Miesiąc: Kwiecień 2008

To, co lubię w Ameryce (I)

Tego, co podoba mi się w Ameryce (a raczej, choć niezbyt precyzyjniej mówiąc, w miejscu gdzie mieszkam od prawie 3 lat) jest dużo. Bez wdawania się (chwilowo) w szczegóły – odetchnęłam, wyjeżdżając z ukochanej ojczyzny i na razie nie mam ochoty wracać. Ale nie mówimy w tej chwili o polityce, tylko o Ameryce, że tak sobie zrymuję :-) .

To, co lubię tutaj, w okolicach Waszyngtonu, jest bliskość przyrody (nie umiem tego lepiej określić), bliskość znacznie bliższa :-) , niż ta w mieście, w którym mieszkałam w Polsce. Można obserwować sępy krążące nad miastem, widziałam też jelenie kilkadziesiąt metrów od bramy uniwersytetu, modliszkę chodzącą po chodniku. Inne zwierzaki cieszą moje oko pewnie głównie dlatego, że są inne, niż te, które spotyka się w Polsce. Ale cieszą, i oko, i czasem ucho, jak na przykład gołębie, dzięcioły czy cykady.

 

 

 

Reklamy

Znowu ci zniewieściali mężczyźni

Czytam ten wywiad i zastanawia mnie, jak wdzięcznie można pogodzić całkiem sensowne (acz niezbyt odkrywcze) rozważania z mieszanką stereotypów, a wszystko podlać sosem ze znikomą zawartością logiki.

Zapewne w wielu rodzinach jest tak, jak mówi ta pani: rodzice nie znają i/lub nie lubią swoich dzieci. Robią głupie rzeczy, często przesadzają, nawet czasem mając dobre intencje, często robią wiele na pokaz. Ale, po pierwsze, do tej pani zgłaszają się ludzie z problemami, wiec nic dziwnego, że te problemy widać. Ci, którzy nie mają problemów, radzą sobie doskonale sami i są, jak sądzę, świetnymi lub przynajmniej niezłymi rodzicami. Pytanie tylko, czy kiedyś było inaczej? Czy naprawdę kilka pokoleń wstecz ludzie znali swoje dzieci? Czy wszyscy je lubili i kochali? Czy aby nie było tak, że w bogatych rodzinach więcej o dzieciach wiedziały niańki, a w biedniejszych koledzy z ulicy? A zapewne i wtedy i teraz są i były dobre matki i dobrzy ojcowie rozmawiający z dziećmi, znający ich marzenia i sekrety, tudzież imiona ich koleżanek i kolegów :-) . Zmieniły się tylko kryteria postępowania: kiedyś w ogóle mniej się zajmowano i przejmowano dziećmi, ciekawie pisze o tym np. Samozwaniec w „Marii i Magdalenie”. Teraz dziecko jest w centrum rodziny, więc i bardziej widać, jeśli „rodzic” odbiega od „normy”. Sam/sama zresztą to widzi i dlatego szuka pomocy pań-niań, na przykład.

No i co z tym zniewieścieniem? Pani mówi, że mężczyźni nie umieją przyjmować pewnych rzeczy na klatę, np. zaakceptować niepełnosprawnego dziecka. Po pierwsze, nie wszyscy, jak sadzę. A po drugie, to czy kiedyś umieli? Na pytanie, czy kiedyś zostawali, a nie odchodzili od rodziny z niepełnosprawnym dzieckiem, pani nie odpowiada. Bo i po co, jeszcze to zaszkodziłoby jej tezie o obecnie istniejącej zniewieściałości mężczyzn. Jak byłam mała, za normę, niestety, się uważało, że jeśli niepełnosprawny dzieciak, to babka zostaje sama. A kobiety z drugiej strony – są bardziej męskie, bo co? Bo robią w domu wszystko, co trzeba, łącznie z zarabianiem na ten dom? A kiedyś tak nie robiły (może z wyjątkiem czasów, kiedy nie mogły zarabiać, bo było i już)? I dlaczego radzenie sobie ma oznaczać męskość, skoro to bardzo często kobiety trzymają rodziny i domy mocną ręką, nie pozwalając im się rozlecieć. Warto zapoznać się z danymi pokazującymi, jak wyglądają domy bezrobotnych kobiet, a jak mężczyzn, robiono takie badania. Poza tym czy naprawdę to, że kobiety sobie radzą, oznacza, że chcą być we wszystkim lepsze, jak mówi pani-niania? Tak na marginesie w ogóle, co w tym złego? Z drugiej strony pani postuluje, że to kobiety powinny zawalczyć, żeby mężczyzna był ojcem. Czyli jak zwykle zwalamy wszystko na baby, jak sobie nie poradzą, to jest kryzys rodziny, a jak sobie poradzą, to są męskie i chcą wszystkim rządzić.

