Miesiąc: Lipiec 2010

Wieści z Warszawy

Z upałami już nie walczymy. Bowiem zrobiło się zimno w Warszawie. Ludzie narzekają i twierdzą, że tęsknią do słońca i wysokich temperatur. A jest tak przyjemnie chłodno i pada rewelacyjna mżawka. Chociaż właściwie – nie pada, tylko cały czas jest w powietrzu i lata we wszystkie strony. Szkoda tylko, że chłód nie uśpił komarów, bo ssą jak głupie cały czas.

Wizy dajom. A przynajmniej my już możemy próbować wracać do kraju za Wielką Wodą.

Cudowne są nasze warszawskie spotkania. Wszystkie. Synafii i Sykofancie bardzo dziękuję za wesołe i poważniejsze pogawędki, czas spędzony z nami, i w ogóle :-* . Ogromnie się cieszę, że mieliśmy okazję poznać się nieco lepiej i porozmawiać nie tylko na blogach.

Oraz wspaniałe są warszawskie dentystki. Szczególnie jedna, u której prawie udało mi się usnąć na fotelu (bez żadnych wspomagaczy), tak było przyjemnie i błogo. No dobra, może mi trochę odbiło :-). Ale polska stomatologia to cud, miód i orzeszki w porównaniu ze stomatologią amerykańską. I nie chodzi wyłącznie o pieniądze.

A z okna możemy obserwować pracę, która wre czyli niech się mury pną do góry. Czyli Stadion Narodowy. W deszczu. Tam podobno wszystko przebiega zgodnie z planem i we właściwym kierunku :-)

Dziewczynka też człowiek…

… czyli polska prasa popularna źródłem radości wszelakiej. Dawno nie miałam do czynienia z taką fajną gazetką z programem telewizyjnym, jaką jest Tele Tydzień („Najchętniej kupowany magazyn telewizyjny”). A dzisiaj wyskoczyła ona na mnie znienacka z ogromnie fachowymi (z jednej strony) i zupełnie nieseksistowskimi (no skąd znowu) tekstami z drugiej strony.

Tym opisem poczułam się zbudowana w moim gatunkizmie. My, czyli ludzie, czyli zwierzęta te, potrafimy się uczyć, wzywać i nie cofać. Kul.

Naszła mnie jednak refleksja – czy jam godna (Jędruś ran twoich…) nazywać się człowiekiem? Przy mojej płci? Tak przy okazji dodam poważniej, że to, o czym kiedyś pisała bodajże Agnieszka Graff, daje się zauważyć – w Stanach człowiek odzwyczaja się od takiego niby-od-niechcenia seksizmu w mediach. Różne rzeczy się zdarzają, owszem, czasem ktoś intencjonalnie powie coś niemiłego na temat jakiejś grupy ludzi, ale na takie milutkie śmieszne dowcipy, w stylu na przykład omawiania różnic międzypłciowych w kontekście utrzymywania porządku w domu i co z tego wynika, zwykle trudniej się natknąć. Albo ja mam szczęście. Tam. Bo tutaj już miałam przyjemność przysłuchiwać się takim, mrug mrug, żarcikom.

Wracając do mojej płci, człowieczeństwa i Tele Tygodnia. Uspokoiła mnie pani Dorota Zawadzka, odpowiadająca na pytania na temat wychowywania dzieci. W tym na pytanie, czy dziewczynki są od czegoś inne.

O kurcze, jakież nieznośnie politpoprawne podejście. Nie dość, że dziewczynka też jest człowiekiem, bo może się pobrudzić, to w dodatku w przyszłości kopnie ją zaszczyt pracy ramię w ramię z mężczyznami. Ale żeby pracę wykonywała nawet lepiej niż panowie, to chyba przesada.

No. Dzielne i piękne oczywiście. Tylko, hmm, takie zbyt piękne to mogą być i postrachem mężczyzn. Nie żeby mnie to akurat dotyczyło, ale co wtedy?

Wizy dajom, czyli pierwsze impresje z Warszawy

W nawiązaniu do notki Misekdomleka dodam trzy słowa.

Po pierwsze – telewizja z misją. Oprócz nieustannej obecności Macierewicza i całego tego panopcykum politycznego, mnie najbardziej podobał się pewien program rozrywkowy, pod hasłem Chore dzieci śpiewają. Inicjatywa jak najbardziej słuszna, występy nie tylko dzieci, ale i jakichś tam gwiazd i gwiazdeczek, rodziny się bawią – wtem wyskakuje na scenę przesympatyczna dziewczynka i zaczyna śpiewać piosenkę Renaty Przemyk. Tę, co to babę zesłał Bóg. Dociera do mnie oczywiście, że Przemyk śpiewała te słowa w określonym kontekście, że piosenka jak piosenka, i w ogóle – ale w ustach tego dzieciaka brzmiała szokująco. Zapewne dzieci nie należy chronić przed wszystkim, a i te niepełnosprawne z różnymi poglądami spotkają się w życiu, ale czy koniecznie trzeba je uczyć w ogóle – dziewczynki zwłaszcza – że Bóg też chłopem jest? To także jest misja? Pozytywne, rodzinne przesłanie?

