Miesiąc: Luty 2010

Wschód bogów

Baptized in a firefight, hot blood running cold as ice
44 minutes of target practice, all hell’s breaking loose
44 Minutes – Megadeth

Najlepszym podsumowaniem najnowszej płyty Megadeth, Endgame, która ukazała się we wrześniu zeszłego roku, jest jeden kawałek z tej płyty, a mianowicie 44 Minutes. Podsumowaniem, a może streszczeniem raczej, bo w piosence tej zawierają się i zalety i wady, i właściwie niemal dokładna charakterystyka całej produkcji. Zalety to to, że płyta jest świetna :-) – pomysłowa i błyskotliwa, człowiek nie nudzi się słuchając i nie musi zagęszczać sobie owego słuchania czytaniem czegoś na przykład. Całość ma sporo sensu, i to nie tylko w warstwie tekstowej (a teksty są całkiem niegłupie, poza obowiązkowym w Megadeth zestawem teorii spiskowych), ale w warstwie muzycznej. Słychać, że każdy kawałek jest przemyślany, każdy jest na właściwym miejscu, każdym muzycy mieli zamiar coś słuchaczowi powiedzieć. A raczej muzyk – jeden – bo wyraźnie widać, że jest to pomysł i błyskotliwość Dave’a Mustaine’a. Trudno, słuchając kolejnego dzieła zespołu, nie dojść (po raz kolejny) do oczywistego w sumie wniosku, że Megadeth to Mustaine. To jest jego wyłączna twórczość, jego poglądy na muzykę i jego sposób realizacji. Stąd także i wady tej płyty – nieduże wprawdzie, ale są.

Wadą jest to na przykład, że Chris Broderick, całkiem przyzwoity gitarzysta, jest absolutnie posłuszny wiodącej sile partii, co kończy się tym, że jego solówki są identyczne, jak solówki Mustaine’a. A ja lubię, kiedy mogę odróżnić na słuch, który gitarzysta gra w danym momencie. Albo to, że solówki obu panów są tak bardzo skomplikowane, tak znakomicie zagrane, że aż ma się wrażenie, że mają za zadanie coś udowodnić. Doceniam świetne solówki; zauważam, że trudno znaleźć coś bardziej seksownego, niż szybko, sprawnie i celowo poruszające się szczupłe męskie palce, ale czasem jest tego za dużo i bez sensu. Tak, jak pierwsze solo (w wykonaniu Brodericka) w 44 Minutes, które jest zupełnie ni przypiął ni przyłatał i nie pasuje do czegokolwiek wokół. Podejrzewam, że po wszystkich kłopotach zdrowotnych, a już zwłaszcza tych, które poważnie mogły upośledzić umiejętności grania na gitarze, Mustaine chciał pokazać, że nadal potrafi pisać sensowne gitarowe kawałki. Oraz udowodnić, świadomie bądź nie, że sam nadal umie grać. Obie te kwestie nie ulegają, rzecz jasna, wątpliwości i takie uporczywe udowadnianie było zwyczajnie niepotrzebne. Wystarczy posłuchać drugiego solo na gitarach w 44 Minutes, które brzmi tak, że aż dech zapiera z zachwytu. I świetne są też obie gitary rytmiczne – jak się tak wsłuchać w grane niby od niechcenia tło, to człowiek ma ochotę wracać do tego znowu i znowu i znowu. Niezły jest także bas (choć, jak słyszę, James Lomenzo już odchodzi z zespołu – nie nagrał się zbyt długo. Ale za to Junior wraca, czyli będzie tak jak w Megadeth być powinno), i cała sekcja rytmiczna.

Całość przypomina mocno United Abominations – sposobem kompozycji całej płyty, tematyką i brzmieniem. Złośliwe ucho wychwycić może także podobieństwa do starych kompozycji zespołu: Bite the Hand przypomina momentami Hangar 18Bodies – Symphony of Destruction, a w 1320 pobrzmiewa jedynie słuszna Metallica, czyli ta za czasów Mustaine’a :-). Wydaje mi się jednak, że takie zapożyczenia są czasem nieuniknione, zwłaszcza przy kolejnej płycie, a zespołowi chwali się to, że przynajmniej zrzyna z dobrych wzorców.

To są drobiazgi jednak – te czasem przesadzone solówki czy parę zapożyczeń. Płyta jest znakomicie zagrana i nagrana, doskonali muzycy wiedzą, co robią. Szczęśliwie Mustaine nie uraczył słuchaczy kolejną wersją A Tout le Monde, co byłoby zupełnie niestrawne, choć jedyna teoretycznie-ballada nie wyszła mu (i Boderickowi) najlepiej. Można się tym jednak nie przejmować, słuchając rewelacyjnych The Right to Go Insane, How the Story Ends, czy wspomnianego już 44 Minutes. I jeśli ktoś poszukuje genialnej,wspaniałej i niesamowitej, a przy tym inteligentnej muzyki – o co poza metalem jest, jak wiadomo, trudno (będę uprzejma i nie powiem, że niemożliwe :-P , choć tak właśnie uważam) – to Endgame Megadeth jest pozycją obowiązkową.

……………………………………………………………………………………………………………………..

Action – Torture, misery – Endless suffering – Torment, agony – captured for eternity
Action – You’re main attraction

Snuff – Slayer

O drugiej płycie, której słucham na zmianę z Megadeth ostatnio, bedzie trochę krócej. Bo właściwie napisać należałoby tylko ciąg superlatyw: genialna, nadzwyczajna, bez wad, rewelacyjna, świetna, niewiarygodna, nieziemska… Taka po prostu jest World Painted Blood Slayera. Obawiałam się, po ostatnich produkcjach zespołu, że nie będzie tak dobrze. Że znowu będą podobne do siebie, nudnawe i przesterowane kawałki. Że kłopoty ze zdrowiem Toma Arayi wpłyną w końcu na to, że Slayer się rozleci, Tom skupi się na hodowaniu angusów, Kerry King – swoich ulubionych węży, a Dave Lombardo poświęci się jakimś dziwacznym projektom muzycznym. Tymczasem nic z tego, na szczęście.

Najnowszy Slayer jest niesamowicie świeży – jakby niemal nie było tych lat między końcem 2009 roku a Reign in Blood czy ewentualnie Seasons In the Abyss – ale jednocześnie zagrany bardziej swobodnie, z większą pewnością siebie, bardziej dojrzale. Czyli w sumie tak, jakby muzykom te mijające lata potrzebne były po to, aby się rozwinąć, ale i żeby móc odkrywczo wrócić do korzeni. Kompozycje są perfekcyjne, teksty – przerażające i inteligentne (brakuje mi wprawdzie czasów, kiedy teksty były niemal wyłącznie autorstwa Arayi, bo te były najlepsze, ale widać nie można mieć wszystkiego), solówki – zawsze na miejscu, pasujące do otaczających dźwięków (i umiem powiedzieć, kiedy gra Kerry, a kiedy Jeff), bas – ekstra (Tom zaskakuje i wokalnie i instrumentalnie, bardzo na plus), bębny – wiadomo: Lombardo w najlepszej formie, no ale on zawsze jest w najlepszej formie. Płyta jest świetna w całości, nie ma na niej niczego zbędnego, wszystko ze sobą gra, a jednocześnie wszystko jest cudowne, nowe, oryginalne i nieodgrzewane. Kawałki są niewiarygodnie dobre – wszystkie! – po slayerowsku niedługie, ale idealne, bez jednej niepotrzebnej nutki. Jak Mozart nie przymierzając, przy czym jest to oczywiście komplement dla Wolfganga, a nie dla Slayera.

Podsumowując,

co do Boga nie mam wątpliwości, uważam tylko, że każdy powinien :-D (Fotka z Joe. My. God, dzięki Ray :-* )

………………………………………………………………………………………………………………………

Exploding all alone like the blood upon the moss
Eternal is my pledge if eternal is thy loss…

When I was sent way they made a soldier from a boy
Victory will be achieved lethal weapons to destroy
Killing Season – Testament

A na koniec jeszcze jeden z bogów, czyli Testament i The Formation of Damnation. Płyta już co prawda nie taka najświeższa, bo z 2008 roku (a zespół podobno akurat nagrywa nową), ale to jest to, co Testament ma w tej chwili do zaoferowania. Zapewne należałoby docenić The Formation of Damnation en masse, bo nagrana została po długiej przerwie, chwała więc zepołowi za powrót, a fanom radość, ale. Mam nieco mieszane odczucia na jej temat. Z pozytywów odnotować trzeba nadzwyczajny wokal – Chuck Billy jest genialnym wokalistą, zdecydowanie najlepszym ze wymienianych dzisiaj trzech panów. Upływ czasu mu zupełnie nie szkodzi, choć śpiewa trochę inaczej, niż na przykład na początku lat dziewięćdziesiątych. Dobre są jak zwykle gitary (Alex Skolnick i Eric Peterson), niezła sekcja rytmiczna. Wspaniałe coś, co można nazwać trademarkiem Testamentu, czyli znakomity, bardzo bogaty, esencjonalny, przytłaczający, wbijający słuchacza w podłogę metal, nie pozbawiony jednakowoż melodyjności. Żałuję tylko, że na płycie brakuje jakiejś ślicznej balladki, czegoś w rodzaju Return to Serenity, ale to se zapewne ne vrati.

Przyznać trzeba jednak, przy tym wszystkim i przy całej sympatii do zespołu, że płyta jest dość nudna. Większość kawałków jest mocno nieciekawa, monotonna i podobna do siebie nawzajem. Na szczęście wyróżniają się: Killing Season – najlepsza zdecydowanie kompozycja na płycie, wspaniała, doskonale zagrana i zaśpiewana, zachwycająca zupełnie jakby to były czasy Souls of Black; F.E.A.R – z kawałkiem refrenu bardzo zabawnie zerżniętym z fragmentu Master of Puppets, aż się łza w oku kręci ;-); oraz ewentualnie More Than Meets the Eye – z całkiem ładnym plastycznie video (choć można było sobie darować te beznadziejne komputerowe wstawki). Reszta nie nadaje się specjalnie do czegokolwiek.

…………………………………………………………………………………………………………………….

Nie trzeba jednak narzekać, za to należy czekać na nową płytę Testamentu, bo może uda się nieco lepiej. No i warto również czekać na to, żeby zobaczyć bogów na żywo. Razem w dodatku, tyle że w różnych układach. Trasy koncertowe, i amerykańskie i europejskie, są poplanowane, oby tym razem nie wyskoczyło nic, co przeszkodziłoby w ich realizacji. Bogowie dorośli trochę, odłożyli na bok dawne młodzieńcze animozje i postanowili zachwycić fanów swoją przecudowną muzyką. I całą resztą. Jak za dawnych, dobrych czasów.

