kurs na Uniwersytecie im. Youtube’a wystarczy do podważenia wiedzy żmudnie zbieranej przez naukowców przez dziesięciolecia. Nawet i twórcy filmu, skądinąd fantastycznie pokazujący mechanizmy denializmu, sami trochę wpadają w pułapkę prawdopośrodkizmu. Jeszcze przed obejrzeniem filmu, kiedy rzucamy okiem i uchem na trailer czy featurette, słyszymy słowa „historyk” czy „kontrowersyjny” w stosunku do Irvinga – kontrowersyjne to sobie mogą być moje gusta muzyczne, a nie rasizm czy antysemityzm – oraz widzimy śliczną scenę z udziałem Irvinga zestawionego z hajlującymi neonazistami. Ot, miły starszy pan, który, traf chciał, nieco kontrowersyjnie wybiela Hitlera oraz twierdzi, że no cóż, kontrowersyjny raport Leuchtera przekonał go, że komór gazowych w obozach nie było, ale przecież ogólnie co złego, to nie on. „Nie jestem rasistą” mówi Irving, wyglądający na przerażonego krzyczącymi w tle skinheadami, jakby nie mógł uwierzyć, że jego niewinne poglądy mogą podzielać tacy kontrowersyjni i niesympatyczni ludzie, i do czego to w ogóle doprowadziło, a on wcale nie chciał. Wymowa tej sceny, sprytnie zmontowanej w trailerze, jest tak silna, że kompletnie zaprzecza faktom (oraz temu, co uczciwie pokazane jest w filmie) – że Irving gościł i przemawiał na nazistowskich wiecach i że generalnie ci mili łysi panowie ze swastykami i on – to przejawy tego samego. O, mam pretensję do osób, które stworzyły trailer (oraz zatwierdziły jego montaż). Złożę ją jednak na karb podejścia czekającej na film z utęsknieniem fanki, która śni o ideale, a widząc rysy na tymże popada w otchłań rozpaczy…

Zatem zapominam i wygrzebuję się z otchłani. To są drobiazgi. Ten film powinno się obejrzeć, bo nie dość, że precyzyjnie i ostro ukazuje epokę denializmu, to jeszcze próbuje pokazywać jego mechanizmy. Deborah Lipstadt mówi bezceremonialnie na swoim wykładzie: to, że ktoś zaprzecza oczywistym faktom, to nie tylko jego pogląd (rozważanie, którym twórcy filmu błyskotliwie zamykają cały proces, wkładając je w usta sędziego Graya), ale oznacza to, że ktoś musi mieć z daną kwestią zasadniczy problem. To nie poglądy powodują, że Irving jest antysemitą. Odwrotnie, Irving jest antysemitą i rasistą, a będąc nim sprzedaje swoje poglądy ludziom, którzy chcą w nie wierzyć. Och, jakże ślicznie mechanizm ten ukazany jest w filmie. I jakże doskonale widać, że takiego kogoś nie da się przekonać do zmiany zdania. Żeby stawać na rzęsach i nawet klaskać uszami – nie. Nic nie zmieni stanowiska fanatycznego rewizjonisty. Czy zapamiętałego w swej polemiczności antywacka, na ten przykład. Przyznam, że początkowo wzdrygnęłam się nieco, słuchając tych słów padających z ust bohaterki. Że jakieś one takie oceniające i osądzające, to raz, a dwa – no że smutne to w sumie. Jednakowoż, to jest prawda, a prawda nas wyzwoli, oraz, jak mówi w filmie Anthony Julius, jest jedyną sensowną strategią, i nie ma co płakać.

Mały disklajmer – jakby ktoś zapytał, czy widzę różnice w sytuacji Irvinga i w zjawisku antywackowego trollingu internetowego, i jak w ogóle można to porównywać – tak, widzę i nie, nie porównuję. Widzę tylko podobne mechanizmy, co jest zresztą źródłem mojego nieustającego od paru dni zachwytu nad Denial. I przyczyną, dla której każdy powinien zobaczyć ten film, szczególnie osoba/osoby, które mniej lub bardziej amatorsko zajmują się popularyzowaniem nauki i debunkowaniem pseudonauki.

Bo pseudonaukowy trolling właśnie. Tak, taki zwyczajny, jaki widuję częściej czy rzadziej tu na blogasku czy na fejsbukowych popularnonaukowych stronkach. I tak, pokazany jest on znakomicie na przykładzie Irvinga, który przerywa wykład Lipstadt gówniarskim domaganiem się uwagi oraz personalnymi wycieczkami. Który stosuje idiotyczne sztuczki – jarmarczne, jak określa je Anthony Julius, prawnik Lipstadt, nalegając na to, aby ich strona nie zniżała się do tego poziomu – klasyczny cherry picking (no holes), omijanie niewygodnych szczegółów (keine liquidierung), wyśmiewanie przeciwnika, szczególnie kiedy ten prosi o dowody, stosowanie argumentów z autorytetu, odwoływanie się do współczucia tłumu (Dawid i Goliat), chamskie zaczepki o charakterze finansowym (kto ci za to płaci?), ordynarne kłamanie oraz odkręcanie kota ogonem (to kto w końcu wygrał ten proces?). Ach, doprawdy człowiek czuje się nadzwyczaj swojsko obserwując perorującego Irvinga. Oraz ogarnia go smutek, że jest aż tak widoczne, a mimo to aż tak skuteczne.

Zatem, skoro nie powinniśmy zniżać się do poziomu pseudonaukowca, co pozostaje nam, ludziom w jakimś tam małym zakresie walczącym z pseudonauką? Otóż film, który każda/każdy z nas powinna/powinien zobaczyć podpowiada nam strategię postępowania. Ba, podpowiada nam nawet trzy. (Chyba nie dość wyraźnie wspominałam dotąd, że kocham Denial. To wspominam wyraźnie.).

Strategia numer jeden to strategia Deborah. Wojownicza wojowniczka na wojowniczym rumaku, wymieniająca porozumiewawcze a wojownicze spojrzenia z Boadiceą. Ma rację oczywiście. I z tą racją na ustach rzuca się w bój, bez pomyślunku, wierząc naiwnie i gorąco, że przekona każdego. „Ludzie, ja tu wam mówię, że szczepionki działają. Musicie mnie posłuchać? No jak to nie słuchacie? Jak może to was nie obchodzić?”

tumblr_nlj7palcb41qfcx4to4_r1_250 tumblr_nlj7palcb41qfcx4to2_r1_250 tumblr_nlj7palcb41qfcx4to3_250

Jak? Tu na pomoc wołamy niezrównanego Joeya (jak nie trawię Przyjaciół, tak Joey potrafi rozświetlić smętny dzień): tak właśnie, jak na powyższym gif-secie. Gdyż metoda Deborah jest bardzo amerykańska, bardzo uczciwa i bardzo „do boju!”. Zalety – nikt ci nie zarzuci tchórzostwa, spokojnie możesz patrzeć sobie w oczy w lusterku każdego dnia. Wady – nie działa. Nikt cię nie posłucha, Joey ma rację, zwłaszcza kiedy nieunikniona frustracja doprowadzi cię do zniżenia się do poziomu przeciwnika (epitety, argumenty as personam występują niestety często po stronie pronaukowej). Nikt nie będzie cię słuchał, w dodatku zarzuci ci emocjonalność, niezrównoważenie oraz bezsensowne produkowanie się w nie wiadomo jakim celu.