Po drugie – jest gorąco.

Po drugie i pół – jak jeszcze raz wspomnę kiedyś, że nie lubię klimatyzacji, uprzejmie proszę kopnąć mnie w tyłek. Uwielbiam klimatyzację! Chłodna taksówka, którą jechaliśmy wczoraj do ambasady, chwilowo była najprzyjemniejszym miejscem w Warszawie. I uwielbiam też siatki na okno, względnie rozmaite moskitiery. Gdyż albowiem na razie jestem ogryziona przez komary tylko do kości. Jak będziemy wyjeżdżać stąd, to mnie już zupelnie nie będzie, i wszelakie problemy rozwiążą się automatycznie.

Po trzecie – jest upał.

Po czwarte – na razie Warszawa robi na mnie nienajgorsze wrażenie, poza koszmarem temperatury oczywiście. W ambasadzie udało nam się wszystko załatwić w 35 minut. Potem rozśmieszyła nas pewna pani, która – razem z nami wychodząc stamtąd – zapytała konspiracyjnym szeptem: wy też byliście po wizy? Kiedy przytaknęliśmy, nie mniej konspiracyjnie zapytała raz jeszcze: a dajom? Na tak skomplikowane pytanie nie byliśmy w stanie odpowiedzieć i zostawiliśmy panią z jej dylematem.

Po piąte – miłe wrażenie zrobił na nas pewien pan – pan typu jadę na Pragie, załatwię wszystko, a piwko pite w tramwaju najlepsze jest na upał – który sam zaproponował pewnemu tatusiowi, że pomoże mu wytaszczyć wózek z dzieckiem z tegoż tramwaju. Jeśli weźmie się pod uwagę, że tatuś był czarny, a mamusia obok biała, cóż, można było spodziewać się innej zgoła reakcji. Było natomiast tak ślicznie i sielsko, tatuś uśmiechał się pod wąsem do siebie, pan pomagający robił zabawne miny do dziecka, a w końcu wysiedli razem w doskonałęj komitywie.

A po któreś tam, bo nie umiem już liczyć i mózg mi wysiada od tej temperatury, poza tym jet-lag ciągle doskwiera – jest super. Biegamy, załatwiamy, a co bardzo ważne – spotykamy się na wspaniałych pogaduszkach ze znajomymi, przyjaciółmi i rodziną. I przed nami jeszcze mnóstwo takich spotkań. Kochani, nie mogę się doczekać :-)

Dziewice są jak lasy. W upał.

A wszystko przez ten upał. Upał czuję, o upale czytam, o upałach mówi mi rodzina w Polsce. Człowiek przywykł do dobrego, więc jak za chwilę będziemy w Warszawie, to zaczniemy pewnie narzekać na brak klimatyzacji. Bo nie wiem, jak bez niej dalibyśmy sobie radę tutaj. Chociaż, drugiej strony, ma się w Polsce ochłodzić. Ale za to nie będzie trzęsień ziemi, takich jak to niespodziewane, które nawiedziło nas wczoraj w nocy. To znaczy, nie bardzo nas – ku naszemu rozczarowaniu niczego nie czuliśmy, śpiąc nad ranem snem sprawiedliwego. Za to koledzy mieszkający w Maryland owszem, czuli co nieco. Niektórych obudziło w nocy, niektórych obudziły wyjące psy, ale przynajmniej mieli, podekscytowani, coś do opowiadania – trzęsienie ziemi w tej okolicy nie zdarza się zbyt często. Czyli, krótko mówiąc, pogoda oszalała. 

Ale dlaczego ja o tej pogodzie i upałach? Bo trzeba się jakoś ubrać. Albo rozebrać, jak kto woli. W Stanach, mam wrażenie, kwestię tę traktuje się nieco swobodniej – czyli każdy z grubsza łazi w tym, w czym mu wygodnie. W Polsce natomiast, jak zdarza mi się czytać na forach znanego portalu, dość często można liczyć na kogoś, kto skrzywi się albo i skomentuje czyjeś skarpetki do sandałków, rajstopy do butów bez palców, białe coś tam, za duże coś tam, oponki wyłażące skądś tam, czy w ogóle brak gustu noszącego. Co ważniejsze jednak, można także liczyć na takich, którzy oceniają ludzki ubiór z zupełnie innego punktu widzenia (dodam tutaj uczciwie, że zapewne w wielu innych krajach takie przyjemne opinie się zdarzają). Zachwyciło mnie na przykład zdanie tego pana, niewątpliwie wybitnego znawcy mody damskiej, głęboko przekonanego o swojej racji tudzież słusznej przewadze moralnej (dziwnie tak jakoś jest, że często w roli takich arbitrów elegancji występują panowie konserwatywni oraz bogobojni, co nadaje ich opiniom dodatkowego fajnego smaczku). Szczęśliwie, będąc brzydką jak noc oraz wiekową feministką („a pamiętasz, jak w dwudziestym dziewiątym goliło się nogi brzytwą?”), nie muszę przejmować się tym, co mówi ów arbiter. Uczulam jednak młodsze dziewczątka, bo, co oczywiste, dziewczątkom powinno zależeć na zdaniu takiego mądrego pana.

