Miesiąc: Sierpień 2009

Taktowny ksiądz?

 […] Sugeruję jednak delikatność i wrażliwość w tej materii i nieużywanie ostrych sformułowań, aby nie odnieść skutku odwrotnego do zamierzonego, czyli oddalenia się osoby o skłonnościach homoseksualnych od Kościoła. Homoseksualista nie jest większym grzesznikiem niż np. złodziej. I jak każdy ma szansę na zbawienie, jeśli będzie wierzył w Boga.[…]

W seminariach duchownych zdecydowanie przydałyby się zajęcia z kultury osobistej. Oraz taktu.

Jakoś rzadko zdarza się ksiądz, który rozumie, że pewne rzeczy, nawet jeśli się w nie wierzy, można wyrazić inaczej. Powiedzieć tak, żeby, mimo dobrych intencji, nie sprawić komuś przykrości. Czy nie odepchnąć tego kogoś od Kościoła, co w naiwności swojej uważałabym za ważny dla księży czynnik. Ja sama miałam przyjemność spotkać w Polsce jednego takiego – zdolnego do autorefleksji pod tym kątem – księdza. Był to chyba jednak wyjątek.

A ten powyżej zacytowany fragment nieodmiennie kojarzy mi się z historią, opisaną przez Utę Ranke-Heinemann:

[…] Dla utrzymania właściwego dystansu wobec kobiet, pomocna okazała się celibatariuszom świadomość własnej duchowej wyższości. Gdy czasem nieoczekiwanie zniżają się do wyrażenia kobiecie jakiegoś komplementu, używają sformułowań, których śmieszność potrafi wytrącić z równowagi bardziej niż okazywane na co dzień lekceważenie. Jeśli idzie o klerykalną arogancję, to lekceważenie kobiet przez celibatariuszy przewyższa szacunek, jaki czasem im jeszcze okazują. Oto komplement, jaki kiedyś (11.5.1964 r.) spotkał mnie ze strony biskupa Essen: „Cieszę się, że Pani jako żona i matka potrafi być jeszcze tak czynna umysłowo.” […] (Eunuchy do raju. Kościół katolicki a seksualizm)

Wracać czy nie wracać, czyli o nauce tu i tam

Co jakiś czas przychodzi mi do głowy myśl – wracać, czy nie wracać? Czekam na ogół wówczas aż mi przejdzie, ale ostatnio jakoś ta kwestia pojawia się coraz częściej.

Naukowcy wracają do Polski. Podobno. Niektórzy. Przestałam już dawno temu podziwiać ich za to, że im się chce. Kiedyś, na wydziale, na którym studiowałam, mówiło się często o pewnym panu, który jakoby porzucił swą wspaniale zapowiadającą się karierę na Zachodzie i wrócił pracować do kraju. Wówczas myślałam tak, jak niedawno wypominające mi pracę na rzecz amerykańskiej nauki osoby – że będzie pracował na rzecz polskiej, że patriota, że chwała mu za to. Teraz wiem, że człowiek pracuje dla siebie głównie, zwłaszcza w tym zawodzie, a przy okazji przysparza jakiejś tam chwały swojemu miejscu pracy. Za którą to chwałę miejsce to powinno być mu zresztą wdzięczne. I to szczególnie w tym zawodzie, bo w sumie wszystko jedno, gdzie pracuję, jeśli uda mi się odkryć coś ciekawego. Dziwię się więc tym, którzy wracają. Nie mówię tu oczywiscie o zobowiązaniach czy przyczynach prywatnych, które kiedyś tam każdego być może dopadną – ale wyłącznie o zawodowych. Dziwię się ludziom, że im się chce użerać z tym wszystkim, co jest w Polsce, a co miałam okazję przez parę dobrych lat oglądać. Dziwię się nawet profesorowi Karpińskiemu, choć mam wrażenie, że za jego powrotem stoją jeszcze jakieś inne kwestie – te z gatunku: ja im teraz pokażę. Karpiński ma jednak dość łatwo, zawsze może wrócić na Zachód, bo wszędzie przyjmą go z pocałowaniem ręki. Zastanawiałam sie tylko, bo Gazeta tak smacznie opisywała, ile to pieniędzy on dostanie – co z innymi pieniędzmi? Nie tymi do ręki, tylko z tymi na badania, na sprzęt, na odczynniki? W tej dziedzinie wszystko jest okropnie drogie. A bez tego wszystkiego nie da sie ruszyć z miejsca. To znaczy – da się, ale za cenę publikacji w marniutkich czasopismach, jeśli w ogóle. Bez tych pieniędzy nie da się dogonić nauki w Europie Zachodniej, czy w Stanach zwłaszcza. Dobrze, że wspomina się o stypendiach dla szefów, czy, jeszcze milej, dla pracownikow, ale w naukach biologicznych to jest nic, zero, nawet nie kropla w morzu.