Temple Grandin

Pani profesor Temple Grandin urodziła się w 1947 roku w Bostonie. Ukończyła studia magisterskie na Arizona State University, a doktorat (z zootechniki) uzyskała w 1989 roku, na University of Illinois. Jest pracującą na Colorado State University wybitną specjalistką, jedną z niewielu na świecie, w dziedzinie projektowania zagród i pomieszczeń do hodowli zwierząt gospodarskich, urządzeń ułatwiających obchodzenie się ze zwierzętami hodowlanymi, specjalnych „korytarzy”, którymi zwierzęta te prowadzone są do rzeźni, do zabiegów higienicznych czy do transportu, i tym podobnych. Zaprojektowane przez nią konstrukcje znakomicie funkcjonują w wielu krajach; w Stanach Zjednoczonych prawie połowa bydła hodowana i przetrzymywana jest w warunkach i z zachowaniem reguł, które opracowała Temple Grandin. 

(Ilustracje ze strony http://www.grandin.com)

Warunki te oparte sa przede wszystkim na zasadzie humanitarnego traktowania zwierząt na każdym etapie hodowli. Grandin mówi: zwierzę nie jest rzeczą  i nie wolno zwierząt traktować jak rzeczy. Skoro już je jemy, to powinniśmy odnosić się do nich z szacunkiem. Ważna jest również efektywność – zwierzęta w zaprojektowanych przez nią pomieszczeniach czy korytarzach czują się komfortowo, nie stresują się, nie boją, co ma oczywiście przełożenie na jakość mięsa czy innych produktów, czyli przelicza się na pieniądze.

Temple Grandin uważana jest za duchową przywódczynię ruchu na rzecz humanitarnego traktowania zwierząt. Za swe rozwiązania doceniona została nawet przez PETA (People for the Ethical Treatment of Animals), nie mówiąc już o mnóstwie innych nagród, które otrzymała. Na swej wspaniałej i niezwykle dokładnej stronie internetowej służy radą i pomocą jak budować farmy zwierzęce, jak zwierzęta – najróżniejszych gatunków, od ptactwa, przez świnie i krowy, a skończywszy na antylopach – w takich farmach przetrzymywać, jak traktować, żeby nie powodować u nich stresu, jak je myć, przewozić, pętać, humanitarnie i bezboleśnie zabijać, a nawet jak humanitarnie przeprowadzać uboje rytualne. Inne naukowe zainteresowania Temple Grandin obejmują kwestie treningu zwierząt, przetrzymywania takiego, aby unikać zranień i stłuczeń, badań nad charakterem i temperamentem różnych zwierząt (np. bydła), stwarzania im lepszych warunków bytowania (np. świniom), wpływu stresu i strachu na produkcję mięsa i mleka, oraz wiele, wiele innych. Grandin jest autorką ogromnej liczby publikacji z tych dziedzin, a także książek na te tematy.

Ale wnikliwe badania nad dobrostanem zwierząt hodowlanych to nie jedyna kwestia, dzięki której mówi się o Temple Grandin. Jest ona także prawdopodobnie najlepiej znaną na świecie osobą dorosłą ze zdiagnozowanym autyzmem. Jako autystka, a jednocześnie świetnie wykształcona badaczka, Grandin potrafi znakomicie zanalizować to, co dzieje się w mózgu osoby chorej na autyzm, opisać to i przekazać innym ludziom. Oraz doradzić przy okazji problemów, na przykład rodzicom z autystycznym dzieckiem. Dzięki temu już wiele lat temu stała się niejako aktywnym łącznikiem między światem ludzi zdrowych i ludzi z autyzmem. Własne doświadczenia opisuje w dobrze sprzedających się książkach, a także w ciekawie napisanych publikacjach naukowych, jak ta na przykład. Opiniami swymi dzieli się również obficie na konferencjach poświęconych autyzmowi. Wspomnieć należy także o bardziej konkretnej pomocy, w postaci tzw. hug machine, czyli opracowanym i zbudowanym przez siebie w młodości urządzeniu, którego uścisk zapewniał jej, jako autystce, komfort i uspokojenie. Grandin prowadziła oczywiście prace nad zastosowaniem hug machine u innych autystów.

Czy te dwie sprawy – dobro zwierząt i autyzm – są u Grandin powiązane? Wygląda na to, że tak. Dzięki zawdzięczanemu autyzmowi nieprawdopodobnemu zmysłowi obserwacji, Grandin pracując i obcując ze zwierzętami widziała i uczyła się tego, jak one zachowują się w różnych warunkach. Jak i czego się boją. Co powoduje stres. Jak reagują na głośnych ludzi, na ubrania wiszące na ogrodzeniach, na śliskie podłoża. Widziała, że wiele z tych rzeczy powoduje niepokój zwierząt, obserwowała, że niepokój ten objawia się specyficznym zachowaniem, postawą ciała oraz wokalizacjami. A potem, projektując swoje ogrodzenia, korytarze czy zagrody brała te rzeczy pod uwagę.

O tym właśnie opowiada biograficzny film HBO zatytułowany Temple Grandin, którego premiera odbyła się kilka tygodni temu. Film jest przepiękny, bardzo interesujący i doskonale zagrany. Wspaniała Claire Danes w roli głównej gra niezwykle przekonująco, z ogromnym talentem, ale nie szarżujac. Podobała się zresztą i samej Temple Grandin, która oglądając sceny w szkole mówiła, że naprawdę widzi siebie. Reszta obsady także jest niezła, co obrazuje przy okazji, jak wiele szczęścia miała Grandin, spotykając tak wrażliwych ludzi  i mądrych mentorów (zaczynając od matki i ciotki oraz nauczyciela przyrody w szkole) na swojej drodze. Z uczuciem i w pięknych kolorach pokazane są krowy – od nich wszystko się zaczęło – oraz zrozumienie, jakie rodzi się między nimi a autystyczną dziewczynką. A największą zaletą filmu jest specyficzny sposób realizacji. Reżyser postawił sobie za zadanie jak najwierniejsze pokazanie tego, co może dziać się w mózgu osoby z autyzmem. I jest to absolutnie fascynujące. Dzięki specjalnym sekwencjom widzimy na przykład, że Temple zapamiętuje wszystko, co widziała dotąd w życiu. Jej mózg pracuje jak komputer, zapisując wszystkie obrazy i wszystkie zdarzenia, których jest świadkiem, oraz wyświetla je później w zależności od potrzeb. Co więcej, przekonująco pokazane jest, że bohaterka rzeczywiście myśli obrazami (ilustracja poniżej pochodzi z tej publikacji). Jeszcze ciekawsze jest to, że każdą hipotezę i każdy pomysł Grandin testuje najpierw w swoim mózgu. Niezależnie od tego, czy jest to skromna brama w gospodarstwie ciotki i wujka, czy ogromne zagrody na setki zwierząt – pełen szczegółów, skomplikowany obraz najpierw pojawia się w głowie bohaterki, mózg jej testuje krok po kroku każdy etap funkcjonowania urządzenia i dopiero, kiedy w głowie wszystko działa, Temple wie, że będzie działało również po zbudowaniu. Jak chociażby na poniższym rysunku (z powyżej cytowanej publikacji), przedstawiającym jedno z rozwiązań technicznych Grandin na farmie zwierzęcej. Rozwiązanie powstało w całości najpierw w jej głowie, po czym Grandin przeniosła je na papier. A potem podobne rozwiązania  zaczęto stosować w praktyce.

I film to wszystko wspaniale i zdumiewająco trafnie pokazuje. Dzięki zastosowaniu sekwencji rysunkowych widać dokładnie, w jaki sposób Grandin obserwuje świat. Jak widzi kąty i zależności geometryczne między uszami nasłuchującego konia. W jaki sposób widzi wszelakie geometryczne rozwiązania spoglądając na stado chodzących w zagrodzie krów. Że widzi wyraźnie, jak powinny wyglądać wszystkie parametry techniczne zagród i korytarzy tak, aby zwierzętom było jak najbardziej komfortowo, a ludziom jak najekonomiczniej.

Tutaj jest trailer. Polecam. Od filmu trudno się oderwać.

(Zdjęcie Temple Grandin ze strony MFA Incorporated)

Fajnie być kobietą. Tu i ówdzie.

Sobota. Jeden dzień. Niczym specjalnym się nie wyróżnia. Czytam sobie coś w internecie oraz oglądam obrazki. Psując sobie humor. 

Najpierw takie fajne żarciki, że miliony Brytyjczyków trwają w niewiedzy w tak kluczowych kwestiach, jak kolor włosów swoich żon, stanowisko, zajmowane przez nie w pracy, data urodzin lub imię najbliższej przyjaciółki. Jeśli jednak kobiety rzeczywiście bywają czasem zaskoczone tym, jak trudno bywa ich mężczyznom zapamiętać kilka choćby szczegółów, powinny cieszyć się, że nie wypadło im dzielić życia z pokoleniem naszych ojców. Imię przyjaciółki? Mój ojciec miał poważne trudności z zapamiętaniem imienia własnej żony – było ich zbyt wiele. Na wszelki wypadek posługiwał się uniwersalnym „kochanie”, darling, co pozwalało przetrwać bez burz okresy zarówno bezkrólewia, jak kolejnej intronizacji.

Jakież to zabawne. Powinnam się cieszyć więc.

Potem jest ta wypowiedź: 5 marca w Centrum Prasowym PAP w Warszawie odbyła się dyskusja panelowa na temat programu „Kobiety w nauce”. Została ona zorganizowana z inicjatywy prof. Barbary Kudryckiej, minister nauki i szkolnictwa wyższego, oraz dziennika „Polska The Times”. – Jestem przekonana, także przywołując własne doświadczenia, że rodzina, a zwłaszcza dzieci, są najlepszym motywatorem do podejmowania wyzwań zawodowych, gwarantującym jednocześnie odpowiedni dystans do prowadzonych prac naukowych.

Zastanawiam się, dlaczegóż pani minister uznała za stosowne powiedzieć to akurat przy okazji programu „Kobiety w nauce”. Czy mężczyzn-naukowców także motywuje w ten sposób? Czy nie, bo mężczyźni, jak wiadomo, nie posiadają dzieci z zasady? I czy naprawdę „dystans do prac naukowych” jest tym, co powinno być cenione u naukowca? Czy może tylko u naukowca płci żeńskiej?