Jeżeli zbyt wiele uwagi przywiązuje się do własnego ciała, to potem rzecz zrozumiała, że chce się je eksponować. Ja akurat nie przepadam za dziewczynami paradującymi po mieście z gołymi brzuchami , udami w przeźroczystych sukienkach, czy szortach, które do złudzenia przypominają – przepraszam za słowo – majtki. Zaraz dokładnie wyjaśnię dlaczego.

Mimo mojego podeszłego wieku, chciałabym dowiedzieć się, dlaczegóż to przepraszam-za-słowo-majtki przypominają szorty. Czytajmy dalej.

Zapytacie pewnie, jakie uczucia wzbudzają we mnie dziewczyny ubierające się zgodnie z najnowszą modą, czyli takie bardziej rozebrane niż ubrane? Nieskromne dziewczyny prowokują u mnie – nie będę tego ukrywał – nieskromne myśli i dlatego staram się trzymać od nich z daleka. Nie jestem ani z drewna, ani z kamienia (i dobrze), ale z krwi i kości, niestety skażonych grzechem pierwotnym. Na szczęście z Bożą pomocą nauczyłem się radzić sobie z tymi reakcjami. Oczywiście zawsze wymaga to większego czy mniejszego wysiłku, w zależności od tego, jak bardzo modna (czytaj: rozebrana) jest dziewczyna, którą widzę, wewnętrzne zamieszanie spowodowane tym bodźcem muszę uporządkować. A więc zajmuję się tym porządkowaniem, aby doprowadzić siebie do naturalnego stanu ducha. W sumie jest tak: zamiast podziwiać i cieszyć się obecnością dziewczyny, muszę walczyć z samym sobą. I kiedy idę ulicą i co 100 metrów spotykam takiego golasa, to zaczynam się denerwować. Nie można spokojnie przejść! Ta moda jest agresorem!

Biedak. Ciężkie ma życie. Przez przepraszam-za-słowo-majtki musi się bez przerwy porządkować i doprowadzać. A przypominam, że mamy upały. Ratunek jest wyłącznie dla mężów z bogobojnymi żonami. Nawet (a może zwłaszcza) w zaciszu domowego (gorącego) ogniska.

Zastanawiasz się może, jak to będzie w takim razie po ślubie. Przecież żona nie będzie chodziła stale po domu z zapiętym ostatnim guzikiem pod szyją. Słusznie! Mam nadzieję, że będzie wprost przeciwnie! Ale też sytuacja będzie zupełnie inna.

No pewnie, że sytuacja będzie inna. Żony (katolickie!) chodzą stale po domu wyłącznie w obrożach. Z odpiętym ostatnim guzikiem pod szyją. I bez przepraszam-za-słowo-majtek.

Mam wrażenie, że niektóre dziewczyny zagubiły niestety poczucie wstydu. Jakie są tego konsekwencje? Najpierw – między innymi – rozwiązłość, następnie zdrada… Uważaj, co teraz powiem! Moim ideałem żony jest dziewica. I nie tylko moim. Sądzę, że 95% mężczyzn chciałoby mieć za żony dziewice (te pozostałe 5% to – zapewniam cię – naprawdę mało ciekawi faceci).

Dziewica z obrożą? I bez przepraszam-za-słowo-majtek? Jasne, że to ideał. Z całą pewnością:

Za żonę chciałbym mieć dziewicę. Z całą pewnością. Dziewice są piękne! Mówi się: „dziewicza polana”, „dziewicze lasy”, „dziewiczy krajobraz” i ten właśnie epitet oznacza: naturalność, piękno, harmonię, spokój, ciszę. „Dziewicza przyroda” to znaczy: nietknięta, czysta. Skąd wiem, że dziewczyna jest dziewicą? – zapytasz. Rozróżniam je dosyć łatwo, tak jak rozróżniam dziewiczy las od lasu zaśmieconego, połamanego, pełnego krzyku.

Są jeszcze dziewice na prostej drodze do utraty dziewictwa (dobrze, że z tej drogi można jeszcze zawrócić). Tylko fizycznie dziewice, ale w głębi serca już nie. Ich sposób zachowania, myślenia, poglądy mówią, że oddadzą się byle komu za miesiąc, za pięć, za rok np. po to tylko by dorównać koleżankom.

Nie pisałam, że arbiter? I do tego – jakiż specjalista! Tak rozpoznawać na oko dziewicę od niedziewicy, że nie wspomnę o dziewicy fizycznej od dziewicy psychicznej. A wszystko dzięki zaśmieconym lasom. Genialne. Tyle, że nie wyjaśnił niestety, dlaczego przepraszam-za-słowo-majtki przypominają mu szorty. Czy może odwrotnie. Trudno. To pewnie przez te letnie upały.

Twoja seksualność na lato, czyli kolor tynku prawdę ci powie

Dzisiaj będzie o kolorach. Ale nie tak nudno, jak to ostatnio pojawiło się na jednym portalu, że kolory coś tam, coś tam, bla, bla i świadczą o twojej osobowości. Nie, będzie o tym, jak kolory ubranek, które nosisz na sobie, świadczą o twojej seksualności. Badania, ekhm, naukowe cytowane są także na tej pięknej stronie, ale nawet nie chce mi się do nich odnosić. Lato jest w końcu. Jednak jeśli ktoś ma ochotę posprawdzać, czy rzeczywiście buzdyganek działa aktywnie wznosząco zawsze i wszędzie, to naturalnie Medline nadal robi co trzeba.

Stronka jest napisana bardzo urokliwym językiem:

Jeżeli masz problemy z potencją oraz z erekcją trafiłeś w odpowiednie miejsce. Permen do znane i skuteczne tabletki na potencje, które mogą zwiększyć libido a co za tym idzie zaburzenia erekcji, co znacznie wpłynie na twoje życie seksualne. Środki na impotencję dostępne w naszym serwisie sprawią iż problemy z sexem znikną w mgnieniu oka.

Szczególnie podobają mi się potencje, które zwiększają libido, a co za tym idzie zaburzenia erekcji (to tak miało iść?). Warto więc, jak sądzę, zajrzeć tam, żeby dowiedzieć się, jak znacznie to wszystko wpłynie na twoje życie seksualne.

Twój ulubiony kolor będzie prawdopodobnie widoczny na większości ubrań w Twojej garderobie, ale czy wiedziałeś, że może on wiele mówić na temat tego jakim jesteś kochankiem. Kliknij na kolor, który lubisz najbardziej, a dowiesz się czegoś więcej na temat swojej seksulaności.

Dobra, zaczynamy z tym koksem, czyli z seksulanością. Ulubiony kolor: różowy

Kolor ten wybierany jest głównie przez osoby, które ciągle czują się dziećmi lub znowu chcą się tak poczuć. Kobiety lubiące róż lubią się drażnić ze swoim kochankiem oraz często obiecują, że mogą dać więcej, niż tak naprawdę są w stanie.

Owszem, drażnienie się z kochankiem celem obiecanek-cacanek, co też mu się da, rzeczywiście jest bardzo dziecinnym postępowaniem.

W pewnych przypadkach obnoszą się ze swoją kobiecością, ale tylko dlatego, żeby pokazać swoją wyższość nad mężczyznami.

Noszą na przykład różowe koszulki na różowym biuście, dzięki czemu mogą grać facetom na nosie, mówiąc: „ja mam większe cycki, co pokazuje moją wyższość nad tobą, ha, ha.”

Jednakże Ci z mężczyzn, którzy go lubią są często z natury flirciarzami. Są oni w stanie umówić się w ciągu jednego wieczoru z trzema kobietami.

Ojejuniu, aż z trzema, no, no, ależ flirciarze.

Kobiety, których mężczyzna lubi kolor różowy powinny mieć odłożone w sekrecie pieniądze na czarną godzinę.

I oferta Zrembu życiowa porada zawsze na czasie.

Ulubiony kolor: niebieski

Miłość fizyczna jest dla nich prawdziwą sztuką, a ich podejście do tematu jest bardzo eleganckie. Mężczyzni lubiący kolor niebieski często wybierają muzykę klasyczną, natomiast kobiety kładą główny nacisk na czerpanie pełni radości płynącej z seksu.

Tak. Szły dwie łodzie podwodne przez las, jedna była w butach a druga wpół do czwartej.

Zarówno kobiety, jak i mężczyzni nie biorą raczej pod uwagę następstw do jakich prowadzi seks i traktują go bardziej jako akt zbliżenia.

A mniej jak akt oddalenia. Jaki z tego morał? Że wiertarką nawet góral się nie ogoli. Prawdaż.

Ulubiony kolor: szary

Kolor szary jest preferowany przez osoby niezdecydowane. Żadna rzecz, bądź czynność nie są w stanie je zaekscytować. Dlatego właśnie wybierają wymijające, nie angażujące się rzeczy.

Ja lubię kolor szary, a moje ubrania są bardzo zaangażowane i zaekscytowane (szczególnie szaliczki), więc coś mi się tu nie zgadza.

Mężczyzni preferujący szarości patrzą na seks jako na czynność, dzięki której mogą pozbyć się napięcia – nic więcej, nic mniej. Kobiety lubiące szary kolor nie myślą o seksie jako u uprawianiu miłości, ale o czysto fizycznym stosunku płciowym. I to tylko z jednego lub dwóch powodów: aby sprawić radość partnerowi, albo po to żeby zajść w ciążę. Często patrzą na przysłowiowy tynk na suficie w czasie stosunku.

Jak w tych przysłowiach: Tynk z wozu, koniom lżej? Na pochyły tynk każda koza skacze? Szewc bez tynku chodzi? To nic dziwnego, że ten tynk nie jest w stanie je (ich? ją? jego? kogokolwiek?) zaekscytować. A już zwłaszcza sufitu w czasie stosunku (no bo sufit zajęty jest czym innym).

Jednakże większość małżeństw, w których oboje partnerzy lubią kolor szary jest bardzo udanych.

Yhy. Trzeba tylko pomalować jakoś ten tynk. Najlepiej w podobiznę Cristiano Ronaldo.

Ulubiony kolor: czarny

Kolor czarny wskazuje na preferencje tzw. czarnego seksu, który niekoniecznie oznacza, że dana osoba chciałaby uprawiać seks z czarnym partnerem. Ludzie preferujący ten kolor rzadko akceptują tradycyjne sposoby pojmowania seksu.
Mają duże skłonności do zachowań seksualnych, które nie mieszczą się w kanonie zachowań „przeciętnych ludzi“. Jednakże większość z nich jest dość pesymistycznie nastawiona do świata, co może przekładać się również na czerpanie radości z życia erotycznego. Może jednak warto wykorzystać te cechy, aby zmienić nudne życie erotyczne w zmysłowy mroczny taniec ciał.

No chwila, to albo zachowania, które nie mieszczą się w kanonie, albo nudne życie erotyczne. A ja tak lubię czarny, buu. Zaraz, a może to dlatego, że nie pomalowałam sobie tynku w Cristiano Ronaldo. To wszystko wyjaśnia. Z Cristiano na suficie  zmysłowy mroczny taniec ciał natychmiast się rozpocznie. Czy coś tam.

Ulubiony kolor: zielony

Kobiety, które lubią zieleń zawsze będą uprawiać seks jak gdy to robiły po raz pierwszy w życiu. Mężczyzni natomiast mogą być czasem lekko niezdarni i gapowaci, ale w sposób, który urzeka większość kobiet.

Panie doktorze, mąż zamiast, ekhm, w ucho (miało być niekanonicznie) trafił mi, ekhm, w oko. Co mam robić (bo nie mogę patrzeć w sufit z podobizną sami-wiecie-kogo)?

Podświadomie wybierają ten kolor ponieważ związany jest z przyrodą, a gdy myśli się o naturze to obrazy wyobraźni malowane są w większości tym właśnie kolorem.

Zielone chemtrailsy na niebie, zielone krowy na łące, nagi zielony Cristiano Ronaldo…

Ulubiony kolor: pomarańczowy

Osoby, których ulubionym kolorem jest pomarańczowy często dążą do pełnej realizacji swoich fantazji seksualnych. Akt seksualny jest dla nich „jednoosobowym przedstawieniem“ w którym grają główną rolę. Gra wstępna jest dla tych osób tak istotna jak sam stosunek. Lubią wtedy szeptać do ucha czułe słówka, które jednak nie mają żadnego głębszego znaczenia.

Tak się zadumam chwilkę (obrazy wyobraźni malują mi Cri…, znaczy –  niczego mi nie malują!), i już dochodzę do wniosku, że może dobrze, że te czułe słówka nie mają znaczenia. Bo gdyby miały, to tynk chyba by poodpadał wreszcie z tego sufitu.

Mimo to ludzie lubiący pomarańcz bardzo często nie osiągają orgazmu, pomimo tego, że ich partnerzy mają takie wrażenie.

Jacy znowu partnerzy? Miało przecież być jednoosobowe przedstawienie.

„Pomarańczowi“ mężczyźni lubią delikatnie ciągnąć swoje partnerki za włosy, natomiast „pomarańczowe“ kobiety zostawiać ślady szminki na plecach partnera.

Na plecach??? To chyba mówimy tu o wspomnianym wcześniej mrocznym zmysłowym tańcu ciał czy innych zboczeniach (ze strap-onami, o zgrozo). Ale to miało być na czarno. Nic z tego nie rozumiem. I gdzie Cristiano?!

Ulubiony kolor: brązowy

Miłość i seks mogłyby być treścią ich całego życia. Przytulanie się przy kominku, spacery w deszczu czy łapanie językiem płatków śniegu to rzeczy, które są podstawą udanego związku „brązowych kochanków“. […] Jednak ich emocje są dość chwiejne, dlatego jedno ostre czy niefortunne zdanie może sprawić, że romans szybko się skńczy.

Ale za to zerwanie takiego związku jest niezwykle łatwe. Wystarczy powiedzieć – „słuchaj, jest lato, upał i nie mam skąd wziąć śniegu, żeby go łapać na język, w związku z czym nie jestem w stanie stworzyć z tobą normalnej relacji”. Ewentualnie – „Cristiano Ronaldo ma dłuższego dłuższy język i ładniej nim porusza łapie tym językiem płatki śniegu, więc spadaj”.

Ulubiony kolor: czerwony

Kolor ten podkreśla także atrakcyjność. Ludzie, którzy lubią czerwień są często nazywani tygrysami. Są w stanie cieszyć się z każdego rodzaju seksu, który można sobie tylko wyobrazić.

To normalne. Tygrys ma to do siebie, że jak sobie czegoś nie wyobraża, to go to nie cieszy.

Kiedy tylko zatli się jego iskierka to minie długi czas zanim zgaśnie.

Iskierka tego seksu? Czy tygrysa? W końcu kolejne przysłowie na dziś mówi, że tynk tygrys plus zapałki równa się pożar.

Namiętność dwóch partnerów, którzy lubią kolor czerwony wprawiłaby w zakłopotanie nawet samą Lady Chatterly.

Czy naprawdę namiętność dwóch partnerów wprawiłaby w zakłopotanie lady Chatterley? Eee, sądzę, że wątpię. Raczej w zachwyt. Szczególnie jeśli jednym z nich byłby Cristiano Ronaldo, a drugim, ekhm, jakiś inny tygrys.

Ufff. To co, wystarczy chyba tego dobrego? Czy ktoś dowiedział się czegoś ciekawego na temat swojej własnej osobistej seksualności? Poza tym, że koniecznie trzeba odmalować sufit w sypialni? A jeśli ktoś ma ochotę na dalsze rozrywki, zawsze można jeszcze zrobić sobie fachowy test erekcji lub też zagrać w fascynującą grę. Cristiano Ronaldo się chowa.

Wygrana bitwa Tipper?

Wprawdzie nie tak zupełnie nowy ten artykuł, ale co tam – zawsze można trochę skomentować. Nie czepiać się tego akurat, że „Amerykanie nie mogą się pogodzić” z rozwodem państwa Gore albo że „Ameryka jest w szoku”, bo przyjmuję do wiadomości, że chyba mieszkam w nieco innej Ameryce, niż pani Bosacka, i znam nieco innych Amerykanów. Co zresztą nie dziwi mnie specjalnie, tak jak i nie dziwi mnie umieszczanie w tekście tego typu wzmocnień czy podkreśleń, żeby wszystko brzmiało bardziej dramatycznie.

Ponadto historia małżeństwa państwa Gore ogólnie rzecz biorąc ani mnie ziębi ani grzeje, w związku z tym nie chciało mi się zwracać na wszystko uwagi. Rozbawiło mnie tylko to jedno:

Frank Zappa nazwał ją wtedy ‚cenzorką’ i ‚terrorystką kulturową’, a Wendy O. Williams, muzyk punkowy, naśmiewał się z niej, że pewnie się boi, iż jej dzieci też będą się masturbować.

bo wyobraziłam sobie tego męskiego muzyka punkowego, o jakże męskim zresztą imieniu Wendy – ale w końcu skoro dzieci w USA mogą nazywać się Dżekson-Telefon, to chłopiec-Wendy nie powinien budzić zdziwienia – i pomyślałam sobie, że słusznie pani Tipper Gore walczyła o wartości rodzinne z tym całym zboczonym rokendrolem. Bo jakże to tak, żeby mężczyzna, muzyk i wzór dla młodego pokolenia wyglądał w ten sposób zgoła, prezentując bezwstydnie swoje męskie wdzięki (na okładce płyty WOW, znalezionej tutaj):

Druga natomiast rzecz mnie zastanowiła:
Tipper na chwilę stała się najsłynniejszą mamuśką w Ameryce. Al Gore stracił poparcie wielu artystów, ale ostatecznie jego żona bitwę wygrała – ostrzeżenia zaczęły pojawiać się na płytach, a jej mąż mógł wpisać sobie w polityczną biografię walkę o wartości rodzinne.

Czy Tipper naprawdę wygrała bitwę? Czy PMRC wygrało? Bo zaczęto dawać oznaczenia na płytach? Czy młodzież przestała kupować i słuchać tych płyt, które opatrzone zostały nalepkami? Sądzę, że wątpię, i to nie tylko ja. I pamiętam muzyków cieszących się wręcz z tego całego zamieszania, mówiących ze śmiechem, że naklejki? Ostrzeżenia? Proszę bardzo! To tylko zwiększa sprzedaż naszych płyt, więc oby tak dalej, PMRC.

Pamiętam także Dee Snidera, wokalistę Twisted Sister, który za każdym zresztą razem, kiedy tylko nadarzyła się okazja, twierdził, że to on właśnie pognębił i zniszczył Tipper Gore na posiedzeniu komisji obradującej nad pomysłem oznaczania nieprzyzwoitych płyt. Bo – jak mówił – z sensem, na trzeźwo i płynnym angielskim (czego, jak mniemam, nikt się po nim nie spodziewał) udowodnił pani Gore, że głodnemu chleb na myśli, czyli że jeśli chce ona widzieć sadomasochizm w kawałku o operacji w szpitalu, to ten sadomasochizm właśnie tam widzi. No, ale mogło to być tylko jego zdanie – zawsze wyglądało mi na to, że był szalenie dumny ze swojego wystąpienia. Znacznie ciekawsze jednak są fragmenty, kiedy to rzeczony Dee Snider szokuje dwu panów senatorów (w tym Ala Gore’a) utrzymując, że dobry rodzic interesuje się tym, czego słucha dziecko. Że dobry rodzic zadaje sobie trud zapoznania się z najnowszym nabytkiem płytowym swojej pociechy. W zabawnej naiwności wylicza nawet senatorom, bazując na cenach płyt i wielkości standardowego kieszonkowego przeciętnego nastolatka, ileż to cennego czasu taki rodzic musi poświęcić dzieciakowi i jego muzycznym zainteresowaniom (teraz to wszystko oczywiście bardzo się zmieniło, nie trzeba koniecznie kupować całych płyt i czytać przy tym nalepek, żeby słuchać czegokolwiek). Rewolucyjne pomysły Snidera, że to rodzic jest od wychowywania dziecka, stawiania mu granic i pokazywania, co jest dobre, a co nie, bulwersują panów senatorów. Kontrast między tym, co wyraźnie szczerze mówi długowłosy rokendrolowiec (wówczas ojciec jednego dziecka), a tym, co mówią walczący o wartości rodzinne i dobro dzieci dzielni reprezentanci narodu amerykańskiego jest i uderzający, i zmuszający do refleksji.

Kto więc naprawdę wygrał tę bitwę? Tipper walcząca o nalepki? Al walczący o wartości rodzinne? Muzycy, którym to wszystko przyniosło nawet większe zyski? Rodzice, którzy zaczęli interesować się ukochaną muzyką swoich dzieci? Komisja, która wykonała kawał dobrej, nikomu wprawdzie nie potrzebnej roboty, ale zawsze zrobiła jakiś (pozorny) ruch w tym interesie? A może po prostu fani? Kiedy zajrzy się do Wikipedii i czlowiek uświadomi sobie, że parę przecudnej urody kawałków nie powstałoby prawdopodobnie bez Tipper Gore i jej PMRC, to faktycznie można  westchnąć po cichutku – o, dzięki ci, Tipper, za twoją krucjatę, świat bez niej byłby znacznie brzydszy.

Montreal w szczególe i w ogóle

Okolice portu i starego miasta

Stare miasto i niezaczarowana dorożka (koń tym bardziej)

Bazylika Notre Dame

Tu też bazylika

Czyjś balkon

Znowu stare miasto

Targ pod kopułą od strony portu

Centrum kongresowe

Pink forest w centrum kongresowym

Na placu królowej Wiktorii

Janko Muzykant na imprezie dla uczestników konferencji

Église du Gesù…

…razem z bykiem ewangelisty Łukasza

Downtown

Montreal Biosphère (trochę pozostałości po Expo 67 plus muzeum ekologiczne)

Wirusy i nowotwory w gorącym Montrealu

Z Montrealem kojarzyć mi się odtąd będzie: okropny i wilgotny upał (a myślałam, że kiedy wyjedziemy z DC, będzie trochę lepiej; w domu mamy podobno 38°C, tutaj dochodzi zaledwie do 33 stopni w cieniu), niezbyt wylewni tubylcy (w odróżnieniu od – przeciętnie – Amerykanów spotykanych na co dzień) oraz przyjemne restauracje ze znakomitym jedzeniem.

A także wirusy, rak szyjki macicy, nowotwory w ogóle, szczepionki, nowe leki, mechanizmy zakażenia i takie tam. Czyli konferencja. Jak powiedział Enrico Fermi (i zacytowała jedna z uczestniczek): Before I came here I was confused about this subject. Having listened to your lecture I am still confused. But on a higher level. I coś w tym jest, zwłaszcza po kilku dniach słuchania różnych wykładów, prezentacji, dyskusji oraz oglądania plakatów.  Zgoda wprawdzie panuje, z grubsza, między biorącymi udział w zjeździe, ale głównie na temat tego, że właściwie to wiemy, że nic nie wiemy. Albo przynajmniej niewiele.

Sporo zainteresowania (oraz jednak trochę niezgody) wzbudziła sesja poświęcona szczepieniom przeciw wirusom brodawczaka u mężczyzn. Z badań wynikało wyraźnie, że mężczyźni średnio orientują się, o co w tych szczepieniach chodzi. Niektórzy z nich słyszeli, że istnieje szczepionka przeciwko rakowi szyjki macicy, no ale to przecież dotyczy kobiet. Wydaje się, że może zrobiono błąd w projektowaniu kampanii reklamowych dotyczących tych szczepionek. Nie tylko mocno wydłubano z  nich informacje, że papillomawirusy przenoszą się drogą płciową (zapewne dlatego, żeby dodatkowo nie drażnić rodziców, podrażnionych już dostatecznie sugestiami z pewnych stron, że jest to zachęcanie ich córek do rozwiązłości), ale i skupiono się wyłącznie na „babskich sprawach”.

A bardzo niewielu mężczyzn zdaje sobie sprawę z takich zagrożeń, jak nowotwór odbytu, nowotwór części ustnej gardła czy brodawki płciowe – schorzenia te jak najbardziej mogą występować u nich (na przykład w tej chwili obserwuje się – i u kobiet i u mężczyzn zresztą – powolne zwiększanie liczby przypadków rzadkiego na razie raka odbytu). Większą wiedzą wykazują się mężczyźni homo/biseksualni (troszkę poniżej 30% z nich wiedziało cokolwiek o brodawkach – to jest, okazuje się, znakomita wiedza), niż heteroseksualni (około 10% z nich wiedziało cokolwiek o tych, powodowanych przez papillomawirusy zakażeniach). Tylko 7% hetero (i 21% homo/bi) zdawało sobie sprawę, że szczepionka działa i u mężczyzn (została ona zaakceptowana do stosowania u panów w Stanach w październiku 2009, a w Kanadzie w lutym 2010 roku). Ciekawe, że na pytanie, czy zaszczepiłbyś się przeciw wirusom, które powodują te choroby, i dzięki temu zabezpieczyłbyś się sam (a nie na przykład tylko twoją potencjalną partnerkę przed nowotworem szyjki macicy, na co zwracano uwagę we wcześniejszych badaniach u mężczyzn hetero), pozytywnie odpowiedziało około 75% panów homo/bi i poniżej 40% panów hetero. Czy wynika to z wypierania przez heteroseksualistów faktu, że nowotwór odbytu czy części ustnej gardła ich również może dotyczyć? Z drugiej strony, jeśli mężczyzn w ogóle, niezależnie od orientacji, „nastraszy” się słowem „rak” , bez skupiania się na brodawkach płciowych (mimo, że są jedną z najczęstszych chorób przenoszonych drogą płciową), chęć zaszczepienia się wzrasta u nich znacząco.

Może więc szwankuje edukacja w ogóle. Wydaje się, że należy mówić znacznie więcej o chorobotwórczości paplilomawirusów u mężczyzn. Informować  o zależnych od tych wirusów chorobach, takich jak nowotwory odbytu, penisa i części ustnej gardła czy być może także w części wywoływanych przez papillomawirusy nowotworach krtani czy skóry (innych niż czerniak). Albo może należy częściej pokazywać takie obrazki:

(Zdjęcie pochodzi z case study „HPV and penile cancer” autorstwa K. D’Hauwers i W. Tjalma, opublikowanego w HPV Today, No.21 June 2010. A informacje o badaniach z 26th International Papillomavirus Conference)

Tak na marginesie, to sama miałam możliwość przeprowadzenia zupełnie niestatystycznego i nic nie wartego badania na temat wiedzy mężczyzn na temat wirusów brodawczaka. Urzędnik na montrealskim lotnisku był nieco nacjonalistyczny i z uporem próbował gadać do nas po francusku (choć my po angielsku owszem, ale z francuskim to dużo gorzej). Kiedy wreszcie postanowił zaszczycić nas swoją angielszczyzną, poinformowałam go, że jadę na konferencję poświęconą papillomawirusom. Nie umiał biedak nawet powtórzyć nazwy, skonfundowany zapytał tylko, co one robią. Dowiedział się, że robią na przykład raka szyjki macicy, i przestał mieć jakiekolwiek inne pytania. Machnął tylko ręką, żebyśmy jak najszybciej zeszli mu z oczu :-)