Nie mam recept na uzdrowienie polskiej nauki. Te recepty interesowały mnie – kiedyś. A potem doszłam do wniosku, że szkoda czasu na czekanie, aż naukę tę uda się w końcu uzdrowić. Mogę sobie ją za to pooceniać i poporównywać z tym, co mam na co dzień w USA. Polska nauka ma dwa zasadnicze problemy (przy czym piszę o tym, co było i jest mi bliskie, czyli naukach biologiczno-medycznych). Pierwszy to pieniądze. Tak, jak pisałam powyżej – brak dużych pieniędzy na badania. I to na badania podstawowe, bo drażniące jest, jak jeden z drugim specjalista nieustannie wspomina o patentach i wdrożeniach. Patenty są ważne, owszem, ale ogromna większosć tego, co posuwa nauki biologiczne do przodu, to basic science. Domyślam się oczywiście, że tacy sponsorzy, jak Gatesowie chętnie widzieliby jakieś zastosowanie tego, co się robi za ich kasę. Nie są oni jednak głupi i wiedzą, że jest to wyjątek raczej, niż norma.

A drugi problem nauki w Polsce to jakiś dziwaczny do niej stosunek. Taki, jakby to była wiedza jakaś tajemna, a młodych naukowców środowisko musi w pewien sposób namaścić, żeby byli godnymi uprawiać ten zawód. Najlepiej  na kolanach przed namaszczającymi. A tych namaszczających profesorów traktuje się, albo raczej sami się traktują, jak półbogów co najmniej. Dlatego też skostniałe środowiska profesorskie trzymają się tak uparcie habilitacji. Nie chodzi o jakiś dodatkowy stopień w rozwoju, nie chodzi o sprawdzenie się delikwenta – chodzi o to cudaczne namaszczenie. Albo też dlatego uczelnie medyczne nie chciały stać się częściami uniwersytetów, bo to przecież obniżyłoby znaczenie i rangę profesorów-medyków. Tymczasem w normalnie pojmowanej nauce zasadniczą kwestią jest po prostu praca. Trzeba, owszem, reprezentować pewien poziom – i doktorat jest tu wystarczającym (na ogół) wskaźnikiem – a potem wszyscy są w zasadzie równi. Traktowani porządnie i z szacunkiem, bo w końcu każdy ciężko pracuje na swoim odcinku. I nieważne, czy danego odkrycia dokona profesor czy doktorant w moim labie (to znaczy – ważne dla tej konkretnej osoby, a nie dlatego, że ma albo nie ma jakiegoś tytułu). I jedno i drugie jest sukcesem. I liczy się fakt, że mamy odkrycie, które możemy opublikować.