Ale nie, na pewno miała dobre intencje. Przecież w Polsce w ogóle kochamy kobiety i robimy wszystko dla ich dobra. Zwłaszcza, że głupie nie potrafią same zadbać o siebie – wówczas do roboty bierze się pracodawca. Opolskie Centrum Onkologii, pod koniec ubiegłego roku zainicjowało akcję profilaktyczną pod nośnym hasłem „Piersi moich pracownic sam kontroluję”.

Piękne, zaiste, i nośne hasło. I wcale nie obleśne, skąd. Aż dziw, że artykuł nie jest okraszony zdjęciem rozebranych cycków, bo czemu nie? No, ale i te ubrane są ładne. I twarz modelki nie rozprasza. 
Bo przecież kobiety są dla ozdoby: Znając nasze męskie, że tak powiem, inklinacje do tego, żeby panie były do ozdoby, stwierdzam, że ten parytet jest nam potrzebny. Czy jednak 50 do 50, to bym się bardzo, bardzo zastanawiał.
Oraz do obsługi mężczyzn: ‚Jesteśmy dla wygody mężczyzn’ – tak powiedziała moja znajoma z 20-letnim stażem małżeńskim,

Jakoś nie dziwię się, że nadal jest, jak jest.

Ksiądz przyszedł po kolędzie. Nowoczesny – tak o nim mówią – młody i życiowy. Gdy zachodził z innych powodów, rozprawiał o samochodach. O Panu Bogu miał niewiele do powiedzenia.
Teraz go naszło. Dlaczego? Może od miejscowego klimatu. Zaczął, że są we wsi tacy, którzy kupują sobie psy i konie, a przecież dzieci winni robić, lecz to mają za nic. I że wszystko przez baby; taki to w Polsce matriarchat. Baba jest wychowawczynią w żłobku i w przedszkolu. Baba króluje w domu. Baba rządzi, kiedy chłopa dopuścić, bo rodzić nie zamierza. I tak dalej.
Wściekł się S. (o U. nie wspominając). Coś księdzu odpyskował. Klecha na to, że baby trzeba kamienować za cudzołóstwo i za te ich wszystkie wymysły o świecie: kremy, pomadki, zadowolenie z seksu, jak w kolorowych pismach, i inne równouprawnienie.

Czy ktoś zareagował konkretnie na tę uprzejmą wypowiedź księdza? Nawet zakładając, że ksiądz jest chory psychicznie? Ktoś został powiadomiony? Czy stwierdzono raczej, że – eee, tak sobie gada, w sumie niczego takiego nadzwyczajnego nie powiedział. Że wszystko przez te baby? No to przecież wiadomo nie od dziś.

Jakiś problem? Więc?

(Tu jest ładny rysunek na ten temat)

No tak. Właściwie, to żadnego problemu nie mam. Może i nawet powinnam naprawdę cieszyć się z tego, co jest.

Zakonnik i seks, czyli kto tu kogo ośmiesza

Jan Turnau na swoim blogu opisał ostatnio dość zabawną historyjkę na temat pewnego zakonnika czy księdza, kończąc ją uwagą, iż zakonnik ten przysłał pewnego razu artykuł na temat antykoncepcji do Wyborczej. Artykułu nie wydrukowano jednak, żeby nie ośmieszać Kościoła.

Mam pewne wrażenie, że ten ostatni wywiad z dominikaninem Mirosławem Pilśniakiem w dużym stopniu tak akurat mógł zostać odebrany. Albo i wręcz został. Żeby było jasne – nie uważam, że jest w tym cokolwiek złego. Do roboty dziennikarskiej należy między innymi przedstawienie różnych poglądów czy postaw, a czytelnik może sobie zrobić z tym, co tylko chce. Jeśli więc dziennikarze Gazety mieli, mniej lub bardziej świadomie, ochotę poośmieszać poglądy dominikanina, to chyba im to częściowo wyszło – jak na moje oko. Ale przyznać muszę, że odbyło się to dzięki specyficznemu rozumowaniu (jeśli tak to można grzecznie ująć) Pilśniaka raczej, niż ich własnym dziennikarskim umiejętnościom.

I nie, nie mam tu na myśli religijnych poglądów dominikanina. Te są, jakie są. Świadomy katolik zdaje sobie z nich sprawę, a i dokumenty kościelne dostępne są dla wszystkich zainteresowanych. Dlatego też nie widzę niczego dziwnego w tym, że Pilśniak mówi, że to czy tamto jest grzechem. Że to czy tamto nie jest dobre. Że zadaje pytania etyczne. Z jego punktu widzenia, z punktu widzenia religii, którą reprezentuje, pewne rzeczy są uważane za grzechy. Absolutnie nie ma powodu, dla którego zakonnik katolicki nie miałby pod tym kątem oceniać zapłodnienia in vitro, onanizmu czy „czystości” rozumianej metaforycznie. W końcu, jak każdy obywatel, ma prawo wypowiadać się na dowolne tematy, ba – może nawet uczyć o tym tych, którzy się do niego po nauki zgłaszają.

W dodatku – nie widzę tu żadnego powodu do wstydu czy nieśmiałości. Zakonnik opowiada o tym, co dyktuje mu jego religia, opowiada o normach i regułach w tej religii obowiązujących. Jasne, że nie wiadomo, jak to zostanie przyjęte przez innych. Może zostać wyśmiane, ale w sumie – co z tego? Wyśmiać można wszystko, dowolne poglądy czy gusta, i czy jest to powód, żeby się nimi nie dzielić z innymi? Nie mówiąc już o tym, że jeśli przedstawi się je klarownie i sensownie – i nie, nie mam tu na myśli ich naukowego czy paranaukowego udowadniania – jeśli powie się, że to jest to, w co ja wierzę, bez atakowania czy wyśmiewania tego, w co ty wierzysz – to nawet hipotetyczny walczący ateista (ewentualnie część tychże) stwierdzi: no dobra, ty wierzysz w to, ja się nie zgadzam, jesteśmy cool i peace między nami.

Pilśniak nie rozumie, że ludzi (przynajmniej niektórych) odrzuca od religii nie to, że są w niej określone zasady. Nawet nie to, że zasady te są ciężkie. Odrzuca natomiast pseudonaukowy bełkot, którym usiłuje się udowadniać sprawy gatunku religijnego, które tego udowadniania absolutnie nie potrzebują. W religii są bowiem kwestie, które przyjmuje się na wiarę, kwestie znaczące, ale i kwestie mniejszego kalibru. To jest w końcu wiara, na litość, a nie nauka. 

Tym bardziej, że niejednokrotnie wywody Kościoła katolickiego na temat seksualności człowieka wyglądają tak, że bez wódki ich nie rozbieriosz. Pseudonaukowe teorie na temat: antykoncepcja a sprawa wzajemnego szacunku małżonków do siebie na przykład są, delikatnie mówiąc… Szczerze – nie wiem, jak to delikatnie powiedzieć. Ale wiem, że większym szacunkiem obdarzony zostałby zakonnik, który stwierdziłby po prostu, że Kościół tak głosi, że coś tam uważamy za grzech, a co innego nie. A ty, jako katolik, powinieneś po prostu wsłuchać się w te słowa.

Nie rozumiem, dlaczego nie wypunktowali tego dziennikarze przeprowadzający wywiad. Nie pokazali, że przekonania religijne – ok, ale bełkotem jest to, w jaki sposób Pilśniak o nich mówi. Dlaczego nie wyciagnęli braku sensu w tym, że dominikanin ma pretensje do seksuologów mówiących, że coś tam jest dobre, a jego zdaniem nie powinni stawiać się w roli „nauczycieli życia”? A jednocześnie twierdzi, że nauczyciele powinni przekazywać uczniom, co jest dobre, a co złe – ale ocenę, co jest grzechem, powinni zostawiać samym zainteresowanym? I przy tym wszystkim atakuje Wyborczą, że dziennikarze tejże mają swoje poglądy i nie wahają się ich używać celem przekonania ludzi do czegoś? Przecież to wszystko razem aż prosi się o konkluzję, że dominikanin ma wyraźne problemy z dzisiejszym społeczeństwem, z ludźmi żyjącymi w otoczeniu innych ludzi o różnych poglądach, nagabywanymi z różnych stron o różne rzeczy. I że doprawdy jego marzenia o tym, żeby to tylko i wyłącznie Kościół katolicki miał monopol na „uczenie życia”, są, uprzejmie mówiąc, mocno przeterminowane, a Kopernik się w grobie przewraca.

I dlaczego dziennikarze nie punktują innych mocno dziwacznych kwestii, które głosi Pilśniak? Nie pokazują, że w gruncie rzeczy walczy on z jakimiś wyimaginowanymi zarzutami? Że sam sobie coś wymyśla, a potem z tym dyskutuje? Seksuolog, który radzi zaczynać współżycie seksualne jak najwcześniej? I głosi, że masturbacja to sposób na udane życie? I nie zdaje sobie sprawy z istnienia nerwic seksualnych? To ja nazwiska takich specjalistów poproszę. Kremy z ludzkim płodami? A nie pomyliło się coś komuś przypadkiem z placentą, roślinną w dodatku (jak wiadomo, firmy kosmetyczne robią cuda-wianki na kiju)? Polityka anty-HIV w Ugandzie – nie można się na ten temat przygotować przed wywiadem i wykazać, że dominikanin nie wie, o czym mówi? Seksuolodzy powołujący się na Kinseya i jakieś stare książki – nie można było przywołać tych wszystkich Starowiczów i Izdebskich, co to na okragło robią jakieś badania na temat a to seksualności Polek, a to czegoś tam innego? 

Czy nie można było wykazać rozmówcy po prostu, że większość z tego, co głosi, powołując się na naukowe czy racjonalne argumenty, opiera się na osobistych uprzedzeniach, a w dodatku jest niespójne?