No i czy naprawdę rządzenie (zwłaszcza rodziną i domem) to to samo, co zarabianie? Warto poczytać „Przeminęło z wiatrem”, tam jest nieźle pokazane, jak to te delikatne damy, nie wiedząc, co to pieniądze ;-) , rządziły całymi plantacjami (oczywiście warunki lokalne tu i tam się trochę różnią i różniły, ale zasada jest ta sama).

Uważam, że jednym do przyjęcia modelem rodziny jest model partnerski, a każda rodzina sama sobie precyzuje, co dokładnie przez to partnerstwo rozumie, nie przejmując się tym, że ktoś to oceni jako „zniewieściałe” lub „zbyt męskie”. Ale co ja tam wiem, dzieci nie mam, więc w rodzinie nie żyję, dziwoląg jeden, nie znam się, a gadam…

Dolce far niente

Bardzo lubię tak spedzać czas, jak dzisiaj. Leżę sobie wygodnie, z książką (albo laptopem), za oknem szumią drzewa, wydzierają się ptaki, dzięcioł stuka, wiewiórki ganiają się po gałęziach, wróble tupią na balkonie… Strasznie lubię to mieszkanie i w ogóle miejsce, które udało nam się znaleźć już prawie rok temu. Poza tym zrobiło się wreszcie bardzo ciepło, jest 28 stopni i świeci słońce. Na pewno zacznie padać za pół godziny :-) . Szkoda tylko, że Ż. pojechał do pracy… Mnóstwa dobrych wyników mu życzę :-)

Każdy rak jest z genów???

Przeczytałam jakiś czas temu na Blogu naukowym Gazety Wyborczej notkę autorstwa Sławomira Zagórskiego pod tytułem „Każdy rak jest z genów„. Pomijam już, że notka jest napisana tak, żeby przypadkiem nie znaleźć oryginalnej publikacji, nie ma dokładnych na te publikację namiarów, zmieniona jest nieznacznie nazwa czasopisma (nie Breast Cancer Research Treatment, a Breast Cancer Research and Treatment), no i mocno nieścisła była informacja, że praca opublikowana została w ostatnim numerze Breast Cancer Res Treat. Wiem, wiem, czepiam się :-) , ale w momencie ukazania się notki na blogu pojawiło się, o ile dobrze pamiętam, jakieś pięć nowych numerów czasopisma – nowych, po tym numerze, w którym, jak sądzę, znajdowała sie opisywana publikacja.

Praca opisuje rolę polimorfizmu genu CYP1B1 (którego produkt odpowiedzialny jest za konwersję estradiolu do metabolitów estrogenu, co prawdopodobnie indukuje powstawanie raków gruczołu sutkowego) w ryzyku zapadalności na raka sutka u kobiet w Polsce. Skąd więc p. Zagórski wziął informację, że praca udowadnia, że „[…] każdy, dosłownie każdy nowotwór złośliwy ma swoje korzenie w genach. […]”, nie mam pojęcia. Autorzy pisza wprawdzie, że „[…] CYP1B1… is considered to be a candidate gene for cancers of various types. […]” (w abstrakcie) oraz „[…] we found significant associations between common haplotypes of the CYP1B1 gene and breast cancer risk in the Polish population. It is important to extend this observation to other populations and other cancer sites. […]” (w dyskusji; jest to niewątpliwie bardzo ważne, ale p. Zagórski powinien wiedzieć, że takie okrągłe zdania zawsze dobrze jest wstawić do dyskusji – recenzenci to lubią), ale gdzie tu jest mowa o wszystkich rakach u wszystkich ludzi? Sami autorzy podają tylko, że praca jest ważna po pierwsze dlatego, że przebadano dużą grupę pacjentek oraz osób kontrolnych w jednolitej etnicznie populacji, a poza tym istnieją jeszcze dwie publikacje (!), pokazujące rolę określonych haplotypów CYP1B1 w ryzyku rozwoju raka prostaty. Nie wygląda to imponująco. Myślę, że po pierwsze, na p. Zagórskim wrażenie zrobił fakt, że pracę wykonali Polacy. A po drugie, troszkę to wygląda tak, jakby p. Zagórski nie przeczytał dokładnie całej publikacji (na co może wskazywać fakt podania niepełnej nazwy czasopisma), a tylko „liznął” nieco sam abstrakt.