Metodę drugą nazwałabym „metodą Deborah po ogarnięciu się”. Lipstadt, po przyjęciu do wiadomości tego, co wyżej,  zmuszona jest przez prawników zmienić strategię, wybiera więc następującą: żadnej emocjonalności, same gołe fakty. Innymi słowy, zarzućmy przeciwnika wiedzą i prawdą. Przedstawmy tę prawdę, pokażmy twarde dowody. Wezwijmy świadków na poparcie naszych słów. Deborah nie rozumie jednak, że może nieintencjonalnie zaszkodzić tym świadkom. Nie rozumie tego i nie widzi chyba do samego końca, Anthony Julius musi jej to tłumaczyć dwa razy, a w końcu i tak podejmuje decyzję za nią. Na szczęście, bo Deborah w szlachetnym zapamiętaniu nie zauważa, że jej dobre intencje wybrukują piekło innym ludziom. Naturalnie, zaznaczmy tu od razu, opisywane zdarzenia, z występującym znacząco czynnikiem ludzkim w postaci świadków Zagłady, to dość specyficzna sytuacja. Można ją jednak uogólnić. Metoda walki z pseudonauką za pomocą wiedzy, prawdy oraz udokumentowanych świadectw (np. w postaci peer-reviewed papers) jest niewątpliwie szlachetna i najlepsza. Tchórzem i tak cię co prawda nazwą, bo nie chcesz dyskutować, tylko arogancko i z wyższością rzucasz faktami, ale we własnym sumieniu czujesz zadowolenie z dobrze wykonanej roboty. Uważaj jednak, jak mówi Richard Rampton, nie zawsze to, co najlepsze, wygrywa. Bo to nie jest metoda wygrywająca. Specjaliści także się mylą, naukowcy-specjaliści w danej dziedzinie nie zawsze są dobrzy w opowiadaniu o nauce: wchodzą w za dużo szczegółów, nigdy nie mówią, że coś się działa, tylko że raczej działa na 97,8% i to w takich, a takich okolicznościach. Wszystko to natychmiast zostanie wykorzystane przez denialistów. W tę pułapkę wpada profesor van Pelt. I pułapka ta przewidziana jest przez Anthony’ego Juliusa – prezentując swoją wiedzę legitymizujesz jej podważanie. Zatem przegrasz, bo podważanie jest łatwe, nie trzeba doń dowodów, wystarczy głośno krzyczeć, że szczepionki powodują autyzm; jest też atrakcyjne dla obserwatorów, bo nikt nie lubi mądrzącego się jajogłowego profesorka.

Dochodzimy zatem do metody trzeciej, metody prawników Lipstadt: Juliusa i Ramptona. Przygotowując materiały do procesu przyjęli oni następującą strategię – nie mówimy o tym, że Zagłada miała miejsce, nie dopuszczamy do głosu tych, którzy przeżyli, nie przenosimy walki na nasze podwórko. Za to zrzucamy ją na przeciwnika, to on się musi bronić (prawnicza zasada, o której mówi team Juliusa: nieważne, czy formalnie bronisz, czy oskarżasz, zawsze oskarżaj). W końcu zarzucił nam, że go oczerniamy. Zatem zmuśmy go do tego, aby pomógł nam udowodnić, że to nie były oszczerstwa. Innymi słowy, pokażmy przy jego wydatnej pomocy, że to on świadomie kłamie, że falsyfikuje historię, że zakłamuje naukę, że propaguje pseudonaukę. Zmuśmy go do tego, aby sam sobie wykopał dołek, a potem weń wpadł na własne życzenie. Jest to niewątpliwie strategia wygrywająca, jeżeli uda ci się ją poprawnie przeprowadzić. Należy jednak pamiętać, że wymaga ona dużej wiedzy, znacznie większej niż ta do zacytowania paru artykułów naukowych (jak metoda druga). Wymaga żmudnej pracy, być może niemal zawsze zespołowej, bo nikt nie jest specjalistą we wszystkim. Strategia ta możliwa jest do zastosowania tylko przez ludzi wykształconych w danej dziedzinie, mających odpowiedni background. Same dobre intencje plus nawet oczytanie nie wystarczają. Przykre, ale boleśnie prawdziwe: nawet jeśli jesteś entuzjastą biologii i szczepionek, i nawet jeśli wiesz na ich temat sporo, a nie masz systematycznego wykształcenia – przegrasz. Prędzej czy później dasz się złapać na jakimś oczywistym drobiazgu, którego uczą studentów I roku, co pociągnie za sobą podważenie tego, o czym mówisz, oraz całej twojej wiedzy w ogólności.

Tak sobie myślę – niczym Katon powtarzając, że film wart jest obejrzenia – że wart był między innymi dlatego, że sprowokował mnie do zadania samej sobie pytania: która strategia zatem, jeśli w ogóle którakolwiek? W której się odnajduję, którą stosowałam w przeszłości i czy mi z tego powodu nieswojo? Czy strategia, którą nazywam wygrywającą, jest w ogóle możliwa do zastosowania? W moim przypadku? A czy jest etyczna? Spojrzę sobie w oczy?

I już wiem.

A wy?

A poza tym wszystkim to jest bardzo śliczny film. Bardzo spokojny, elegancki, grzeczny i angielski w swej wymowie. Nieco łopatologicznie co prawda tłumaczy różnicę między brytyjskim a amerykańskim systemem prawnym (solicitor a barrister, zasady English libel law), ale to się przydaje do zrozumienia strategii, którą przyjęli prawnicy Lipstadt. Smutno i ładnie pokazany jest Oświęcim, ale bez nadmiernej czułostkowości. Trudno oceniać czasem, mnie przynajmniej, kreacje aktorskie, kiedy portretowane postaci żyją i konsultowano się z nimi przy powstawaniu filmu, bo z góry zakładam, że ukazane są dobrze (twórcy w pierwszej kolejności dziękują Anthony’emu Juliusowi, a wspólne wywiady z Deborah Lipstadt i Rachel Weisz uroczo pokazują, jak obie są do siebie podobne w sposobie zachowania. To znaczy są ogólnie totalnie niepodobne, ale jednocześnie podobne, jeśli chodzi o bycie Deborah Lipstadt, rozumiecie, co mam na myśli. Lipstadt zresztą uczestniczyła w kampanii reklamowej i premierowych pokazach filmu, i generalnie przyznawała, że to właśnie wtenczas się zdarzyło. Nie wspominając już o tym, że słowa padające w sądzie są dosłownymi cytatami z procesu.). Co oczywiście nie zmienia zupełnie faktu, że na aktorów patrzy się z przyjemnością, nie tylko tych w głównych rolach, bo to zachwyt, oczarowanie, klasa i najwyższa jakość, ale i tych w drobniejszych. Postaci portretowane są subtelnie, „nasi” są dobrzy, ale nie w oczywisty sposób, „oni” są pokazywani czasem w nadmiernie wykrzywionym świetle (sceny w domu Irvinga), ale nie jest to wbijane łopatą do głowy. Zresztą, jak pisałam, wrażenie łagodzi trailer, ponadto nie trzeba się specjalnie wysilać, aby w złym świetle pokazać Irvinga, on radzi z tym sobie doskonale sam (szokujący wierszyk dla córeczki; „Trump jaki, czy co” przy okazji opowiadania prasie o pomocach domowych).