Ze zdziwieniem zauważyłam twierdzenie, iż ktoś, kto mówi, że coś tam jest normalne, twierdzi również automatycznie, że to jest dobre, a przy tym naśmiewa się z uważających inaczej. Może Pilśniak ma złe doświadczenia – prawdopodobnie wynikające z faktu, iż za osobistą obrazę uważa fakt, że ktoś śmie się z nim nie zgadzać – ale wydaje mi się, że ludzie nie byliby w stanie normalnie funkcjonować, w wielu zawodach na przykład, gdyby nie zgadzając się ze sobą biliby się i dorabiali do tego jakąś ideologię. Czy chirurg mówiąc pacjentowi, że jedno leczenie jest dobre, ale jego kolega jest zwolennikiem innych metod – wyśmiewa się z tego kolegi? Czy protestant opisujący różnice między swoim Kościołem a Kościołem katolickim wyśmiewa się z tych różnic? Czy naukowcy różniący się poglądami wyśmiewają się z siebie nawzajem? Może i niejeden tak, ale nie jest to konieczne, naprawdę. Tak jak nie wynika z faktu, że jeśli ktoś mówi, że prezerwatywa zabezpiecza przed czymś tam, to od razu zachęca do jej używania. Oraz automatycznie wyśmiewa się z Kościoła, kiedy informuje, że Kościół jej nie aprobuje. To jest informacja li i jedynie. I tym bardziej można to było wytknąć Pilśniakowi, skoro jego argument to to, że „ja w to nie wierzę” (że można tylko informować informując) oraz manipulowanie informacjami. Raz twierdził, że seksuolodzy informują, że antykoncepcja jest ok, ale Kościół jej nie lubi, a chwilę później, że mówią oni, że Kościół prezerwatyw nie lubi, ale katolicy to olewają. Wnikliwy dziennikarz powinien zauważyć, że chyba jakoś zaczynamy rozmawiać o czymś zupełnie innym w tym momencie.

Podobnie można chyba było wykazać zakonnikowi, że jeśli ktoś używa słowa „normalny”, może używać go wyłącznie w znaczeniu „typowy” czy „najczęściej występujący” i nie musi to koniecznie oznaczać wartościowania – „dobry”. Z tym, zdaje się, Pilśniak ma spore kłopoty w całym wywiadzie. I przykład ten dość dobrze obrazuje, że walczy on ze wykombinowanymi przez siebie samego kwestiami i na nie odpowiada. A że, brutalnie mówiąc, nie wystarcza mu wiedzy czy argumentacji, próby tłumaczenia własnych wizji na gruncie racjonalnym wychodzą mu żałośnie i żenująco.

I naprawdę, naprawdę, jeszcze raz to podkreślę, nie mam na myśli jego przekonań religijnych czy wiary po prostu. Te szanuję, trudno żebym nie :-) . Osłabia mnie zwyczajnie to marne, na niskim poziomie pseudorozumowanie, ten dziwaczny język, w czym celują niektóre osoby duchowne. Bo nie sposób tego brać poważnie. Poważniej wygląda, kiedy ktoś, owszem, broni swoich poglądów, ale robi to normalnie, prosto o nich opowiadając. Przyznając czasem, że coś tam to właśnie wiara, a nie nauka. Ale nie wówczas, kiedy czyni to dorabiając do wszystkiego bezsensowne argumenty, przywołując niestworzone przykłady oraz polemizując z własnymi demonami.

O ileż świat byłby sympatyczniejszy, gdyby taki zakonnik przemyślał trochę swoje słowa. Raz – co on sam powinien zapewne docenić – nie ośmieszałby swoją osobą Kościoła. To prawdopodobnie nawet nie postało mu wcześniej w głowie, ale owszem, udało mu się to zrobić. Dwa – mogło to sprawić przykrość paru katolikom, na których powinno mu zależeć. Czyli miło byłoby, gdyby w ogóle nie urażał innych ludzi – to także dla kogoś tak strasznie przeświadczonego o swojej racji jest pewnie niewyobrażalne. Osoby takie myślą wówczas często: ludzie obrażają się, bo Kościół wymaga. Tymczasem to nie na tym polega – ludzie nie są urażeni tym, że Kościół wymaga. Kogoś, kto wymaga, traktuje się nawet z szacunkiem. Są urażeni tym, że traktuje się ich jak idiotów, którzy łykną wszystko.

A po trzecie – to miło by było wówczas na świecie i Mirosławowi Pilśniakowi. Żali on się, że ludzie traktują go pogardliwie i przezywają. Może nie robiliby tego, gdyby on sam nie wypowiadał się tak autorytatywnie, a jednocześnie lekko i bez empatii, na temat sytuacji dla siebie wyraźnie niepojętej, jaką jest kwestia HIV/AIDS w Afryce. Gdyby tak swobodnie nie perorował na temat heroizmu, miłości, prezerwatyw i ludzi zakażonych na tym kontynencie. Może jakby się zastanowił, czy na pewno te same podniosłe frazesy rzuciłby w twarz gwałconej dwunastoletniej Afrykance, albo na przykład zakonnicy-misjonarce – wówczas może nie obruszałby się tak, że ludzie wypowiadają się niechętnie na jego temat. Może.

A po czwarte – może i osoby niewierzące spojrzałyby wówczas trochę inaczej na Kościół? Nie zostałyby odepchnięte od niego sporym stężeniem absurdu, za to wywołałoby to w nich nawet  jeśli nie akceptację religii, to przynajmniej odrobinę zrozumienia.

Na koniec wracam do mojej początkowej tezy – miał ten wywiad z założenia ośmieszyć Kościół czy nie? Jeśli tak, to jak pisałam, udało mu się. Czy to źle? Skądże, choć oczywiście nie jest to przyjemne. Nie miewam wcale takich zdrożnych pragnień, żeby w przypadku kiedy Kościół sam sobie strzela w stopę, podawać mu naboje, absolutnie nie. Ale uważam, że każdemu dobrze robi odrobina krytyki a nawet krytykanctwa, nawet jeśli jest niesympatyczna. Bo skłania ona (albo przynajmniej powinna) do refleksji, do zrewidowania nawet jeśli nie poglądów, to własnego tych poglądów prezentowania.

Ale uważam też, że dziennikarze nie postarali się nadmiernie. Wszystko załatwił za nich rozmówca. I nawet jeśli oni mieli niezły ubaw, to czytelnik (niżej podpisana) też chciałby troszeczkę ;-). Wiem, że przysłowie „nie ucz ojca dzieci robić” jest bardzo słuszne, ale… jakoś tak niedługi czas później przeczytałam inny wywiad, z innym księdzem, w innej gazecie. Nigdy nie sądziłam, że napiszę coś takiego, ale radziłabym dziennikarzom Gazety zajrzeć do Rzeczpospolitej. Tak robi się wywiady z ludźmi, zwłaszcza z takimi, od których chcemy wyciągnąć coś konkretnego, a nie pogłaskać ich po główce i poślizgać się po temacie.

Dziewczynka z opryszczkami

ResearchBlogging.orgZainspirowana ostatnimi dyskusjami na temat opryszczek, postanowiłam opowiedzieć Wam arcyciekawą bajkę o :-P

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami urodziła się dziewczynka o imieniu Hermenegilda. Jej pojawienie się na świecie zachwyciło Praksedę i Korbiniana – szczęśliwych rodziców. Oboje na zmianę nosili dzidziusia na rękach, kołysali, śpiewali pioseneczki i całowali. Kiedy Hermenegilda była jeszcze całkiem nieduża, zachorowała nagle – miała wysoką gorączkę, zaczerwienione i spuchnięte dziąsła, w buzi i dookoła ust pojawiło się sporo małych pęcherzyków – wszystko to spowodowało, że dziecko marudziło, płakało i nie chciało jeść.

(Fot. z Microbiology and Immunology On-line)

Skąd się wzięła ta choroba? – zastanawiali się Prakseda i Korbinian. Prawdopodobnie to któreś z nich właśnie zaraziło dziecko. Gdyż sami, także prawdopodobnie w dzieciństwie, zakażeni zostali wirusem opryszczki (zwanym także HSV – herpes simplex virus, czy bardziej nawet obecnie prawidłowo HHV – human herpesvirus) poprzez ślinę, którą rodzice, ciocie czy oczarowani dziećmi dziadkowie zostawiali na ich buziach przy obcałowywaniu maleństw. W podobny więc sposób Prakseda i Korbinian sprzedali zakażenie swojej córeczce. Nie musieli mieć nawet objawów infekcji, gdyż wirusy opryszczki szerzą się także bezobjawowo.

………………………………………………………………………………………..

Wirus opryszczki wygląda schematycznie tak:

A na zdjęciu z mikroskopu elektronowego widać, że ma skomplikowany strukturalnie kapsyd (czyli to, co osłania kwas nukleinowy – w tym wypadku DNA), zbudowany z podjednostek – 162 kapsomerów. Na zewnątrz znajduje się spora osłonka lipidowa, z tym, że tak duża może się ona wydawać na skutek przygotowywania preparatu do mikroskopii – osłonka wówczas pęka, a cząstka wirusowa przyjmuje kształt „sadzonego jajka”. Pomiędzy osłonką a nukleokapsydem znajduje się tegument – warstwa zawierająca enzymy odpowiedzialne za rozpoczęcie replikacji oraz parę innych białek wirusowych.

(Fot. z Microbiology and Immunology On-line)

Wirus opryszczki należy do rodziny Herpesviridae i do podrodziny Alphaherpesvirinae – do podrodziny tej należą w sumie trzy herpeswirusy: dwa wirusy opryszczki HHV-1 i HHV-2 oraz wirus ospy wietrznej-półpaśca (HHV-3). Cała natomiast rodzina mieści się z grubsza w tej tabelce:

(Ryc. z Microbiology and Immunology On-line; odrobinę zmienione)

Wirusy opryszczki charakteryzują się trzema szczególnymi cechami – neurowirulencją (czyli mogą atakować i namnażać się w układzie nerwowym), latencją (czyli możliwością przetrwania w układzie nerwowym bez powodowania objawowego zakażenia) oraz zdolnością do reaktywacji (czyli wyjściem ze stanu latencji); zjawisko latencji charakterystyczne jest (najprawdopodobniej) dla wszystkich herpeswirusów.

Wirusy opryszczki rozpowszechnione są na całym świecie. Człowiek jest jedynym rezerwuarem wirusów, nie istnieją żadne wektory infekcji. Zakażenie następuje na skutek bliskiego kontaktu śliny lub innych wydzielin zawierających wirusy z wrażliwymi błonami śluzowymi albo poprzez uszkodzoną skórę. Oba wirusy opryszczki zachowują się podobnie, wiadomo jednak, że zakażenia „powyżej talii”, czyli opryszczka wargowa powodowana jest raczej przez HHV-1, natomiast zakażenia „poniżej talii” czyli opryszczka genitalna to częściej HHV-2. Nie wynika ta jednak z jakichś specjalnych właściwości wirusów, oba mogą zakażać nabłonki całego ciała.

(Ryc. z Microbiology and Immunology On-line)

………………………………………………………………………………………………..