Poza tymi głównymi dwoma problemami, reszta jest w dużym stopniu powszechna tu i tam. Wykorzystywanie młodych pracowników? Spotyka się jak najbardziej. Biurokracja?- dopiero ktoś, kto pracuje na uczelni w Stanach wie, co to jest biurokracja. Podobno typowo polskie kopanie dołków pod sobą nawzajem, unikanie odpowiedzialności, czy branie wszystkich uwag osobiście? – wcale nie jest takie typowo polskie. Brak konkurencyjności i rywalizacji – owszem, to jest ważny problem. Ale myślę, że po tych paru latach spędzonych tutaj widzę go chyba trochę inaczej, niż przedtem. Rywalizacja jest obecna w nauce, ale nie jest tak bezwzględna, jak to by się niektórym wydawało. W dużym stopniu dotyczy całych laboratoriów, które konkurują, bo robią to samo. Publish or perish obowiązuje, to fakt, ale nikt nikogo nie wywala z pracy natychmiast, nawet jeśli osoba ta nie opublikowała czegoś w danym roku albo nawet przez dwa lata. A poza tym, znowu, dotyczy to głównie labów pracujących nad rzeczami „modnymi” w danej chwili. Jeśli jednak kogoś nie interesuje wyścig szczurów i ciągłe udowadnianie, że się jest świetnym, można wybrać sobie miejsce spokojniejsze – takie, w którym Nobla się raczej nie dostanie, ale naukę robi się na przyzwoitym poziomie. Czasem myślę, że to ciągłe opowiadanie o rywalizacji, o koszmarnej presji, o wyścigach w nauce chociażby amerykańskiej służy w Polsce wyłącznie nastraszeniu i zniechęceniu potencjalnych kandydatów do wyjazdu.

DSCF90471

Przy tym zastanawianiu się nad przyszłością i w ogóle, złapałam się na tym, że symbolem nauki amerykańskiej stało się dla mnie ostatnio to urządzonko na zdjęciu powyżej :-) . Jest to Pipet-aid, czyli coś, w co wkłada się pipetę, żeby tą pipetą do upojenia przelewać z pustego w próżne. Normalnie nie używamy takich fancy, przezroczystych, z widocznymi wszystkimi flakami, tylko normalnych, w podobnym kształcie. Ten na zdjęciu jednak, oprócz tego, że ładniutki, ma też zasadniczą zaletę – mniej męczy się przy nim ręka. Jest poręczniejszy, łatwiejszy w operowaniu, lżej naciska się guziczki, poza tym działa w dużym stopniu automatycznie. A symbolem stał się dla mnie, bo od dłuższego czasu boli mnie prawa ręka właśnie (nadmiar pracy stanowczo szkodzi :-) ). Ostatnio ból ten stał się na tyle dokuczliwy, że zaczęłam marudzić, że trudno mi w ogóle pracować w laboratorium. Przejął się tym szef, przejęła się nasza lab manager. Znalazłam informację, że jakaś firma robi takie cudo, co to nie męczy przy pracy. Nie było problemów z zamówieniem, mimo, że ten Pipet-aid jest droższy niż ten, który już mam. Nie było ważne, że muszą być do niego kupione dodatki, oraz co najważniejsze (i najdroższe) – odpowiednie pipety, bo nie wszystkie chcą z nim współpracować. (Jakoś dziwnie jest tak, że te droższe chcą, a te tańsze nie.) W tej chwili mam moją nową zabawkę, a w magazynie stoi duże pudło z moim imieniem, w którym ma nie zabraknąć pipet do mojego wyłącznie użytku – lab manager zadba o to.

Kiedy zgłosiłam problem, nie usłyszałam, że za drogo. Że niepotrzebnie. Że jestem tylko jednym z wielu pracowników, więc mam pracować jak inni. Że być może zaraz opuszczę ten przybytek wiedzy, więc szkoda czasu i pieniędzy. Nie usłyszałam o fanaberiach. Że przesadzam. Że przyjechałam do Stanów pracować, a nie się nad sobą użalać. Nie usłyszałam wreszcie, że skoro nie umiem dać sobie z czymś rady, to znaczy że się po prostu nie nadaję – tak jak, obawiam się, usłyszałabym w niejednym miejscu w Polsce. Natomiast dzięki temu drobiazgowi – mojej nowej pracowej zabawce nauka amerykańska dopieściła mnie. Pokazując, że obce są jej w dużym stopniu te dwa problemy, które widzę wyraźnie w nauce polskiej – problem finansowy i problem z traktowaniem pracowników normalnie, czyli bez głupawych namaszczań, a jednocześnie z szacunkiem i odpowiednio do ich potrzeb.

Chemiczna prezerwatywa dla kobiet – znowu?