Oczywiście, można powiedzieć, że „[…] we wszystkich rakach wina leży jednak po stronie genów. […]”. Na przykład, geny wirusa HPV niewątpliwie odgrywają ważną rolę w rozwoju raka szyjki macicy. Ale tak to można tłumaczyć wszystko, po co w ogóle coś badać. Wiadomo, że „wszystko bez te atomy”, jak zwykł mawiać jeden mój kolega.

Możliwe jest także to, że autor notki omawiał zupełnie inną pracę. Miło byłoby więc, gdyby zawsze w takim wypadku (zwłaszcza na Blogu naukowym) znalazły się namiary na opisywany artykuł. Wtedy nikt nie miałby wątpliwości.

Wszystko bez te baby

[…]Dr Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska z Instytutu Żywności i Żywienia oponuje: […] europejska soja jest bogata w fitoestrogeny. Ich nadmiar powoduje hamowanie wytwarzania hormonów własnych, zwłaszcza testosteronu. […] Czy to nie przez tę soję mężczyźni robią się tacy zniewieściali, opóźnia się dojrzewanie płciowe u chłopców? […] (niezbyt ważny fragment tego artykułu)
Fajny tekst, szczególnie od kogoś z jakim takim wykształceniem. Skąd się bierze takie dane? Przeleciałam szybko kilka artykułów, w miarę świeżych i znalazłam troszkę inne wiadomości (Jaroenporn S et al, 2006; Akingbemi BT et al, 2007; Pan L et al, 2008 oraz, żeby nie było, że tylko o zwierzątkach: Celec P et al, 2007; choć fitoestrogeny wyciągano z różnych rzeczy). Nie takie te estrogeny kastrujące (mężczyzn), jak je malują. No i kuriozalne: mężczyźni robią się tacy zniewieściali – może pora zmienić znajomych, Pani Doktor, i poszukać jakichś żałosnych maczo?

Nie jedyny to zresztą raz, kiedy wyciąga się te nieszczęsne estrogeny, zwykle występujące oczywiście w pigułkach antykoncepcyjnych i opisuje, jak to przez te baby, które nie chcą dzieci, faszerują się tymi, tfu, pigułkami, potem siusiają bez opamiętania, wszystko trafia do ścieków, a potem do mórz, co powoduje, że obserwowane są mało męskie mięczaki czy inne ryby. Rzeczywiście, problem z tzw. EDCs (endocrine-disrupting chemicals) istnieje. Ale dane, bardzo niekompletne na razie (Jobling & Tyler, 2006), mówią, że […] a plethora of chemicals are capable of altering hormonal function through a wide range of mechanims of action.[…]. Ileż zresztą musiałoby być tych metabolitów estrogenów w moczu, żeby tak silnie działały, mocno rozpuszczone w morzach i oceanach. (Jedna z prac cytowanych powyżej podkreśla rolę zależności aktywności od stężenia.) Poza tym wielu badaczy pokazuje obecnie ważną rolę androgenów, pochodzacych z karmy dla zwierząt (stężenia zapewne są większe, niż estrogenów…), identyfikują nawet konkretne anaboliki. Czyżby jednak wszystko przez tych facetów? A, i ogólnie rzecz biorąc: […] the causal link between exposure to EDCs and endocrine disruption is unclear. […]