Hermenegilda miała oczywiście szczęście. Że jej mamusia Prakseda nie była akurat zakażona opryszczką genitalną. Albo że nawet gdyby była, to że w momencie porodu zakażenie to nie raczyło się objawić i że lekarze mogli w takiej chwili  pomyśleć o cesarskim cięciu. Gdy matka ma aktywną postać opryszczki genitalnej podczas porodu, wówczas dziecko, na skutek infekcji okołoporodowej, przy słabości swego układu immunologicznego, może bardzo ciężko zachorować. Dochodzi wtedy do uszkodzenia wielu narządów, wirus szerzy się po całym małym ciałku, a i ryzyko zgonu jest niemałe.

(Fot. z: http://www.zambon.es/areasterapeuticas/03mujer/atlas/atlas.htm)

Hermenegilda miała także szczęście, że nie nabawiła się innych ciekawych zakażeń opryszczkowych, jak chociażby zapalenia mózgu, powodowanego głównie przez HHV-1 – wirus lubi atakować szczególnie płaty skroniowe, a pacjenci po przeżyciu zakażenia – z rozmaitymi zaburzeniami kognitywnymi – są nadzwyczaj interesującymi przypadkami dla neurologów i neuropsychologów. Innym poważnym zakażeniem, powodowanym głównie przez HHV-1 (ale u noworodków przede wszystkim przez HHV-2) jest zapalenie rogówki – ogromnie bolesne i, jeśli nieleczone, prowadzące do ślepoty.

Hermenegilda miała więc szczęście. Zakażona jako niemowlę, przeszła infekcję pierwotną (czyli opisane na samym początku gingivostomatitis – zakażenie jamy ustnej i dziąseł) i tyle. Co się dalej działo z wirusem?

………………………………………………………………………………………………..

Najogólniej i schematycznie rzecz biorąc, zakażenie komórki przez wirusy (ponieważ wirusy nie mogą namnażać się luzem, muszą mieć komórkę do tego) wygląda następująco:

(Animacja z: MicrobeLibrary.org)

Pierwszy etap to rozpoznanie i przyłączenie się wirusa do powierzchni komórki. Następnie wirus wnika do niej – różnymi drogami, w zależności np. od tego, czy jest wirusem osłonkowym czy nie, albo w ogóle jak mu wygodnie. Na powyższej animacji przedstawiona jest na przykład faza, która inaczej wygląda w cyklu replikacyjnym wirusów opryszczki. Wirusy te NIE wnikają na skutek endocytozy i późniejszej fuzji błony pęcherzyka z osłonką wirusową (tak robi np. wirus grypy), ale wnikają poprzez fuzję błony komórkowej z osłonką, a do cytoplazmy komórki dostaje się kapsyd. O właśnie tak:

(Ten rysunek pochodzi z genialnej strony Dr. Edwarda Wagnera o herpeswirusach: http://darwin.bio.uci.edu/~faculty/wagner/hsvresrch.html)

Następnie dochodzi do uwolnienia kwasu nukleinowego wirusa („odpłaszczenie„), syntezy białek wczesnychreplikacji genomu wirusa, syntezy białek późnych (te etapy mają wiele różnych podetapów i różnie to wygląda u różnych wirusów), wreszcie wirus dojrzewa, czyli wszystkie te białka i kwasy nukleinowe składane są do kupy i powstają (niemal już) funkcjonalne cząstki wirusowe. Które opuszczają komórkę – znowu różnymi drogami; a dojrzałe wirusy mogą zakażać kolejne komórki.

Wirusy opryszczki mają jednak pewną szczególnie ciekawą cechę. Jest to zdolność do przejścia w stan latencji, czyli uśpienia. Dzieje się to wtedy, kiedy wirus ma już za sobą zakażenie komórek nabłonkowych w buzi Hermenegildy. Zakaża on także komórkę nerwową unerwiającą ten region ciała dziecka. Dochodzi do syntezy pewnych białek, zapoczątkowujących stan latencji, a także białek kontrolujących utrzymanie tego stanu. Zahamowana zostaje natomiast „produktywna” infekcja. Wirus wędruje wzdłuż neuronu do zwoju nerwowego (w przypadku opryszczki wargowej jest to zwój nerwu trójdzielnego) i tam może sobie siedzieć długo, nie wyrządzając  neuronowi zbyt dużej szkody, ani też nie wywołując widocznych objawów zakażenia.

(Ryc z: http://darwin.bio.uci.edu/~faculty/wagner/hsvresrch.html)

Pod wpływem natomiast różnych czynników stresowych – przechłodzenia organizmu, nadmiernego opalania, klasówek czy miesiączki (Hermenegilda dorasta) następuje reaktywacja, czyli sytuacja odwrotna: wirus „budzi się” i tą samą drogą, wzdłuż tego samego neuronu wędruje z powrotem, do tego samego obszaru (tego samego dermatomu) gdzie miało miejsce zakażenie pierwotne.

………………………………………………………………………………………………..

I tam znowu widoczne są objawy infekcji. Hermenegilda cierpi na klasyczną opryszczkę wargową. Czyli powstawanie dość bolesnych, wypełnionych płynem pecherzyków (w płynie tym są miliardy wirusów).

(Ryc. z Microbiology and Immunology On-line)

Taka reaktywacja zakażenia – bo jest to ten sam wirus: ten sam, który zakaził Hermenegildę w dzieciństwie i który pozostanie z nią aż do śmierci – będzie zdarzała się coraz rzadziej. Najczęstsze reaktywacje mają dzieci, potem zwykle bywa lepiej. Samo zakażenie jest oczywiście irytujące i mało estetyczne, a trwa jakiś tydzień. Pamiętać trzeba, że Hermenegilda wysoce zakaźna jest dla innych przez pierwsze 24 godziny, ale tylko odrobinę mniej zakaźna przez cały czas, dopóki pęcherzyki na jej ustach pozostają wilgotne. No i warto zdać sobie sprawę, że reaktywacja opryszczki wargowej to na ogół (na ogół!) mniejszy problem, niż identyczna sytuacja z opryszczką genitalną. Niektórzy nieszczęśliwi pacjenci z tą ostatnią potrafią mieć uciążliwe, bolesne i zakaźne zmiany i pęcherzyki na narządach płciowych co jakieś trzy tygodnie na przykład.

Czy Hermenegilda może pozbyć się swego milutkiego wirusa opryszczki? Nie, ale opryszczkę można leczyć objawowo i, co ważne, bezpiecznie. Jest to zresztą rzadkością w przypadku wirusów. Cykl replikacyjny wirusów bowiem ściśle związany jest ze zjawiskami zachodzącymi w komórkach organizmu, czyli najczęściej przy terapii przeciwirusowej dochodzi do zniszczenia albo uszkodzenia także tych komórek, w tym niezakażonych. W przypadku opryszczki mamy jednak acyklowir, lek znakomity, wysoce specyficzny i nietoksyczny dla niezakażonych komórek. Wynika to z faktu, że acyklowir podawany Hermenegildzie, zanim zacznie działać przeciwirusowo, musi zostać najpierw ufosforylowany w jej organizmie. Pierwszego etapu fosforylacji dokonuje wirusowa kinaza tymidynowa, a więc enzym, który obecny jest tylko w zakażonych komórkach. Dopiero dwa kolejne etapy dokonywane są przez enzymy komórkowe. Aktywny acyklowir blokuje następnie syntezę DNA przez hamowanie wirusowej polimerazy DNA, gdyż do tej polimerazy ma dziesięciokrotnie większe powinowactwo niż do enzymu komórkowego. Acyklowir moze być stosowany doustnie, miejscowo oraz dożylnie. Sprzedawany jest pod różnymi nazwami handlowymi: Cyclovir, Herpex, Acivir, Acivirax, Zovirax, Aciclovir, Zovir, Heviran.

(Ryc. z Microbiology and Immunology On-line)

Problem w tym, że już w tej chwili, na skutek intensywnego stosowania, notuje się pewną liczbę szczepów klinicznych wirusów opryszczki opornych na acyklowir. Istnieją jednak także inne leki skuteczne wobec tych wirusów, jak na przykład walacyklowir – prolek acyklowiru, pencyklowir (i jego prolek – famcyklowir), idoksurydyna (stosowana w leczeniu opryszczkowego zapalenia rogówki) czy toksyczny foskarnet.

Szczepionka niestety nie istnieje, tak więc wysoce prawdopodobne jest to, że kiedy Hermenegilda urodzi swojego synka Korbiniana (imię po dziadku) albo córeczkę Praksedę (po babci) również zakazi ich swoim wiernym wirusem opryszczki. Ewentualnie zrobi to tatuś dzieci czy też inna bliska osoba. I będą żyli długo i, ekhm, szczęśliwie…

Więcej:
1. Opstelten W, Neven AK, & Eekhof J (2008). Treatment and prevention of herpes labialis. Canadian family physician Medecin de famille canadien, 54 (12), 1683-7 PMID: 19074705
2. Azwa A, & Barton SE (2009). Aspects of herpes simplex virus: a clinical review. The journal of family planning and reproductive health care / Faculty of Family Planning & Reproductive Health Care, Royal College of Obstetricians & Gynaecologists, 35 (4), 237-42 PMID: 19849918
3. Corey L, & Wald A (2009). Maternal and neonatal herpes simplex virus infections. The New England journal of medicine, 361 (14), 1376-85 PMID: 19797284

Z czcią polizać księdzu buciki

Pan Krajski tradycyjnie, z właściwym sobie wdziękiem, już nie pierwszy raz ani na szczęście zapewne nie ostatni, uczy nas kościelnego savoir-vivre’u. Jeżeli już jakiś nędzny świecki grzesznik, który ran księdzu całować nie godzien, musi czymś nieważnym pozawracać księdzu głowę, powinien podobno pisać tak:

Używamy zatem w korespondencji „kościelnej” (w liście i na kopercie): formy „wielebny”, którą odnosimy do proboszcza, wikarego, prefekta, administratora, kleryka, diakona (piszemy więc: „Wielebny Księże Proboszczu”, a na kopercie – „Wielebny Ksiądz Proboszcz”; „Wielebny Księże Diakonie”, a na kopercie – „Wielebny Ksiądz Diakon” itp.); formy „przewielebny”, którą odnosimy do prałata, kanonika, dziekana, rektora, profesora (piszemy więc: „Przewielebny Księże Prałacie”, a na kopercie – „Przewielebny Ksiądz Prałat” itp.); formy „najprzewielebniejszy”, którą odnosimy do kardynała, arcybiskupa, biskupa, generała zakonu, prowincjała, opata, prałata papieskiego (piszemy więc: „Wasza Eminencjo Najprzewielebniejszy Księże Kardynale”, a na kopercie – „Jego Eminencja Najprzewielebniejszy Ksiądz Kardynał”; „Wasza Ekscelencjo, Najprzewielebniejszy Księże Biskupie”, a na kopercie – „Jego Ekscelencja Najprzewielebniejszy Ksiądz Biskup”; „Najprzewielebniejszy Księże Generale”, a na kopercie – „Najprzewielebniejszy Ksiądz Generał” itp.); formy „najdostojniejszy”, którą odnosimy do biskupa ordynariusza (piszemy więc: „Wasza Ekscelencjo, Najdostojniejszy Księże Biskupie” lub „Arcybiskupie”, a na kopercie – „Jego Ekscelencja, Najdostojniejszy Ksiądz Biskup” lub „Arcybiskup”); określenie „Metropolita” odnosimy do arcybiskupa metropolity, dodając pod nazwiskiem np. „Metropolita Częstochowski”.