Absolutnie fascynujące było jednak dla mnie obserwowanie rozwoju sytuacji, tego, jak pracują prawnicy przy takim procesie, jak żmudna jest to praca, i jak oddanym jej trzeba być. Team Anthony Julius – Richard Rampton jest nie do pobicia, a na ich wzajemne zaufanie (o matko, jakżeż ogromne) oraz na przyjętą opcję dobry policjant/zły policjant – modyfikowaną niewątpliwie w zależności od klienta – patrzyłam zupełnie zaczarowana. Julius jest tym złym, chłodnym, nieemocjonalnym, dominującym. On niczego nie tłumaczy Lipstadt, on wydaje polecenia, ma po prostu tak być, jak on mówi, bo on zwyczajnie wie lepiej. Swoją drogą, cudownie popatrzeć na tak inteligentną osobę na ekranie. Nie zwyczajnie inteligentną, tak normalnie, średnio, ale inteligentną wybitnie, z umysłem ostrym i precyzyjnym jak skalpel, brzytwa i szklany nóż do mikrotomu w jednym. Ten człowiek podczas procesu celowo, ściśle i drobiazgowo robi tylko te rzeczy, które przyniosą mu wygraną, wszystko jest idealnie zaplanowane i podporządkowane temu celowi. Króciutka scena zastawienia pułapki na Irvinga, pułapki, która zapoczątkowała upadek tegoż i przegraną w procesie, jest tak doskonała, że w kinie zamierają nawet oddechy (a po niej słyszałam oklaski, co jakby nie zdarza się w takim przybytku zbyt często). Podczas spotkania z Lipstadt członkowie społeczności żydowskiej w Londynie wyzłośliwiają się nad Juliusem, śmiejąc się, że wiele kobiet (włączając w to księżną Dianę) pociągał jego intelekt. Oh man, ja się dziwię, że na niego nie leciało wszystko, co ma choć dwa neurony w mózgu. A dwie sceny, kiedy broni ocalonych z Zagłady przed Lipstadt, choć teoretycznie to ona stoi po ich stronie i ona ich reprezentuje? Okazuje się, że jednak nie, że jednak on ma rację, w dodatku Lipstadt (oraz widz) dostaje znakomitą lekcję: chcesz działać, walczyć? To rób to z głową, a nie emocjonalnie i głupio. Bo przegrasz i ty, i ci, którzy ci zaufali. To jest tak cudownie doskonałe i poruszające, że dosłownie zapiera dech w piersiach (i trzeba to zobaczyć na własne oczy, jak i cały film oczywiście – czy podkreślałam to już wystarczająco?).

Z drugiej strony mamy dobrego policjanta, Richarda Ramptona. Starszego, misiowatego, cichego, lubiącego wino, sympatycznego. Zachowującego pamiątkę z Oświęcimia. Uspokajającego, tonującego nastroje. To on (bez wątpliwości w porozumieniu z Juliusem) przekonuje Lipstadt, że powinna zamknąć dziób, zleźć ze swojego wojowniczego konika i pozwolić działać prawnikom. Odnosi sukces, klientka pozwala, i dzięki temu wygrywa rozprawę. Zachwycająca dynamika tych dwu postaci, duetu: Julius-mózg operacji i Rampton-wykonanie, jest czymś, co stanowi oś procesu i oś filmu. Mam wrażenie, że między innymi dlatego udało im się dobrać tak znakomity zespół do pracy przy procesie Lipstadt: po prostu swoim intelektem i strategią oczarowywali stopniowo i profesorów, i studentów.

I tak sobie myślę na koniec – szykując się na kolejny seans, bo przecież widziałam film stanowczo za mało razy – czy z tego także wynika jakaś nauka dla mnie? I w ogóle dla debunkujących pseudonaukę, szczególnie w dzisiejszych czasach? Teamwork może? Kij i marchewka, czyli podstęp i prawda? Zły policjant/dobry policjant? Wygrywająca strategia, czyli która? Tak na oko, to wydaje mi się, że potrzebujemy po prostu Anthony’ego Juliusa. Ktoś wie, ile on bierze za konsultacje?

*Denial (2016). Reżyseria: Mick Jackson. Premiera: TIFF, wrzesień 2016*

 

Odurzenie podróżą, czyli warto pamiętać o szczepieniach

Czytelnicy tego bloga, jeżeli jacyś się tu i ówdzie jeszcze uchowali, wiedzą, że nieraz zdarzało mi się gościć tu przemiłych antywacków. Którzy czasem, jako ten diabeł z pudełka, wyskakiwali z zarzutem, iż jestem zwyczajnie drogowskazem, który, owszem, wskazuje drogę, ale sam najprawdopodobniej drogą tą nie chce ruszyć. Jakby to miało jakieś znaczenie, i jakby faktycznie czekali tylko, aż powiem, że tak, tak, tak, szczepię się na wszystko jak leci, sumiennie każdego dnia tygodnia, a w soboty to nawet dwa razy, a oni wówczas pognaliby galopem do pierwszego z brzegu punktu szczepień i z radością zrobiliby to samo. Zatem zazwyczaj milczałam, jak to drogowskazy przydrożne mają w zwyczaju…, choć nie, raz, pamiętam, wyliczyłam z grubsza, na co ostatnio się szczepiłam. Pytający delikwent nie poleciał jednak natychmiast powtarzać mojego doświadczenia, zapytał za to, czy mam w związku z powyższym czas w życiu na cokolwiek innego, pragnąc zapewne zaprosić mnie na oglądanie jego kolekcji znaczków. Do znaczków jednakowoż niestety nie doszło, gdyż albowiem, jak przypuszczam, wystraszył się ilości toksyn, które właśnie w siebie władowałam. I bądź tu, człowieku, aktywnym drogowskazem.

Tym razem więc, licząc naiwnie na, ale człowiek się starzeje i może nie mieć kolejnej okazji na oglądanie jakiegoś ciekawego zbioru etykiet zapałczanych czy kapsli, czy co tam dzisiejsza młodzież kolekcjonuje, zwierzę się wam, jakież to szczepionki ostatnio przyjęłam, po co mi one były, ze szczególnym uwzględnieniem NOPów, które mnie po tym szczepieniu spotkały.

Panorama

Otóż i te szczepionki. Z tym, że bardzo zachęcam do zaglądania na fachowe strony (np. tutaj, czy tutaj), aby dowiedzieć się, jaka profilaktyka zalecana jest przed wyjazdem do jakiego kraju. Zależy to bowiem od warunków epidemiologicznych na danym terenie, ważna jest także profilaktyka nie w postaci szczepień (czyli leki na przykład, czy też wskazówki, co można, a czego nie należy jeść i pić, i tak dalej), a także to, jakie szczepienia już się przyjęło. To powyżej to nie jest pełna lista! Pełna lista zawierałaby także te szczepienia, które są obowiązkowe (bądź polecane) i tak, i jeśli człowiek ma na nie kwity, no to oczywiście już nie musi ich powtarzać.

O japońskim zapaleniu mózgu oraz o zapaleniu wątroby typu A pisałam, więc nie będę się powtarzać. W tej notce skupię się na durze brzusznym.

Dur? Dur brzuszny? – zapytać możecie – czy to przypadkiem nie jest coś, co dawno i nieprawda? Otóż niekoniecznie.

Dur przede wszystkim ma prawo mylić się z tyfusem. Polska nazwa odnosi się do charakterystycznego objawu – stanu odurzenia (z majaczeniami, omamami i innymi zaburzeniami świadomości), przy okazji wskazując też na nazwę odgrecką – czyli tyfus. Co zresztą jest poniekąd mylące, bo nazwa tyfus określa zgoła inną chorobę zakaźną niż dur, mianowicie tyfus plamisty. A dur to w nazewnictwie anglojęzycznym typhoid, czy też typhoid fever, czyli coś tyfusopodobnego. Cała ta komplikacja z nazewnictwem unaocznia, że obie choroby – dur brzuszny i tyfus plamisty – mogą mieć dość podobne objawy. Za to powodowane są przez zakażenia zupełnie innymi drobnoustrojami, inne jest ich przenoszenie, a także w różnym stopniu zagrażają obecnie ludziom.

Dur brzuszny wywoływany jest przez bakterie Salmonella Typhi. Pełna nazwa tegoż wariantu serologicznego jest znacznie dłuższa, bo specjaliści od nomenklatury bakterii z rodzaju Salmonella gorsi są od botaników, ważne jest jednak, że pałeczki te można z grubsza podzielić na dwie grupy: durowe i niezwiązane z durem brzusznym. To te drugie zwykle kojarzą się z bakteriami Salmonella, bowiem to za ich przyczyną występują salmonellozy.  Te pierwsze natomiast (głównie właśnie S. Typhi, a także Paratyphi) powodują schorzenia durowe u ludzi (w odróżnieniu przy okazji od tyfusu plamistego, wspomnianego wyżej, a wywoływanego przez riketsje).

16877_lores
Piękna komputerowa Salmonella Typhi. Zauważcie cudne fimbrie (to to włochate) oraz wici. Źródło: CDC/James Archer

Salmonella Typhi przenosi się przez zanieczyszczony kałem ludzkim pokarm i wodę. Atakuje błonę śluzową jelit, przy okazji chowając się przed układem immunologicznym (tu rolę odgrywa typowy dla S. Typhi czynnik zjadliwości – polisacharyd otoczkowy Vi), co pozwala bakterii na wstępne rozprzestrzenienie się drogą krwi po organizmie (drobnoustrój podróżuje sobie wewnątrz makrofagów, może się w nich także namnażać). S. Typhi, w odróżnieniu od przypadków salmonelloz, nie wywołuje na tym etapie stanu zapalnego w jelitach i nie powoduje biegunki.

Nie czuł się ani silniejszy, ani zdrowszy. Tak jak przedtem bolała go głowa, członki, zbity był i odurzony. Rozejrzał się błędnie.
— Czy ja długo spałem?
— Trzy doby. Doktor aż się zląkł.
— Osioł. Spałbym drugie tyle.
Nadrabiając energią chłopiec się porwał, zlał głowę wodą, trochę się przebrał i ruszył. Nogi mu ciążyły jak ołowiane, zataczał się i choć szedł wolno, dyszał ze zmęczenia. Coś się z nim działo niedobrego, z czym się szamotał z całej siły. Krew hulała po pulsach, trzęsła nim gorączka, a zarazem ogarniała członki ogromna martwota, jak rozbitka, co bez sił już i nadziei opuszcza ramiona, czekając śmierci. *

Objawy zakażenia, jak widać, obejmują bardzo wysoką gorączkę i ogólne wyczerpanie. Następnie, w okresie pełnego rozwoju choroby, gorączka nie ustępuje, a u pacjenta notuje się objawy neuropsychiatryczne (odurzenie, pobudzenie, omamy), pojawić się mogą także wymioty, wysypka (tzw. różyczka durowa), bóle głowy, bóle brzucha, kaszel, ogólne osłabienie.

PHIL_2215_lores
Wysypka u pacjenta z durem. Źrodło: CDC/ Armed Forces Institute of Pathology, Charles N. Farmer

Majaczył w strasznej gorączce, nie poznawał nikogo, bredził, zrywał się, przeklinał życie, wołał matki.
— Tyfus i zapalenie mózgu — rzekł spokojnie doktor, kładąc lodowe okłady.
— Ale wychodzi się z tego? — spytał niespokojnie naczelnik.
— Jeden na stu czasem.
Dziad Polikarp nie pytał, nie odzywał się, nie wtrącał do rady i pomocy. Siadł ciężko na łóżku, nie spuszczał oczu z wyniszczonej twarzy chorego.
Straszne było to bredzenie w głuchej nocy. Śmierć wyciągała kościste ramię i w oczach starca wydzierała mu jego skarb, a on był jak dziecko bezsilny! On, pyszny jak szatan i taki możny!… *

Komplikacje duru brzusznego obejmować mogą perforację jelit, uszkodzenia innych narządów, jak mięsień sercowy czy wątroba, zapalenie opon mózgowych i mózgu, a także objawy neurologiczne. Śmiertelność u nieleczonych osób wynosi 10%, przy zastosowaniu antybiotyków – poniżej 2%. Charakterystyczną cechą choroby jest także stan nosicielstwa. Występuje on u około 2 do 5 % pacjentów po przebyciu duru. Bakterie wykazują ścisłe powinowactwo do pęcherzyka żółciowego i trakcie rozprzestrzeniania się po organizmie osiedlają się tam, tworząc biofilm, który chroni je przed antybiotykami. Kolonizacja pęcherzyka żółciowego oraz następujące po niej periodyczne wydalanie bakterii z kałem uważa się za główny i podstawowy problem z durem brzusznym – nosiciele stanowią rezerwuar drobnoustrojów oraz źródło zakażenia dla ludzi z ich otoczenia. Historycznym przykładem takiego nosicielstwa była Mary Mallon – „Tyfusowa Mary” – kucharka, która swego czasu zaraziła durem dziesiątki osób.

stones
Biofilm na kamieniach żółciowych u nosiciela S. Typhi (z prawej; z lewej brak biofilmu). Źródło: publikacja #2

Przy leczeniu duru brzusznego konieczne są antybiotyki. Problemem jest narastająca oporność S. Typhi na terapię z ich użyciem (wielolekooporne szczepy), a także fakt, że sama antybiotykoterapia nie jest w stanie zlikwidować stanu nosicielstwa. W tych wypadkach polecane jest kombinacja: antybiotyki plus usunięcie pęcherzyka żółciowego (sama cholecystektomia też nie pomoże – bakterie mogą ukryć się w wątrobie czy drogach żółciowych).

Dur brzuszny to nie byle co, choć faktycznie szczęśliwie ludzie mieszkający w Europie Zachodniej czy USA są generalnie bezpieczni. Globalnie choruje nań ponad 20 milionów ludzi rocznie (może nawet powyżej 30 mln), a ponad 200 tysięcy umiera (inne dane mówią o nawet 500 tysiącach), ze szczególnym uwzględnieniem dzieci.

Clipboard-10
Dur brzuszny na świecie. Źródło: publikacja #3

Dlatego właśnie, nawet przy ogromnej ekscytacji podróżą w jakieś piękne, egzotyczne miejsca, warto pomyśleć o szczepieniach. Dostępne są różne szczepionki przeciw durowi brzusznemu, mogą one zawierać całe bakterie, bądź też wspomniany wyżej oczyszczony polisacharyd otoczkowy Vi. Ponieważ szczepionka nie działa stuprocentowo, warto pamiętać także o innych zdroworozsądkowych zasadach przy okazji wyjazdu. Taką cenną zasadą, którą poczęstowano mnie podczas wstrzykiwania straszliwej trucizny w postaci antygenu Vi (z żalem informuję przy okazji, iż nie doświadczyłam żadnych okropnych NOPów, poza siniakiem na ramieniu, ale możliwe, że to z powodu przyjmowania trzech szczepionek naraz), jest: boil it, peel it, cook it, wash it or forget it!

ResearchBlogging.org
Literatura:
1. Dougan, G., & Baker, S. (2014). Salmonella enterica Serovar Typhi and the Pathogenesis of Typhoid Fever
Annual Review of Microbiology, 68 (1), 317-336 DOI: 10.1146/annurev-micro-091313-103739

2. Gunn, J., Marshall, J., Baker, S., Dongol, S., Charles, R., & Ryan, E. (2014). Salmonella chronic carriage: epidemiology, diagnosis, and gallbladder persistence Trends in Microbiology, 22 (11), 648-655 DOI: 10.1016/j.tim.2014.06.007
3. Crump JA, Luby SP, Mintz ED. The global burden of typhoid fever. Bulletin of the World Health Organization 2004; 82: 346-353.
4. http://www.microbiologybook.org/
5. http://www.szczepienia.pzh.gov.pl/main.php
6. * Fragmenty: „Straszny dziadunio” Maria Rodziewiczówna

Marburg

Notka dzisiejsza to szczyt lenistwa. Ale ponieważ dużo się mówi o wirusie Ebola i o eboli (tutaj i tutaj chociażby), a przy okazji co i rusz wychodzi, że wcale wszystkiego nie wiadomo (tutaj i tutaj), a wprost przeciwnie, to dzisiaj dla odmiany kuzyn. Kuzyn, o którym to właśnie wirus Ebola powiedziałby, że to my brother from another mother. Kuzyn przedstawiony na kartach książki, dzięki czemu, jak wspomniałam, leniwa notka. Kuzyn słowami kogoś, kto go macał na żywo. Kuzyn, czyli wirus należący podobnie jak Ebola do rodziny Filoviridae. Kuzyn powodujący chorobę o objawach klinicznych wielce zbliżonych do eboli. Czyli wirus Marburg.

Zamieszczone niżej fragmenty pochodzą z pasjonującej książki Kena Alibeka Biohazard. Pasjonującej nie tylko ze względu na opisy broni biologicznej czy temu podobnych bakterii, ale także kwestii pozanaukowych. Kto go tam wie, tego Alibeka, ile sobie dofantazjował, ale do opisów, jak przy okazji wizytacji Amerykanów w radzieckich instytutach badania broni biologicznej Rosjanie udają, że jeden jedyny klucz do drzwi (bo resztę pogubili) zabrał cieć i gdzieś z nim przepadł, w związku z czym nie mogą pokazać szanownym amerykańskim kolegom laboratoriów, doprawdy warto zajrzeć. A przy okazji przeczytać całość.

Zatem fragmenty tylko. Tak właśnie się umiera na zakażenie spowodowane filowirusami.

IMG_0654

IMG_0665

IMG_0662

IMG_0663

IMG_0659

TYLKO NAUKA

Otóż powstało coś takiego: TYLKO NAUKA

W założeniu ma to być strona gromadząca w jednym miejscu linki do tekstów/artykułów/blogonotek traktujacych o zajmujących kwestiach: szczepionkach, antywackach, pseudonauce, i tak dalej.

Zalinkowane artykuły są nie tylko dobre merytorycznie, ale i interesujące dla czytelników wielu specjalności. Nad ich jakością czuwa fachowa rada nadzorcza, a wszystko w żelaznej dłoni dzierży prezes, czyli zarząd.

Strona nie jest bynajmniej skończona. Na pewno znaleźlibyście i znajdziecie mnóstwo ciekawych tekstów, które powinny się na niej znaleźć. Jeśli tak, proszę o kontakt. Zróbmy razem miejsce, które przydać się może w przyszłych dyskusjach na ww. tematy.

https://sporothrix.files.wordpress.com/2015/09/clipboard-11.jpg

Od polio chcę mieć Ukrainę wolną

ResearchBlogging.org

Wszyscy zapewne czytali o alarmujących przypadkach polio u dwójki dzieci na Ukrainie. Porażenia nie spowodował tak zwany „dziki” wirus, a wirus szczepionkowy, co naturalnie musiało wzbudzić reakcję antywacków pod hasłem: „szczepionki to zuo i nie stosujmy ich, bo powodują chorobę – czyli szach mat, prowacki!”

A kiedy dodamy do tego jeszcze opublikowaną bardzo niedawno historię pana, który po zaszczepieniu przeciw polio rozsiewał wirusy szczepionkowe przez niemal trzy dekady (!), to już w ogóle czarna rozpacz, a szczepionki przeciw polio mają miejsce wyłącznie w śmietniku.

Tylko że nie.

Warto jednak przyjrzeć się tym wypadkom, bo pytania i wątpliwości mają prawo zaistnieć, także u osób nastawionych pozytywnie do szczepień, i zastanowić na spokojnie, co właściwie dzieje się w takiej szczepionce i o co w tym wszystkim chodzi.

Otóż mamy, jak wiadomo, dwie szczepionki przeciw wirusom poliomyelitis. O obu pisałam tutaj. Problem dotyczy tej jednej, tzw. „atenuowanej”, OPV (oral polio vaccine), czyli tej zawierającej nie zabite wirusy (a dokładniej – nie unieszkodliwione tak, żeby nie dały rady wieść swojego normalnego cyklu namnażania), a wirusy osłabione. „Żywe” (na ile można tak powiedzieć o wirusach), ale osłabione. Osłabienie wirusów w tym wypadku oznacza, że mogą się one namnażać w organizmie człowieka, stymulują powstanie odpowiedzi immunologicznej, czyli powodują powstanie odporności przeciw chorobie, ale samej choroby nie są w stanie wywołać. Zwięźlej: są immunogenne, ale nie wirulentne. Mowa tu oczywiście o zdrowym organizmie osoby szczepionej, gdyż w wypadku stanów czy też schorzeń charakteryzujących się obniżoną odpornością możliwe jest to, że wirus szczepionkowy wywoła zakażenie (tzw. VAPP – vaccine associated paralitic polio). Stąd zresztą przeciwwskazanie do szczepień szczepionkami atenuowanymi u osób z zaburzeniami funkcjonowania układu immunologicznego.

To dotyczy generalnie wszystkich szczepionek „żywych”. Szczególną cechą szczepionkowego wirusa polio jest to, że łatwo może on rewertować do formy wirulentnej. Ten żargon oznacza, że wirus może – na skutek mutacji – wrócić do swojej normalnej, silnej, zakażającej i powodującej choroby postaci. Ponadto jest to wirus RNA, czyli jego genom to kwas rybonukleinowy, używający do replikacji (czyli zwiększania ilości) swojego genomu enzymu o ładnej nazwie: polimeraza RNA zależna od RNA.

Ogólnie rzecz biorąc, wirusowe polimerazy RNA są mistrzami w robieniu błędów, szczególnie te, które jako matrycę wykorzystują RNA. Oczywiście, wszystkie polimerazy robią błędy, także te DNA, różnica polega jednak na różnej jakości mechanizmach naprawczych. W przypadku polimeraz DNA, po zrobieniu błędu przy replikacji, a zdarza się to z częstością raz na 10 milionów – raz na miliard dobudowywanych nukleotydów, potrafią one błąd naprawić. Także polimerazy RNA, wykorzystujące DNA jako matrycę, umieją sobie radzić z własnymi pomyłkami. Najgorzej za to sytuacja wygląda w przypadku polimeraz RNA wykorzystujących RNA. Te robią błędy bardzo często (średnio raz na 10000 nukleotydów). I albo nie umieją zupełnie ich naprawić, albo też robią to beznadziejnie (zdania wśród naukowców są podzielone).

Zatem jeśli rozważymy wirusy polio, których genom to trochę mniej niż 10000 nukleotydów RNA, i które replikują swój genom używając polimerazy RNA na matrycy RNA, nie zdziwimy się specjalnie, że przy każdym pojedynczym procesie namnażania powstanie mutant. Czyli wirus inny, niż ten na początku.

Czyli także inny, co należy podkreślić, niż ten zastosowany w szczepionce. Czy już się boimy? No to przestraszę was jeszcze bardziej – taka rewersja do formy wirulentnej w przypadku szczepionkowych wirusów polio zdarza się najprawdopodobniej u każdego (tak!) zaszczepionego. A biorąc pod uwagę fakt, że osoba zaszczepiona „sieje” wirusy w kale średnio do kilku tygodni po szczepieniu i że takie wirusy-rewertanty mogą wywołać porażenne polio (tzw. cVDPV – circulating vaccine-derived polioviruses) – cóż, w tym momencie wszyscy myślimy już, że na cholerę nam ta szczepionka?

Tylko że znowu nie.

