Odurzenie podróżą, czyli warto pamiętać o szczepieniach

Czytelnicy tego bloga, jeżeli jacyś się tu i ówdzie jeszcze uchowali, wiedzą, że nieraz zdarzało mi się gościć tu przemiłych antywacków. Którzy czasem, jako ten diabeł z pudełka, wyskakiwali z zarzutem, iż jestem zwyczajnie drogowskazem, który, owszem, wskazuje drogę, ale sam najprawdopodobniej drogą tą nie chce ruszyć. Jakby to miało jakieś znaczenie, i jakby faktycznie czekali tylko, aż powiem, że tak, tak, tak, szczepię się na wszystko jak leci, sumiennie każdego dnia tygodnia, a w soboty to nawet dwa razy, a oni wówczas pognaliby galopem do pierwszego z brzegu punktu szczepień i z radością zrobiliby to samo. Zatem zazwyczaj milczałam, jak to drogowskazy przydrożne mają w zwyczaju…, choć nie, raz, pamiętam, wyliczyłam z grubsza, na co ostatnio się szczepiłam. Pytający delikwent nie poleciał jednak natychmiast powtarzać mojego doświadczenia, zapytał za to, czy mam w związku z powyższym czas w życiu na cokolwiek innego, pragnąc zapewne zaprosić mnie na oglądanie jego kolekcji znaczków. Do znaczków jednakowoż niestety nie doszło, gdyż albowiem, jak przypuszczam, wystraszył się ilości toksyn, które właśnie w siebie władowałam. I bądź tu, człowieku, aktywnym drogowskazem.

Tym razem więc, licząc naiwnie na, ale człowiek się starzeje i może nie mieć kolejnej okazji na oglądanie jakiegoś ciekawego zbioru etykiet zapałczanych czy kapsli, czy co tam dzisiejsza młodzież kolekcjonuje, zwierzę się wam, jakież to szczepionki ostatnio przyjęłam, po co mi one były, ze szczególnym uwzględnieniem NOPów, które mnie po tym szczepieniu spotkały.

Panorama

Otóż i te szczepionki. Z tym, że bardzo zachęcam do zaglądania na fachowe strony (np. tutaj, czy tutaj), aby dowiedzieć się, jaka profilaktyka zalecana jest przed wyjazdem do jakiego kraju. Zależy to bowiem od warunków epidemiologicznych na danym terenie, ważna jest także profilaktyka nie w postaci szczepień (czyli leki na przykład, czy też wskazówki, co można, a czego nie należy jeść i pić, i tak dalej), a także to, jakie szczepienia już się przyjęło. To powyżej to nie jest pełna lista! Pełna lista zawierałaby także te szczepienia, które są obowiązkowe (bądź polecane) i tak, i jeśli człowiek ma na nie kwity, no to oczywiście już nie musi ich powtarzać.

O japońskim zapaleniu mózgu oraz o zapaleniu wątroby typu A pisałam, więc nie będę się powtarzać. W tej notce skupię się na durze brzusznym.

Dur? Dur brzuszny? – zapytać możecie – czy to przypadkiem nie jest coś, co dawno i nieprawda? Otóż niekoniecznie.

Dur przede wszystkim ma prawo mylić się z tyfusem. Polska nazwa odnosi się do charakterystycznego objawu – stanu odurzenia (z majaczeniami, omamami i innymi zaburzeniami świadomości), przy okazji wskazując też na nazwę odgrecką – czyli tyfus. Co zresztą jest poniekąd mylące, bo nazwa tyfus określa zgoła inną chorobę zakaźną niż dur, mianowicie tyfus plamisty. A dur to w nazewnictwie anglojęzycznym typhoid, czy też typhoid fever, czyli coś tyfusopodobnego. Cała ta komplikacja z nazewnictwem unaocznia, że obie choroby – dur brzuszny i tyfus plamisty – mogą mieć dość podobne objawy. Za to powodowane są przez zakażenia zupełnie innymi drobnoustrojami, inne jest ich przenoszenie, a także w różnym stopniu zagrażają obecnie ludziom.

Dur brzuszny wywoływany jest przez bakterie Salmonella Typhi. Pełna nazwa tegoż wariantu serologicznego jest znacznie dłuższa, bo specjaliści od nomenklatury bakterii z rodzaju Salmonella gorsi są od botaników, ważne jest jednak, że pałeczki te można z grubsza podzielić na dwie grupy: durowe i niezwiązane z durem brzusznym. To te drugie zwykle kojarzą się z bakteriami Salmonella, bowiem to za ich przyczyną występują salmonellozy.  Te pierwsze natomiast (głównie właśnie S. Typhi, a także Paratyphi) powodują schorzenia durowe u ludzi (w odróżnieniu przy okazji od tyfusu plamistego, wspomnianego wyżej, a wywoływanego przez riketsje).

16877_lores
Piękna komputerowa Salmonella Typhi. Zauważcie cudne fimbrie (to to włochate) oraz wici. Źródło: CDC/James Archer

Salmonella Typhi przenosi się przez zanieczyszczony kałem ludzkim pokarm i wodę. Atakuje błonę śluzową jelit, przy okazji chowając się przed układem immunologicznym (tu rolę odgrywa typowy dla S. Typhi czynnik zjadliwości – polisacharyd otoczkowy Vi), co pozwala bakterii na wstępne rozprzestrzenienie się drogą krwi po organizmie (drobnoustrój podróżuje sobie wewnątrz makrofagów, może się w nich także namnażać). S. Typhi, w odróżnieniu od przypadków salmonelloz, nie wywołuje na tym etapie stanu zapalnego w jelitach i nie powoduje biegunki.

Nie czuł się ani silniejszy, ani zdrowszy. Tak jak przedtem bolała go głowa, członki, zbity był i odurzony. Rozejrzał się błędnie.
— Czy ja długo spałem?
— Trzy doby. Doktor aż się zląkł.
— Osioł. Spałbym drugie tyle.
Nadrabiając energią chłopiec się porwał, zlał głowę wodą, trochę się przebrał i ruszył. Nogi mu ciążyły jak ołowiane, zataczał się i choć szedł wolno, dyszał ze zmęczenia. Coś się z nim działo niedobrego, z czym się szamotał z całej siły. Krew hulała po pulsach, trzęsła nim gorączka, a zarazem ogarniała członki ogromna martwota, jak rozbitka, co bez sił już i nadziei opuszcza ramiona, czekając śmierci. *

Objawy zakażenia, jak widać, obejmują bardzo wysoką gorączkę i ogólne wyczerpanie. Następnie, w okresie pełnego rozwoju choroby, gorączka nie ustępuje, a u pacjenta notuje się objawy neuropsychiatryczne (odurzenie, pobudzenie, omamy), pojawić się mogą także wymioty, wysypka (tzw. różyczka durowa), bóle głowy, bóle brzucha, kaszel, ogólne osłabienie.

PHIL_2215_lores
Wysypka u pacjenta z durem. Źrodło: CDC/ Armed Forces Institute of Pathology, Charles N. Farmer

Majaczył w strasznej gorączce, nie poznawał nikogo, bredził, zrywał się, przeklinał życie, wołał matki.
— Tyfus i zapalenie mózgu — rzekł spokojnie doktor, kładąc lodowe okłady.
— Ale wychodzi się z tego? — spytał niespokojnie naczelnik.
— Jeden na stu czasem.
Dziad Polikarp nie pytał, nie odzywał się, nie wtrącał do rady i pomocy. Siadł ciężko na łóżku, nie spuszczał oczu z wyniszczonej twarzy chorego.
Straszne było to bredzenie w głuchej nocy. Śmierć wyciągała kościste ramię i w oczach starca wydzierała mu jego skarb, a on był jak dziecko bezsilny! On, pyszny jak szatan i taki możny!… *

Komplikacje duru brzusznego obejmować mogą perforację jelit, uszkodzenia innych narządów, jak mięsień sercowy czy wątroba, zapalenie opon mózgowych i mózgu, a także objawy neurologiczne. Śmiertelność u nieleczonych osób wynosi 10%, przy zastosowaniu antybiotyków – poniżej 2%. Charakterystyczną cechą choroby jest także stan nosicielstwa. Występuje on u około 2 do 5 % pacjentów po przebyciu duru. Bakterie wykazują ścisłe powinowactwo do pęcherzyka żółciowego i trakcie rozprzestrzeniania się po organizmie osiedlają się tam, tworząc biofilm, który chroni je przed antybiotykami. Kolonizacja pęcherzyka żółciowego oraz następujące po niej periodyczne wydalanie bakterii z kałem uważa się za główny i podstawowy problem z durem brzusznym – nosiciele stanowią rezerwuar drobnoustrojów oraz źródło zakażenia dla ludzi z ich otoczenia. Historycznym przykładem takiego nosicielstwa była Mary Mallon – „Tyfusowa Mary” – kucharka, która swego czasu zaraziła durem dziesiątki osób.

stones
Biofilm na kamieniach żółciowych u nosiciela S. Typhi (z prawej; z lewej brak biofilmu). Źródło: publikacja #2

Przy leczeniu duru brzusznego konieczne są antybiotyki. Problemem jest narastająca oporność S. Typhi na terapię z ich użyciem (wielolekooporne szczepy), a także fakt, że sama antybiotykoterapia nie jest w stanie zlikwidować stanu nosicielstwa. W tych wypadkach polecane jest kombinacja: antybiotyki plus usunięcie pęcherzyka żółciowego (sama cholecystektomia też nie pomoże – bakterie mogą ukryć się w wątrobie czy drogach żółciowych).

Dur brzuszny to nie byle co, choć faktycznie szczęśliwie ludzie mieszkający w Europie Zachodniej czy USA są generalnie bezpieczni. Globalnie choruje nań ponad 20 milionów ludzi rocznie (może nawet powyżej 30 mln), a ponad 200 tysięcy umiera (inne dane mówią o nawet 500 tysiącach), ze szczególnym uwzględnieniem dzieci.

Clipboard-10
Dur brzuszny na świecie. Źródło: publikacja #3

Dlatego właśnie, nawet przy ogromnej ekscytacji podróżą w jakieś piękne, egzotyczne miejsca, warto pomyśleć o szczepieniach. Dostępne są różne szczepionki przeciw durowi brzusznemu, mogą one zawierać całe bakterie, bądź też wspomniany wyżej oczyszczony polisacharyd otoczkowy Vi. Ponieważ szczepionka nie działa stuprocentowo, warto pamiętać także o innych zdroworozsądkowych zasadach przy okazji wyjazdu. Taką cenną zasadą, którą poczęstowano mnie podczas wstrzykiwania straszliwej trucizny w postaci antygenu Vi (z żalem informuję przy okazji, iż nie doświadczyłam żadnych okropnych NOPów, poza siniakiem na ramieniu, ale możliwe, że to z powodu przyjmowania trzech szczepionek naraz), jest: boil it, peel it, cook it, wash it or forget it!

ResearchBlogging.org
Literatura:
1. Dougan, G., & Baker, S. (2014). Salmonella enterica Serovar Typhi and the Pathogenesis of Typhoid Fever
Annual Review of Microbiology, 68 (1), 317-336 DOI: 10.1146/annurev-micro-091313-103739

2. Gunn, J., Marshall, J., Baker, S., Dongol, S., Charles, R., & Ryan, E. (2014). Salmonella chronic carriage: epidemiology, diagnosis, and gallbladder persistence Trends in Microbiology, 22 (11), 648-655 DOI: 10.1016/j.tim.2014.06.007
3. Crump JA, Luby SP, Mintz ED. The global burden of typhoid fever. Bulletin of the World Health Organization 2004; 82: 346-353.
4. http://www.microbiologybook.org/
5. http://www.szczepienia.pzh.gov.pl/main.php
6. * Fragmenty: „Straszny dziadunio” Maria Rodziewiczówna

Marburg

Notka dzisiejsza to szczyt lenistwa. Ale ponieważ dużo się mówi o wirusie Ebola i o eboli (tutaj i tutaj chociażby), a przy okazji co i rusz wychodzi, że wcale wszystkiego nie wiadomo (tutaj i tutaj), a wprost przeciwnie, to dzisiaj dla odmiany kuzyn. Kuzyn, o którym to właśnie wirus Ebola powiedziałby, że to my brother from another mother. Kuzyn przedstawiony na kartach książki, dzięki czemu, jak wspomniałam, leniwa notka. Kuzyn słowami kogoś, kto go macał na żywo. Kuzyn, czyli wirus należący podobnie jak Ebola do rodziny Filoviridae. Kuzyn powodujący chorobę o objawach klinicznych wielce zbliżonych do eboli. Czyli wirus Marburg.

Zamieszczone niżej fragmenty pochodzą z pasjonującej książki Kena Alibeka Biohazard. Pasjonującej nie tylko ze względu na opisy broni biologicznej czy temu podobnych bakterii, ale także kwestii pozanaukowych. Kto go tam wie, tego Alibeka, ile sobie dofantazjował, ale do opisów, jak przy okazji wizytacji Amerykanów w radzieckich instytutach badania broni biologicznej Rosjanie udają, że jeden jedyny klucz do drzwi (bo resztę pogubili) zabrał cieć i gdzieś z nim przepadł, w związku z czym nie mogą pokazać szanownym amerykańskim kolegom laboratoriów, doprawdy warto zajrzeć. A przy okazji przeczytać całość.

Zatem fragmenty tylko. Tak właśnie się umiera na zakażenie spowodowane filowirusami.

IMG_0654

IMG_0665

IMG_0662

IMG_0663

IMG_0659

TYLKO NAUKA

Otóż powstało coś takiego: TYLKO NAUKA

W założeniu ma to być strona gromadząca w jednym miejscu linki do tekstów/artykułów/blogonotek traktujacych o zajmujących kwestiach: szczepionkach, antywackach, pseudonauce, i tak dalej.

Zalinkowane artykuły są nie tylko dobre merytorycznie, ale i interesujące dla czytelników wielu specjalności. Nad ich jakością czuwa fachowa rada nadzorcza, a wszystko w żelaznej dłoni dzierży prezes, czyli zarząd.

Strona nie jest bynajmniej skończona. Na pewno znaleźlibyście i znajdziecie mnóstwo ciekawych tekstów, które powinny się na niej znaleźć. Jeśli tak, proszę o kontakt. Zróbmy razem miejsce, które przydać się może w przyszłych dyskusjach na ww. tematy.

https://sporothrix.files.wordpress.com/2015/09/clipboard-11.jpg

Od polio chcę mieć Ukrainę wolną

ResearchBlogging.org

Wszyscy zapewne czytali o alarmujących przypadkach polio u dwójki dzieci na Ukrainie. Porażenia nie spowodował tak zwany „dziki” wirus, a wirus szczepionkowy, co naturalnie musiało wzbudzić reakcję antywacków pod hasłem: „szczepionki to zuo i nie stosujmy ich, bo powodują chorobę – czyli szach mat, prowacki!”

A kiedy dodamy do tego jeszcze opublikowaną bardzo niedawno historię pana, który po zaszczepieniu przeciw polio rozsiewał wirusy szczepionkowe przez niemal trzy dekady (!), to już w ogóle czarna rozpacz, a szczepionki przeciw polio mają miejsce wyłącznie w śmietniku.

Tylko że nie.

Warto jednak przyjrzeć się tym wypadkom, bo pytania i wątpliwości mają prawo zaistnieć, także u osób nastawionych pozytywnie do szczepień, i zastanowić na spokojnie, co właściwie dzieje się w takiej szczepionce i o co w tym wszystkim chodzi.

Otóż mamy, jak wiadomo, dwie szczepionki przeciw wirusom poliomyelitis. O obu pisałam tutaj. Problem dotyczy tej jednej, tzw. „atenuowanej”, OPV (oral polio vaccine), czyli tej zawierającej nie zabite wirusy (a dokładniej – nie unieszkodliwione tak, żeby nie dały rady wieść swojego normalnego cyklu namnażania), a wirusy osłabione. „Żywe” (na ile można tak powiedzieć o wirusach), ale osłabione. Osłabienie wirusów w tym wypadku oznacza, że mogą się one namnażać w organizmie człowieka, stymulują powstanie odpowiedzi immunologicznej, czyli powodują powstanie odporności przeciw chorobie, ale samej choroby nie są w stanie wywołać. Zwięźlej: są immunogenne, ale nie wirulentne. Mowa tu oczywiście o zdrowym organizmie osoby szczepionej, gdyż w wypadku stanów czy też schorzeń charakteryzujących się obniżoną odpornością możliwe jest to, że wirus szczepionkowy wywoła zakażenie (tzw. VAPP – vaccine associated paralitic polio). Stąd zresztą przeciwwskazanie do szczepień szczepionkami atenuowanymi u osób z zaburzeniami funkcjonowania układu immunologicznego.

To dotyczy generalnie wszystkich szczepionek „żywych”. Szczególną cechą szczepionkowego wirusa polio jest to, że łatwo może on rewertować do formy wirulentnej. Ten żargon oznacza, że wirus może – na skutek mutacji – wrócić do swojej normalnej, silnej, zakażającej i powodującej choroby postaci. Ponadto jest to wirus RNA, czyli jego genom to kwas rybonukleinowy, używający do replikacji (czyli zwiększania ilości) swojego genomu enzymu o ładnej nazwie: polimeraza RNA zależna od RNA.

Ogólnie rzecz biorąc, wirusowe polimerazy RNA są mistrzami w robieniu błędów, szczególnie te, które jako matrycę wykorzystują RNA. Oczywiście, wszystkie polimerazy robią błędy, także te DNA, różnica polega jednak na różnej jakości mechanizmach naprawczych. W przypadku polimeraz DNA, po zrobieniu błędu przy replikacji, a zdarza się to z częstością raz na 10 milionów – raz na miliard dobudowywanych nukleotydów, potrafią one błąd naprawić. Także polimerazy RNA, wykorzystujące DNA jako matrycę, umieją sobie radzić z własnymi pomyłkami. Najgorzej za to sytuacja wygląda w przypadku polimeraz RNA wykorzystujących RNA. Te robią błędy bardzo często (średnio raz na 10000 nukleotydów). I albo nie umieją zupełnie ich naprawić, albo też robią to beznadziejnie (zdania wśród naukowców są podzielone).

Zatem jeśli rozważymy wirusy polio, których genom to trochę mniej niż 10000 nukleotydów RNA, i które replikują swój genom używając polimerazy RNA na matrycy RNA, nie zdziwimy się specjalnie, że przy każdym pojedynczym procesie namnażania powstanie mutant. Czyli wirus inny, niż ten na początku.

Czyli także inny, co należy podkreślić, niż ten zastosowany w szczepionce. Czy już się boimy? No to przestraszę was jeszcze bardziej – taka rewersja do formy wirulentnej w przypadku szczepionkowych wirusów polio zdarza się najprawdopodobniej u każdego (tak!) zaszczepionego. A biorąc pod uwagę fakt, że osoba zaszczepiona „sieje” wirusy w kale średnio do kilku tygodni po szczepieniu i że takie wirusy-rewertanty mogą wywołać porażenne polio (tzw. cVDPV – circulating vaccine-derived polioviruses) – cóż, w tym momencie wszyscy myślimy już, że na cholerę nam ta szczepionka?

Tylko że znowu nie.

Sytuacja, że wirus szczepionkowy wywoła chorobę, jest bardzo rzadka. Ekstremalnie rzadka. Do tego stopnia, że zyski stosowania szczepionki zdecydowanie przeważają ewentualne działania niepożądane. Zauważmy, że facet z Wielkiej Brytanii rozprzestrzeniał wirusy przez 30 lat (a takich osób jak on jest, albo może być, więcej), i co mu z tego przyszło? Nic specjalnego. Nie stanowił zagrożenia dla zdrowia publicznego. Dlaczego? Bo większość populacji w Wielkiej Brytanii jest dostatecznie uodporniona za pomocą szczepionek. Sytuacja taka, jak w tej chwili na Ukrainie, zdarza się natomiast w populacji, która jest niedoszczepiona. Takiej, w której nie zaszczepiono większości osób (dane dla Ukrainy dla 2014 roku mówią o zaledwie 50% zaszczepionych). Te osoby są wrażliwe na infekcję również szczepem wirusa cVDPV, a wirus taki swobodnie hula między nimi.

Stąd wypływa parę wniosków. Po pierwsze – programy powszechnych szczepień powinny być realizowane wszędzie, do momentu eradykacji. Bez wahań, bez dawania posłuchu antywackom czy oszołomom, bez wyjątków. Niezależnie od opinii, że „po co szczepić przeciw polio w Europie, skoro polio w Europie nie ma”. Szczepienia muszą obejmować całe populacje, nie tylko wybrane osoby. Po drugie – istnieje także opcja zmiany szczepionki OPV na tę drugą, „zabitą”, IPV (inactivated polio vaccine), gdzie nie ma szansy na rewersję wirusów do zjadliwej formy. Ma ona oczywiście także swoje minusy w stosunku do OPV, decyzja zatem powinna być podjęta po analizie wszelkich czynników, szczególnie epidemiologicznych. Po trzecie jednak – nie warto się trwożyć. Szczepionka jest, jaka jest, bo taka jest biologia wirusa polio – a biologia ta jest, na marginesie, bardzo irytująca i pełna paradoksów (z ludzkiego punktu widzenia). Nic z tym nie zrobimy. Możemy tylko wykorzystać ją (i wiedzę o biologii, i szczepionkę) do maksimum na swoją korzyść, nie dając wirusom specjalnych forów. Jak mawiał Alastor Moody – stała czujność, pełen cykl szczepień!

Literatura:
1. Dunn, G., Klapsa, D., Wilton, T., Stone, L., Minor, P., & Martin, J. (2015). Twenty-Eight Years of Poliovirus Replication in an Immunodeficient Individual: Impact on the Global Polio Eradication Initiative PLOS Pathogens, 11 (8) DOI: 10.1371/journal.ppat.1005114
2.http://www.polioeradication.org/Polioandprevention/Thevaccines/Oralpoliovaccine(OPV).aspx
3. http://www.cdc.gov/vaccines/pubs/pinkbook/downloads/polio.pdf
4. http://www.who.int/csr/don/01-september-2015-polio/en/
5. http://www.virology.ws/2009/05/10/the-error-prone-ways-of-rna-synthesis/

Koronki

Uwaga na początek – notka będzie i osobista, i ładna (choć smutna) obecnością pewnego sympatycznego blond stworzenia, ale i będzie zawierała parę kolorowych, choć niezalecanych przy posiłkach ilustracji. Metaforycznie więc wyszarpujemy metaforyczne flaki, a wszystko z muzycznym podkładem.

Jak można wspominać nieżyjącego ukochanego artystę? Jak cenić twórczość, kochać, uwielbiać muzykę, doceniać kompozycje, padać na kolana przed wirtuozerią?

Wskazane – nieco pompatyczne oraz wzruszające – byłoby zapewne coś takiego:

„Koronki. Koronki są na chwile uroczyste – na twoje zwycięstwa, na wyjątkowe wschody słońca, na jakieś udane blond dzieło naszego Stwórcy,
NLN_Jeff_Hanneman_02
na nocną rozmowę z kimś, kto rozumie. Koronki szare lub srebrzyste, bardzo ażurowe. Koronki z najcieńszych nitek, delikatne, jasne i świetliste. Koronki z grubej bawełny, kremowe, puszyste. Koronki mokre od łez, splecione Postmortem. Koronki robione na cztery ręce z Kerrym, kakofonia wspólnych koronek. Koronki przycięte, obrębione na brzegach – do związania włosów Toma. Czasami trochę zmięte, ale widać, że to nie zwykła wstążka. Anioł Śmierci także powstał z koronek. Boże, dzięki za klocki i nici. Reszta to już Jeff.” *

Można też pisać z szacunkiem, kłaniając się głęboko, głębiej i jeszcze głębiej.
Można też nadać imię, jeśli gdzieś się napatoczy jakieś rondo.

A mając na przykład mikrobiologiczne zboczenie, można ocalać od zapomnienia nie tylko twórczość, ale i to, co zdarzyło się kilka lat temu. W wielkim skrócie:
Pobyt u znajomych, relaks w jacuzzi. Nagłe ukłucie w ramię, pewnie jakiś pająk czy coś takiego. Powrót do domu. „Kochanie, nie chcę cię martwić, ale musisz coś zobaczyć”. Przerażona żona widzi ramię – spuchnięte na całej długości, trzy razy większe niż normalnie, obolałe, zaczerwienione, twarde w dotyku. Jechać na ostry dyżur? E tam. Kto by zwracał uwagę na jakieś ugryzienie jakiegoś robala. No i jak tu dyskutować z kimś nie za bardzo trzeźwym?
Następnego dnia żona upiera się jednak. Ból nie do wytrzymania. Szpital. Tam reagują podejrzanie poważnie. Martwicze zapalenie powięzi. „Proszę pożegnać się z mężem, jest bardzo prawdopodobne, że nie wyjdzie z tego.” Lekarz rozpoznaje pacjenta. „Panie Hanneman, najpierw zajmiemy się ratowaniem pańskiego życia, potem ręki, a na końcu kariery.”

**********************************************************

ResearchBlogging.org

Martwicze zapalenie powięzi to rzadka na szczęście, ale bardzo poważna choroba. Opisywana od bardzo dawna (już Hipokrates w V wieku p.n.e., i tak dalej) popularność zyskała w latach 90. zeszłego wieku, gdyż od tego czasu prasa z lubością opisywała przypadki zakażeń bakteriami pożerającymi ciało (flesh-eating bacteria). O chorobie i jej ogromnej śmiertelności wspominali lekarze wojskowi w XIX wieku, Fournier opisywał malownicze, acz pewnie mało radujące pacjentów, objawy szczególnej postaci martwiczego zapalenia powięzi dotyczącej obszarów genitalnych (tzw. zgorzel Fourniera – lepiej nawet nie zaglądać), a w połowie XX wieku przyjęto nazwę dla schorzenia. Martwicze zapalenie powięzi zaczęło oficjalnie oznaczać zapalenie podskórnej tkanki tłuszczowej i błon łącznotkankowych tworzących powięzie, z towarzyszącym temu niszczeniem mięśni.

Choroba zaczyna się często niewinnie, od ukąszenia jakiegoś owada, przy okazji przecięcia, a nawet otarcia skóry, oparzenia, naciągnięcia mieśni, może pojawić się także jako powikłanie ospy wietrznej (ospa-party naprawdę nie są dobrym pomysłem). Opisano także przypadek pana, który sam ugryzł się w górną wargę, po czym rozwinęło się u niego to właśnie zakażenie,

Clipboard-2
Fotki z pierwszej cytowanej publikacji

a także nastolatka, który zmarł niedługo po zabiegu dentystycznym.

Po takim właśnie niepozornym uszkodzeniu skóra staje się głównym miejscem wtargnięcia różnorakich gatunków agresywnych, produkujących różne toksyny drobnoustrojów (patrz tabela niżej), które nie muszą dłużej martwić się pokonywaniem tej mocnej, a normalnie nienaruszonej, bariery.

Clipboard-1
Tabela z drugiej cytowanej publikacji

Obecnie przyjmuje się, że zwykle nie jeden, a mieszanka kilku drobnoustrojów odpowiedzialna jest za infekcję. Z tego względu także martwicze zapalenie powięzi dzieli się na trzy typy. Typ 1 stanowi 80-90% wszystkich przypadków, a jest wynikiem działania paciorkowców grupy nie-A wraz z towarzyszącymi bezwzględnymi i względnymi beztlenowcami. Typ ten związany jest z powikłaniami pooperacyjnymi w obrębie jamy brzusznej i w okolicach genitaliów, występuje też u chorych z immunosupresją. Typ 2 z kolei to typowe zakażenie bakteriami pożerającymi ciało: główną rolę gra Streptococcus pyogenes, który lubi atakować zdrowych ludzi i wybitnie agresywnie produkuje mnóstwo umożliwiających mu inwazję czynników zjadliwości. Przy tym wszystkim uznany jest za jeden z niewielu drobnoustrojów, które spowodować mogą zakażenie rany, skóry i tkanki podskórnej i zapalenie powięzi w ciągu 24 godzin od zabiegu operacyjnego. Typ 3 natomiast związany jest z zakażeniem żyjącymi w słonej wodzie przecinkowcami, zatem do infekcji dojść może przez uszkodzoną w wodzie skórę.

Chociaż wymienia się często rozmaite czynniki ryzyka martwiczego zapalenia powięzi (cukrzyca, niedożywienie, choroby układu krążenia, alkoholizm, i wiele innych), wiele przypadków występuje u osób ogólnie zdrowych i z silnymi organizmami.

Martwicze zapalenie powięzi zaczyna się, jak wspomniałam wyżej, niewinnie, od niewielkiego zaczerwienienia skóry, po czym nagle i niespodziewanie następuje gwałtowne pogorszenie stanu pacjenta, z zakażeniem posuwającym się w sposób piorunujący i z ogólnoustrojową toksemią. Wczesna diagnostyka jest utrudniona, infekcja przypomina cellulitis, i to jest zresztą przyczyna dużej śmiertelności. Cellulitis leczy się bowiem antybiotykami, co jest niewystarczające w przypadkach martwiczego zapalenia powięzi. W wypadkach tych koniecznej antybiotykoterapii musi towarzyszyć dokładne i obszerne oczyszczenie rany.

Zakażenie rozprzestrzenia się szybko i można wówczas obserwować klasyczne objawy: powstawanie pęcherzy, wykwitów i krwiaków na skórze,

Clipboard-3
Fotka z trzeciej cytowanej publikacji

z sączącym się z nich płynem, a także zaczerwienienie i w ogóle zmiany koloru skóry,

Clipboard-5
Fotka z drugiej cytowanej publikacji
Clipboard-4
Fotka z czwartej cytowanej publikacji

opuchliznę, słyszalną obecność wytwarzanego w tkankach gazu, oraz wszechobecny ból – wszystko to nieproporcjonalnie duże w swoim nasileniu. Pojawia się martwica tkanek podskórnych z charakterystycznym nieprzyjemnym zapachem, niszczone są nerwy obwodowe, w naczyniach powstają zakrzepy, w tkankach duża ilość ropy, współpracy odmawiają narządy wewnętrzne, a stan pacjenta pogarsza się błyskawicznie, aż do zgonu. Śmiertelność może dochodzić nawet do 75%.

Uratować chorego może szybka interwencja chirurgiczna, czyli po prostu wycięcie całej niszczonej tkanki, ile się da. Jest to jedyna udowodniona metoda zwiększająca szanse pacjentów na przeżycie. Towarzyszyć jej powinny: antybiotykoterapia o szerokim spektrum działania oraz wspomaganie oddychania i odpowiednie odżywianie organizmu, ze względu na gwałtowną utratę płynów, elektrolitów i składników odżywczych, podobnie jak u pacjentów po oparzeniach. Ważna jest także odpowiednia terapia bólu, a także zabiegi obejmujące chirurgię rekonstrukcyjną i plastyczną.

*************************************************************

I wracając do blond stworzenia, o którym myślałam pisząc notkę – tak właśnie było w jego przypadku: śpiączka farmakologiczna, operacje (liczba mnoga), oczyszczanie rany, przeszczepy skóry. Udało się, fizycznie, choć ramię i przedramię sprawiały wstrząsające wrażenie.
jeff hannemanA psychicznie? Depresja, ciągnąca się jeszcze od śmierci ojca. Zapalenie stawów i trudności z graniem. Wreszcie Big 4 Tour i ten cholerny zespół pieprzonych przyjaciół, którzy chyba zawsze patrzyli głównie na czubki własnych nosów, a teraz w ogóle przestali się przejmować. Alkohol. Marskość wątroby. Śmierć.

Pozostaje tylko okropnie tęsknić. I żałować, że w szczególności solówki nigdy nie będą już tak piękne, a świat i życie stracą mocno na urodzie w ogólności. Ale to już zupełnie inna historia.

************************************************************

Literatura:
1. Lee, J., Hsiao, H., & Tzeng, S. (2011). Facial Necrotizing Fasciitis Secondary to Accidental Bite of the Upper Lip The Journal of Emergency Medicine, 41 (1) DOI: 10.1016/j.jemermed.2007.11.043
2. Bellapianta JM, Ljungquist K, Tobin E, & Uhl R (2009). Necrotizing fasciitis. The Journal of the American Academy of Orthopaedic Surgeons, 17 (3), 174-82 PMID: 19264710
3.Uzel, A., Steinmann, G., Bertino, R., & Korsaga, A. (2009). Dermohypodermite bactérienne et phlegmon du membre supérieur par morsure de scolopendre : à propos de deux cas Chirurgie de la Main, 28 (5), 322-325 DOI: 10.1016/j.main.2009.05.001
4. Fernando, D., Kaluarachchi, C., & Ratnatunga, C. (2013). Necrotizing Fasciitis and Death Following an Insect Bite The American Journal of Forensic Medicine and Pathology, 34 (3), 234-236 DOI: 10.1097/PAF.0b013e3182a18b0b

* (Przepraszam nieznaną mi panią Martę, autorkę Koronek, przerobionych przeze mnie. Koronkowy tekst ukazał się nieprawdopodobnie dawno temu, dotyczył kogo innego, więc jeśli autorka to przypadkiem czyta i kontekst budzi w niej żywiołowy sprzeciw – proszę się odezwać, skasuję.)

Kotlet z kota

ResearchBlogging.org

Ponieważ zaproszona zostałam do współpracy, oby długiej i owocnej, z szacownym portalem Biotechnologia.pl (P.T. Czytelników zapraszam tam nie tylko celem odwiedzin na moim blogasku, chociaż przede wszystkim dlatego rzecz jasna), wypadałoby się jakoś przedstawić oraz zareklamować. A czyż można to zrobić lepiej, niż za pomocą kotków, kotełów, kotów i kotów w pudełkach? Oraz ewentualnie kulinariów?
W tej sytuacji kuchnia na dziś proponuje kotki, w formie grzybowych kot-letów z kota, zwanych także tragicznymi krwawymi kotlecikami (© pani Musierowicz). Czujcie się ostrzeżeni.

O sobie…, ee, to znaczy o grzybie z rodzaju Sporothrix pisałam dawno temu: Sporothrix.

Ogólnie rzecz biorąc, kwestie podstawowe nie uległy zmianie. Nadal wiadomo, że Sporothrix sp. to najpiękniejszy grzyb na świecie, bo jakżeby inaczej.

Z lewej stokrotki, czyli konidiofory z konidiami, z prawej kolonia.
Sporothrix schenckii. Z lewej stokrotki, czyli konidiofory z konidiami (stąd), z prawej kolonia grzyba na szalce (stąd).

Wiadomo, że to grzyb dimorficzny (tzn. że w różnych temperaturach lubi rosnąć różnie, czasem jak drożdżak, a czasem jak grzyb pleśniowy), że występuje powszechnie niemal wszędzie na świecie, lubi mieszkać w ziemi i rozkładających się roślinach, a najwięcej zakażeń ma miejsce w rejonach tropikalnych i subtropikalnych.

Geograficzna dystrybucja danych na temat sporotrychoz, w zależności od rodzaju badań opisywanych w publikacjach. Ilustracja dotyczy artykułów opublikowanych w XXI wieku.
Geograficzna dystrybucja danych na temat sporotrychoz (w zależności od rodzaju badań opisywanych w publikacjach). Na obrazku zebrano dane z artykułów opublikowanych w XXI wieku. Mapa pochodzi z pierwszej cytowanej publikacji.

Tradycyjnie (klasycznie można rzec) do zakażenia dochodzi na skutek ukłucia kolcem róży, bo na kolcach tych grzyb lubi się wylegiwać (stąd popularna nazwa sporotrychozy to choroba hodowców róż), możliwa jest też infekcja odzwierzęca. Po wniknięciu do organizmu człowieka grzyb powoduje powstanie podskórnych grudek, szerzy się bowiem i rozprzestrzenia naczyniami limfatycznymi (zdjęcia w notce). W ciężkich, powikłanych przypadkach choroba (np. sporotrychoza pozaskórna, czy sporotrychoza rozsiana u pacjentów z immunosupresją) stanowi zagrożenie życia.

Nieskomplikowane przypadki sporotrychozy mogą czasem samoistnie mijać, większość pacjentów wymaga jednak terapii. Stosuje się leki przeciwgrzybicze (itrakonazol, amfoterycyna B w przypadkach sporotrychozy rozsianej), a leczenie jest bardzo długotrwałe. Skutecznym lekiem jest także jodek potasu (mechanizm jego działania nie jest znany).

Te wszystkie informacje nie stanowią specjalnie niczego nowego. W ciągu jednak ostatnich lat obserwujemy zmiany w zakresie epidemiologii grzybów z rodzaju Sporothrix. Po pierwsze, nie jest tak, jak pisałam w starej notce, że w zasadzie Sporothrix sp. to tylko jeden liczący się gatunek – Sporothrix schenckii sensu lato. Po przeprowadzonej analizie filogenetycznej naukowcy zaproponowali istnienie kompleksu S. schenckii, z kilkoma ważnymi w medycynie kladami: S. brasiliensis (klad I), S. schenckii sensu stricto (klad II), S. globosa (klad III) i S. luriei (klad IV). Klady te różnią się od siebie rodzajem gospodarza, na którym lubią bytować, występowaniem oraz wrażliwością na leki.

Niezwykle ważnym patogenem wydaje się być obecnie S. brasiliensis. Występuje w Brazylii, a jego niewrażliwość na wyższe temperatury jest prawdopodobnie przyczyną (niejedyną zapewne), że atakuje koty oraz że powoduje więcej zakażeń, jest także bardziej agresywny i oporny na leki, niż inne gatunki.

To właśnie Sporothrix brasiliensis zmienił i zmienia nasze spojrzenie na sporotrychozy. Ze stosunkowo niegroźnego i nieszczególnie trapiącego ludzkość zakażenia, grzybica ta stała się jedną z groźniejszych chorób, występujących szczególnie w biedniejszych rejonach miejskich niektórych rejonów świata. Co więcej, rozprzestrzenia się łatwo między kotami (dzięki ich walkom, pogryzieniom i podrapaniom), a koty przenoszą ją na ludzi, również drapiąc czy gryząc, choć notuje się także zakażenia przez nieuszkodzoną skórę. Wszystko to następuje bardzo szybko, specjaliści w tej chwili ostrzegają przed epidemiami kociej sporotrychozy (z zagrożeniem dla ludzi) w miejskich rejonach Rio de Janeiro, São Paulo oraz rejonie Rio Grande do Sul. Dzięki więc sporej zjadliwości, kotom (domowym i zdziczałym), łatwemu przenoszeniu się między tymi zwierzętami, marnym warunkom higienicznym, w których żyją ludzie, a także dzięki szybkiemu atakowaniu ludzi z zaburzeniami odporności – Sporothrix sp. przestał być jakimś tam nieważnym patogenem, o którym mało kto słyszał, stał się za to jednym z bardziej niebezpiecznych grzybów w Brazylii, a sporotrychoza znaczącą zoonozą, o której mówi się coraz częściej w kontekście groźnej/groźnych epidemii.

Clipboard-1
Kocia sporotrychoza. Wilgotne wrzodziejące zmiany, często w okolicy łebka (A). Wychudzenie zwierzęcia wraz z postępem choroby (B). Zdjęcie pochodzi z drugiej cytowanej publikacji.
Clipboard-3
Łapa pełna kociej sporotrychozy. Zdjęcie pochodzi z tego wpisu, za zwrócenie uwagi na który – jak i za inspirację do notki – dziękuję Autorowi bloga Szescstopni.
Clipboard-2
Sporotrychoza (spowodowana S. schenckii) u weterynarza leczącego kota zakażonego tym patogenem. Zdjęcie pochodzi z trzeciej cytowanej publikacji.

Zatem, ponieważ nie wiadomo, co jeszcze grzybowi może strzelić do głowy, trzymajmy rękę na pulsie. W tym celu, jeśli ktoś ma zbędne grosze w kieszeni, zapraszam do zainteresowania się konferencją naukową organizowaną przez Working Group on Sporothrix and sporotrichosis of the International Society for Human and Animal Mycology: 2nd International Meeting on Sporothrix and sporotrichosis odbędzie się w Meksyku w 2016 roku.

Znacznie więcej informacji:
1. Barros, M., de Almeida Paes, R., & Schubach, A. (2011). Sporothrix schenckii and Sporotrichosis Clinical Microbiology Reviews, 24 (4), 633-654 DOI: 10.1128/CMR.00007-11
2. Montenegro H, Rodrigues AM, Dias MA, da Silva EA, Bernardi F, & de Camargo ZP (2014). Feline sporotrichosis due to Sporothrix brasiliensis: an emerging animal infection in São Paulo, Brazil. BMC veterinary research, 10 (1) PMID: 25407096
3. Welsh RD (2003). Sporotrichosis. Journal of the American Veterinary Medical Association, 223 (8), 1123-6 PMID: 14584741
4. Lopes-Bezerra, L., & Mora-Montes, H. (2015). Sporothrix and sporotrichosis: Contributions from the first international meeting sponsored by the Working Group on Sporothrix and sporotrichosis of the International Society for Human and Animal Mycology, Rio de Janeiro, Brazil, October, 2013 Medical Mycology, 53 (1), 1-2 DOI: 10.1093/mmy/myu096

Fakty o szczepieniach

Zebrało się parę osób. Tak się przedstawiamy, choć tekst jest nadal modyfikowany, poprawiany i układany:

Jesteśmy nieformalną grupą. Są wśród nas nauczyciele, budowlańcy, naukowcy, informatycy, lekarze, kierowcy… 

Połączyła nas troska o zdrowie naszych dzieci, naszych siostrzeńców, bratanków, wnuków, kuzynów oraz ich kolegów. Troska podsycana przez napływające z zagranicy informacje o coraz częstszych i większych ogniskach chorób zakaźnych do niedawna uznawanych za praktycznie wyeliminowane z życia społeczeństw w rozwiniętych krajach.

Zatem na początek – tłumaczenie znakomitego komiksu. Warto zajrzeć!

Clipboard-1

 

Ooops, you did it again

Tytuł odnosi się oczywiście do przepięknego i wręcz książkowego (istnieje coś takiego?) oraz przysłowiowego (są takie przysłowia?) objawu prawdopośrodkizmu. Ze strony Wyborczej oczywiście, czyli możecie się w tym miejscu spodziewać tradycyjnie osobistej, nienawistnej i z klapkami na oczach notki krytykującej GW. Prawdopośrodkizm niczym koń – jaki jest, każdy widzi, ale pozwólcie, że wytłumaczę. Pochodzi od argumentum ad temperantiam, a oznacza zwyczajnie, że prawda leży pośrodku, przeciwne opinie te mają więc tę samą wagę, czyli w dyskusji rację ma ten, kto przedstawi kompromis między nimi.

Wyborcza (a w tym wypadku mowa a dziale naukowym) po raz kolejny znęca się nad tą nieszczęsną prawdą, co to leży pośrodku. Tym razem publikując – obok, tego samego dnia – fantastyczny, wnikliwy, rzetelny i bardzo interesujący artykuł Barta oraz wykwit jakiegoś odjeżdżającego peronu pani red. Kossobudzkiej. Bart występuje jako bloger (w pierwszej wersji w dodatku „zajmujący się medycyną alternatywną”, co ma pełne prawo nasuwać skojarzenia o gościu leczącym/doradzającym leczenie za pomocą wahadełek i homełka), mając za adwersarkę nagradzaną i cenioną popularyzatorkę nauki. Której tekst wygląda wprawdzie jak napisany na kolanie, szybko, między dobranocką a kolacją, ale co z tego. To i tak lepsze niż jakiś tam bloger. Ci, którzy Barta znają i kochają, oraz przy okazji wiedzą, że nieważne, kto pisze, byle pisał z sensem, wiedzą również, że jego artykuł zawiera ogromną dawkę wiedzy. Tymczasem ktoś, kto tego nie wie, myśli sobie tak: z jednej strony jakiś facet, bloger jakich tysiące, z drugiej znana dziennikarka popularyzująca wiedzę, laureatka konkursu „Sukces roku w ochronie zdrowia 2013 – liderzy medycyny” w kategorii „Media – dziennikarstwo informacyjne i edukacyjno-społeczne”. Komu wierzyć, komu ufać? Oczywista odpowiedź jest oczywista.

Jasne, że antywacki, w komentarzach zarzucający Bartowi bycie blogerem właśnie, pomijają wygodnie to, że sami głównie uciekają się do mętnych blogaskowych wpisów na mętnych blogaskach. Cóż z tego jednak, chcesz blogera uderzyć, kij się zawsze znajdzie.

A Wyborczej w to graj. Bo w końcu ważne, żeby i prowackom lampkę, i antywackom ogarek. A że troszkę narobi się wody z mózgu tym, co to ani pro-, ani anty-? Kto by się tam tym przejmował.

Moje osobiste lekkie wzburzenie wzbudził szczególnie nie ten fragment tekstu Kossobudzkiej, w którym pisze, że jest przeciwniczką obowiązkowych szczepień. Głupie to, bo głupie, ale jakby mało oryginalne. Znacznie gorszy jest imo ten fragment: Zwolennicy, rozpaczliwie dając im odpór, twierdzą, że szczepić trzeba, bo trzeba. A ci, którzy nie szczepią, to „ciemnogród”. I koniec.

Aha. Znaczy ten cały artykuł Barta, który, przypominam, ukazał się tego samego dnia, to tylko jedno zdanie? Że trzeba, bo trzeba, a jak nie, to jesteście oszołomy, i nic ponadto? I w ogóle wszystkie te notki na blogaskach Barta czy Migg, na blogach Modne BzduryBiokompost, Globalny śmietnik, Nic prostszego czy Miskidomleka, to tylko takie jedno zdanie? Bez żadnych argumentów, bez linków do rzetelnych prac naukowych, bez godzin spędzonych na szukaniu literatury i danych, bez dni spędzanych na dyskusjach, gdzie z anielską (czasem trochę mniejszą) cierpliwością autorki i autorzy tłumaczą, że trzeba, bo to, i to, i to, i to…?

Doprawdy dawno nie widziałam tak żałośnie nachalnego prawdopośrodkowego odwracania kota ogonem. Takiego bezwstydnego i lekceważącego zrównania wiedzy i oddania jednych, a niewiedzy i oszołomstwa innych.

Lecz żeby notka nie była li i jedynie wyrazem osobistego i z klapkami na oczach czepiania się GW, dodam odrobinę wiedzy. Na Nauka, głupcze bowiem komentarze pojawiły się na ogół, przynajmniej do tej pory, dorzeczne i sensowne, ale jeden zawierał fragment, który chcę podkreślić. Komentator napisał: Ja rozumiem, że istnieje coś takiego jak odporność zbiorowa, ale pojedyncze jednostki niezaszczepione nie mają na nią wpływu.

Odporność zbiorowa jest czymś mało zrozumiałym, intuicyjnie nieco bezsensownym, nic dziwnego zatem, że ludzie, jak widać powyżej, jej nie rozumieją. Spróbujmy zatem pochylić się z troską nad tą zbiorową odpornością i napiszmy na jej temat chociaż jedno zdanie. Na przykład takie: odporność zbiorowa to odporność zbiorowa (na ch.j drążyć), a ci, którzy nie szczepią, to ciemnogród, i koniec.

Otóż nie.

ResearchBlogging.org

Termin „odporność zbiorowa” (czy też grupowa, zbiorowiskowa, odporność stada – o herd immunity różnie mawiają) powstał niemal wiek temu. Ale dopiero w latach 70. XX w., przy okazji prowadzonych na szeroką skalę badań nad uodpornieniem społeczeństw, rolą szczepień i ich opłacalnością, zaczęto go tak naprawdę używać. Punktem zwrotnym było opracowanie modelu o progach odporności zbiorowej. Model ten pokazywał, że jeśli odporność (czyli np. w tym wypadku skuteczne szczepionki; zakładana skuteczność wynosiła 100%) została przekazana danej społeczności losowo, i jeśli osoby w tej społeczności także były zróżnicowane losowo – każdy losowy obywatel miał taki kontakt z innymi obywatelami R0, że mógł ich zarazić – liczba przypadków zakażeń spadnie, jeśli proporcja osób odpornych przekroczy (R0 – 1)/R0 (inaczej:  1 – 1/R0). Twierdzenie zobrazowane jest niżej:

Clipboard-1
Rycina (pochodząca z cytowanej publikacji) pokazuje jak wygląda szerzenie się zakażenia przy R0 równym 4 (basic reproduction number R0=4)

Jak widać, w części A mamy trzy generacje wrażliwej na zakażenie populacji, gdzie jedna osoba zakaża cztery inne, wrażliwe. W części B (R0 – 1)/R0 czyli 3/4 populacji jest odporne, co oznacza, że za każdym razem mamy jeden przypadek zakażenia. Oznacza to też, że przy obserwacji tejże populacji ten poziom przekazywania zakażenia będzie się utrzymywał. Spadek nastąpi natomiast, kiedy większy odsetek obywateli będzie odporny. Dlatego też  (R0 – 1)/R0 nazywa się progiem odporności zbiorowej (herd immunity threshold).

Powyższy model został przebadany i przeanalizowany bardzo dokładnie. Zastrzeżenia budziły jego pewne założenia (jak losowe zróżnicowanie populacji), wykazano jednak, że próg odporności zbiorowej może zostać uznany za cel, kiedy epidemiolodzy będą zastanawiać się, jak duży odsetek populacji powinien być zaszczepiony. Oraz, co może ważniejsze, osiągnięcie tegoż progu doprowadzi do eliminacji chorób. Dowiedziono tego w praktyce (no bo model to model) – obserwacje epidemii takich chorób jak odra, ospa wietrzna, świnka, różyczka, polio i krztusiec pokazały, że w istocie zaszczepienie takiej liczby osób w populacji, aby była wyższa niż próg, pozwala na uniknięcie epidemii. W takich wypadkach mamy zatem do czynienia ze zjawiskiem pośredniej ochrony członków społeczności, którzy zaszczepieni być nie mogli, ale uchronili się przed chorobą.

Co ważne, wykazano także, że odporność zbiorowa działa w sposób nie tylko chroniący ludzi przed zakażeniem, ale także przed zaraźliwością danego drobnoustroju i jego zdolnością wywoływania zakażeń w populacji. Tak dzieje się w przypadku szczepień z użyciem skoniugowanych szczepionek przeciw pneumokokom i Haemophilus influenzae. Szczepienia te, nie dotyczące ludzi starszych, znacząco zredukowały liczbę przypadków zakażeń w tejże grupie osób. Nie tylko dlatego, że chroniły szczepionych przed chorobą, ale także przed nosicielstwem bakterii, a co za tym idzie – zmniejszyły szerzenie się drobnoustrojów w populacji.

Ogromnie istotne jest tutaj, aby zdać sobie sprawę z połączenia bezpośredniego działania szczepień z działaniem pośrednim. Odporność zbiorowa pokazuje, że działanie bezpośrednie (zaszczepienie obywateli) chroni nie tylko przed chorobą, ale także obniża ryzyko rozprzestrzeniania patogenów na osoby, które, z braku szczepień, pozostają wrażliwe. Podkreślmy – to właśnie wpływ szczepionek na transmisję zakażenia odpowiada za ich pośredni efekt ochronny. Gdyby szczepionki chroniły tylko bezpośrednio, przed samą chorobą, ale nie zmniejszałyby ryzyka zakażenia czy przeniesienia choroby na kogoś innego, wówczas odporność zbiorowa nie istniałaby. (Takie plotki o niektórych szczepionkach pokazywały się czasami. Mawiano np. że szczepionka inaktywowana przeciw polio działa tylko bezpośrednio, ale już nie pośrednio. Obecnie wiemy, że nie jest to prawdą, a szczepienie szczepionką IPV ma również działanie pośrednie, ergo powoduje powstawanie odporności zbiorowej.)

Wielkość pośredniego efektu działania szczepień zależy oczywiście od wielu czynników: od sposobu przenoszenia się patogenu, od rodzaju odporności wzbudzanej przez daną szczepionkę, od sposobu kontaktowania się ludzi w populacji, wreszcie od  sposobu dystrybucji szczepień – i odporności – w populacjach. Wiedza o tym pozwoliła na opracowanie bardziej skomplikowanych modeli, biorących pod uwagę czynniki, które nie występowały w modelu podstawowym, jak niestuprocentowa skuteczność szczepionek, nielosowo zróżnicowana populacja, nielosowa dystrybucja szczepień, a także istnienie osób nieszczepiących się, korzystających świadomie ze szczepień współobywateli. Istnienie takich osób jest nieuniknione, skoro stosowanie szczepionek niesie ze sobą różnorakie koszta osobiste, od potencjalnych efektów ubocznych, przez cenę, aż do czasu spędzanego na wizycie w przychodni. Ludzie więc chcą podejmować indywidualne decyzje, samodzielnie rozważając ryzyko i choroby, i szczepienia. (No i naturalnie należy tu na sprawę popatrzeć także z innej strony: w kwestię odporności zbiorowej wpisany jest problem obciążania jakimś obowiązkiem pewnej grupy ludzi na rzecz innej grupy. Ci, którzy nie mogą się zaszczepić, nie mogą więc nabyć odporności bezpośrednio, liczą na to, że inni się zaszczepią, zapewniając im ochronę pośrednią. Czy to jest etyczne? Z punktu widzenia państwa? Z punktu widzenia konkretnego obywatela?)

Kiedy poziom wyszczepienia w populacji jest wysoki, ryzyko zakażenia spada. Spada wówczas chęć zaszczepienia się. Podobnie jak wówczas, gdy dany obywatel uważa, że ryzyko związane ze szczepieniem przewyższa ryzyko związane z zachorowaniem. Stąd ogromna rola mediów (przy współpracy ze ściśle minitorującymi odporność zbiorową służbami zdrowia) w propagowaniu szczepień i rzetelnym informowaniu o ryzyku chorób zakaźnych. Z chwilą, gdy mass-media szerzą panikę („obowiązkowe szczepienia to niewola i PRL!”), niechęć do szczepień („nie wszystkie dzieci można szczepić” – na marginesie, to wyjątkowo wstrętny zarzut p. Kossobudzkiej, bo zwolennicy szczepień mówią zawsze o szczepieniach tam, gdzie nie ma przeciwwskazań) oraz bagatelizują choroby i potrzebę profilaktyki („jestem przeciwniczką obowiązkowych szczepień”), liczba nieszczepiących się będzie rosnąć, a poziom wyszczepienia populacji spadać. Aż do momentu, kiedy spadnie poniżej progu i zabawa zacznie się od nowa (zresztą tu i ówdzie już trwa w najlepsze, patrz – krztusiec czy odra w niektórych regionach świata).

O odporności zbiorowej można jeszcze długo i namiętnie. Zachęcam do poczytania, a także do oglądania:

1. Fine, P., Eames, K., & Heymann, D. (2011). „Herd Immunity”: A Rough Guide Clinical Infectious Diseases, 52 (7), 911-916 DOI: 10.1093/cid/cir007
2. http://www.vaccines.gov/basics/protection/
3. http://www.historyofvaccines.org/content/herd-immunity-0
4. https://www.youtube.com/watch?v=f-cKzzPkz2o
5. https://www.youtube.com/watch?v=CPcC4oGB_o8

Tężec? Kto by się tam tężcem przejmował.

Ostatnio jakoś tak się porobiło, że katolicko nastawione media (nie tylko w Polsce) zaczęły dawać posłuch bajdurzeniom o szkodliwości szczepionek. Dało się to zauważyć w przypadku Frondy chociażby, bo, jak wiadomo, ochrona dzieci (nie wspominając o dorosłych, w tym kobietach w ciąży) przed groźnymi chorobami zakaźnymi, a także ewentualnymi zgonami z nimi związanymi, należy do zgubnej cywilizacji śmierci narażając święte życie ludzkie na całym globie… oh, wait.

Na dobitkę media te zamieszczają takie starocie, tak nudne marudzenia prof. Majewskiej (ileż można o tym autyzmie), że doprawdy aż się nie chce tego komentować.

10350522_803839876352690_7993001286414593126_n

Nie żebym czekała na jakieś fajerwerki pomysłów – obawiam się, że mimo iż ludzka pomysłowość często nie ma granic, a ludzie bywają z cicha pęk i w rzeczy samej nadzwyczaj zmyślni, to akurat w wypadku szczepionek lista wydumanych niebezpieczeństw jest jednak skończona. Antywackom pozostają jeremiady na te same oklepane tematy, jedyną rozrywką jest ich recykling co jakiś czas, kiedy ludzie już powoli zapomną.

Tak się stało i tym razem, kiedy to odgrzebano starą, odłożoną do lamusa historię, jak to szczepionka przeciwtężcowa ubezpładnia kobiety  (podkreślam tutaj – przeciwtężcowa, ta rutynowo stosowana w programach szczepień), a co za tym idzie, jest perfidnym planem podstępnych naukowców, skorumpowanych rządów krajów bogatych plus WHO, UNICEF-u i tym podobnych zbrodniczych organizacji. Ich celem jest zniszczenie całych populacji ludzkich w krajach uboższych. Przyznać trzeba, że tym razem to nie polskie media katolickie odkryły Amerykę w konserwach, ale kenijscy biskupi katoliccy. Konserwa była już jednakowoż ździebko nieświeża: informacje o sterylizującym wpływie szczepionki przeciw tężcowi pojawiły się w połowie lat 90. zeszłego wieku. I niestety spowodowały znaczny spadek liczby zaszczepień.

Jak to zatem z tą szczepionką jest?

Jest tak, że powstały dwie szczepionki, i o dwóch mowa będzie w dziejszym tekście. Jedna to tzw. szczepionka Talwara, czyli preparat działający w założeniu antyimplantacyjnie (czy antykoncepcyjnie, jak chciał Talwar). Ta szczepionka nie jest w normalnym użyciu. Druga to szczepionka przeciwtężcowa, stosowana w programach szczepień.