List kończymy jednym z następujących sformułowań: „Proszę przyjąć wyrazy czci”, „Proszę przyjąć zapewnienie najgłębszej czci” (np. do biskupa); „Z prośbą o modlitwę” – itp.

Zgorszyłam się doprawdy. Tak bez szacunku do księdza czy biskupa ten pan Krajski. Powinno być: Najprzewielebniejsiejesiejszy Najdostojniejszy Najekselentniejszy Księże, Ksiądz pozwoli polizać z czcią swe buciczki. Oraz raczy przyjąć zapewnienie tejże czci najgłębsiejsiejsiejszej.

Snowmageddon, snowtastrophy, snowpocalypse :‑)

Wczoraj nie udało nam się wyjechać z przydomowego parkingu. Dzisiaj jednak, popędzani przez wrodzone (albo i nabyte) pracoholizmy, postanowiliśmy nie dać się zimie. Czyli pojechać do pracy, choć, jako żywo, nie było potrzeby – uniwerek się zamknął był na dzisiaj, a i łaskawe szefostwo pozwoliło zostać w domu.

Nasz parking wyglądał dzisiaj rano tak:

Parking dla gości za to tak – nawet widać (podobno) tabliczkę „Visitor Parking”. A ten gość to chyba będzie siedział gospodarzom na głowie do wiosny :-) :

Próbujemy wyjechać na ulicę:

Służby odśnieżające spisały się tak sobie. Dziwacznie się jedzie po takiej nawierzchni:

Tak, jedziemy na północ. Albo na biegun północny co najmniej:

Autostrada też średnio odśnieżona. Dobrze, że prawie kompletnie pusta. Niemal wszyscy radośnie zostali w domach. Tylko my, jak te głupki…

Amerykanie nie umieją jeździć, kiedy spadnie śnieg:

Niektórzy idą więc na piechotę, w śniegu brudnym i w śniegu niepokalanym ;-) :

Zasypało Cmentarz Arlingtoński – ktoś go widzi? –

oraz Potomak częściowo:

Ponieważ śnieg jest strasznie mokry i lepki, siedzi długo na drzewach, obciąża gałęzie i nawet je łamie. No, ale jezdnie w DC są zupełnie przyzwoicie czarne:

Z trudem wspinamy się do pracy ;-) ,

gdzie pracują chyba tylko służby odśnieżające,

bo parking dla pracowników wygląda jak nigdy :-) :

Na szklanym dachu Szkoły Biznesu przycupnął prawdziwy luty:

„Zakaz parkowania” – trochę widoczny :-) ,

za to odśnieżone to co najważniejsze, czyli hydrant. W dodatku już prawie jesteśmy na miejscu.

A zima jest oczywiście przepiękna :-) :

Jak na prawdziwych pracoholików przystało, spędziliśmy w pracy trochę czasu. Lab był calkowicie ciemny i głucho pusty, kiedy do niego wchodziłam. Potem pojawiła się dwójka kolejnych wariatów, czyli V. – Serbka oraz J. – Chińczyk. Amerykanów nie stwierdzono. J. przyjechał do towarzystwa z teściem, który koniecznie chciał pozwiedzać laboratorium. Teść próbował nawet do mnie zagadywać, ale niestety – ja ani w ząb chińskiego ani mongolskiego, on ani w ząb polskiego i angielskiego. Dużośmy więc sobie nie pogadali :-) .

Powrót do domu był niezły, choć drogi były chyba jeszcze gorsze, niż rano. Na autostradzie widzieliśmy kolejnych delikwentów, co to nie radzili sobie z warunkami,

ale przyznać trzeba, że naprawdę nie było łatwo w tę stronę. Marna widoczność – pod słońce i z szybami brudnymi od pryskającej spod kół innych samochodów brei śniegowej. Ale do domu udało nam się jakoś dojechać :-) .

Haiti po trzęsieniu ziemi – mikroby plus mężczyźni jak zwierzęta

12. stycznia potężne trzęsienie ziemi zniszczyło duży kawałek Haiti. Tragedia ludzi, mnóstwo zabitych i zaginionych, dużo takich, którzy dniami czekali na pomoc pod gruzami, zniszczone majątki życia – jakiekolwiek by nie były – to wszystko są oczywiste skutki takiej katastrofy. Z mikrobiologicznego i parazytologicznego punktu widzenia skutki trzęsień ziemi, powodzi, czy innych efektów działania natury są nieraz równie przerażające, a także długotrwałe i trudne do oszacowania. Jedno – to kwestia utraty i zniszczenia ogromnej pracy naukowej. Tak było po przejściu Katriny, kiedy to wirusolodzy pracujący w tym rejonie wystosowali dramatyczny apel do kolegów po fachu, z prośbą o pomoc w uzupełnianiu banków wirusów, linii komórkowych, konstruktów, mutantów, i tym podobnych rzeczy, które są nieraz nie do odtworzenia. Odczynniki można odkupić, ale to, na czym się pracowało – nie bardzo. Lata pracy, doświadczeń, dorobku znikają w jednej chwili.

A druga kwestia – to nawiedzające ludzi zakażenia, które buszują sobie po katastrofie w najlepsze. Dotąd trzymane jakoś tam w szachu, teraz – na skutek ograniczonej opieki medycznej, niedoborów czystej wody, a zwłaszcza w strefie klimatów ciepłych, w dodatku w krajach biednych, gdzie i tak rozmaite drobnoustroje mają się nieźle, bo ludzie żyją w zagęszczeniu, przy braku często odpowiednej infrastruktury, przy braku lekarstw – stanowią ogromne i dodatkowe, poza brakiem dachu nad głową i jedzenia, zagrożenie dla wszystkich mieszkańców.

Po trzęsieniu ziemi w Haiti najpoważniejszy problem mikrobiologiczny stanowią zakażenia ran. Rany zabrudzone są zwykle ziemią, wodą morską, piaskiem oraz tym, co znajduje się w ściekach. Ludzie  nie mają dostępu do materiałów dezynfekcyjnych i opatrunkowych, zwłaszcza kiedy uwięzieni są gdzieś pod swoimi domami. Zakażenie ran pojawia się w takich wypadkach po jakichś 72 godzinach.

Po tsunami w Tajlandii zaobserwowano, że zakażenia ran są drugim co do częstości problemem zdrowotnym u tych, którzy przeżyli. Jak widać na wykresie, w ranach znajdowały się głównie pałeczki Gram-ujemne, stanowiące jednocześnie florę układu pokarmowego i powszechnie występujące w ludzkich i zwierzęcych odchodach. Warto zauważyć jednak, że na przykład po trzęsieniu ziemi w Chinach w 2008 roku, udział procentowy bakterii w podobnych zakażeniach był nieco inny. Przeważały infekcje spowodowane przez gronkowca złocistego, mniej natomiast było tych wywoływanych przez pałeczki jelitowe. Specjaliści tłumaczą to faktem, że w Chinach mniej ran zostało zanieczyszczonych przez wodę, niż miało to miejsce w Tajlandii.

Drugim poważnym problemem mikrobiologicznym po trzęsieniu ziemi w Haiti są zakażenia układu pokarmowego, czyli możliwość wystąpienia różnego rodzaju chorób biegunkowych.

Cholera, powodowana przez różne szczepy przecinkowca Vibrio cholerae (na zdjęciu) charakteryzuje się przede wszystkim obfitą, wodnistą biegunką. Zakażenie przenoszone jest drogą fekalno-oralną. Diagnostyka przeprowadzana jest zwykle na podstawie objawów klinicznych. Większość pacjentów potrzebuje tylko uzupełniania płynów i elektrolitów; antybiotyki (terapia empiryczna) zmiejszają objętość traconych płynów i skracają czas trwania choroby. Przy odpowiednim leczeniu śmiertelność cholery wynosi około 1%, ale przy braku higieny i czystej wody może sięgać nawet 25 – 50%. Update z marca: zdaniem CDC jednak, wystąpienie cholery po trzęsieniu ziemi w Haiti nie jest zbyt prawdopodobne.

Zakażenia pałeczkami z rodzaju Shigella, odpowiedzialnymi za czerwonkę bakteryjną, są jednym z głównych problemów służby zdrowia w krajach rozwijających się, ze słabym poziomem higieny. Bakterie przenoszą się drogą fekalno-oralną, a dawka zakaźna jest szczególnie niska – wystarczy nawet dziesięć komórek bakteryjnych (w przypadku niektórych szczepów), żeby wywołać pełnoobjawową chorobę. Bakterie atakują błonę śluzową jelit (na zdjęciu) oraz wydzielają toksyny, co powoduje stan zapalny, a w konsekwencji rozległe zniszczenia śluzówki jelit. Objawy czerwonki mogą być różne, typowo występuje krwawa biegunka, ale obserwowano także biegunkę wodnistą, wysoką gorączkę, hipoglikemię, bóle głowy, osłabienie, perforację jelit, a nawet zespół hemolityczno-mocznicowy. Leczenie obejmuje uzpełnianie płynów i elektrolitów, leki przeciwgorączkowe oraz antybiotyki. Nie powinno sie stosować terapii przeciwbiegunkowej, bo może to przedłużyć czas trwania choroby. W przypadku leczonej czerwonki gorączka utrzymuje się 24 godziny, a biegunka trwa 2-3 dni. Śmiertelność w krajach rozwiniętych wynosi poniżej 1%, natomiast w krajach biednych – 25 – 50%.

Zapalenie jelit spowodowane przez zakażenie różnymi pałeczkami z rodzaju Salmonella (S. enterididis, S. typhimurium – na zdjęciu), nastepuje zwykle na skutek spożycia zanieczyszczonego jedzenia, najczęściej drobiu lub jajek. Objawia się biegunką, gorączką, dreszczami, bólami głowy i mięśni. Biegunka trwa 3-7 dni i wymaga uzupełniania płynów i elektrolitów. Antybiotyki nie skracają czasu trwania choroby, za to mogą wydłużać czas nosicielstwa i zalecane są wyłącznie dla pacjentów, u których istnieje ryzyko rozwinięcia się uogólnionego zakażenia. Śmiertelność zapalenia jelit (bez powikłań) spowodowanego przez pałeczki Salmonella wynosi mniej niż 1%, ale w przypadku bakteriemii może dochodzić nawet do 20 – 30%.