Sytuacja, że wirus szczepionkowy wywoła chorobę, jest bardzo rzadka. Ekstremalnie rzadka. Do tego stopnia, że zyski stosowania szczepionki zdecydowanie przeważają ewentualne działania niepożądane. Zauważmy, że facet z Wielkiej Brytanii rozprzestrzeniał wirusy przez 30 lat (a takich osób jak on jest, albo może być, więcej), i co mu z tego przyszło? Nic specjalnego. Nie stanowił zagrożenia dla zdrowia publicznego. Dlaczego? Bo większość populacji w Wielkiej Brytanii jest dostatecznie uodporniona za pomocą szczepionek. Sytuacja taka, jak w tej chwili na Ukrainie, zdarza się natomiast w populacji, która jest niedoszczepiona. Takiej, w której nie zaszczepiono większości osób (dane dla Ukrainy dla 2014 roku mówią o zaledwie 50% zaszczepionych). Te osoby są wrażliwe na infekcję również szczepem wirusa cVDPV, a wirus taki swobodnie hula między nimi.

Stąd wypływa parę wniosków. Po pierwsze – programy powszechnych szczepień powinny być realizowane wszędzie, do momentu eradykacji. Bez wahań, bez dawania posłuchu antywackom czy oszołomom, bez wyjątków. Niezależnie od opinii, że „po co szczepić przeciw polio w Europie, skoro polio w Europie nie ma”. Szczepienia muszą obejmować całe populacje, nie tylko wybrane osoby. Po drugie – istnieje także opcja zmiany szczepionki OPV na tę drugą, „zabitą”, IPV (inactivated polio vaccine), gdzie nie ma szansy na rewersję wirusów do zjadliwej formy. Ma ona oczywiście także swoje minusy w stosunku do OPV, decyzja zatem powinna być podjęta po analizie wszelkich czynników, szczególnie epidemiologicznych. Po trzecie jednak – nie warto się trwożyć. Szczepionka jest, jaka jest, bo taka jest biologia wirusa polio – a biologia ta jest, na marginesie, bardzo irytująca i pełna paradoksów (z ludzkiego punktu widzenia). Nic z tym nie zrobimy. Możemy tylko wykorzystać ją (i wiedzę o biologii, i szczepionkę) do maksimum na swoją korzyść, nie dając wirusom specjalnych forów. Jak mawiał Alastor Moody – stała czujność, pełen cykl szczepień!

Literatura:
1. Dunn, G., Klapsa, D., Wilton, T., Stone, L., Minor, P., & Martin, J. (2015). Twenty-Eight Years of Poliovirus Replication in an Immunodeficient Individual: Impact on the Global Polio Eradication Initiative PLOS Pathogens, 11 (8) DOI: 10.1371/journal.ppat.1005114
2.http://www.polioeradication.org/Polioandprevention/Thevaccines/Oralpoliovaccine(OPV).aspx
3. http://www.cdc.gov/vaccines/pubs/pinkbook/downloads/polio.pdf
4. http://www.who.int/csr/don/01-september-2015-polio/en/
5. http://www.virology.ws/2009/05/10/the-error-prone-ways-of-rna-synthesis/

Koronki

Uwaga na początek – notka będzie i osobista, i ładna (choć smutna) obecnością pewnego sympatycznego blond stworzenia, ale i będzie zawierała parę kolorowych, choć niezalecanych przy posiłkach ilustracji. Metaforycznie więc wyszarpujemy metaforyczne flaki, a wszystko z muzycznym podkładem.

Jak można wspominać nieżyjącego ukochanego artystę? Jak cenić twórczość, kochać, uwielbiać muzykę, doceniać kompozycje, padać na kolana przed wirtuozerią?

Wskazane – nieco pompatyczne oraz wzruszające – byłoby zapewne coś takiego:

„Koronki. Koronki są na chwile uroczyste – na twoje zwycięstwa, na wyjątkowe wschody słońca, na jakieś udane blond dzieło naszego Stwórcy,
NLN_Jeff_Hanneman_02
na nocną rozmowę z kimś, kto rozumie. Koronki szare lub srebrzyste, bardzo ażurowe. Koronki z najcieńszych nitek, delikatne, jasne i świetliste. Koronki z grubej bawełny, kremowe, puszyste. Koronki mokre od łez, splecione Postmortem. Koronki robione na cztery ręce z Kerrym, kakofonia wspólnych koronek. Koronki przycięte, obrębione na brzegach – do związania włosów Toma. Czasami trochę zmięte, ale widać, że to nie zwykła wstążka. Anioł Śmierci także powstał z koronek. Boże, dzięki za klocki i nici. Reszta to już Jeff.” *

Można też pisać z szacunkiem, kłaniając się głęboko, głębiej i jeszcze głębiej.
Można też nadać imię, jeśli gdzieś się napatoczy jakieś rondo.

A mając na przykład mikrobiologiczne zboczenie, można ocalać od zapomnienia nie tylko twórczość, ale i to, co zdarzyło się kilka lat temu. W wielkim skrócie:
Pobyt u znajomych, relaks w jacuzzi. Nagłe ukłucie w ramię, pewnie jakiś pająk czy coś takiego. Powrót do domu. „Kochanie, nie chcę cię martwić, ale musisz coś zobaczyć”. Przerażona żona widzi ramię – spuchnięte na całej długości, trzy razy większe niż normalnie, obolałe, zaczerwienione, twarde w dotyku. Jechać na ostry dyżur? E tam. Kto by zwracał uwagę na jakieś ugryzienie jakiegoś robala. No i jak tu dyskutować z kimś nie za bardzo trzeźwym?
Następnego dnia żona upiera się jednak. Ból nie do wytrzymania. Szpital. Tam reagują podejrzanie poważnie. Martwicze zapalenie powięzi. „Proszę pożegnać się z mężem, jest bardzo prawdopodobne, że nie wyjdzie z tego.” Lekarz rozpoznaje pacjenta. „Panie Hanneman, najpierw zajmiemy się ratowaniem pańskiego życia, potem ręki, a na końcu kariery.”

**********************************************************

ResearchBlogging.org

Martwicze zapalenie powięzi to rzadka na szczęście, ale bardzo poważna choroba. Opisywana od bardzo dawna (już Hipokrates w V wieku p.n.e., i tak dalej) popularność zyskała w latach 90. zeszłego wieku, gdyż od tego czasu prasa z lubością opisywała przypadki zakażeń bakteriami pożerającymi ciało (flesh-eating bacteria). O chorobie i jej ogromnej śmiertelności wspominali lekarze wojskowi w XIX wieku, Fournier opisywał malownicze, acz pewnie mało radujące pacjentów, objawy szczególnej postaci martwiczego zapalenia powięzi dotyczącej obszarów genitalnych (tzw. zgorzel Fourniera – lepiej nawet nie zaglądać), a w połowie XX wieku przyjęto nazwę dla schorzenia. Martwicze zapalenie powięzi zaczęło oficjalnie oznaczać zapalenie podskórnej tkanki tłuszczowej i błon łącznotkankowych tworzących powięzie, z towarzyszącym temu niszczeniem mięśni.

Choroba zaczyna się często niewinnie, od ukąszenia jakiegoś owada, przy okazji przecięcia, a nawet otarcia skóry, oparzenia, naciągnięcia mieśni, może pojawić się także jako powikłanie ospy wietrznej (ospa-party naprawdę nie są dobrym pomysłem). Opisano także przypadek pana, który sam ugryzł się w górną wargę, po czym rozwinęło się u niego to właśnie zakażenie,

Clipboard-2
Fotki z pierwszej cytowanej publikacji

a także nastolatka, który zmarł niedługo po zabiegu dentystycznym.

Po takim właśnie niepozornym uszkodzeniu skóra staje się głównym miejscem wtargnięcia różnorakich gatunków agresywnych, produkujących różne toksyny drobnoustrojów (patrz tabela niżej), które nie muszą dłużej martwić się pokonywaniem tej mocnej, a normalnie nienaruszonej, bariery.

Clipboard-1
Tabela z drugiej cytowanej publikacji

Obecnie przyjmuje się, że zwykle nie jeden, a mieszanka kilku drobnoustrojów odpowiedzialna jest za infekcję. Z tego względu także martwicze zapalenie powięzi dzieli się na trzy typy. Typ 1 stanowi 80-90% wszystkich przypadków, a jest wynikiem działania paciorkowców grupy nie-A wraz z towarzyszącymi bezwzględnymi i względnymi beztlenowcami. Typ ten związany jest z powikłaniami pooperacyjnymi w obrębie jamy brzusznej i w okolicach genitaliów, występuje też u chorych z immunosupresją. Typ 2 z kolei to typowe zakażenie bakteriami pożerającymi ciało: główną rolę gra Streptococcus pyogenes, który lubi atakować zdrowych ludzi i wybitnie agresywnie produkuje mnóstwo umożliwiających mu inwazję czynników zjadliwości. Przy tym wszystkim uznany jest za jeden z niewielu drobnoustrojów, które spowodować mogą zakażenie rany, skóry i tkanki podskórnej i zapalenie powięzi w ciągu 24 godzin od zabiegu operacyjnego. Typ 3 natomiast związany jest z zakażeniem żyjącymi w słonej wodzie przecinkowcami, zatem do infekcji dojść może przez uszkodzoną w wodzie skórę.

Chociaż wymienia się często rozmaite czynniki ryzyka martwiczego zapalenia powięzi (cukrzyca, niedożywienie, choroby układu krążenia, alkoholizm, i wiele innych), wiele przypadków występuje u osób ogólnie zdrowych i z silnymi organizmami.

Martwicze zapalenie powięzi zaczyna się, jak wspomniałam wyżej, niewinnie, od niewielkiego zaczerwienienia skóry, po czym nagle i niespodziewanie następuje gwałtowne pogorszenie stanu pacjenta, z zakażeniem posuwającym się w sposób piorunujący i z ogólnoustrojową toksemią. Wczesna diagnostyka jest utrudniona, infekcja przypomina cellulitis, i to jest zresztą przyczyna dużej śmiertelności. Cellulitis leczy się bowiem antybiotykami, co jest niewystarczające w przypadkach martwiczego zapalenia powięzi. W wypadkach tych koniecznej antybiotykoterapii musi towarzyszyć dokładne i obszerne oczyszczenie rany.

Zakażenie rozprzestrzenia się szybko i można wówczas obserwować klasyczne objawy: powstawanie pęcherzy, wykwitów i krwiaków na skórze,

Clipboard-3
Fotka z trzeciej cytowanej publikacji

z sączącym się z nich płynem, a także zaczerwienienie i w ogóle zmiany koloru skóry,

Clipboard-5
Fotka z drugiej cytowanej publikacji
Clipboard-4
Fotka z czwartej cytowanej publikacji

opuchliznę, słyszalną obecność wytwarzanego w tkankach gazu, oraz wszechobecny ból – wszystko to nieproporcjonalnie duże w swoim nasileniu. Pojawia się martwica tkanek podskórnych z charakterystycznym nieprzyjemnym zapachem, niszczone są nerwy obwodowe, w naczyniach powstają zakrzepy, w tkankach duża ilość ropy, współpracy odmawiają narządy wewnętrzne, a stan pacjenta pogarsza się błyskawicznie, aż do zgonu. Śmiertelność może dochodzić nawet do 75%.

Uratować chorego może szybka interwencja chirurgiczna, czyli po prostu wycięcie całej niszczonej tkanki, ile się da. Jest to jedyna udowodniona metoda zwiększająca szanse pacjentów na przeżycie. Towarzyszyć jej powinny: antybiotykoterapia o szerokim spektrum działania oraz wspomaganie oddychania i odpowiednie odżywianie organizmu, ze względu na gwałtowną utratę płynów, elektrolitów i składników odżywczych, podobnie jak u pacjentów po oparzeniach. Ważna jest także odpowiednia terapia bólu, a także zabiegi obejmujące chirurgię rekonstrukcyjną i plastyczną.

*************************************************************

I wracając do blond stworzenia, o którym myślałam pisząc notkę – tak właśnie było w jego przypadku: śpiączka farmakologiczna, operacje (liczba mnoga), oczyszczanie rany, przeszczepy skóry. Udało się, fizycznie, choć ramię i przedramię sprawiały wstrząsające wrażenie.
jeff hannemanA psychicznie? Depresja, ciągnąca się jeszcze od śmierci ojca. Zapalenie stawów i trudności z graniem. Wreszcie Big 4 Tour i ten cholerny zespół pieprzonych przyjaciół, którzy chyba zawsze patrzyli głównie na czubki własnych nosów, a teraz w ogóle przestali się przejmować. Alkohol. Marskość wątroby. Śmierć.

Pozostaje tylko okropnie tęsknić. I żałować, że w szczególności solówki nigdy nie będą już tak piękne, a świat i życie stracą mocno na urodzie w ogólności. Ale to już zupełnie inna historia.

************************************************************

Literatura:
1. Lee, J., Hsiao, H., & Tzeng, S. (2011). Facial Necrotizing Fasciitis Secondary to Accidental Bite of the Upper Lip The Journal of Emergency Medicine, 41 (1) DOI: 10.1016/j.jemermed.2007.11.043
2. Bellapianta JM, Ljungquist K, Tobin E, & Uhl R (2009). Necrotizing fasciitis. The Journal of the American Academy of Orthopaedic Surgeons, 17 (3), 174-82 PMID: 19264710
3.Uzel, A., Steinmann, G., Bertino, R., & Korsaga, A. (2009). Dermohypodermite bactérienne et phlegmon du membre supérieur par morsure de scolopendre : à propos de deux cas Chirurgie de la Main, 28 (5), 322-325 DOI: 10.1016/j.main.2009.05.001
4. Fernando, D., Kaluarachchi, C., & Ratnatunga, C. (2013). Necrotizing Fasciitis and Death Following an Insect Bite The American Journal of Forensic Medicine and Pathology, 34 (3), 234-236 DOI: 10.1097/PAF.0b013e3182a18b0b

* (Przepraszam nieznaną mi panią Martę, autorkę Koronek, przerobionych przeze mnie. Koronkowy tekst ukazał się nieprawdopodobnie dawno temu, dotyczył kogo innego, więc jeśli autorka to przypadkiem czyta i kontekst budzi w niej żywiołowy sprzeciw – proszę się odezwać, skasuję.)

Kotlet z kota

ResearchBlogging.org

Ponieważ zaproszona zostałam do współpracy, oby długiej i owocnej, z szacownym portalem Biotechnologia.pl (P.T. Czytelników zapraszam tam nie tylko celem odwiedzin na moim blogasku, chociaż przede wszystkim dlatego rzecz jasna), wypadałoby się jakoś przedstawić oraz zareklamować. A czyż można to zrobić lepiej, niż za pomocą kotków, kotełów, kotów i kotów w pudełkach? Oraz ewentualnie kulinariów?
W tej sytuacji kuchnia na dziś proponuje kotki, w formie grzybowych kot-letów z kota, zwanych także tragicznymi krwawymi kotlecikami (© pani Musierowicz). Czujcie się ostrzeżeni.

O sobie…, ee, to znaczy o grzybie z rodzaju Sporothrix pisałam dawno temu: Sporothrix.

Ogólnie rzecz biorąc, kwestie podstawowe nie uległy zmianie. Nadal wiadomo, że Sporothrix sp. to najpiękniejszy grzyb na świecie, bo jakżeby inaczej.

Z lewej stokrotki, czyli konidiofory z konidiami, z prawej kolonia.
Sporothrix schenckii. Z lewej stokrotki, czyli konidiofory z konidiami (stąd), z prawej kolonia grzyba na szalce (stąd).

Wiadomo, że to grzyb dimorficzny (tzn. że w różnych temperaturach lubi rosnąć różnie, czasem jak drożdżak, a czasem jak grzyb pleśniowy), że występuje powszechnie niemal wszędzie na świecie, lubi mieszkać w ziemi i rozkładających się roślinach, a najwięcej zakażeń ma miejsce w rejonach tropikalnych i subtropikalnych.

Geograficzna dystrybucja danych na temat sporotrychoz, w zależności od rodzaju badań opisywanych w publikacjach. Ilustracja dotyczy artykułów opublikowanych w XXI wieku.
Geograficzna dystrybucja danych na temat sporotrychoz (w zależności od rodzaju badań opisywanych w publikacjach). Na obrazku zebrano dane z artykułów opublikowanych w XXI wieku. Mapa pochodzi z pierwszej cytowanej publikacji.

Tradycyjnie (klasycznie można rzec) do zakażenia dochodzi na skutek ukłucia kolcem róży, bo na kolcach tych grzyb lubi się wylegiwać (stąd popularna nazwa sporotrychozy to choroba hodowców róż), możliwa jest też infekcja odzwierzęca. Po wniknięciu do organizmu człowieka grzyb powoduje powstanie podskórnych grudek, szerzy się bowiem i rozprzestrzenia naczyniami limfatycznymi (zdjęcia w notce). W ciężkich, powikłanych przypadkach choroba (np. sporotrychoza pozaskórna, czy sporotrychoza rozsiana u pacjentów z immunosupresją) stanowi zagrożenie życia.

Nieskomplikowane przypadki sporotrychozy mogą czasem samoistnie mijać, większość pacjentów wymaga jednak terapii. Stosuje się leki przeciwgrzybicze (itrakonazol, amfoterycyna B w przypadkach sporotrychozy rozsianej), a leczenie jest bardzo długotrwałe. Skutecznym lekiem jest także jodek potasu (mechanizm jego działania nie jest znany).

Te wszystkie informacje nie stanowią specjalnie niczego nowego. W ciągu jednak ostatnich lat obserwujemy zmiany w zakresie epidemiologii grzybów z rodzaju Sporothrix. Po pierwsze, nie jest tak, jak pisałam w starej notce, że w zasadzie Sporothrix sp. to tylko jeden liczący się gatunek – Sporothrix schenckii sensu lato. Po przeprowadzonej analizie filogenetycznej naukowcy zaproponowali istnienie kompleksu S. schenckii, z kilkoma ważnymi w medycynie kladami: S. brasiliensis (klad I), S. schenckii sensu stricto (klad II), S. globosa (klad III) i S. luriei (klad IV). Klady te różnią się od siebie rodzajem gospodarza, na którym lubią bytować, występowaniem oraz wrażliwością na leki.

Niezwykle ważnym patogenem wydaje się być obecnie S. brasiliensis. Występuje w Brazylii, a jego niewrażliwość na wyższe temperatury jest prawdopodobnie przyczyną (niejedyną zapewne), że atakuje koty oraz że powoduje więcej zakażeń, jest także bardziej agresywny i oporny na leki, niż inne gatunki.

To właśnie Sporothrix brasiliensis zmienił i zmienia nasze spojrzenie na sporotrychozy. Ze stosunkowo niegroźnego i nieszczególnie trapiącego ludzkość zakażenia, grzybica ta stała się jedną z groźniejszych chorób, występujących szczególnie w biedniejszych rejonach miejskich niektórych rejonów świata. Co więcej, rozprzestrzenia się łatwo między kotami (dzięki ich walkom, pogryzieniom i podrapaniom), a koty przenoszą ją na ludzi, również drapiąc czy gryząc, choć notuje się także zakażenia przez nieuszkodzoną skórę. Wszystko to następuje bardzo szybko, specjaliści w tej chwili ostrzegają przed epidemiami kociej sporotrychozy (z zagrożeniem dla ludzi) w miejskich rejonach Rio de Janeiro, São Paulo oraz rejonie Rio Grande do Sul. Dzięki więc sporej zjadliwości, kotom (domowym i zdziczałym), łatwemu przenoszeniu się między tymi zwierzętami, marnym warunkom higienicznym, w których żyją ludzie, a także dzięki szybkiemu atakowaniu ludzi z zaburzeniami odporności – Sporothrix sp. przestał być jakimś tam nieważnym patogenem, o którym mało kto słyszał, stał się za to jednym z bardziej niebezpiecznych grzybów w Brazylii, a sporotrychoza znaczącą zoonozą, o której mówi się coraz częściej w kontekście groźnej/groźnych epidemii.

Clipboard-1
Kocia sporotrychoza. Wilgotne wrzodziejące zmiany, często w okolicy łebka (A). Wychudzenie zwierzęcia wraz z postępem choroby (B). Zdjęcie pochodzi z drugiej cytowanej publikacji.
Clipboard-3
Łapa pełna kociej sporotrychozy. Zdjęcie pochodzi z tego wpisu, za zwrócenie uwagi na który – jak i za inspirację do notki – dziękuję Autorowi bloga Szescstopni.
Clipboard-2
Sporotrychoza (spowodowana S. schenckii) u weterynarza leczącego kota zakażonego tym patogenem. Zdjęcie pochodzi z trzeciej cytowanej publikacji.

Zatem, ponieważ nie wiadomo, co jeszcze grzybowi może strzelić do głowy, trzymajmy rękę na pulsie. W tym celu, jeśli ktoś ma zbędne grosze w kieszeni, zapraszam do zainteresowania się konferencją naukową organizowaną przez Working Group on Sporothrix and sporotrichosis of the International Society for Human and Animal Mycology: 2nd International Meeting on Sporothrix and sporotrichosis odbędzie się w Meksyku w 2016 roku.

Znacznie więcej informacji:
1. Barros, M., de Almeida Paes, R., & Schubach, A. (2011). Sporothrix schenckii and Sporotrichosis Clinical Microbiology Reviews, 24 (4), 633-654 DOI: 10.1128/CMR.00007-11
2. Montenegro H, Rodrigues AM, Dias MA, da Silva EA, Bernardi F, & de Camargo ZP (2014). Feline sporotrichosis due to Sporothrix brasiliensis: an emerging animal infection in São Paulo, Brazil. BMC veterinary research, 10 (1) PMID: 25407096
3. Welsh RD (2003). Sporotrichosis. Journal of the American Veterinary Medical Association, 223 (8), 1123-6 PMID: 14584741
4. Lopes-Bezerra, L., & Mora-Montes, H. (2015). Sporothrix and sporotrichosis: Contributions from the first international meeting sponsored by the Working Group on Sporothrix and sporotrichosis of the International Society for Human and Animal Mycology, Rio de Janeiro, Brazil, October, 2013 Medical Mycology, 53 (1), 1-2 DOI: 10.1093/mmy/myu096

Fakty o szczepieniach

Zebrało się parę osób. Tak się przedstawiamy, choć tekst jest nadal modyfikowany, poprawiany i układany:

Jesteśmy nieformalną grupą. Są wśród nas nauczyciele, budowlańcy, naukowcy, informatycy, lekarze, kierowcy… 

Połączyła nas troska o zdrowie naszych dzieci, naszych siostrzeńców, bratanków, wnuków, kuzynów oraz ich kolegów. Troska podsycana przez napływające z zagranicy informacje o coraz częstszych i większych ogniskach chorób zakaźnych do niedawna uznawanych za praktycznie wyeliminowane z życia społeczeństw w rozwiniętych krajach.

Zatem na początek – tłumaczenie znakomitego komiksu. Warto zajrzeć!

Clipboard-1