Badania nad wymyśleniem skutecznego miejscowo działającego środka przeciw zakażeniu HIV u kobiet idą jak po grudzie. Chciałabym wierzyć, że jest to tylko kwestia techniczna, ale jakoś nawet siebie samej nie udaje mi się przekonać. Zwłaszcza, że naukowcy winę przypisują nie tylko trudnościom obiektywnym, ale także zwalają ją beztrosko na pacjentów. Parę dni temu ludzie z University of Utah ogłosili, że mają nowy pomysł, jak chronić zwłaszcza biedne afrykańskie kobiety przed zakażeniem HIV. Rozwiązaniem miałby być specjalny żel, mieszanina polimerów, którą aplikuje się do pochwy w postaci płynnej. Pozostaje ona w tej postaci w kwaśnym środowisku. A w momencie, kiedy pH się podwyższy na skutek obecności nasienia, żel ulegnie stwardnieniu, a polimery utworzą siateczkę o porach tak małych, że nie przelezie przez nie żaden wirus, nie mówiąc o bakteriach czy plemnikach. Żel tworzy więc barierę i nie pozwala HIV atakować tkanek pochwy. Ponadto w teorii ma także hamować ruch komórek układu immunologicznego, które w takiej sytuacji będą się gromadzić w zbożnym celu niszczenia ciał obcych, a co niestety w tym przypadku prowadzi do tego, że same ulegają zakażeniu. A jeszcze dodatkowo żel ma zawierać któryś lek antyretrowirusowy, więc to, co w jakiś sposób wymknie się barierze fizycznej, zniszczone zostanie przez chemię. Po stosunku natomiast, kiedy pH pochwy zacznie wracać do normy (i, jak rozumiem, żel też będzie wracał do stanu, w którym zostanie powoli usunięty z organizmu), ewentualne niedobitki wirusa będą nadal ulegać niszczeniu przez nieżyczliwie kwaśne środowisko pochwy oraz przez uwalniany cały czas lek antyretrowirusowy.

Wygląda to całkiem fajnie. Tym bardziej, że kobieta może sobie aplikować ten żel bez wiedzy partnera, sporo czasu przed stosunkiem. Ale pamiętam, że o podobnym rozwiązaniu ten sam zespół badaczy mówił już trzy lata temu. Tamten specyfik działał odwrotnie – nakładany w postaci płynnej zmieniał się w żel pod wpływem temperatury ciała, a w czasie stosunku znowu stawał się płynnym i uwalniał lek. I nie zdziwiło mnie, że trochę było z nim kłopotów – najbardziej żałosny to ten, że pod wpływem afrykańskich temperatur żel nie chciał zachowywać odpowiedniej konsystencji w odpowiednim momencie. Uznano widać, że wcześniejsze przeprowadzenie takich badań, jak coś będzie się zachowywało w jakiejś temperaturze, jest stratą czasu i pieniędzy. 

Dlatego trudno mi ekscytować się tym nowym wynalazkiem. Wygląda na pierwszy rzut oka dobrze, ale podstawowym problemem jest to, że tak naprawdę chyba nikomu nie zależy na zrobieniu czegoś podobnego a skutecznego. W końcu ma to być lek tylko dla biednych kobiet, gdzieś na zapomnianym przez wszystkich końcu świata. Kto by sie nimi martwił? Najważniejsze, że Melinda i Bill Gatesowie sypnęli groszem, mamy pieniądze na badania i możemy się tym wszystkim bawić przez parę kolejnych lat.

Madonna i film

Madonna gwiazdą jest, toteż należy jeździć po niej jak po łysej kobyle. I nie chciałoby mi się jej bronić, bo ani mnie grzębi ani zieje, jej muzyka zdecydowanie nie jest moją muzyką, a aktorką Madonna zaiste jest fatalną, choć miała swoje dobre chwile. Obejrzałam jednak jeden z ostatnich jej filmów – taki, o którym artykuł w Wysokich Obcasach jakoś nie wspomina. A wspomnieć chyba warto.

I am because we are” jest dokumentem napisanym i wyprodukowanym przez Madonnę, jest ona również narratorką, a także widać ją w niektórych scenach. Oczywiście, trudno film dokumentalny porównywać z innymi dziełami, w których wystąpiła piosenkarka, ale skoro p. Kucińska pisze, że, ogólnie rzecz biorąc, kontakty Madonny ze światem filmu nieodmiennie kończą się klapą, to „I am because we are” doskonale kłóci się z tą tezą. Przeczytałam entuzjastyczne recenzje w necie, przeczytałam entuzjastyczne opinie przyjaciół Madonny (oczywiście) – i trudno się z nimi nie zgodzić. Film naprawdę ma w sobie to coś.

W skrócie, jest to opowieść o podróży Madonny do Malawi, podróży, w której spotyka ona dzieci – osierocone przez ofiary AIDS w tym jednym z najbiedniejszych krajów świata. Madonny jest w sumie mało w tym dokumencie, ot, czasem gdzieś mignie przytulając jakieś chore dziecko. Bez szczegółów opowiedziana jest też historia adopcji chorego chłopca – ta historia, która stała się troszkę bardziej skomplikowaną, niż Madonna oczekiwała na początku. Jedna scena, jeden komentarz zdecydowanie mi się nie podobał – w bardzo amerykańskim stylu piosenkarka porównuje życie w Malawi – proste, spokojne, blisko innych ludzi, z życiem człowieka Zachodu – pełnym pędu, utraty kontaktów międzyludzkich, pustym. Kiedy zachwyca się, że ci biedni i chorzy Afrykanie jednak się uśmiechają – drażni okropnie, i człowiek ma ochotę powiedzieć jej, że po pierwsze, a co mają robić?, a po drugie, że łatwo deprecjonować cywilizację, samochody, mieszkania, porządne ciuchy – kiedy się to wszystko ma.

Ale to chyba jedyna tylko usterka filmu. Reszta jest bardzo poruszająca. I przerażająca. Z bliska ogląda się umierających ludzi – czasem mówi się: umierają na naszych oczach, i tak rzeczywiście jest. Nieprawdopodobnie chudych i wyniszczonych, bezsilnych. Obejrzeć można domy (powiedzmy), w których mieszkają, to, jak żyją, jakie obyczaje kultywują. Usłyszeć okropne historie, na przykład o chłopczyku, któremu obcięto genitalia. Albo o dziewczynie, która straciła dziecko, teraz więc zobowiązana jest uprawiać seks z kilkoma mężczyznami. Ma to być zwycięstwo życia nad śmiercią, przynajmniej zdaniem jakiegoś naczelnika wioski, w której dziewczyna żyje. Ona jakoś dziwnie nie jest przekonana do tego pomysłu. Ale co ma powiedzieć, w końcu jest tylko kobietą. A AIDS? Zdaniem naczelnika, to nie ma znaczenia, bo zwyczaje i tradycje plemienia są starsze niż HIV, więc HIV musi się kiedyś wycofać. A widz patrzy na twarz tej dziewczyny, przy której starszy facet gada takie głupoty, i serce mu się ściska.

Dokument nie jest jednak naiwny, co uważam za jego wielką zaletę. Wypowiadający się w nim między innymi Desmond Tutu, Bill Clinton czy Jeffrey Sachs, oraz sami mieszkańcy Malawi, już działający na rzecz sierot, nie użalają się nad sytuacją w tym kraju. Nie załamują rąk, nie mówią, że potrzebne są tylko pieniądze (czyli ryba, zgodnie z powiedzeniem o rybie i wędce), albo że w ogóle nic nie jest potrzebne, bo dla Malawi nie ma ratunku. Przeciwnie – mówią o wędkach, pokazują rozwiązania. Dyskutują o konkretnych planach i pomysłach. Dużo czasu poświęcają kwestii edukacji. Film ma też swoją stronę internetową, gdzie łatwo dostępne są informacje – jak można pomóc i co można zrobić. Najważniejsze jednak, że „I am because we are” nie jest tylko ckliwą i wstrząsającą historyjką, o której zapomina się szybko i chętnie. Film zmusza do myślenia, zmusza do zrewidowania paru opinii na temat AIDS i Afryki.

W świetle tego wszystkiego, uważam komentarz z artykułu w Wysokich Obcasach: […] Może jej kontakty z kinem powinny ograniczać się do małżeństw z aktorami i reżyserami. Dla dobra ludzkości, bo mężowie nie wychodzą na tym najlepiej.[…] za wyjątkowo niegrzeczny. Dla dobra ludzkości Madonna zrobiła całkiem sporo, więcej być może, niż większość ludzi na świecie.

Ale ja pewnie uważam tak, bo nie jestem człowiekiem myślącym. Przynajmniej zdaniem p. Kucińskiej, która sympatycznie pisze, że scenariusz „Układu prawie idealnego” uwłacza ludziom myślącym. Mnie jakoś nie uwłacza, i to pewnie dlatego mam takie, a nie inne zdanie na temat zagadnienia „Madonna i film”.

Za późno na przeprosiny?

Gazeta.pl ze słabym nieco refleksem pisze o tej petycji do brytyjskiego rządu. Spora grupa ludzi apeluje do premiera o wyrażenie jakiegoś publicznego żalu i przeprosin za to, co zrobiono Alanowi Turingowi. Podpisać petycję może każdy obywatel (oraz rezydent) Wielkiej Brytanii – informacji tej treści zabrakło mi w polskiej notce.

Warto podpisać. Turingowi jest już zapewne wszystko jedno, ale może dobrze, żeby rząd brytyjski publicznie przyznał: tak, takie było prawo, ale prawo to było złe, chore i niehumanitarne. I dobrze, żeby stwierdzenie takie usłyszeli i homoseksualiści, i homofobi.

Spodnie szkodzą

[…] Co mówią o dzisiejszej kobiecie spodnie, z którymi niemal nigdy się nie rozstaje? Jaką prawdę o niej wyrażają? Czy ten element wizerunku pozostaje w harmonii z wewnętrzną jej prawdą? Czy kobieta, która upodabnia się do mężczyzny zewnętrznie i rezygnuje z jednego z podstawowych atrybutów kobiecości, jakim jest kobiecy strój, […]

O matko.

Nie wiem, co mówią o mnie moje spodnie w swoim spodniowym języku i jaką prawdę o mnie wyrażają. Nie wiem zapewne dlatego, że jednak czasem zdarza mi się z nimi rozstawać, jak wchodzę pod prysznic na przykład. Mea culpa. A nie, nie. Nie mea culpa. To dobrze przecież, że te spodnie jednak zdejmuję. Nie powinnam ich w ogóle zakładać, za to skupić się na tym, co mówi do mnie mój atrybut kobiecości, czyli moja sukienka. Zapewne w sukienkowym języku dla odmiany. Ona w końcu świadczy o mojej wewnętrznej prawdzie, czymkolwiek by ona była.

[…] a w dodatku poddaje się, niczym zdyscyplinowany żołnierz światowej armii – moda jest dziś globalna – który upatruje jedyny cel swojego życia w biernym podporządkowaniu się dowódcy („dyktatorom” mody), poddaniu się bezlitosnym rozkazom, aż do zatracania swojej osobowości, jest jeszcze zdolna do ocalenia swojej delikatnej natury, także na innych frontach? […]

Wojna. Wszędzie wojna. Bezlitosne rozkazy, podporządkowanie się dowódcy, zatracenie osobowości. Co trzeba robić, żeby tak widzieć świat? Wsłuchiwać się w gadające ciuchy?

[…] Sprawa nie jest tak banalna, jak mogłoby się wydawać. Spodnie dla dorosłych kobiet – także i dla babć, i dla dziewczynek – na każdą okazję, nawet jeżeli nie zawsze im szkodzą, odbierając część osobowości (delikatności, tajemniczości), utrzymują je w gotowości, by – „jak przyjdzie co do czego” – rozpocząć wojnę płci, zdystansować mężczyznę, wyręczyć go, odtrąbić swoją nad nim przewagę. (Ile powstaje dziś filmów, w których mężczyźni grają rolę żałośnie zniewieściałych facetów, kobiety to groteskowe okazy zjawiska „baba-chłop”!). Spodnie jako element „czysto damskiego” umundurowania nie mogą sprawy zamiany ról kobiecych i męskich i głębokiej przemiany osobowości kobiety do końca przesądzić, ale są symbolem zmiany. Niestety, nie spontanicznej (nazywanej enigmatycznie „przemianą kulturową”), ale zaplanowanej i solidnie przeprowadzonej. Od czego są atrakcyjne wizerunki pań w spodniach powielane od kilku dziesięcioleci, w milionach egzemplarzy w prasie kobiecej, w filmie, reklamie etc.? Ta „atrakcyjność” uwodzi kobiety. Kobiety tak naprawdę nie lubią munduru. Długoletnia tresura robi swoje.[…]

Och, jak dobrze, że spodnie szkodzą mi tyko czasem. Czasem tylko odrywa się ode mnie kawał mojej osobowości, chcę wówczas jednocześnie rozpętać wojnę, zakończyć ją i pognębić trąbą zwyciężonego (trąba się do tego świetnie nadaje, a zwyciężony mógł założyć spódnicę, kretyn). 
Jednakowoż – chyba nie jest tak źle. Spodnie nie przesądzają całkowicie o mojej osobowosci. To tylko spisek, choć zaplanowany i solidny. Pełen milionów reklam i filmów o cierpliwych treserkach-babochłopach, czyli atrakcyjnych paniach w spodniach, uwodzących kobiety. A te od dziesięcioleci dają się uwieść, choć zupełnie nie mają na to ochoty. Tak naprawdę wolą chodzić ubrane w mgiełkę po służącej.

Samorealizować się czy nie samorealizować – oto jest pytanie

Dzisiejsze spotkanie przedstawicielek Kongresu Kobiet Polskich z arcybiskupem Nyczem:

[…] Zgodził się, że kobiety są w Polsce bardzo dyskryminowane, nie ma co do tego wątpliwości – stwierdziła [Bożena Wawrzewska]. Poinformowała, że we wszystkich postulatach zmierzających do uzyskania równego statusu w sprawach społecznych Kongres Kobiet Polskich może liczyć na poparcie Kościoła.

Zdaniem przedstawicielek Kongresu Kobiet Polskich, abp. Nycza interesowały przede wszystkich kwestie równego statusu płci w sferze społecznej i ekonomicznej. „Ksiądz arcybiskup podkreślał dziś, że także katolicka nauka społeczna zakłada możliwość równej samorealizacji zarówno przez mężczyzn, jak i przez kobiety” – powiedziała Teresa Kamińska.

Dodała, że chodzi o stworzenie kobietom takich możliwości, aby „nie rezygnując z macierzyństwa i tworzenia rodziny, mogły się realizować w życiu publicznym, naukowym, zawodowym na równych prawach z mężczyzną”. – Nie jest to sprzeczne z nauką Kościoła. Dostałyśmy zapewnienie, że w tych sprawach możemy na Kościół liczyć – stwierdziła Kamińska.[…]

Coś dzisiaj dzień łaskawości polskich hierarchów Kościoła Katolickiego dla kobiet. Słodko.

I to ten sam Nycz? Ten, który mówił jeszcze wczoraj: […] Konstruktorzy nowego ładu społecznego odpowiadają – jak to, kim ma być nowoczesna kobieta? Ma być taka sama jak mężczyzna, ma się do niego upodobnić, na nim wzorować i z nim rywalizować. Ma zrezygnować ze swojej delikatności, subtelności, a ponad macierzyństwo i wychowanie postawić pracę zawodową i samorealizację – wskazał abp Nycz.

Zaznaczył, że takie rady nie przynoszą rozwiązania problemów, a wiele rozsądnych kobiet czuje, że to nie jest właściwy kierunek. Przywołał wyniki badań wskazujące, że w niektórych społeczeństwach europejskich u 30 proc. kobiet można zauważyć pierwsze oznaki depresji. Jak ocenił hierarcha, „to, co miało przynieść wyzwolenie, potęguje wewnętrzną pustkę”. […]

Zgubiłam się – to ksiądz arcybiskup pozwala mi się jednak samorealizować? Czy powinnam raczej poprzestać na wewnętrznej pustce, ewentualnie depresji?

Całujmy się!

Wszystko zaczęło się od dwóch chłopaków z Salt Lake City. Wracali do domu po koncercie, trzymali się za ręce i mieli ochotę pocałować się na ulicy. Zrobili to na placu, który Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich (LDS) kupił od miasta kilkanaście lat temu. Plac ten miał stać się przyjaznym miejscem dla wszystkich – ale, jak widać, jakoś nie wyszło. Panowie podobno zostali grzecznie poproszeni przez straż kościelną o zaprzestanie nieodpowiedniego zachowania, i nie miało to oczywiście nic wspólnego z ich orientacją. Co prawda, usłyszeli podobno, że ich zachowanie jest złe, wstrętne i obrzydliwe, ale może panom ze straży kościelnej każdy pocałunek wydaje się taki. Raport policyjny mówił natomiast, że tak czy inaczej wypraszano ich z placu. Kiedy jeden z nich stwierdził, że nie odejdzie, zostali zatrzymani, zakuci w kajdanki, jednego dodatkowo rzucono na ziemię. Zatrzymani opowiadali też, że widzieli inne pary, hetero, trzymające się za ręce i całujące w tym samym miejscu – bez żadnych konsekwencji.

Zabawne są jak zwykle typowe przepychanki między stronami. Zatrzymani mówią o skromnym pocałunku. Rzeczniczka Kościoła o namiętnych pocałunkach, obmacywaniu się, nieprzyzwoitym i lubieżnym języku oraz zapachu alkoholu. (Swoją drogą, zastanawiam się, jak długo ta straż kościelna słuchała i przyglądała się – i z jakiej odległości – tej dwójce, żeby to tak dokładnie wszystko wywąchać). Ktoś się nabija, że niektórzy nie odróżniają obmacywania od obejmowania. Wszyscy chcą obejrzeć, jak wygladał ów słynny pocałunek, ale niestety – kamery ochrony nie zarejstrowały aż takich momentów, a tylko późniejsze przepychanki z ochroną.

W końcu prokurator zwolnił obu zatrzymanych.  Na tym się jednak nie skończyło, bo, jak to w Stanach, we wszystko wplątano politykę. Po pierwsze poszło o to, że wielu osobom nie podoba się fakt, iż spory kawałek gruntu w mieście sprzedano instytucji kościelnej. A po drugie, mormoni bardzo mocno poparli, finansowo także, Proposition 8, czyli poprawkę do konstytucji kalifornijskiej mówiacą o tym, że w Kalifornii legalne jest małżeństwo tylko między osobami odmiennej płci. Po zaangażowaniu się Kościoła w tę kampanię, wielu wyznawców odeszło z niego, często z całymi rodzinami, choć prawdą jest też to, że wielu mormonów ją popierało. Kościół LDS pogorszył sobie tym oczywiście wizerunek w oczach organizacji walczących o prawa homoseksualistów, i w ogóle w oczach wielu osób o liberalniejszych poglądach. A z drugiej strony wiadomo, że Kościół mormoński bardzo ostatnio walczył o polepszenie swego wizerunku, zepsutego poligamią i niedopuszczaniem do kapłaństwa osób czarnoskórych. Sprawa całujących się Matta Aune’a i  Dereka Jonesa mogła być więc kroplą, która przepełniła czarę.

Tak czy inaczej, wielu Amerykanów, orientacji najróżniejszej, zareagowało na zatrzymanie dwu całujących sie gejów. Tym bardziej, że podobne aresztowania miały miejsce również w San Antonio i El Paso w Teksasie. […] „You think that America is evolving into a gay-friendly nation,” said Randal Smith, 42, „but what happened in Texas and Utah show us it’s still a long way off.” […] Blogerzy zaczęli nawoływać się do zorganizowania publicznego całowania się (The Great Nationwide Kiss-in Saturday, 15 sierpnia) w różnych miejscach w Stanach. Bo, jak powiedział jeden z organizatorów: […] „This is America. A kiss on the cheek is OK,” said Ian Thomas, 26, of Leesburg, Va., who organized the Washington Kiss-In. „It’s got to be OK. If not, we’re in serious trouble.” […] Takie kiss-ins organizowano także, nie jeden raz, i w Salt Lake City, na tym samym placu, z którego jeszcze niedawno wyrzucono jedną całującą się parę. Tym razem straż świątyni nie interweniowała, nie wiedzieć czemu.

Hmmm. Protest w postaci całowania się ma w sobie coś bardzo ujmującego…

http://news.yahoo.com/s/ap/20090815/ap_on_re_us/us_mormon_church_image

http://www.huffingtonpost.com/2009/07/19/mass-kissin-protest-at-mo_n_240265.html

http://www.sltrib.com/ci_12946027