Salmonella to nie tylko zapalenie jelit, ale także dur brzuszny – zakażenie ogólnoustrojowe, silnie związane z niedostatecznymi warunkami higieny i endemiczne w krajach rozwijających się. Powodowane przez Salmonella typhi, objawia się narastającą gorączką, bólami brzucha i głowy, bradykardią i poważnymi zaburzeniami świadomości, a następnie także zapaleniem mięśnia sercowego i krwawieniami wewnątrzjelitowymi. Nieleczony dur trwa kilka tygodni, ale utrata wagi i osłabienie utrzymuje się miesiącami. Antybiotykoterapia powinna zostać rozpoczęta natychmiast po stwierdzeniu objawów klinicznych, bez potwierdzenia zakażenia testami laboratoryjnymi. Śmiertelność leczonego duru brzusznego wynosi poniżej 1%, nieleczonego – 10 – 20%.  

Kolejnym problemem po trzęsieniu ziemi jest zniszczenie infrastruktury i linii wodociągowych, co prowadzi w konsekwencji do powstania zbiorników stojącej wody. W wodzie takiej chętnie namnażają się komary, które roznoszą różne choroby, jak wirusowa gorączka krwotoczna denga (przenoszona przez komary z rodzaju Aedes – na zdjęciu), leczona wyłącznie objawowo, a śmiertelność której wynosić może nawet 12 – 44%.

Inną chorobą przenoszoną przez komary, tym razem z rodzaju Anopheles, jest malaria. Czynnikiem etiologicznym malarii są pierwotniaki rodzaju Plasmodium, przy czym najcięższa postać malarii związana jest z zakażeniem Plasmodium falciparum i ta właśnie postać dominuje w Haiti. P. falciparum odpowiada za 90% przypadków 1 – 3 milionów zgonów rocznie z powodu malarii na świecie.

Zniszczenia po trzęsieniu ziemi skutkują także zniszczeniem i załamaniem długookresowych planów i strategii przyjętych w celu walki z przewlekłymi chorobami zakaźnymi (jak gruźlica chociażby), czy z tymi, które dość łatwo jest leczyć, ale musi to być robione systematycznie. Przykładem jest tu słoniowacizna, zdaniem WHO druga w kolejności choroba na świecie powodująca trwałe kalectwo, a  wywoływana przez nicienie Wuchereria bancrofti (jedyny gatunek znajdowany w Ameryce Łacińskiej), a także Brugia malayi i Brugia timori. Leczenie słoniowacizny jest skuteczne, także w Haiti, ale obecnie lekarze obawiają się, że siły i pieniądze mogą zostać przekazane na inne, bardziej pilne cele.

 

Podobny problem jest z leczeniem ludzi zakażonych HIV, a w Haiti ryzyko zakażenia tym wirusem jest największe na Karaibach. W tej chwili zagrożone są szczególnie kobiety, gdyż panowie na wyspie znaleźli sobie nową rozrywkę. Napadają i gwałcą kąpiące się panie – z myciem się są problemy, bo nie ma wody, kobiety więc noszą wodę w pojemnikach, umawiają się grupami, gdyż ktoś musi stać na straży i ostrzegać, jeśli zbliża się grupka łaknących rozrywki mężczyzn. Zresztą, prawo antydyskryminacyjne w Haiti praktycznie nie istnieje, parę pomysłów zostało zainicjowanych, problem w tym, że trzy ważne i zainteresowane problemem polityczki zginęły w katastrofie. I to także jest nieoczywisty na pierwszy rzut oka i trudny do oszacowania skutek trzęsienia ziemi w tym kraju.

W ogóle mężczyźni w Haiti zachowują się wesoło. Do tego stopnia, że organizacje humanitarne rozdają kupony żywnościowe tylko kobietom. Doświadczenie pracowników tych organizacji mówi bowiem, że kobiety wykorzystują te kupony zgodnie z przeznaczeniem – nakarmią więc siebie i swoich bliskich. Mężczyźni natomiast podchodzą do problemu bardziej niekonwencjonalnie i z fantazją, głównie kuponami handlując. Nie są oczywiście zadowoleni z polityki organizacji humanitarnych, w związku z tym protestują przeciw dyskryminacji w sposób najprostszy – napadają na kobiety i kradną im te nieszczęsne kupony.

– Źle wróżę waszej rasie, ludzie – rzekł ponuro Zoltan Chivay. – Każde rozumne stworzenie na tym świecie, gdy popadnie w biedę, nędzę i nieszczęście, zwykło kupić się do pobratymców, bo wśród nich łatwiej  zły czas przetrwać, bo jeden drugiemu pomaga. A wśród was, ludzi, każdy tylko patrzy, jakby tu na cudzej biedzie zarobić. Gdy głód, to nie dzieli się żarcia, tylko najsłabszych się zżera. Proceder taki sprawdza się u wilków, pozwala przetrwać osobnikom najzdrowszym i najsilniejszym. Ale wśród ras rozumnych taka selekcja zazwyczaj pozwala przetrwać i dominować największym skurwysynom. Wnioski i prognozy wyciągnijcie sobie sami.

(Informacje o zakażeniach po trzęsieniach ziemi czerpałam z Medscape Infectious Diseases, Earthquake in Haiti and the Medical Aftermath of Natural Disasters. Zdjęcia i ryciny pochodzą z CDC, National Institutes of Health i Wikimedia Commons. Cytat z krasnoluda – Chrzest ognia, A. Sapkowski.)

Homoseksualizm w katolicyzmie – enemy territory czy błogosławieństwo?

Z okazji wyjazdu do Austin nie mogłam niestety wysłuchać kolejnego wykładu z serii The Sacred and the Sexual, o których to wykładach wspominałam jakiś czas temu. Na stronie jednak prelegenta, Jamesa Alisona, znalazłam parę jego wypowiedzi – i myślę, że przynajmniej częściowo o tym samym właśnie mówił u nas na uniwersytecie. Wydały mi się interesujące, bo jest to  spojrzenie katolika, niewątpliwie bardzo entuzjastycznego, na kwestię homoseksualizmu. Spojrzenie spokojne i przemyślane, acz nie pozbawione wątpliwości i, nieraz, bólu.

Bycie homoseksualistą w Kościele katolickim nie jest sprawą prostą, pisze autor. Z różnych względów – homofobii przedstawicieli Kościoła, ich niezrozumienia biologii osobników homo sapiens, plus kwestii nawarstwienia się pewnych poglądów, które właściwie należałoby w trybie pilnym zweryfikować. Zweryfikować w dodatku nie w duchu podejrzanego wg Kościoła relatywizmu, ale raczej posłuszeństwa Bogu. I Kościołowi też.

Karkołomne zadanie? Nie. Nie może być karkołomne coś, co wynika z podstawowej i naczelnej zasady chrześcijaństwa, czyli miłości do ludzi i Boga.

Ale zadanie jest trudne. Trudne – na razie, trudne – w dzisiejszych czasach. Bo autor wyprzedza nieco nasze czasy i pisze sporo o przyszłości w teraźniejszości, jeśli można to tak określić. A w wielu sprawach, które porusza, nie ma niczego specjalnie odkrywczego. Teoretycznie. Bo teoretycznie to wszystko powinno być normalne i naturalne, zwłaszcza w Kościele religii miłości. Jak widać jednak gołym okiem – szczególnie w niektórych krajach – normalne nie jest; jest za to nowe i szokujące.

W tekstach Jamesa Alisona wyraźnie widać zachwyt nad miłością Boga do ludzi, miłością, która wszystko zwycięży – uprzedzenia wobec osób homoseksualnych też. Bo są oni kochani przez Boga dokładnie tak samo, jak heteroseksualiści, nie mniej. Wiadomo oczywiście, że wielu gejów i lesbijek ma w nosie to, co zwykł mówić na ich temat Kościół, szczególnie, że rzeczy te bywają zwyczajnie podłe. Ale warto zauważyć, co czasem negują niewierzący homoseksualiści – geje i lesbijki są w Kościele. Zmagają się oni często z okropnymi rzeczami. Każde z nich prowadzi ciężki bój, jeśli serio traktują swoją wiarę. I oczywistym jest, że w tym boju cały Kościół powinien ich mocno wspierać.

No, I don’t want to pretend that being an openly gay Catholic is something easy or obvious. It isn’t. For a start, merely the fact of your wanting to read a letter like this at all is a sign of how many obstacles you must have overcome already. You may have faced hatred and discrimination in your own country, from family members, at school, at the hands of legislators eager for cheap votes, through shrieking newspaper headlines that sear your soul, and in the glare of which you are speechless in your own defence. And you’ve probably noticed that at the very best, the Church which calls itself, and is, your Holy Mother has kept silent about the hatred and the fear. While all too often its spokesmen will have lowered themselves to the level of second-rate politicians, lending voice to hate while claiming that they are standing up for love. The very fact that, through and in the midst of, and despite, all these hateful voices, you should have heard the voice of the Shepherd calling you into being of his flock is already a miracle far greater than you know, preparing you for a work more subtle and delicate than those voices could conceive.

Oczywiście – każdy przechodzi podobną drogę, nie tylko osoby homoseksualne. Trudno wypowiadać mi się, jakie dokładnie uczucia czy odczucia mają wierzący o tej orientacji. Ale dzięki byciu przedstawicielką płci uważanej w Kościele przez wieki za gorszą i dyskryminowanej, mogę to i owo jakoś sobie wyobrazić.

And yes, you will have to interpret it, you will have to decide whether I who am addressing you as “you” am able to do so only because of some slip-up, some crack in the system, or whether there is something of the Shepherd in this unauthorised voice which is speaking to you, something of the Shepherd, whose voice you know, and of which you are not afraid. I can lay no claim to being a channel of that voice myself. None of us can. We can hope to be used, or to be in preparation for being used. However only those who each of us addresses can perceive who it is, what mixture of voices it is, that comes singing through our airwaves.

But the God who is revealed to us in Jesus could not possibly treat that small portion of humanity which is gay and lesbian to a double-bind in the way the Church has come to do. Could not possibly say “I love you, but only if you become something else”; or “Love your neighbour, but in your case, not as yourself, but as if you were someone else”; or “Your love is too dangerous and destructive, find something else to do””.