Pierwsza z nich, wymyślona przez Gursarana Prasada Talwara jeszcze w latach 70. zeszłego wieku, to szczepionka zawierająca hCG (ludzką gonadotropinę kosmówkową; tzw. szczepionka Talwara). Gonadotropina powstaje w organizmie kobiecym po zapłodnieniu (nie tylko, za chwilę do tego dojdziemy), jej obecność stymuluje ciałko żółte do wytwarzania progesteronu, co w sumie sprzyja utrzymaniu ciąży. Talwar kombinował więc, że ma znaczenie w procesie implantacji zarodka, a zatem jeśli zablokuje hCG poprzez stymulowanie powstawania przeciwciał przeciw temu hormonowi, to zarodek nie będzie miał szans się zagnieździć. Przekonał się o tym najpierw w badaniach na małpach, a następnie w testach klinicznych u ludzi. Szczepionka w istocie działała nie pozwalając zagnieździć się zarodkom, a nie zaburzając cyklu miesiączkowego. Efekt był wysoce odwracalny – kobiety zachodziły i donosiły zdrowe ciąże po zaprzestaniu stosowania szczepionki [1].

Szczepionka Talwara nie zawierała jedynie hCG, bo hormon ten samotnie jest mało immunogenny (podobnie bywa w przypadku wielu innych szczepionek – dodaje się do nich jakieś białko, aby mocniej stymulowały odpowiedź odpornościową). Trzeba było go do czegoś podczepić, a wybór padł na anatoksynę tężcową. Dlaczego akurat na nią? Bo była bezpieczna, przebadana i dopuszczona do użytku u ludzi. Nie mówiąc już o tym, że liczono na to, że wzbudzi ona także odpowiedź immunologiczną przeciw tężcowi, czyli upieczemy dwie pieczenie przy jednym ogniu.

Niestety, to zapewne spowodowało zły odbiór szczepionki (a nawet obu, do czego zaraz dojdziemy) wśród przedstawicieli Kościoła Katolickiego. Raz, że Talwar mocno podkreślał, iż jego szczepionka nie działała aborcyjnie, a jedynie przeciwimplantacyjnie. KK się z tym zapewne żywiołowo nie zgadzał, biorąc pod uwagę poglądy na początek ciąży. Dwa, że podjednostka β hCG (główny składnik szczepionki Talwara) wykazuje spore podobieństwo do hormonu luteinizującego (LH). Na skutek szczepień powstają więc przeciwciała nie tylko przeciw hCG, ale i LH, co powoduje niepłodność, przynajmniej u małp.

A trzy – ważne, tu zaczynamy mówić o drugiej szczepionce, przeciwtężcowej – że te dwie pieczenie przy jednym ogniu spowodowały powstanie podejrzeń, iż program szczepień to w rzeczywistości ukryta akcja depopulacyjna, zwłaszcza że do szczepienia przeciw tężcowi usilnie namawiano kobiety w wieku rozrodczym. Nic to, że w międzyczasie (w 2006 roku) Talwar zmienił nośnik w swojej szczepionce z anatoksyny tężcowej na jedno z białek E. coli – ciepłolabilną enterotoksynę B, żeby jedno nie plątało się z drugim. Nic to, że naukowcy, chcąc przekonać się, że szczepionka przeciwtężcowa na pewno nie powoduje poronień, pośledzili troszkę populacje ciężarnych pań w swoich krajach, zaszczepień oraz liczbę ewentualnych samoistnych poronień i wyszło im, że nie ma związku między takimi poronieniami a szczepionką przeciw tężcowi [2]. Nic to, że WHO potwierdziła, że hCG w szczepionce przeciwtężcowej nie ma i że szczepionka ta jest bezpieczna.

Clipboard-1
Gdyby szczepionka przeciwtężcowa działała poronnie, to wraz z rosnącą liczbą zaszczepień zwiększyłaby się liczba poronień. Tak nie było. [2]

Czyli gładko przechodzimy – tak jak to zrobili biskupi w Kenii – do drugiej szczepionki: tej przeciwtężcowej, normalnej i zwyczajnej, stosowanej w rutynowych programach szczepień. Powtórzmy: ponieważ szczepionki niejako zlały się w jedno, z nieufnością zaczęto podchodzić nie tylko do szczepionki Talwara, ale i szczepionki przeciw tężcowi. I zrobiło się wielkie bum!, kiedy biskupi postanowili sprawdzić ostatnio, czy aby te rutynowe szczepienia przeciwtężcowe nie mają jednak drugiego dna. W tym celu zlecili zbadanie próbek szczepionki przeciw tężcowi (odrębnie, niezależnie od testów WHO). I co się okazało? Że zawiera ona jednak hCG! Szach mat, prowacki! Szach mat, niecna WHO!

Problem w tym, że testy te zostały dokonane nie w laboratoriach do tego przeznaczonych. Czym innym jest bowiem wykonanie testu ciążowego we krwi czy moczu, a czym innym wykrycie hormonu jako zanieczyszczenia w jakimś medykamencie. W takich wypadkach zawsze może zdarzyć się wynik fałszywie dodatni, chociażby dlatego, że stosowane odczynniki wykryją coś podobnego do hCG. W szczepionkach rekację taką mogą spowodować na przykład tiomersal czy adjuwanty.

Drugą kwestią, na której potknęli się biskupi, były wykryte stężenia hCG. hCG bowiem, jako się rzekło, występuje u kobiet w ciąży. Ale występuje także u kobiet nieciężarnych, a także u meżczyzn, nie mówiąc już o tym, że produkcja tego hormonu nasilona jest w przypadku kilku chorób nowotworowych oraz defektów w przebiegu ciąży. Normalne stężenia, u zdrowych osób, wynoszą: <2,5 mlU/ml (u mężczyzn), <5 mlU/ml (u kobiet) i <9 mlU/ml u kobiet po menopauzie (czymkolwiek są te jednostki). W próbkach szczepionki wykryto hCG o stężeniu 0,3 mlU/ml, czyli bardzo niskim, co ponownie wskazuje na wynik fałszywie dodatni. Ponadto, aby stężenia hCG działały antykoncepcyjnie czy też antyimplantacyjnie, hormonu w szczepionce musiałoby być znacznie więcej (powyżej 11 000 000 do powyżej 59 000 000 mlU/ml).

Największym problemem tutaj nie są jednak pomyłki biskupów czy też ich nieznajomość procedur medycznych tudzież fizjologii. Problemem jest ich nawoływanie do zatrzymania programu szczepień przeciw ciężkiej i obarczonej dużą śmiertelnością chorobie. Bo jak w krajach bogatszych poradzono sobie zasadniczo z tężcem, tak w krajach biednych jest to cały czas duży problem. Szczególnie mowa tu o tężcu noworodków. Jest to jedna z form tężca uogólnionego. Występuje u noworodków urodzonych przez nieszczepione matki (czyli u dzieci bez odporności biernej – dlatego do szczepień namawiane są panie w wieku rozrodczym), a do zakażenia dochodzi przez zanieczyszczony kikut pępowiny. Takie zanieczyszczenia częste są w przypadkach, kiedy poród ma miejsce w niezbyt higienicznych warunkach. Tężec noworodków jest częsty w krajach rozwijających się (czasem jest to nawet połowa wszystkich przypadków), obarczony 85% śmiertelnością, a u dzieci, które przeżyją, obserwuje się opóźnienia w rozwoju. Szkoda więc, że kwestia ochrony matek i ich dzieci przed tężcem nie jest jakby istotna dla hierarchów KK w Afryce.

Tężec u noworodka (stąd: http://drpknath.blogspot.com/2011/09/neonatal-tetanus.html)
Tężec u noworodka (stąd)

Ech, specjaliści, że proszę siadać: Though the Bishops are medically lay people, they have technical advisory teams of competent specialists from every discipline, including medicine. These teams are both local and international as the Catholic Church is global. The Catholic based and run health institutions form the largest private health network in the country and have been rendering medical services to Kenyans for over 100 years! Thus, when the Bishops speak on topical issue like the tetanus vaccination, they are talking from a point of knowledge and authority. It would be foolhardy to disregard their advice.
Kindly goggle “Fertility regulating vaccines”and “Are New Vaccines Laced With Birth-Control Drugs?”for further insight.”

ResearchBlogging.org
Do doczytania:
1. Talwar, G. (2013). Making of a vaccine preventing pregnancy without impairment of ovulation and derangement of menstrual regularity and bleeding profiles Contraception, 87 (3), 280-287 DOI: 10.1016/j.contraception.2012.08.033
2. Catindig, N., Abad-Viola, G., Magboo, F., Roces, M., & Dayrit, M. (1996). Tetanus toxoid and spontaneous abortions: is there epidemiological evidence of an association? The Lancet, 348 (9034), 1098-1099 DOI: 10.1016/S0140-6736(05)64442-X