Trudno się nie zgodzić.

Bo głęboko wierzę, że jeśli protestuję przeciwko homofobii w Kościele, jeśli uważam ją za grzech (a nie jestem w tym osamotniona), to wynika to z mojej wiary w miłość Boga do ludzi tudzież w sens miłości bliźniego.

Neither do I know, nor do you know, whether my refusal to believe that God could possibly treat gay and lesbian people in the way that the village elders and the local court say he does, is a refusal born of faith in a love which will turn out to be true, or is simply a sign of my delusional flight into unreality.

James Alison ma swoją teorię na temat – dlaczego homoseksualizm i homoseksualiści są tak, a nie inaczej, traktowani przez wielu przedstawicieli Kościoła.

So, to my first point. In the last fifty years or so we have undergone a genuine human discovery of the sort that we, the human race, don’t make all that often. A genuine anthropological discovery: one that is not a matter of fashion, or wishful thinking; not the result of a decline in morals or a collapse of family values. We now know something objectively true about humans that we didn’t know before: that there is a regularly occurring, non-pathological minority variant in the human condition, independent of culture, habitat, religion, education, or customs, which we currently call “being gay”. This minority variant is not, of course, lived in a way that is independent of culture, habitat, religion, education and customs. It is lived, as is every other human reality, in an entirely culture-laden way, which is one of the reasons why it has in the past been so easy to mistake it as merely a function of culture, psychology, religion or morality: something to get worked up about rather than something that is just there.

However, if we are faithful to the Church’s teaching and reject relativism, then we must interpret the definition as really depending on something being true, as evoking an underlying truth claim that is being defended here. After all, the claim that something is objectively disordered suggests that there is something objectively ordered behind it, as it were, starting from which we can detect the disorder. The truth claim behind this definition is that all humans, by the mere fact of being human, are intrinsically heterosexual and that there exists an unique proper expression of sexual love for humans, that within marriage which is open to the possibility of procreation. It is from this presupposition of the intrinsic heterosexuality of all humans and the corresponding goodness of marital sexual love that it can properly be deduced that those with a homosexual inclination are objectively disordered, that they are in fact defective heterosexuals, and that any sexual relations between such people must be judged lacking according to the degree to which they fall short of those between married heterosexuals.

Well, what has emerged with ever-greater clarity over the last twenty or so years is that the claim underlying the teaching of the Roman Congregations in this sphere is not true. It is not true that all humans are intrinsically heterosexual, and that those who appear not to be heterosexual are in fact defective heterosexuals. There is no longer any reputable scientific evidence of any sort: psychological, biological, genetic, medical, neurological – to back up the claim. The discovery that I talked about earlier, backed with abundant evidence, is that there is a small but regular proportion of human beings – somewhere between three and four percent – across all cultures who are hardwired to be principally attracted to members of their own sex. Furthermore there is no pathology of any psychological or physiological sort that is invariably associated with this sort of hardwiring. It is not a vice or a sickness. It is simply a regularly occurring minority variant in the human species.

Powinien zostać ekskomunikowany za takie teksty? A przynajmniej spalony przez powieszenie na stosie? :-P

Alison uważa, że wszystko to jest dobrą wiadomością dla osób homoseksualnych (tych oczywiście, którym na tym zależy, jak sądzę).

I won’t go on too long here about the rather obvious reasons why it is good news for gay and lesbian people. Suffice it to say, that it makes an enormous difference to someone’s personal sanity and all round healthiness if you discover that you aren’t a mistake, a cruel joke. If you are used to being told that your feelings are all wrong, sick, distorted, and your attempts to tell the truth about your life are so many delusions and lies, then the relief that is felt when you find the truth is very well brought out in the famous Hans Christian Andsersen story The Ugly Duckling. Anyone who has undergone this relief will resonate with these words of Pope Benedict from his most recent Encyclical Caritas in Veritate: „Each person finds their good by adherence to God’s plan for them, in order to realise it fully: in this plan, each one finds their truth, and through adherence to this truth, becomes free (cf John 8,22). To defend the truth, to articulate it with humility and conviction, and to bear witness to it in life are therefore exacting and indispensable forms of charity.”

Ale twierdzi także, że cała kwestia homoseksualizmu, dyskusje nad nią w łonie Kościoła są prawdziwym błogosławieństwem dla wszystkich. Ogrom nowej (raczej nowo akceptowanej) wiedzy o człowieku, jego życiu, kondycji, zmaganiach, dojrzewaniu, różnych aspektach człowieczeństwa – to nie jest coś, obok czego można przejść obojętnie. I może to również heteroseksualistom pomóc stać się pełniejszymi, bogatszymi duchowo i mądrzejszymi ludźmi.

However, what I would like to do here is stand back a little from our tendency to opportunism, and try to sketch out part of the shape of this discovery about the human condition in such a way that we can see that, like all such discoveries of things that are true about being human, this is good news for all of us as humans. Later on I’d also like to show why it is a piece of good news for us as humans that is going to be particularly good news for us as Catholics.

Just so, we are only now beginning to be able to tell what are some of the knock-on effects of having discovered that what we call being “straight” or “heterosexual” is not the normative human condition, but a majority human condition. This means that while it is true that human reproduction is intrinsically a two-sex matter, and that the vast majority of humans are heterosexual in orientation, it is not true that humans are intrinsically heterosexual. If there are some humans in whom, as a normal and non-pathological minority variant, the emotional and the sexual elements of their lives are not linked to any possible reproductive element, then the link between the possible reproductive element and the emotional and sexual element in those in whom these elements are linked is of a somewhat different sort than was previously imagined.

Dlaczego więc jest tak źle, skoro jest tak dobrze ? Alison twierdzi, że to dlatego, że Kościół, chrześcijaństwo w ogóle, jest tak naprawdę w powijakach. I dużo się jeszcze musi nauczyć.

[…] we may well still be in the early stages of the Church’s history, and Christianity still a young religion. And we have discovered an area of genuine human anthropology about which Church teaching is a complete vacuum.

No, instead we find ourselves facing up to the fact that we have discovered something objectively true about being human which is going to re-write our maps.

Given that all Church teaching in this sphere has depended on, been a deduction from, the Church’s teaching about marriage, and has depended on the presupposition of the intrinsic heterosexuality of all humans, it is fair to say that the Church has nothing at all to say about a reality of which its teachers were entirely ignorant. It is properly speaking true to say that, appearances aside, the Catholic Church has no teaching at all about homosexuality.

Co mają więc robić zainteresowani wierzący homoseksualiści?

This seems to me to be the challenge for us now, and as I say continually, it seems to me to be a fun challenge: are we going to dare to be Catholics, not in rivalry with our office holders, grateful that they’re there, aware that they’re pretty stuck, but delighted to be beginning to take on board the contours of the new discovery about being human that goes with the term “gay”? Are we going to allow ourselves to be empowered to discover ways in which God is much more for us than we had imagined, that God really does want us to be free and to be happy, and to rejoice in what is true as we are stretched toward and stand alongside the weakest and most vulnerable of our sisters and brothers wherever we may find them? Are we going to allow ourselves to discover the potential for Catholicity that is opening up alongside the discovery of the new richness in Creation that shimmers within the little word “gay”?

Pięknie. Tylko skoro Kościół tak naprawdę nie dysponuje  w  t e j  c h w i l i  żadnym nauczaniem na temat homoseksualizmu, sporo musi sie nauczyć, a jego liderzy są nieco konserwatywni, to co ma zrobić wierzący/wierząca gej/lesbijka  w  t e j  c h w i l i? Młyny Boże mielą powoli podobno. A życie człowiek ma jedno. James Alison odpowiada:

One way or another, let me tell you what I have discovered in my years underground in enemy territory: you are not alone, and His promises are true.

Hmmm…

No, ale skoro jest i księdzem katolickim i gejem, to chyba wie, co mówi.

(Cytowane fragmenty pochodzą z artykułów Jamesa Alisona: The Fulcrum of Discovery or: how the “gay thing” is good news for the Catholic Church oraz Letter to a young gay Catholic)

We the Texans

Jak widać, Austin bardzo mi się spodobało. Nie dziwili się temu specjalnie moi znajomi Amerykanie, twierdząc, że Austin to rzeczywiście wyspa uroku, kultury i inteligencji (bo placówki naukowe, hi, hi) w morzu teksańskiego redneckostwa. Hmmm…, nie wiem, reszty stanu nie zwiedzałam, ale przyznam, że po tej krótkiej wizycie w Austin mam sporą ochotę.

Dzisiaj ostatnia porcja zdjęć, poświęcona głównie stanowemu Kapitolowi. Który spodobał mi się głównie dlatego, że jest różowy jak prosiak. Prosiakowatość wynika stąd, iż początkowo do budowy miano użyć wapienia, żeby wszystko było śliczne i jasne. Ale okazało się, że ten akurat wapień zmienia kolor, bo zawiera dużo żelaza. Wtedy budowniczym zaoferowano różowy granit, za darmo, więc skorzystali. I owszem, duża część budynku, wewnętrzna raczej i schowana, jest wapienna. Ale nie zewnętrze, jak widać: 

Poza tym, na samym wierzchołku znajduje się Bogini Wolności o bardzo brzydkiej – w związku z tym sympatycznej – twarzy. Wymachująca wiadomo czym.

Kapitol można w miarę swobodnie zwiedzać. Są tu oczywiście mili strażnicy w kapeluszach – wreszcie jacyś kowboje w kapeluszach – oraz znudzeni czekaniem na chętnych przewodnicy, którzy z radością oprowadzą każdego, nawet jeśli grupka liczy dwie osoby. No i są też ojcowie Teksasu dłuta i dłoni Elisabeth Ney, chociaż właściwie to ojciec jest jeden – Stephen Austin. Drugi bohater, Sam Houston, był pierwszym prezydentem Republiki Teksasu, gubernatorem tegoż stanu oraz amerykańskim senatorem, z Teksasu rzecz jasna.

Dalej można ogladać kopułę od wewnątrz,

różne sale konferencyjne i sale obrad,

skromne, ale eleganckie muzeum rolnictwa, z, jakżeby inaczej, bawełną,

a także zewnętrzny dziedziniec z kratką ściekową w kształcie wiadomym,

oraz kamienną tablicę z Dziesięciorgiem Przykazań.

Obok Kapitolu stoi budynek visitors center, gdzie można pouczyć się o historii Teksasu (w towarzystwie niemałych samotnych gwiazdek), a także dowiedzieć się, jeśli to kogoś interesuje, co kowboje jedli i w czym chodzili.

A sam Kapitol traci swą uroczą różowość po zmroku, niestety: